Feeds:
Posty
Komentarze

Niesamowicie pozytywne przyjęcie Wonder Woman przez krytyków (początkowo 97% na RT), pomimo niepokojąco długiego embarga nałożonego na recenzje, wprawiało w zdumienie. Jak to? DC/Warner w końcu zrobił porządny film?

I tak, i nie. Zapraszam do przeczytania tekstu, by zapoznać się z moją opinią.

***

Komiksowa Wonder Woman nie jest mi zbyt dobrze znana. Z racji tego, że zaczęła być wydawana w Polsce regularnie dopiero w ramach Nowego DC, to myślę, że mój stan wiedzy odzwierciedla statystycznego polskiego kinomaniaka. Korzystając jednak z zasobów biblioteki, zapoznałem się z kilkoma tomami serii z New 52. Przypadło mi do gustu zwrócenie się w mitologiczną stronę świata tej postaci, zbudowanie relacji z greckimi bóstwami, przedstawienie najróżniejszych krain. Jest to coś naprawdę wartego uwagi i mam nadzieję, że jakoś zostanie ta kwestia poruszona również i w ewentualnej kontynuacji, która po wspomnianym sukcesie recenzenckim (a także kasowym, spadek podczas drugiego weekendu wyniósł zaledwie 44,6%, po drugim weekendzie film miał już na koncie 205mln $ z USA) jest raczej pewna.

To są jednak póki co czcze marzenia i dywagacje. Co prawda film, który dostaliśmy, nie wstydzi się mitologicznych korzeni bohaterki, a w świecie przedstawionym faktycznie istnieli greccy bogowie, aczkolwiek fabuła nie skupia się na przemierzaniu fantastycznych krain lub walce z antycznymi bestiami, a raczej na przedstawieniu tytułowej księżniczki Amazonek szerszej widowni.
Co się zdecydowanie udało.

Nie sposób nie odnieść się do poprzednich… prób studia, które rozpaczliwie pragnie załapać się na popularność superbohaterów w kinie i wypluwało do tej pory same koszmarki  pokroju Suicide Squad i Batman v. Superman. W tamtych produkcjach jak na dłoni widać było wtrącanie się studia, karygodne błędy montażowe, szatkowanie nakręconego materiału lub doklejanie czegoś, żeby zwiększyć ogólnie pojętą fajność produkcji.
Niestety, jest to widocznie również i w tym filmie, chociaż w znacznie mniejszym stopniu. W pewnym momencie pojawia się zabójcze nagromadzenie kiepskich żartów, których próbkę mogliśmy już zobaczyć w zwiastunie. Jest to przede wszystkim związane z przybyciem Diany do Londynu, ponieważ kompletnie nie odnajduje się w realiach pierwszej połowy XX wieku. Mimo iż scena z dobieraniem sukienki i kapelusza jest okropna, to jednak popularny motyw bohatera wyrwanego z własnego środowiska i zmuszonego do funkcjonowania w nowym naprawdę się tutaj sprawdza.
Na tym polu widać największą zaletę produkcji i coś, co w końcu studio zrobiło dobrze – Wonder Woman nie ma bólu dupy, nie zastanawia się, czy być superbohaterem, czy nim nie być, nie ma mowy o jakimkolwiek dylemacie związanym z wyruszeniem na misję ratowania świata. Została nauczona, że ludziom należy współczuć, pomagać im w potrzebie, nie nadużywać własnej siły, nie krzywdzić innych. Brzmi to banalnie, niczym z Małego Księcia albo odcinka wieczorynki, ale na tym właśnie polega superbohaterstwo…
A nie na staniu w deszczu w nocy na skraju dachu i głębokim rozważaniu filozoficznym nad sensem istnienia własnego i wszystkich innych.

Także naprawdę podoba mi się sposób, w jaki została przedstawiona Wonder Woman. Gdyby ten film powstał osiem lat temu, to dzisiaj na pewno wspominany byłby z wielkim sentymentem i wybaczyłoby mu się liczne potknięcia. Bo mimo iż sama bohaterka wypada naprawdę dobrze, zarówno pod względem scenariuszowo-rozwojowym, jak i aktorskim (kto by podejrzewał, że Gal Gadot będzie nie tylko fenomenalnie wyglądać w kostiumie WW, ale i aktorsko stanie na wysokości zadania?), to fabularnie można sporo tej produkcji zarzucić.

No bo fabuła leci tak:
* Na magicznej wyspie Temiskerze mieszkają Amazonki, których zadaniem jest zgładzenie boga wojny Aresa, który czai się gdzieś tam, w zewnętrznym świecie ludzi.
* Na wyspę trafia żołnierz Steve Trevor (Chris Pine), który informuje społeczność, że trwa obecnie I wojna światowa.
* Diana, księżniczka Temiskery, słysząc opowieści o okropieństwach, dodaje dwa do dwóch i wychodzi jej, że za całą tą wojną stoi Ares, więc postanawia wyruszyć, by skopać mu tyłek, wypełniając tym samym obowiązek swojego ludu.
* Naszprycowana ideałami staje twarzą w twarz z okropną rzeczywistością, orientując się, że może to wszystko to niekoniecznie bezpośrednia wina Aresa.
* Stwierdza jednak, że ludzkość mimo wszystko jest warta uratowania.

W zasadzie wszystko gra przez pierwszą część filmu. Widzimy Dianę w dzieciństwie, jej szkolenie w walce. Wyspa wygląda naprawdę przepięknie, jest to świeże spojrzenie na fantastykę w kinie. Właśnie między innymi dlatego mi szkoda, że jednak nie poszli całkowicie w tym kierunku. Może kiedyś.
Przybycie Steve’a rozpoczyna jednak problemy produkcji – pojawiają się żarciki związane z tym, że na Temiskerze nie ma żadnych mężczyzn, płyną do Londynu, gdzie akcja zwalnia, ma tam miejsce jakieś biedackie zbieranie drużyny, która ma wykonać misję na tyłach i film zaczyna grzęznąć w błocie, niczym ten powóz, który bohaterowie mijają, podróżując w stronę frontu.
Niby są dobre pomysły, jak ten moment ze zwiastuna, kiedy Wonder Woman wychodzi z okopu, ściąga na siebie ogień Prusaków i żołnierze mogą ruszyć do ataku, zdobywając kawałek ziemi. Ona robi to dlatego, że nie może już znieść bezczynności i podchodów, woli stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem.

A propos stawania twarzą w twarz z przeciwnikiem i scen akcji w ogóle – w tym filmie jest zdecydowanie za dużo slow motion. Sama choreografia walk jest naprawdę w porządku, ale dlaczego co chwila zwalniają akcję, zatrzymując się na sekundę na bohaterce z podniesionym mieczem czy tam napiętym łukiem? Efekt ten jest tutaj nadużywany i to skrajnie.

Pochwaliłem sceny akcji, ale sam finał muszę zganić. Jest do bólu kliszowy, walka wygląda jak starcie z bossem w jakiejś grze. Główny przeciwnik nie został należycie przedstawiony. W sumie to mi szkoda. Chyba wolałbym, by zostawili go do następnego filmu, a tutaj okazałoby się, że za wojną wcale nie stał Ares. Że to tylko ludzie. To mi przyszło do głowy, gdy wydłubywałem palcem salsę, jaka została mi po nachosach. O ile lepszy byłby ten film, gdyby na samym końcu nie pojawił się bóg wojny i nie zaczął wykrzykiwać, jaki to on jest potężny i zniszczy ludzi, bo tak.
W dodatku związany z nim zwrot akcji przewidziałem godzinę wcześniej. Także tu popełnili błąd.

***

Żeby podsumować – Wonder Woman w bardzo dobry sposób przedstawia swoją tytułową bohaterkę i nie wstydzi się komiksowego pierwowzoru. Najważniejszą więc rzecz wykonuje w sposób więcej niż poprawny. Myślę, że reszcie filmu można przez to wybaczyć braki. Marvel też zaczynał przeciętnie, stawiając na bohaterów, chociaż to akurat nie jest żadna wymówka. Trzeba czekać, żeby zobaczyć, jak na ten sukces zareaguje studio, jaką nauczkę z tego wyniesie.
Wydaje mi się, że po tym filmie WW stanie się powszechnie rozpoznawalną postacią. Już widziałem memy porównujące hit Halloween 2016 i 2017 – kostium Harley Quinn i właśnie Diany.
Także więc cieszymy się – kto pół roku temu spodziewał się, że film o Wonder Woman dobrze sportretuje tytułową bohaterkę?

Czy DC wstaje z kolan?
Nie odważę się potwierdzająco odpowiedzieć na to pytanie, nie na kilka miesięcy przed premierą Justice League.

Jaskier


Kolejna wystawa zdążyła już zostać rozłożona, pierwsi zwiedzający mieli już okazję ją zobaczyć, a ja wciąż nie napisałem o poprzedniej. A było EKSTRA!

Stowarzyszenie Zbudujmy To, którego od lutego tego roku jestem członkiem, zapewniło jeden z punktów programu podczas tegorocznej edycji nerdowskiej imprezy Pixel Heaven. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych zaprezentowaliśmy odwiedzającym nasze modele w tym: makietę miasteczka Zbudujcowa, bitewniakową wersję futurystycznej wersji Odsieczy Wiedeńskiej (gdzie stały moje konstrukcje), tor GBC i całą masę innych modeli oraz dioram. Zainteresowanych odsyłam do filmu z wystawy nakręconego przez Sariela:

Poniżej znajdziecie coś w stylu relacji z tego wydarzenia. Z mojej perspektywy, czyli osoby, która uczestniczyła w konwencie przede wszystkim jako wystawca. Nie mam zamiaru ukrywać, że do Warszawy pojechałem głównie w celach klockowo-towarzyskich, a cała otoczka związana z oldskulowymi grami i sprzętem, mimo iż przyjemna i potrafiąca zaangażować, stała na dalszym planie.
Raport w miarę na żywo prowadziłem na moim fanpejczu, skąd część wpisów zostanie przekopiowana do tego tekstu.

***

DZIEŃ PIERWSZY – Czwartek

W zasadzie nie był to dla mnie jeszcze w pełni konwentowy dzień – do południa byłem półtora godziny na uczelni, potem przed wyjazdem zdążyłem skończyć sprawozdanie na laboratorium, ale z kronikarskiego obowiązku odnotować wypada, że z Krakowa wystartowaliśmy wieczorem i na miejsce dotarliśmy krótko po północy.

***

DZIEŃ DRUGI – Piątek

Rano pobudka, śniadanie, mycie zębów i spacerek do stacji metra, skąd mieliśmy dotrzeć bezpośrednio na teren imprezy. Po drodze do metra cyknąłem fotkę najbardziej rozpoznawalnego budynku Warszawy.

I cóż – faktycznie mają metro w Warszawie. Legendy nie kłamią.

Jak się okazuje, mają nawet półtora metrów.

Już w budynku MZA dołączyłem do rozkładania klocków. Spora część wystawy była już przygotowana, chłopaki się naprawdę postarali.


Zdjęcia makiety w jakiejś ludzkiej jakości znajdziecie w galerii Servatora – KLIK.
Galerie pozostałych współautorów wiedniowej makiety:
BH’s
Glaz
Goldsun
Jaskier (czyli ja :P)
Kris Kelvin
Zgrredek

Jak pisałem na fejsbuku, musieliśmy jechać do docelowego hotelu, zameldować się, zostawić walizki i wrócić. I tu miejsce na humorystyczną wstawkę.
Ponieważ w tym samym hotelu nocowała w tym samym czasie jakaś młodzieżowa reprezentacja klubu gimnastycznego, pan z recepcji wziął nas za jej członków. Także spoko, niechodzenie na WF najwidoczniej nie zostawiło skutków ubocznych. Gdy już wyjaśniliśmy, że jednak nie, nie jesteśmy gimnastykami, ani nawet trenerami gimnastyki i dostaliśmy klucze, to z kolei pani z recepcji strzeliła z grubej rury, mówiąc, że zakładali, że nasza rezerwacja – dla grupy – dotyczyła gości weselnych. W sumie jak to teraz piszę, to już nie wydaje się takie śmieszne, ale wtedy autentycznie skisłem.

Po powrocie na imprezę (szczęśliwie identyfikator odebrałem wcześniej, wychodząc – po 15 do rejestracji była już kolejka) poplątałem się chwilę wokół ekspozycji i o 16 zaczął się mój dyżur. Na czym polegał? No cóż, odwiedzający nie zdają sobie sprawy z tego, iż niektóre modele trzymają się na tak zwane zagęszczone powietrze, a część osób przyprowadza zawsze ciekawskie dzieci. Jeśli kiedyś będziecie na tego typu wystawie, to – proszę – pamiętajcie, że NIE wolno dotykać modeli. Nie wolno podnosić samolotów, nie wolno kręcić antenami stacji badawczej, nie wolno przestawiać figurek na makiecie. Z naszej strony nie jest to żadna nieuprzejmość czy coś. Po prostu – jeśli każdy by chciał sobie czegoś dotknąć, to po chwili znaczna część ekspozycji byłaby uszkodzona. I tak musiałem naprawiać autko, zabierać dzieciom pochwycone minifigurki i podczepiać zbudowane jakąś kosmiczną techniką koła samolotu.

Po trzech godzinach bicia po łapach skończyłem dyżur i mogłem połazić po terenie imprezy. Niestety, jeszcze nie wiedziałem, że na poustawianych pod ścianami flipperach można pograć za friko, więc po prostu łaziłem, rozglądając się po różnych stoiskach. Zaszedłem na komiksy i podłubałem trochę w kartonach, ale okazało się, że nie było pierwszego numeru Moon Knighta z Marvel NOW!, więc koniec końców nic nie wziąłem.

Figurki przy stanowisku tej firmy przykuły moją uwagę, więc przystanąłem, żeby zapytać, jak je robią. No i się okazało, że wykonują projekty modeli w komputerze, potem drukują na drukarkach 3D. Usłyszawszy ceny, stwierdziłem, że dorabianie elementów do klocków mija się z celem, ale pan ze stanowiska propsował moje figurki z LEGO, więc niech mają reklamę.

Czekałem na pierwszy z punktów programu i w zasadzie jedyny, na którym mi tak naprawdę zależało – o 20 na Main Stage’u miał się odbyć pokaz tajwańskiego filmu klasy Z, Lady Terminator, z prowadzonym na żywo, improwizowanym dubbingiem. Emisja w ramach VHS Hell, którego istnienie obiło mi się już kiedyś o uszy, i którego byłem bardzo ciekaw. O dziwo, faktycznie pewne sceny w filmie przywodzą na myśl Terminatora, ale całość ma jakieś absurdalne, mistyczno-seksualne podłoże. Morduje na ekranie nie robot z przyszłości, ale opętana przez chutliwego ducha młoda pani archeolog… albo antropolog. Jeszcze bardziej o dziwo, improwizowane dialogi potrafił w niektórych momentach rzeczywiście rozbawić. Nie pamiętam, jak nazywał się pan, który „miał w ręku piwo zamiast listy dialogowej”, ale odwalił kawał dobrej roboty.

Mimo iż było już grubo po 21, to dzień się jeszcze nie skończył, na wieczór mieliśmy zaplanowaną integrację w jadłodajni Blue Cactus.

*pomnika

Jak widać na załączonym obrazku, w drodze do restauracji w pewnym momencie poszedłem na skrzyżowaniu niewłaściwą ulicą i zaszedłem aż za Belweder.

Jedzenie było spoko, Cola dawno mi tak nie smakowała i nie wiem, czy to kwestia cytrusa nadzianego na szklankę, czy tego, że cały dzień był intensywny.

Aha – ponieważ siedzieliśmy niemalże do zamknięcia, to mogliśmy zaobserwować klasyczny obrazek – barman polerował szklanki, rozmawiając z kokietującą go samotną, siedzącą przy barze dziewczyną. Nie powiem, trzymałem za niego kciuki.

***

DZIEŃ TRZECI – Sobota

Pobudka o podobnej porze – 8 – naprawdę syte śniadanie w hotelu i jazda na konwent. Od 10 dyżur, dotarliśmy chwilę wcześniej, ale flippery były jeszcze pogaszone – smutnazabaface.

Za to stoisko z koszulkami i innymi duperelami było otwarte. Jak tylko zobaczyłem ten nadruk, stwierdziłem, że muszę ją mieć. Niestety, nie pamiętam, jak się nazywał sklep, w którym ją kupiłem, a na terenie imprezy były ze trzy. W każdym razie – był to ten koło stoiska z komiksami.

BUT MAGIC IS HERESY – głosi dalsza część napisu na koszulce

Poniżej seria zdjęć modeli, które szczególnie zwróciły moją uwagę.

Na makiecie miasteczka umieszczone były liczne scenki z postaciami z popkultury – dwie szczególnie mnie urzekły. Obie autorstwa Tyborta.

Druga rozwaliła mnie jeszcze bardziej. Mimo iż postacie nie są oddane w stu procentach, a dałoby się je wykonać lepiej, to jednak bez problemów rozpoznałem bohaterów animowanego serialu Wodogrzmoty Małe.

Mario mój i Thietmaiera. Nieskromnie się pochwalę, że w zorganizowanym konkursie moja figurka zajęła trzecie miejsce. Jako nagrodę otrzymam Bellę.

Miecz Geralta kolegów i koleżanki z Politechniki Rzeszowskiej.

Tutaj klockowa wersja Pac-Mana. Zapamiętajcie.

Fragment makiety Fallout. Szyld zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie.

Po obleceniu naszej wystawy ruszyłem na podbój konwentu. Udało mi się sporo pograć na flipperze. Straciłem poczucie czasu, bo kiedy już się do jednego dopchałem, to prztykałem jakieś czterdzieści minut. Przez dłuższą chwilę na sąsiednim (Judge Dredd) grał Kris Kelvin. Także spotkanie z celebrytą przy okazji wizyty w Warszawie mam zaliczone. :D

Flippery to było jednak małe piwo w porównaniu do stojących w sąsiednim pomieszczeniu starych telewizorów z podpiętymi konsolami, na których można było popykać w kultowe gry. Do Mario nie udało mi się dopchać, za to w Pac-Mana całkiem sporo pograłem. Jak na pierwszy raz trzymania w ręku joysticka od Atari, to uważam, że poszło mi całkiem nieźle. Zwłaszcza za drugim razem.

 

Nie udało mi się załapać na testowanie VR-u w tej grze, w której wszystko jest białe, poza przeciwnikami, którzy są pomarańczowoczerwonożółci. Mieli stoisko obok naszej wystawy. Za to założyłem gogle przy innym stoisku, gdzie odbywała się prezentacja gry w strzelanie. Chodziło się po jakichś dokach/magazynie i strzelało z karabinu. Strasznie dziwne uczucie, gdy obraz się porusza, jakbyśmy rzeczywiście szli, za co odpowiada gałka analogowa, a jednocześnie czujemy, że nogi się nam nie ruszają. Po kilku minutach spędzonych w wirtualnej rzeczywistości zaczęło mi się kręcić w głowie.

Tak się skończył trzeci dzień konwentowania. Na zdjęciu powyżej widać większą część mojego dziennego posiłku. Poza tym zjadłem jeszcze paczkę ciastek i rano śniadanie w hotelowej restauracji. Jakoś się nie skusiłem na ofertę food trucków, które parkowały przed budynkiem.

***

DZIEŃ CZWARTY – Niedziela

Ponownie – pobudka z rana, bo plan dnia napięty niczym leginsy na dupie grubej dziewczyny. Zaplanowaną mieliśmy wizytę w LEGO Store w Galerii Mokotów.

Jak widać, byliśmy na miejscu przed czasem i musieliśmy czekać kwadrans. 12:50 musieliśmy już być na Dworcu, więc trzeba się było sprężać. Na szczęście poszło gładko, kubek ładowało się szybko, a i wybór figurek się zbytnio nie rozwlekł.

Jeśli ktoś nie wie – w oficjalnych sklepach LEGO klocki można kupować na kubki, wybierając z dostępnego asortymentu elementów. Jest jedna zasada – kubek musi się zamknąć. Ten, który widzicie na zdjęciu, kosztuje 89,99zł, zmieściłem w nim przeszło 500 bricków 2×1 i jeszcze ponad 200 innych elementów. Średnio 0,11zł za klocek. O aktualny stan ścianki można pytać na fanpejczu sklepu.
Minifigi z kolei kosztują 44,99zł i działa to tak, że z puli elementów wybiera się po trzy: nogi, torsy, główki, włosy/czapki, akcesoria i w ten sposób składa trzy figurki. Tutaj pod względem ceny już nie jest tak różowo, aczkolwiek dużo zależy od klocków, jakie uda się znaleźć – czasem trafiają się prawdziwe perełki.

Już bez dalszych przygód wróciliśmy, wymeldowaliśmy się z hotelu, dotarliśmy na Dworzec i załadowaliśmy się do pociągu. Sama podróż przebiegła naprawdę klawo – z Warszawy do Krakowa pociąg jechał nieco ponad dwie godziny. I dali pół litra wody w cenie biletu, także więc bajka.

***

Cóż, tak to właśnie wyglądało. Ja się zakochałem w tym klimacie, na pewno wybiorę się na kolejne wystawy naszego Stowarzyszenia. Jedna obecnie trwa, również odbywa się w Warszawie, ja niestety muszę się uczyć, ale Was zapraszam. Jeśli tylko macie możliwość, to wybierzcie się na Warsaw Comic Con – my tam jesteśmy. ;)

Chciałbym podziękować kolegom ze Stowarzyszenia – Toltomei, który był tym drugim, kiedy pisałem w tym wpisie „my” oraz Innosowi za ogarnianie na miejscu, przewóz mnie i moich fantów. Podziękowania należą się również niezrzeszonym kolegom – Jahoo i gmkkk, również za transport samochodowy mnie lub klocków oraz za możliwość pogadania z kimś o wspólnej pasji.
Dziękuję współautorom naszej makiety bitewnej, których wymieniłem już wcześniej oraz wszystkim innym uczestnikom wystawy, zwłaszcza jetboyowi za trzymanie pieczy nad wszystkim.

Bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się Was poznać inaczej niż przez forum, Wy LEGO-we świry,

Jaskier, też LEGO-wy świr.

 

 

 

 

PS Załączam zdjęcie figurek, które kupiłem w LEGO Store.

Marvel NOW! w Polsce

O! jakże przewrotny jest tytuł tego wpisu. Nie przeczytałem bowiem wszystkich tomów wydanych dotąd w Polsce przez Egmont. Ba! póki co nie udało mi się nawet zaliczyć chociaż po jednym tomie z każdej z proponowanych serii. Dlatego też przepraszam wszystkich, którzy dali się nabrać i kliknęli, licząc na jakiś wielgachny przegląd kilkudziesięciu wydanych dotąd albumów.
Tego tutaj nie znajdziecie, za to będzie można przeczytać, co sądzę na temat tego, co albo kupiłem, albo udało mi się wypożyczyć w krakowskiej Artetece.

***

***

All-New X-Men 1-2-3

Gdy pojawiła się informacja o starcie Marvel NOW! w Polsce – a to było ze dwa lata temu – stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli zdecyduję się na jedną, góra dwie serie i je będę regularnie kupować i czytać.
Ponieważ wiele osób w internetach polecało, mój wybór w pierwszej kolejności padł na historię klasycznych X-Men, przeniesionych w czasie w celu… nie wiem. Chyba żeby obecny Scott Summers a.k.a. Cyclops zobaczył młodszego siebie, wiernego ideałom i nawrócił się z obranej ścieżki bycia Winkelriedem mutantów.
Wyrwani ze szkolnych, beztroskich lat młodości mutanci stają twarzą w twarz ze swoimi starszymi wersjami, rozczarowując się obrazem tego, kim w tej linii czasowej się stali.

Było to narysowane bardzo ładnie, ale fabuła i postacie mnie kompletnie nie porwały. Zupełnie. Te młodzieżowe dramy o to, kto się w kim kocha albo co się stało z moim życiem?! były męczące, a ciągły ból dupy każdego z piątki mutantów przeniesionych w czasie sprawił, że po trzech tomach stwierdziłem, że odpuszczam czytanie tej serii.
Zdaje się, że ostatnio wyszedł kolejny tom, ale po tych trzech naprawdę nie mam ochoty na więcej.

Uncanny X-Men 1-2
Jest to seria komplementarna wobec tej z akapitu powyżej. Część wydarzeń mających w nich miejsce się pokrywa, zmienia się jedynie perspektywa – przedstawione są oczami członków przeciwnego zespołu. W innych przypadkach akcja się rozjeżdża i w Uncanny X-Men śledzimy poczynania dorosłego Cyclopsa, który jest teraz Wrogiem Ludzkości Numer Jeden i razem z Magneto i Emmą Frost prowadzi własną szkołę, podróżuje po świecie, zbierając do niej uczniów.

W tej serii też się nie zakochałem. Zaprezentowane w niej młode pokolenie mutantów miałem w dupie. Ale to tak totalnie. Pamiętam z nich tylko jedną dziewczynę, która umiała na pewnym ograniczonym obszarze stworzyć bańkę czasu. Poza tym pamiętam, że Cyclops (ten dorosły) miał ból dupy o to, że wszyscy mieli do niego ból dupy o to, że zabił Xaviera.

Wolverine and the X-Men 1-3
Tę serię czytałem wyrywczo, wypożyczając to, co akurat było dostępne w bibliotece. Ogólnie rzecz ujmując, jest to historia zupełnie nowego pokolenia mutantów, dla których Wolverine, Beast, a nawet Kitty Pryde to stare dziady.
Od pierwszego numeru totalnie się odbiłem. Zawarta w nim była historia jakiegoś cyrku, którego szef był potworem Frankensteina (sic!) i opanował umysły kadry pedagogicznej czyli Storm, Logana, Beasta etc. i młodzi mutanci musieli coś z tym zrobić. W ogóle mi to nie podeszło.
Do serii wróciłem jakiś czas później, gdyż musiałem dopchać limit trzech wypożyczanych komiksów, a akurat na półce stał trzeci numer. I to było naprawdę świetne. Dwoje młodych mutantów udało się – bez wiedzy nauczycieli – na misję infiltracji szkoły dla superzłoczyńców prowadzonej przez Hellfire Club. Tylko teraz Hellfire Club to najwyraźniej takie cool dzieciaki z bogatych domów, które ogólnie gardzą wszystkimi innymi. Ten koncept bardzo mi się spodobał, na pewno do serii wrócę. Niedawno został wydany czwarty tom.

Avengers 1
W przypadku tego komiksu mam chyba najbardziej mieszane uczucia.

Jest to kosmiczne mambo-dżambo, jakich pełno w komiksach, angażujące najpotężniejszą drużynę ziemskich bohaterów, w dodatku ściągające na listę jej członków postacie z najdalszych części uniwersum Marvela, stawiające tych wszystkich bohaterów naprzeciw międzygalaktycznych quasi-bogów.
Pierwszy tom jest jednak ewidentnie zaledwie wstępem do jakiejś dużo większej historii, a mimo iż już w nim nasza cywilizacja ociera się o zagładę, to czuć w powietrzu, że przy nadciągających wydarzeniach te próby morfowania ziemskiej flory i fauny, jakie tutaj następują, będą wyglądać niczym rabowanie banku przez Shockera, którego Spidey powstrzymuje w czwartek na długiej przerwie.

The Superior Spider-Man 1
Ten komiks mam przeczytany najświeżej, że się tak wyrażę, gdyż wypożyczyłem go dwa tygodnie temu. Jest to wstęp do historii, która chyba już w tym roku doczeka się finału (w sensie zostanie u nas wydany ostatni tom), opowiadającej o Superior Spider-Manie, czyli Doktorze Octopusie w młodym, silnym ciele Petera Parkera.
To może wydawać się strasznie głupie, ale historia naprawdę przypadła mi do gustu. Octopus oczywiście planował przejąć ciało i moce Pająka, żeby robić różne złowieszcze rzeczy, nie wziął jednak pod uwagę tego, że wchodzenie do głowy kogoś, kto stracił tak wiele bliskich osób i z tego powodu cierpi, i ma poczucie winy, nie może nie odbić się bez echa na psychice nowego właściciela ciała.
Scena, w której Peter, uwięziony w okaleczonym, sponiewieranym ciele Octopusa, umierając, przekazuje mu swoją mantrę, czyli hasło o wielkiej mocy i wielkiej odpowiedzialności, napisana jest w naprawdę poruszający sposób. I w ogóle przez cały czas miałem takie uczucie, że to, co się dzieje, jest niesprawiedliwe i że łotr powinien w końcu przegrać. Mimo iż wiedziałem, że tak się nie stanie. Kibicowałem Peterowi (prawdziwemu Peterowi), wiedząc, że tym razem mu się nie uda. Z czymś takim spotkałem się wcześniej tylko w przypadku Titanica. Za każdym razem trzymam kciuki za DiCaprio…
Będę wypatrywał na bibliotecznej półce kolejnych numerów, a kto wie – może sobie sprawię całą serię? Czwarty tom swego czasu wygrałem w konkursie na yt, ale czekam z czytaniem, dopóki nie zaliczę poprzednich.

Deadpool 1-2-3

O Deadpoolu zdążyłem już napisać na blogu, dokładnie o dwóch pierwszych tomach, możecie kliknąć w link i tam sprawdzić, co o nich sądzę. Wciąż uważam, że Łowca dusz wypada o wiele lepiej od Martwych prezydentów, gdyż ten drugi (chronologicznie pierwszy :P ) jest bardziej śmieszkowy. W pierwszym tomie mniej jest zgłębiania chorej psychiki głównego bohatera, który tak naprawdę śmiechem, żartami maskuje swoje problemy i psychiczny ból, jakiego doświadcza.
Dobry, zły i brzydki idzie jeszcze o krok… albo i dziesięć dalej, przedstawiając tytułowego najemnika z zupełnie innej perspektywy. W przeciwieństwie do memów, w pewnej mierze także filmu, ta inkarnacja Deadpoola jest o wiele poważniejsza. Jasne, jest tu sporo komedii, ale jednocześnie naprawdę duża dawka tragedii.

Tomy czwarty i piąty leżą na półce, jeszcze zafoliowane, a szósty czeka na odebranie. Nie mam kiedy do nich usiąść, żeby móc przeczytać. :(

Thor: God of Thunder 1-2

Dwa pierwsze tomy serii God of Thunder tworzą zamkniętą opowieść o starciu Thora ze śmiertelnym wrogiem wszystkich kosmicznych bóstw. Autor Jason Aaron rozciągnął akcję w przestrzeni kosmicznej, a także czasie, gdyż w finale opowieści do walki ramię w ramię stają trzy wersje Gromowładnego. Młody i buńczuczny wojownik, niegodny jeszcze Mjolnira, potężny Avenger, bohater najbliższy filmowej wersji, a także wiekowy król Asgardu z odległej przyszłości. Ich wątki rozpoczynają się w różnych okresach i miejscach kosmosu, by spleść się razem w ostatecznym starciu.

Możliwość poznania różnych wersji bohatera, świadomość tego, że to faktycznie jest ta sama postać, tylko na różnych etapach rozwoju, przypadła mi do gustu. Jest to komiks opowiadający historię Thora, której wciąż brakuje w MCU – mroczną, pesymistyczną, ale jednocześnie naładowaną nieprzeszkadzającym w niczym patosem. Łatwo by było popaść w śmieszność, ale scenarzysta potrafił rozładować napięcie w odpowiednim momencie tak, by całość zagrała.

Miss Marvel 1

Na wydanie tego komiksu w Polsce czekała masa osób. Zebrał niesamowicie pozytywne recenzje zagramanicą i wcale się temu nie dziwię.
Główna bohaterka, należąca do rasy Inhumans Kamala Khan, przechodzi terrigenezę, zyskuje moc zmieniania kształtu swojego ciała i wydawać by się mogło, że jej marzenia się spełniają. Przyjmuje dawny pseudonim swojej idolki i zamierza ratować świat.

Największą zaletą komiksu jest aspekt życia codziennego Kamali. Pochodzi ona bowiem z pakistańskiej rodziny, więc w przeciwieństwie do rówieśników nie może chodzić na imprezy, nie może spotykać się z chłopakami, a gdy coś nabroi, rodzice wysyłają ją na rozmowę do imama. Ona nie do końca się z tym identyfikuje, swojego pobożnego brata uważa za wariata, a rodziców – mimo iż szanuje i kocha – nie bardzo rozumie i uważa, że nie mają do niej zaufania i na nic jej nie pozwalają. Jest to klasyczny przykład konfliktu międzypokoleniowego, przez co aspekt odmiennej kultury – mimo iż prominentny – do jakościowej analizy nie jest potrzebny. Po prostu poddana hormonom nastoletnia dziewczyna, która od życia chciałaby czegoś innego niż to, co ma na co dzień, nagle dostaje moce. Nie dziwię się, że Kamalę często porównuje się do Petera Parkera, który przez wiele lat na siłę był trzymany w liceum, żeby dla kolejnych pokoleń komiksowych nerdów mógł stanowić odskocznię od klasówek, zrzędzących rodziców i domowych obowiązków.

Hawkeye 1

Kolejna seria, która spotkała się w USA z naprawdę pozytywnym przyjęciem, zawitała dwa miesiące temu również i do Polski. Głównym bohaterem jest Clint Barton, na co dzień latający w kosmos lub strzelający z łuku do superzłoczyńców członek Avengers, po godzinach samotny stróż i obrońca bloku, w którym mieszka.

Cóż, te fragmenty z Clintem w cywilu, gdy tłucze dresów albo ucieka autem przed dresami, strzelając do nich z łuku, albo idzie z  rannym psem do weterynarza, są naprawdę świetne.
Niestety, spora część to historia o misji odzyskania taśmy, na której nagrano Bartona likwidującego terrorystę. No bo wiecie – gdyby w łapy jakiegoś superłotra wpadło nagranie z członkiem Avengers dopuszczającym się podczas misji morderstwa, wywołałoby to międzynarodowy skandal. Wciąż ta część historii była o wiele bardziej angażująca i ciekawa, i ogólnie lepsza od wymienionych wcześniej All-New X-Men, jednak nie tego się spodziewałem.
W dodatku na końcu albumu znajduje się jeszcze jeden zeszyt z zupełnie innej historii. Aż wezmę komiks i sprawdzę, co to było… Tak, dobrze pamiętałem, to zeszyt serii Young Avengers Presents. Zamieszczony tutaj został, by przybliżyć czytelnikom relację Clinta Bartona z Kate Bishop, również występująca pod pseudonimem Hawkeye, pojawiającą się w serii Matta Fractiona.

Myślę, że ta seria z większą ilością numerów bardziej przypadnie mi do gustu.

***

Z czystym sumieniem mogę polecić DeadpoolaMiss Marvel, Superior Spider-ManaThora.
Co do reszty… cóż, naprawdę liczę na rozkręcenie się Hawkeye’a.

Co Wy sądzicie o tej inicjatywie wydawniczej Egmontu?
Który z komiksów z Marvel NOW! przypadł Wam najbardziej do gustu?
Może czekacie na jakiś komiks, który w Polsce jeszcze nie został wydany?

Dajcie znać w komentarzach.

Jaskier

Tytuł tego wpisu jest nieco przewrotny – z całą sympatią, jaką darzę Supernatural oraz tych bohaterów – Riverdale jest o kilka klas lepszym serialem. Co wcale nie było takie oczywiste, przynajmniej dla mnie. Kto by się spodziewał, że CW urodzi coś tak nienachalnego i bezpretensjonalnego? Może po prostu mam pecha i do tej pory trafiałem na przepełnione żalem i bólem dupy produkcje?
Okazało się bowiem, że młodzieżowa drama, dziejąca się w liceum w niewielkiej amerykańskiej mieścinie, z wątkiem kryminalnym tylko czekającym za rogiem, by eksplodować, wszystko zrobiła dobrze.
Niebywałe.

Wszystko zaczyna się od informacji, która wstrząsa miasteczkiem. Czwartego lipca zaginął i został uznany za zmarłego Jason Blossom – przyszły spadkobierca i dziedzic imperium syropu klonowego. Gdy na początku roku szkolnego odnalezione zostaje ciało z raną postrzałową, nikt nie chce uwierzyć, że coś takiego mogło się wydarzyć. Policyjne śledztwo – a jakże – stoi w martwym punkcie i jedynie grupa rezolutnych nastolatków popycha je do przodu na własną rękę. Z biegiem czasu okazuje się jednak, że miasto i jego mieszkańcy skrywają o wiele więcej tajemnic.

Czas na akapit dotyczący komiksowego pierwowzoru… którego nie znam. Nie czytałem ani jednego zeszytu, ale kompletnie nie przeszkadzało mi to w cieszeniu się serialem. Ba! mam wrażenie, że fani komiksów mieli gorzej, bo zamiast cieszyć się postaciami, ich rozwojem, budującymi się relacjami i ewolucją już istniejących, bóldupili o zmiany względem pierwowzoru. Z tego co się orientuję, niektóre z nich były dość poważne (khem… Jughead… khem), ale wszystko rozegrane było naprawdę naturalnie i układało się w logiczną całość.

I taki jest cały ten serial. Zaprezentowane w pierwszych odcinkach wątki rozwijają się, w toku trwania fabuły splatając się w kilka przewodnich motywów. Koniec końców wszystko zdaje się mieć coś wspólnego z morderstwem Jasona, oskarżenia rzucane są na lewo i prawo, a gdy już się wydaje, że winny został zatrzymany, nowe fakty wychodzą na jaw.
Aczkolwiek wcale nie jest jak na przykład w polskim Belfrze. Co to, to nie. Z serialami z zagadką zabójstwa albo innej zbrodni często jest tak, że widz wodzony jest za nos i co odcinek lub dwa okazuje się, że już winny został ustalony… ale jednak nie, ponieważ wychodzi na jaw to, że w noc morderstwa dorabiał sobie jako tancerz erotyczny na wieczorze kawalerskim jakiejś fryzjerki, czy coś. (To akurat autentyk.) O ile jest to w stanie intrygować przez jakiś czas, to jednak na dłuższą metę się nie sprawdza.
W przypadku Riverdale coś takiego nie ma miejsca. O ile grupka co jakiś czas dodaje kogoś do listy podejrzanych, a kogoś innego z niej skreśla, to nie dzieje się to przy udziale policji albo linczu ze strony mieszańców miasta. Poza tym, najczęściej okazuje się, że i tak coś było na rzeczy, a podejrzany miał coś do ukrycia. Często nawet subtelnie związanego z morderstwem Jasona.

Jeśli chodzi o bohaterów, to mimo iż większość z nich początkowo wydawała się archetypowymi przedstawicielami licealnego światka, to każdy z nich ma mniejszą bądź większą rolę do odegrania w zaprezentowanej historii. W pierwszym odcinku myślisz sobie – O, ten to jest stereotypowy pedałek. I taka jest prawda, ale okazuje się, że bohater ten ma jakąś rolę do odegrania.
Początkowo najmniej rozwinięty zdawał się być Archie. Jego główną motywacją była chęć zaliczenia i stania się sławnym muzykiem. Z czasem jednak to jego miotanie się od dziewczyny do dziewczyny przestało wadzić, scenarzysta pokazał również jego świetną relację z ojcem (który – notabene – jest chyba jedyną w stu procentach normalną dorosłą osobą w mieście), a koniec końców chłopak okazał się prawdziwym bohaterem.

Pierwszy sezon Riverdale odpowiednio dawkował poszczególne elementy – rozwój postaci i ich wzajemnych relacji, odkrywanie tajemnicy morderstwa Jasona, stawianie nowych pytań, wyjawianie sekretów mieszkańców tytułowego miasta. Napakowane wydarzeniami dwa ostatnie epizody, w których tyle najróżniejszych rzeczy się podziało, podsumowują wydarzenia z całego sezonu i jednocześnie zapowiadają o wiele więcej, sprawiając, że z niecierpliwością czekam na kolejną serię.

Idźcie i obejrzyjcie ten serial! Ja chyba na wakacjach zrobię sobie maraton, żeby pochłonąć całą fabułę przy jednym posiedzeniu.

To naprawdę było dobre.

#team_Jughead_&_Betty

Jaskier

PS Wiedzieliście, że Cole Sprouse – aktor wcielający się tutaj w postać Jugheada – grał w dzieciństwie w Disneyowskich serialach Nie ma to jak hotel oraz Nie ma to jak statek? O_o
Czyli jednak można wyjść na prostą, nie ćpać, nie tańczyć na scenie z gołą dupą. Propsy.

Naprawdę nie wiem, co mam napisać o tym filmie, ponieważ z jednej strony był zabawny, dostarczył mi masę frajdy i rozrywki, nie zasnąłem na nim, mimo iż był środek nocy, kiedy go oglądałem, a od strony technicznej prezentuje się wprost fenomenalnie, z drugiej jednak po seansie miałem wrażenie, że zobaczyłem tylko jakąś reklamę. Była trzecia w nocy, siedziałem w kinowym fotelu i zadawałem sobie pytanie – No dobra, to było fajne, ale gdzie jest film?

Mam z tą produkcją taki problem, że nie ma w niej fabuły, jest za to zlepek scen pokazujących widzom to, jak fajne są poszczególne postacie i jakie niepokonane, silne, nieustraszone. Poniżej będzie SPOILERowe przedstawienie punktów… filmu, więc jeśli jeszcze go nie widzieliście, a nie chcecie się dowiedzieć, co się w nim dzieje, to omińcie ten fragment tekstu.

  • Drużyna gdzieś tam w kosmosie wykorzystuje swoje zwycięstwo z pierwszej części do robienia kasy. Która kosmiczna frakcja nie chciałaby wynająć Strażników Galaktyki do ochrony własnego mienia?
  • Ponieważ bohaterowie wciąż jeszcze nie potrafią w pełni ze sobą współpracować, to wpadają w poważne tarapaty.
  • Z opresji ratuje ich broda Kurta Russella, który przychodzi i mówi do Star-Lorda: Jestem twoim ojcem… i międzygalaktycznym bogiem-Hitlerem…
    I zabiłem twoją matkę.
  • Quill musi pogodzić się z tym, że jego nowo odnaleziony ojciec jest psychopatą. Walczą w stylu pojedynków z Dragon Balla.
  • Yondu umiera, ale w sumie jest szczęśliwe zakończenie, ponieważ poświęcił się dla Petera.

Koniec sekcji SPOILERowej, możecie wrócić do czytania.

Pomiędzy te punkty powtykane są sceny, w których:
a) Yondu jest OP;
b) Rocket jest OP;
c) Baby Groot promuje zabawki;
d) Drax jest kretynem, ale uroczym w swojej głupocie;
e) Star-Lord ma problem z tym, kto tak naprawdę był jego tatą;
f) ci żółci goście zachowują się dziwacznie;
g) kosmiczni piraci dostarczają całą maaaaasę dowcipasów;

I to nie jest problem natury takiej, że – O matko, co za gówno. Nie jest to też nudne czy coś. Po prostu mam wrażenie, że James Gunn zachłysnął się wolnością twórczą, jaką studio mu zaoferowało i cały czas tylko ciśnie – Patrzcie, jaki Yondu jest super. Patrzcie teraz, jaki Rocket jest błyskotliwy. Patrzcie, jaki Baby Groot jest słodziaszny (figurki po jedyne 19,99$). Nie ma tutaj miejsca na jakieś upadki, bohaterowie są niezniszczalni, a nawet jeśli, na ten przykład, dostają się do niewoli, to szybko uciekają, robiąc przy tym rozpierduchę. Nie chce mi się tego teraz szukać, na pewno ktoś to policzył albo w najbliższej przyszłości policzy, Yondu za pomocą swojej sterowanej gwizdaniem strzały (sic!) zabija w tym filmie ze sto osób, samemu w zasadzie będąc niezniszczalnym.

Sceny z Grootem (chyba wszystkie, musiałbym obejrzeć jeszcze raz, żeby to ocenić) są męczące. Na początkowych napisach urokliwie tańczy, później, za każdym razem, gdy się pojawia, to jest podkreślane, jaki to on nie jest uroczy i słodki, i w ogóle. Nie wyskakujcie w komentarzach* z tekstami, że to miało stanowić parodię postaci będących w filmach maskotkami – moim zdaniem, jeśli taki był zamiar reżysera, to mu nie wyszło.

Nawet część dowcipów jest albo przeciągnięta, albo po prostu słaba. Na przykład ten kosmiczny pirat z głupim imieniem. Ciągną to w nieskończoność. Żart z Grootem, który nie potrafi pojąć, co ma przynieść i znosi do bohaterów śmieci, również niemiłosiernie się ciągnie. Rozwaliła mnie także scena podróży kosmicznej, kiedy postacie dokonują na pokładzie statku sekwencji kilkuset skoków (czymkolwiek by one nie były). Nauka za tym stojąca sprawia, że zaczynają się zniekształcać, oczy wychodzą im z orbit etc. Wygląda to jak w Masce albo Looney Tunes i bierze się po prostu znikąd.

Również muzyka wypada słabiej niż w pierwszej części. Awesome Mix Vol.1 po obejrzeniu filmu słuchałem w kółko, wciąż lubię sobie puścić. Tutaj nic nie zapadło mi w pamięć. Najlepsze było Fox on the Run ze zwiastuna, którego jednak nie pamiętam z filmu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ta piosenka w ogóle nie pojawia się w filmie.

***

Dwie rzeczy naprawdę mi się podobały i uważam, że w tym filmie zagrały perfekcyjnie.

Pierwsza to postać Draxa. Dave Bautista urodził się do tej roli. Jest w niej bezbłędny, wypada nawet lepiej niż w części pierwszej. Jego Drax jest bezpośredni, szczery do bólu, naiwny, żyje w swoim świecie, ale jednocześnie to naprawdę wierny kompan.

Druga rzecz, którą chcę pochwalić, to – uwaga, zaskoczenie – wątek romansowy. Podobało mi się to, jak została rozegrana relacja Petera i Gamory. Naprawdę. To jest taki typowy motyw, przebiegający zgodnie ze schematem – O, nie cierpię cię! Ja ciebie bardziej! A na końcu i tak jest: Hail to the king, baby. Podobały mi się te minisprzeczki i Gamora zgrywająca twardzielkę, tak naprawdę bojąca się otworzyć oraz finał, kiedy to w obawie przed utratą Petera, zrywa tę maskę i pokazuje, że mu na nim zależy. No bo ze strony Star-Lorda nie należy się spodziewać ukrywania czegokolwiek. Stanowią oni oczywistą parę, ale ja nie mam nic przeciwko takim przyciągającym się przeciwieństwom.

***

Tak to wygląda. Jeśli podobała się Wam część pierwsza, to pewnie już widzieliście kontynuację i macie o niej wyrobione zdanie, jeśli nie, to nie sądzę, żeby druga część przypadła Wam do gustu. Jest to więcej tego samego, tylko rozciągnięte, gdyż w miejsce fabuły James Gunn mógł powpychać te wszystkie scenki, o których pisałem w tekście.
Nie zrozumcie mnie źle – Guardians of the Galaxy vol.2 nie jest żenująco słabe ani nic z tych rzeczy. Jest jedynie fajne, nie spełnia oczekiwań, jakie w nim pokładałem.

***

*Trochę naiwnie wierzę, że tekst ten przeczyta ktoś, komu będzie się chciało komentować w ten sposób.

Jaskier

Po dwóch niezbyt udanych próbach zawładnięcia kinami oraz latach emitowania kolejnych serii, Power Rangers zaliczyli ponowny występ na wielkim ekranie, tym razem stanowiący reboot marki, dodatkowo będący remake’iem pierwszego sezonu, czyli kultowego Mighty Morphin Power Rangers.

Jak wyszło?
Cóż, ja liczę na to, że powstanie kontynuacja z historią Tommy’ego Olivera, czyli Ritą kontrolującą szóstego Rangera, który później przechodzi na właściwą stronę. Niestety, dane z box office’u nie nastrajają pozytywnie – film zarobił w USA marne 83mln$ i raptem 47lmn$ na zewnętrznym rynku*, nie natrafiłem również na żadne informacje dotyczące planów na kontynuację. Niby nie szukałem, ale zazwyczaj tego typu doniesienia wyskakują mi na tablicy facebooka. Najwidoczniej problemy produkcji oraz dłużyzny w pierwszym i drugim akcie przeważyły nad naprawdę satysfakcjonującą końcówką.

Co z tym filmem jest więc nie tak?
Niestety sporo. O ile zrozumiałe jest to, że w przeciwieństwie do serialu w filmie przemiana z nastolatków z odpowiednią postawą w Power Rangers musi chwilę potrwać, to mimo wszystko dzieje się to za wolno. Przez większość czasu obserwujemy tworzenie się relacji w drużynie i jasne – to jest ważne, a serial miał kilkadziesiąt odcinków, więc w pilocie mógł na to srać, ale siedziałem w kinowym fotelu, wyczekując chwili, gdy Jason krzyknie ITS MORFIN TAJM, przywdzieją swoje kiczowate kostiumy i ruszą tłuc kitowców, a dzieje się to dopiero pod koniec, ponieważ wcześniej nie mieli dostępu do Morphin Grid, ponieważ nie potrafili się dogadać, przez co ich chi było rozbalansowane. Czy coś.
Z zapowiadanego w zwiastunach The Breakfast Club też niestety niewiele się ostało. Ot, Jason i Billy poznają się właśnie podczas odbywania kary, ale potem i tak muszą jechać do jakiegoś kamieniołomu, gdzie zupełnym przypadkiem natrafiają na Zacka, Trini i Kimberly, ponieważ opuszczone kamieniołomy to supermiejsce do włóczenia się, gdy jesteś amerykańskim nastolatkiem. Ten cały początek spokojnie można by przemodelować, pozwolić im wszystkim się spotkać w kozie, skąd – zamiast pisać jakieś głupie wypracowanie – postanawiają się urwać. W międzyczasie Zordon odkrywa, że Rita po dziesięciu tysiącach lat w końcu jest wolna milionach lat powraca i znów stanowi zagrożenie, każe Alphie sprowadzić piątkę nastolatków. BANG! jesteśmy w domu po piętnastu minutach filmu. Rozwój bohaterów, scenę ogniska z wyznawaniem win, kolejne weekendy w kozie można by było dać już po tym.
Zamiast tego wyjeżdżają z jakimś przeznaczeniem, bo znaleźli monety, więc to oni są predestynowani do zostania nową drużyną. Dlaczego po prostu nie zostali przeteleportowani do centrum dowodzenia, dlaczego nie dostali morferów i nie ruszyli kopać tyłków? Koncept Power Rangers jest tak kretyński, że tego typu próby urealnienia go muszą zawieść. To jest problem, z jakim kino superbohaterskie uporało się już kilka lat temu. (Albo raczej tylko jego marvelowska część… jak widać). Mimo tego mhocznego tonu, film wielokrotnie odnosi się do swoich kiczowatych korzeni. Jest tutaj na przykład mowa o zordach, że zadziałały trochę jak transformersy i po przybyciu na Ziemię przybrały kształt najpotężniejszych żyjących ówcześnie istot – dinozaurów. Chuj tam z pterodaktylem, który dinozaurem nie był, ale mastodont i tygrys szablastozębny pojawiły się na świecie miliony lat później. Jest to oczywiste nawiązanie do pierwszego sezonu, gdzie zostało to w niemalże identyczny sposób ujęte.
Tego typu mrugnięć okiem jest znaczenie więcej, aczkolwiek wszystko się przez to rozjeżdża. Z jednej strony robią Kronikę, ból istnienia i nastolatków z różnej maści problemami w domu, z drugiej próbują robić laskę fanom, niczym Disney z nowym kanonem SW.

Odnośnie głównych bohaterów:
Jason jest typem kapitana drużyny, który w wolnych chwilach zostaje królem balu. Jednak za swoje wybryki rodem z Niecnych uczynków zostaje zawieszony, wyrzucony z drużyny, ma elektroniczny dozór i może zapomnieć o karierze sportowej, czym sprawia olbrzymi zawód ojcu.
Billy jest genialnym, ale nieco zwichrowanym chłopakiem. Nie umie w zdolności międzyludzkie i ma problem z pogodzeniem się ze śmiercią ojca. I jest czarnoskóry.
Kimberly to królowa balu, dziewczyna z idealnego domu, ale odwaliła niezłą imbę, wysyłając swojemu byłemu zdjęcie jego nowej dziewczyny. Takie, wiecie +18.
Zack jest szalony i lubi wagarować, ale ma dobre serce, bo opiekuje się chorą matką. I jest Azjatą.
Trini również ma problemy z akceptacją ze strony rodziców. Konserwatywna matka nie umie pogodzić się z tym, że jej córka jest lesbijką.

Jak widzicie, postacie może i nie są jakoś niesamowicie rozbudowane, ale nakreślone w dość precyzyjny sposób. Każda ma swoją archetypiczną rolę. Na plus zasługuje również pokazanie więzi i relacji z rodzicami. Obejrzałem jakiś czas temu siedemnaście odcinków pierwszego sezonu i w żadnym z nich nie pojawia się członek rodziny faktycznie mieszkający z którymś z Rangersów – za to pełno jest wyjętych z dupy wujków i kuzynów, którzy akurat przyjeżdżają w odwiedziny.

Drugi plan stanowią Zordon i Rita.
Zordon (twarz Bryana Cranstona) jest chujkiem, który chce bezwzględnie wykorzystać naiwność piątki młodych ludzi, by wrócić do pełni sił i samemu stanąć do walki z zagrożeniem ze strony Rity. Jak się nad tym zastanowić, to brzmi bardziej jak plan złoczyńcy. Wiadomo jednak, że Zordon w odpowiednim momencie zdecyduje nie robić w wała drużyny i zostanie gadającą twarzą ze ściany. No i cóż, to Bryan Cranston, ciężko powiedzieć o nim coś złego.
Natomiast grająca Ritę Elizabeth Banks błyszczy. Ta rola przepełniona jest kiczem oraz teatralnością. Aktorka doskonale bawi się na planie ubrana w ten groteskowy strój prosto z mokrych snów trzynastolatka. Filmowa wersja Rity znacznie różni się od serialowego pierwowzoru i to nie tylko pod względem wyglądu. Faktycznie stanowi zagrożenie, jest w stanie mordować zwykłych ludzi, a nawet uśmierca jednego z Rangerów… ale potem mu się polepsza, więc spoko. Jeśli coś z tego filmu jest warte zapamiętania, to jest to rola tej aktorki.

Za zmianą tonu poszła zmiana stylistyki – zordy i stroje Rangersów nie przypominają tego, co można było oglądać w serialu. Kostiumy są o wiele bardziej futurystyczne, przypominają zbroje. Jest oczywiste, że w wysokobudżetowym filmie bohaterowie nie mogą biegać w spandexie i hełmach, chociaż prywatnie bym wolał, by akurat tego nie zmieniano.
Zordy natomiast to osobna sprawa. Są spoko i jak tylko (w końcu) się pojawiają w akcji i przez chwilę gra kultowe Go Go Power Rangers, to są ciary, uśmiech od ucha do ucha, a wewnętrzne dziecko każe wstać z fotela i skakać z radości i ekscytacji. Również są o wiele bardziej futurystyczne niż odpowiedniki z pierwszej serii, ale troszkę dziwaczne. Musiałem w Internecie poszukać, czym jest zord Zacka, bo ni cholery nie rozpoznałem w nim mastodonta. W końcu też walczą zordami samodzielnie, zamiast od razu zmontować je w jednego wielkiego robota.

***

Summa summarum, Power Rangers nie było dla mnie wielkim rozczarowaniem. Ostatnie dwadzieścia minut – walka najpierw w zordach, późniejsze uformowanie megazorda, cała ta akcja – zrekompensowały mi dłużyzny pozostałej części filmu. Ewentualna kontynuacja nie byłaby już genezą, więc można by było od razu przejść do mięska, ale chyba się na nią nie zanosi.
W pewnym sensie jest to jednak zmarnowana okazja, ale zawsze pozostaje niemalże ćwierć setki sezonów serialu. Ten film niestety się gdzieś po drodze pogubił, nie umiał znaleźć własnej tożsamości i ostatecznie poległ w starciu z innymi marcowymi premierami.

*Za boxofficemojo.com.

Jaskier

PS Które sezony pamiętacie z dzieciństwa?
Ja oglądałem na stacji na „p” rano w sobotę i w niedzielę:
Mighty Morphin Power Rangers 1-3
Power Rangers Zeo
Power Rangers Turbo
Power Rangers in Space
Power Rangers Ninja Storm
Power Rangers Dino Thunder
Power Rangers Lost Galaxy

Czy ta seria stanowiła dużą część Waszego dzieciństwa?
Może byście byli zainteresowani przeczytaniem mojego nerdzenia i wspominania budowanych z LEGO zordów, wspartego odświeżeniem sobie serialu?
Dajce znać w komentarzach. ;)

Netflix w kooperacji z Marvelem w końcu to zrobili – powstał nudny serial, który jakością spokojnie może powalczyć z najgorszymi sezonami Arrowa. A tak liczyłem na wzrost formy po słabawym Luke’u Cage’u.

Fabuła jest prosta i – jak pisałem na fanpejczu kilka tygodni temu – jebie Arrowem. Uznany za dawno zmarłego dziedzic fortuny i – poprzez 51% udziałów – także korporacji wraca do miasta i rozpoczyna walkę o odzyskanie tego, co mu się należy. Okazuje się jednak, że przez te piętnaście lat w Nowym Jorku wiele rzeczy się zmieniło i powrót do świata żywych nie będzie dla Danny’ego Randa taki prosty, jak mu się początkowo wydawało. I, wiecie, przez kilka pierwszych odcinków mamy potyczki prawne, posiedzenia zarządu, wizyty u prawników, rozmowy z prawnikami, straszenie prawnikami, sceny z życia w korpo, sceny z pracy w korpo, ludzi ubranych w garnitury i tego typu sprawy.
W serialu, który jest o najzajebistszym wojowniku kung-fu na świecie, ponad połowę czasu poświęca się sprawom majątku, firmy i członkostwa w zarządzie. Brak słów, więc rzucę po prostu dwoma hasłami – lol XD.
I tak jest już do samego końca. Jeszcze do szóstego odcinka, w którym ma miejsce coś na kształt tandetnego turnieju rodem z Mortal Combat czy czegoś w tym stylu, można się łudzić. Można mieć nadzieję, że koniec z tym korpo-bełkotem, że zaraz zaczną latać na sznurkach i w jakiś cudaczny, nierealistyczny sposób się okładać.
Ale nie…

***

Fabuła totalnie zawodzi, jak napisałem powyżej – cały czas się przewijają jakieś nudy związane z korporacją, z którą związani są bohaterowie. Może za to o nich samych można coś dobrego powiedzieć?
Nic bardziej mylnego.
Danny Rand, w którego wciela się Finn Jones, jest beznadziejny. Absolutnie nieautentyczny i nieprzekonywujący. Ma być mistycznym wojownikiem, człowiekiem, który przez piętnaście lat trenował sztuki walki i panowanie nad emocjami, niezniszczalną Żywą Bronią, ma być z niego król kug-fu jak lew jest król dżungli.
A jest jak rozpieszczony bachor. Dosłownie. Nie ma za grosz luzu, tylko chodzi wściekły i bez zastanowienia wszystkich chce tłuc. W dodatku cała jego motywacja związana jest z tym, że gdy kogoś zabija, to traci równowagę swojego chi, więc nie może używać wtedy mocy Iron Fista. Z tego powodu liczbę użycia przez niego tej zdolności można policzyć na palcach. To śmieszne, że akurat postać, która ma tytuł, oryginalny komiksowy pseudonim od samego początku serialu, kompletnie na niego nie zasługuje. W przeciwieństwie do pozostałych postaci z nadchodzących Defenders Danny nie przechodzi żadnej drogi, niczego się nie uczy, pod żadnym pozorem NIE widzimy w nim tytułowego bohatera.
Pizda, nie Iron Fist, jak powiedziałby mój były współlokator.

Postaci drugoplanowych jest kilka.
Jessica Henwick gra Colleen Wing*. Początkowo wydaje się spoko bohaterką, jest budowana między nią i Danny’m koleżeńska relacja, ma jakieś problemy z agresją, więc chodzi je rozładowywać na nielegalne walki, gdzie – O-CZY-WIŚ-CIE – rozkłada dwa razy większych od siebie facetów, co jest akurat fajne, ale, bo rzecz jasna musi być jakieś ale, zostaje to wyrzucone do kosza. Walki w klatce są raptem dwie, po jakimś czasie nawiązuje się między nią i Danny’m kiczowaty, wymuszony romans, okazuje się na koniec, że ona jest z Ręki, więc Danny jej nienawidzi, ale ją kocha, więc nie może jej nienawidzić…

Jest jeszcze Ward Meachum, taki człowiek w korpo, który kumplował się z Danny’m, gdy byli dzieciakami. On jest jedyną postacią, która naprawdę się rozwija, czegoś się uczy. Tylko jest jeden problem – to miał być serial o pieprzonych mnichach-wojownikach z mistycznego miasta z innego wymiaru, a nie historia zmagającego się z uzależnieniem i apodyktycznym ojcem korpo-wapniaka.

No bo jest ojciec, grany przez Davida Wenhama. Niby nie żyje, ale tak naprawdę po śmierci w wyniku raka wrócił do życia dzięki zawarciu umowy z Ręką i siedzi cały czas (w sensie kilkanaście lat) ukryty w luksusowym apartamencie, sterując firmą jako szara eminencja. W zamian za powrót do życia pozwolił Ręce na zinfiltrowanie swojej firmy, jednakże jako niecny biznesmen naturalnie knuje przeciwko nim.

Ręką steruje Madame Gao. Z jakiegoś dziwnego powodu… Postać ta pojawiła się wcześniej w obu sezonach Daredevila, gdzie była przedstawicielką chińskiej mafii. Tutaj kieruje Ręką, a przynajmniej tym członem Ręki, który odpowiedzialny jest za robienie kasy na narkotykach. Bo tak – mistyczni zombie-ninja z Japonii w tym serialu są dresami koszącymi kasę na dragach. A druga część Ręki – bo są tutaj dwa takie jakby odłamy – zajmuje się zbieraniem młodych ludzi, uczeniem ich, wpajaniem własnych zasad i wysyłaniem w świat, gdzie mają czekać jako uśpienia agenci. Tak sądzę.

I jeszcze wspomnę o Claire Temple. Kurwa. Kiedy wcześniej pojawiała się, spajając te seriale, to było na swój sposób urocze. Memy I’m here to talk to you about The Defenders Initiative mnie śmieszą. Ale kiedy pojawia się tutaj i mówi, że wciąż wpada na ludzi o niezwykłych zdolnościach, że ma doświadczenie z tym całym pokręconym gównem, ale NIE zadzwoni do Matta Murdocka, żeby przyszedł skopać dupę Ręce, tylko sama wpycha się na wszystkie misje i robi za głos „rozsądku”, przypominając bez przerwy, że nie można nikogo zabijać, to mi się rzygać chce.

***

Jeśli mowa o Daredevilu, to tam były lepsze walki. Niby Matt był szkolony przez mistrza wschodnich sztuk walki, ale w dużej mierze polegał na swojej sile i agresji, przez co choreografia nabierała ulicznego, brudnego posmaku. Tutaj, gdzie karykaturalne wręcz ciosy rodem z Domu latających sztyletów sprawdziłyby się fenomenalnie, gdzie można by zaszaleć z akrobacjami, turbokopniakami mamy co? Poszatkowane i posklejane w montażowni scenki, w których twórcy starają się przekonać widza, że Finn Jones umie w kung-fu.

Wraz z brakiem widowiskowych starć na dłonie i nogi, których wszyscy się spodziewali, przychodzi odarcie z mistycyzmu. Nie ma żadnych scen z Kunlun, gdzie Danny przebywał przez piętnaście lat. Wychodzi na to, że całe to jego szkolenie polegało w głównej mierze na wkładaniu mu do głowy, że Ręka jest zła, ponieważ nie widać po nim, by nauczony został czegoś innego. Jasne, niby umie walczyć, ale nie idzie za tym roztropność, samokontrola i panowanie nad emocjami, które związane są z kung-fu. Równie dobrze Danny mógłby przez piętnaście lat mieszkać na ulicy w Rio de Janeiro i tam nauczyć się bić.

***

Żal. Nie traćcie na to nawet czasu.

To uczucie, gdy w serialu o wojowniku kung-fu najbardziej prominenty i rozwinięty jest wątek uzależnionego od leków przeciwbólowych kierownika korporacji.

***

Trzy filmy o kung-fu, które lepiej obejrzeć zamiast Iron Fista:

  • Kung Fu Panda
  • Karate Kid
  • Ip Man

*Yellow-washing?

Jaskier