Feeds:
Wpisy
Komentarze

a co jesli…?

a co jesli tak naprawde nikt nikogo?

jesli mama robi dobra szarlotke
a Tata nauczyl cie wbijac gwozdzie
wiec w sumie im sie nalezy

a co jesli oni ciebie tylko dlatego,
zeby byl ktos, kto poda szklanke wody?

a co jesli wszyscy wokol udaja?
bo fajnie jest miec do kogo napisac:
kup chleb, zrob pranie, wyprowadz psa
i w sms-ie jest tylko ten chleb, i to pranie, i ten pies
i jeden pies, do kogo to napiszesz
bo jest fajnie

a co jesli to wszystko nieprawda
a prawda to tylko krew, pot i lzy
i wszystko inne, co slone lub gorzkie
a slodycz wymyslil ktos, zeby oslodzic gorycz
i uwierzylismy, ze da sie to zrobic
i mimo iż czasem watpimy
to fajnie jest dac sie nabrac na taka sztuczke magiczna
bo jest fajnie

Jaskier

Reklamy

Hej, w końcu, ponad miesiąc po premierze, gdy wrzawa wokół tego filmu już niemal zupełnie ustała, pojawia się mój tekst na jego temat.
Czy dołoży cokolwiek do dyskusji?
A czy kogokolwiek to obchodzi? xD

Na wstępie chciałbym się odnieść do burzy, jaką ten film wywołał wśród fanatyków Odległej galaktyki. Jeśli zerkniecie teraz na stronę produkcji w serwisie Rotten Tomatoes, zobaczycie, że pomimo pozytywnego przyjęcia w gronie krytyków (91% na tomatometrze, przy średniej 8,1/10), to oceny miłośników gwiezdnej sagi są podzielone. Statystycznie rzecz ujmując, podzielone na pół (49% pozytywnych ocen, przy średniej 6/10). I to naprawdę było widać w internetach.
Chcę więc przypomnieć, że każdy ma prawo do własnej opinii i może ją głośno wyrażać (o ile – rzecz jasna – zgodna jest z moją). Dlatego więc zapraszam do dyskusji, gdy już przeczytacie moje argumenty. Bo mi się ten film nie podobał i o ile nie nazwałbym go porażką 2017 roku, to na pewno był sporym zawodem.

Pierwszy poważny problem miałem już na samym początku. Gdy Poe wyleciał, żeby wysolować flotę Pierwszego Porządku i zaczął śmieszkować przez komunikator z Huxem, żachnąłem się zażenowany. Poważnie, to przecież był poziom Gwiezdnych jaj, przez te pierwsze minuty zastanawiałem się, czy czasem widzowie na tym seansie nie padli ofiarą jakiegoś żartu ze strony kina lub studia, a prawdziwy film się zacznie dopiero za chwilę.
Zaraz potem mamy sekwencję z gry wideo, w której Poe niszczy wszystkie działka wielgachnego statku, a BB-8 mija Jar-Jara z lewej, wykonując drugie okrążenie w wyścigu po laur pierwszeństwa w kategorii „miał być śmieszny, ale irytuje”. Potem, niemalże momentalnie, następuje zwrot tonu o sto osiemdziesiąt stopni. Ze scen komediowych podśmiechujków superpilota przechodzimy do akcji rodem z filmów o ataku na Pearl Harbour. Ludzie giną, jest podniośle, wszyscy są gotowi zgiąć w walce z Początkowym Porządkiem i w gruncie rzeczy właśnie to się dzieje – Rebelia, a nie – przepraszam – ruch oporu ucieka zdziesiątkowany.
Te dwa fragmenty, następujące bezpośrednio po sobie, tak różne w tonie, zupełnie wybiły mnie z filmu i siedziałem na sali kinowej, zastanawiając się, co ja właściwie oglądam i czy nie byłoby lepiej rzucić popcornem w ekran i wyjść.

No ale skoro już zapłaciłem za bilet (i za popcorn!), to zostałem do końca seansu.

Z początkiem filmu wiąże się również inny problem, jaki z nim mam – kompletnie nie rozumiem, jak wygląda rozkład sił w galaktyce. To pytanie Ostatni Jedi pozostawia bez odpowiedzi. Nie wiadomo, jak Pierworodny Porządek zdobył fundusze na trzęsienie całą galaktyką (mimo iż ich zasoby wydają się być mocno ograniczone…), dalej nie rozumiem, po co wstawiano do TFA Nową Republikę, od której musiał się odłamywać ruch oporu, skoro została ona zamieciona pod dywan i najwyraźniej nie ma już żadnego znaczenia politycznego albo militarnego… o ile jeszcze cokolwiek z niej pozostało.
I zanim ktoś wjedzie na białym koniu, to uprzedzam:
Nie, takiego problemu nie było w Oryginalnej trylogii. Tam było wiadomo, że jest potężne Imperium, które trzęsie całą galaktyką, a Rebelia bohatersko się przeciwstawia. Tutaj, z racji tego, że WIEMY, co działo się wcześniej, naturalne byłoby wyjaśnienie tych spraw, naświetlenie obecnego status quo. Dziwne i niezrozumiałe dla mnie jest też to, że zaraz po zniszczeniu planetarnej Gwiazdy Śmierci, Prapremierowy Porządek jest w stanie przegrupować się i uderzyć w bazę ruchu oporu. Czy oni czasem nie stracili swojej głównej bazy?

Okropecznie też nie mogę przeboleć całej sekwencji „pościgu” za flotą ruchu oporu. Bo okazuje się, że Debiutancki Porządek wszedł w posiadanie technologii pozwalającej śledzić statki w nadprzestrzeni. Więc po tej batalii z początku filmu, po której ruch oporu na swoich trzech statkach na kiju ucieka, zaraz za nimi z nadprzestrzeni wyłania się potężna flota, startują myśliwce, masakrując pozostałości po myśliwcach ruchu oporu. Nagle jednak zostają odwołane, wracają do hangarów i rozpoczyna się powolny pościg. Motyw jest taki: ruch oporu nie może uciec, bo mają za mało paliwa, a poza tym i tak zaraz by zostali namierzeni. Z kolei siły FO mają statki uciekających wrogów poza zasięgiem dział, więc tylko za nimi powoli suną przez kosmos, czekając na to, aż tamtym skończy się paliwo. I tak przez godzinę filmu. Czemu zawrócili swoje myśliwce, skoro szło im tak fenomenalnie? Wymęczyły mnie niebywale sceny tego pościgu i cały motyw z biegającym po statku Poe, któremu nikt nic nie chce powiedzieć, więc chłopak w dobrej wierze wszczyna bunt. Wymęczyły mnie do tego stopnia, że kiedy wreszcie pościg się skończył, to spodziewałem się napisów końcowych i dopiero po chwili sobie uświadomiłem, że jeszcze kupa czasu, bo przecież na tej planecie też coś będzie się musiało dziać.

Dla odmiany pochwalić chcę wątek Rey, która, odszukawszy Luke’a, pragnie posiąść jak najwięcej wiedzy i zdolności Jedi. Skywalker, przebywając na dobrowolnym wygnaniu, odciąwszy się od Mocy, wiedzie życie pustelnika i niezbyt ma ochotę na powrót starych dobrych czasów ze szkołami Jedi, świątyniami oraz ludźmi kłaniającymi się w pas użytkownikom Mocy. Początkowo nie chce wyjawić, co sprawiło, że porzucił plany wychowania nowego pokolenia Jedi, widz zaczyna podejrzewać, że musiało wydarzyć się coś okropnego, a scenariusz umiejętnie podsyca te podejrzenia. W przeciwieństwie do pozostałych wątków, tutaj jednak zostaje wyjawione wystarczająco dużo – poznajemy wersję wydarzeń oczami Kylo Rena, a następnie poznajemy również wersję Luke’a. Obie składają się w spójny obraz upadku marzeń o przywróceniu istnienia Zakonu Jedi, doskonale tłumacząc, dlaczego Luke postanowił zostać banitą i żyć na odludzi i w jaki sposób przeobraził się w zrzędliwego dziadka.

Skoro mowa o Kylo, to skupmy się teraz na tej postaci. Do pewnego momentu podobało mi się, jak była prowadzona ta postać. Widzimy jego dalsze rozdarcie między Jasną a Ciemną Stroną Mocy, widzimy narastający w nim gniew oraz frustrację, które zachowanie Snoke’a jedynie wzmaga. Przywódca Dziewiczego Porządku szczuje swojego ucznia, nie zdając sobie sprawy z tego, że doprowadzi to do utraty kontroli nad nim. W kulminacyjnym momencie, gdy niezdecydowany, rozgoryczony i z pewnością zakompleksiony Kylo musi podjąć decyzję, postanawia zamordować swojego mistrza. I wtedy, muszę przyznać, szczęka mi opadła. Spodziewałem się raczej, że Snoke zatrzyma miecz za pomocą Mocy i pogratuluje chłopakowi odwagi, zdania ostatecznego testu i poleci następnym razem lepiej kryć swoje zamiary. Tak się jednak nie stało, Snoke pada martwy (tu powinien być dowcip, że Snoke jest jak fandom, ale żart ten zdążył się już zestarzeć, więc sobie daruję).
Niestety, w następnych scenach Kylo Ren wpada w tryb wściekłego nastolatka, w niemalże komediowy sposób wydzierając się na swoich podwładnych, kompletnie nad sobą nie panując. To był moim zdaniem błąd, ponieważ zabicie Snoke’a powinno pchnąć go dalej w rozwoju, powinniśmy widzieć, że faktycznie zostawia za sobą przeszłość i staje się kimś w swoim mniemaniu lepszym. Chociaż z drugiej strony… może Kylo dalej ma być portretowany jako nastolatek, który tak naprawdę sam nie wie, czego chce. Zdobył się na kolejną odważną decyzję, ale okazało się, że w żaden sposób go nie ukoiła, a jedynie wprowadziła więcej zamętu? Kurde, Kylo Ren to naprawdę najlepsza postać z nowych części,

W kwestii innych postaci:
Śmierć Snoke’a i brak informacji o nim i tym, jak przejął władzę, wiąże się z tym, o czym już wspominałem w tym tekście – sytuacja polityczna w galaktyce nie została odpowiednio nakreślona. I tak, zapewne jakieś książki lub komiksy to wyjaśnią, ale oceniam film jako produkt, który powinien być samowystarczalny. Wiadomo, że będzie czerpać z poprzednich części, ale nie chcę być zmuszany do sięgania po inne media, by zrozumieć, co się tu dzieje.

Kapitan Phasma to dalej jakiś żart.

Generał Hux również został sprowadzony do roli nadwornego błazna Pierwotnego Porządku. Z tą postacią nie będzie się już dało zrobić nic rozsądnego.

Poe Dameron wypada bardzo dobrze. W poprzednim filmie niemalże go nie było, tutaj natomiast nie dość, że ponownie obserwujemy jego popisy w kokpicie myśliwca, to jeszcze bohater ten zalicza pewien rozwój, czegoś się uczy. Obserwujemy jego rozwój z narwanego „pistolecika” w odpowiedzialnego dowódcę. Zaliczam to jako jeden z plusów tego filmu.

Po stronie ruchu oporu pojawia się również nowa postać – pani dowódca z fioletowymi włosami (serio, nie pamiętam już, jak się nazywała). No i spoko, budzi podziw wśród żołnierzy (nawet u Damerona), jest POWIEDZIANE, że gdzieś tam kiedyś świetnie dowodziła podczas jakiejś bitwy, ale na dobrą sprawię NIE WIDZIMY tych jej potężnych umiejętności i charyzmy. W dodatku, ginie w tym filmie, bohatersko poświęcając się w celu uratowania uciekających ruchaczy członków ruchu oporu. I to jest strasznie dziwne, ponieważ taka postać idealnie nadawałaby się do zastąpienia w przyszłości Lei (w związku ze śmiercią Carrie Fisher), a ten jej akt heroizmu mógł i powinien być wykorzystany do pożegnania się z inną postacią z sagi. Bo wiecie, kto też ginie w tym filmie? W zasadzie poza kadrem? Admirał Ackbar.  Brak słów.

Są jeszcze Finn i również nowa postać – Rose. Omawiam ich razem, ponieważ fabuła splata ich losy w wątku o pobocznym zadaniu polegającym na znalezieniu jakiegoś hakera na jakiejś planecie. Finna dalej nie rozumiem. I u niego obserwujemy rozwój – z takiego trochę tchórzliwego cwaniaczka, który chętnie podepnie się pod ruch oporu, ale najbardziej to by chciał gdzieś odlecieć i mieć święty spokój, przemienia się w Rolanda, który szarżuje na wroga, chcąc poświęcić życie w desperackim, heroicznym akcie odwagi. I to by naprawdę według mnie grało, gdyby Finn w TLJ zginął, dobrze by to domknęło jego wątek. Ale tak się nie dzieje, ponieważ #Rose.
Rose stanowi chodzący manifest pełen sprzeczności. Z jednej strony bezgranicznie oddana sprawie ruchu oporu – widzimy, że nie zawaha się użyć siły wobec dezerterów, nawet jeśli jeden z nich to chłopak z plakatu, bohater, jakim sama chciałaby być, wiemy też, że jest w stanie wszystko poświęcić i oddać, nawet jeśli to drogocenna pamiątka po zmarłej siostrze. Z drugiej strony wydaje się być zupełnie nieświadoma tego, że ruch oporu to organizacja militarna, która mimo iż walczy o słuszną sprawę, no to jednak walczy. No i w ostateczności nie potrafi pogodzić się z decyzją Finna i – wiecie – niszczy mu bohaterską śmierć.
Przygoda tej dówjki, na planecie z olbrzymim kasynem, sprowadza się do tego, że przylatują tam, zostają wrzuceni do celi za nieprawidłowe parkowanie, uciekają z pomocą hakera, który przypadkiem siedzi w tej samej celi i ratują jakieś króliko-konie wykorzystywane w wyścigach i wracają. Cała ta sekwencja jakoś mi tak zupełnie nie pasuje do reszty filmu, w dodatku przepełniona jest wieloma pustymi frazesami o tym jak to na wojnie zyskują bogaci, a tracą biedni, niewolnictwo jest nie w porządku, nie powinno się wykorzystywać zwierząt etc. Zupełnie jakby ktoś przyszedł do scenarzysty i powiedział: Weź mi tam wstaw do tego filmu jasny przekaz, że Disney jest przeciwko niewolnictwu, handlu bronią i znęcaniu się nad zwierzętami. I biedny scenarzysta postanowił upchnąć to wszystko w jednej postaci, która w ramach reagowania na napotkane na jednej planecie sytuacje przyjmuje postawę tuby propagandowej.

***

No i cóż – ja się strasznie zawiodłem, ale chętnie przeczytam, jakie są Wasze opinie – teraz, na chłodno, po upływie ponad miesiąca od premiery.

Jaskier

Byłem na nowym Blade Runnerze.
Wczoraj.
Nie podobał mi się.

Nawet nie wiem, od czego zacząć ból dupy, a fakt, że od trzech miesięcy nic nie napisałem, nie pomaga w zebraniu myśli. Bądźcie więc łaskawi dla tego tekstu przez wzgląd na to.
Chyba polecę ze SPOILERAMI, z góry uprzedzam.

Pierwsza rzecz, jaka mi w filmie nie pasowała, to to, że akcja dzieje się w dzień. Film zaczyna się od tego, że bohater grany przez Ryana Goslinga przylatuje na farmę białka (skoro można uprawiać wilgoć, to tym bardziej białko, c’nie?) i jest jasno. I nie pada.
Na rzeczonej farmie funkcjonariusz ma za zadanie wysłać na emeryturę wytropionego replikanta. Po krótkiej szamotaninie policjant wpakowuje zbiegowi kulkę, kończąc swoje zadanie. Zanim jednak doszło do walki, poszukiwany wyjawia widzom ważną informację – przybyły po niego policjant również jest replikantem – przedstawicielem nowszej, doskonalszej generacji o niezachwianym posłuszeństwie.
I ja wtedy – ale co? już? Niezbyt subtelne. Chociaż z drugiej strony – udawać, że Ryan Gosling jest prawdziwym człowiekiem – to byłoby trochę niepoważne.

Jednak w kolejnych minutach kwestia replikantności głównego bohatera zaczęła dla mnie nabierać sensu. Ba! stwierdziłem, że w tej fabule, gdzie nacisk rozłożony jest tak, a nie inaczej, nie byłoby czasu na stawianie pytań o naturę oficera K. Potem jednak wszystko zaczęło się rozmywać i kolejne gwoździe zaczęły być przybijane do wieka trumny z głośnym hukiem.

Nim jednak przejdę do omawiania poszczególnych wątków i postaci, kilka słów na temat mojego stosunku do wynoszonego w niektórych kręgach na piedestał oryginału – Blade Runnera Ridleya Scotta z 1982 roku.
Pierwszy raz obejrzałem go kilka lat temu, jeszcze w szkole… i stwierdziłem, że jest przegadany.
Przed chwilą obejrzałem go po raz drugi, o wiele bardziej doceniłem warstwę techniczną i wizualną (no ale to akurat nie powinno dziwić – Ridley Scott do dzisiaj umie te aspekty dopiąć na ostatni guzik), zakochałem się w brudnym, retrofuturystycznym klimacie i naprawdę doceniłem subtelnie prowadzoną fabułę i otwarte zakończenie. Wciąż nie uważam go za najlepszy film, jaki w życiu widziałem, nawet nie za najlepszy film tego reżysera, ale cieszę się, że zdecydowałem się na ponowny seans, gdyż to podejście, z nieco dojrzalszej perspektywy, pozwoliło mi docenić walory tej produkcji.
Potęgując moje negatywne odczucia do kontynuacji.

Skoro tak płynnie powróciłem do wątku głównego tego tekstu, to pozwolę go sobie kontynuować.
Jest jasno. Więcej niż raz. Nie wiem dlaczego, ale nijak mi to nie pasuje. W dodatku jedna z sekwencji ma miejsce w opuszczonym po wybuchu brudnej bomby mieście, gdzie wszystko jest jaskrawopomarańczowe od skażenia, bo… zielony zajął Hulk swoim promieniowaniem gamma?
Są też – rzecz jasna – sceny dziejące się w nocy, w brudnych uliczkach rozświetlanych blaskiem neonów, gdzie prostytutki i posiadacze spektrometrów(?) świadczą swoje usługi, ale po pierwsze – jest tego za mało, a po drugie – kłóci mi się to stylistycznie z tymi dziennymi scenami, kiedy jest pomarańczowo albo chłodno-szaro, ale jednocześnie rdzawo.

Poważnym problemem jest również występ Harrisona Forda. O ile jego powrót w The Force Awakens do roli, która wprowadziła go na salony, przypadł mi do gustu, to tutaj to jakaś autoparodia. Z łatwością mogę sobie wyobrazić, że pragnący żyć w spokoju aktor ukrywa się w jakimś opuszczonym hotelu, gdzie słucha starych piosenek, pije drogie alkohole i nocami czyta książki. Strzela do wszystkich, którzy w jakiś sposób mu w tym przeszkadzają – do fanów, dziennikarzy, agentów i ludzi próbujących wymóc na nim zapewniony w kontraktach udział w kolejnych częściach filmów, w których grał lata temu. W ogóle, te sceny z nim wyglądają nie jak sceny, tylko jakby faktycznie filmowcy wydybali go w jego kryjówce, nakręcili tam tyle, ile mogli i siłą zawlekli do studia na nagranie rozmowy z Jaredem Leto.

No bo właśnie – Jared Leto jest w tym filmie.
W trakcie seansu zdążyłem o tym raz kompletnie zapomnieć, ponieważ miał jedną scenę jakoś na początku, w której złowieszczo opowiadał o tym, że pragnie zapładniać replikant…ki (sic!), następnie na długi czas zniknął i potem pojawił się jeszcze raz, by porozmawiać z Deckardem o zapładnianiu replikantek. Dosyć monotematyczny typ. No ale taki jest jego cel, jako złowieszczego szefa złowieszczej korporacji – umożliwić replikantom rozmnażanie, by znacznie szybciej zwiększać ich liczbę, ponieważ potrzeba więcej rąk do pracy. Pieprzy przy tym poetycko o jakichś aniołach, które nie mają skrzydeł, wysyłaniu swojego potomstwa do gwiazd – takie typowe, górnolotne frazesy, jakimi wycierają sobie gęby złowieszczy prezesi złowieszczych korporacji w filmach science-fiction.

W ten sposób przechodzimy w tym tekście do głównego wątku filmu – w toku śledztwa okazuje się, że gdzieś tam lata temu replikantka faktycznie urodziła dziecko. Strony konflikty ruszają tym tropem i każda z nich ma swój cel – korporacja chce pokroić tego urodzonego replikanta, by nauczyć się, jak umożliwić swoim produktom rozmnażanie, policja natomiast, chcąc zachować stary porządek, wysyła K, by zlikwidował cel i wszelkie ślady po nim. Jest jeszcze trzecia frakcja, ale jej wątek pojawia się w trzech scenach i chyba – no nie wiem – liczyli na to, że będzie kontynuacja, w której będą mogli rozwinąć ten motyw. A śmierdzi on jakimś chorym dzieckiem Matrixa i Westworldu.

Z tym dzieckiem i odkrywaniem jego tożsamości związane są zwroty akcji tego filmu. Najpierw nie mamy pojęcia, o kogo może chodzić (heh), potem dostajemy kolejne poszlaki, by w końcu film dosyć wyraźnie potwierdził nam, że mieliśmy rację, co ma nieco sensu, jest jednak jedno ALE – wszystko dzieje się za szybko – więc orientujemy się, że jednak coś chyba jest nie halo i istotnie – przychodzi kobieta bez oka i mówi – Serio? Serio dałeś się nabrać? Co ty, masz cztery lata?
Te zwroty akcji wyskakują w pewnym momencie jeden za drugim i jest to trochę męczące.

Jared Leto może pojawić się tylko w dwóch scenach w filmie, ponieważ budżet pozwalał tylko na tyle przez większość czasu korporację reprezentuje jego prywatna replikantka, która chodzi po mieście, zabija funkcjonariuszy na posterunku (nie mają tam kamer?), strzela do ludzi rakietami z satelity i jest lodowatą suką, która ma ewidentnie jakiś kompleks powodujący u niej pragnienie przypodobania się „ojcu”. Jest to niesamowicie jednowymiarowa i nudna postać. Nie mam nic więcej do powiedzenia na jej temat. Ona też nie powiedziała nic, co mogłoby chociaż próbować mierzyć się z „łzami na deszczu”.

W zasadzie najciekawszy jest wątek sztucznej inteligencji, którą kupił sobie K. Joi, bo tak ma na imię program, na każdym kroku wspiera głównego bohatera, gotowa jest nawet ulec skasowaniu, czyli de facto zginąć, byleby tylko nie wpaść w ręce ludzi idących tropem jej ukochanego, którzy mogliby wykorzystać jej kod do znalezienia K.
Tak się też dzieje, nośnik, na którym zapisana jest Joi, zostaje zniszczony i trochę to dziwne, ale w filmie o sztucznie wytworzonych ludziach, który teoretycznie powinien zadawać pytanie o to, czy należy traktować ich jak ludzi, ja przejmuję się znacznie mniej ludzką postacią – rzeczoną Joi, która nie jest nawet żywą istotą. No właśnie – nie jest?
Czy jej miłość do K nie czyni z niej człowieka?
Ale czy jej uczucie było w ogóle prawdziwe, czy to tylko oskryptowane zachowanie zaprogramowane przez autora kodu?
Czy Joi naprawdę kochała K?
Pytanie te nasuwają się pod wpływem gigantycznej reklamy, którą już po śmierci ukochanej widzi główny bohater. Wielkie cyfrowe pośladki nie są może najsubtelniejszą formą przekazu, ale o ile lepszy byłby ten film, gdyby był po prostu o K wracającym codziennie do domu po ciężkim dniu wysyłania innych replikantów na emeryturę i godzinach testów psychologicznych, do domu gdzie czeka na niego ukochana w postaci sekwencji zer i jedynek. Bez tej całej intrygi z rozmnażaniem replikantów, bez złowieszczego Jareda Leto, bez zmęczonego życiem Deckarda.
Takie Her, tylko mniej gejowskie.

***

Podsumowując: dwóch zmarnowanych Dave’ów Bautistów na pięć i Jared Leto był w tym filmie?
Aha, całkiem sporo wirtualnych cycków i tyłków, także więc fani dziwnych japońskich pornosów będą zadowoleni.

Jaskier

Po pierwszym seansie Spider-Man: Homecoming wyszedłem z kina z myślą: „Bardzo fajny, zdecydowanie najlepszy jak dotąd film o Pająku”. Nie sądziłem, by był przełomowy dla produkcji superbohaterskich i może byłem nawet lekko zawiedziony tym, że to po prostu bardzo fajny film. W tym sensie, że nic ponad to. Coś* jednak kazało mi wybrać się na kolejny seans. Po drugim obejrzeniu filmu uważam, że jest naprawdę świetny – moja opinia od „fajny” podskoczyła do „CHCĘ WIĘCEJ FILMÓW ZE SPAJDERMENEM!1!!11!!”

Tym razem postawiono na aktora, który faktycznie wygląda na nastolatka. Tom Holland jest co prawda tylko rok młodszy ode mnie, aczkolwiek w przeciwieństwie do Tobey Maguire’a albo Andrew Garfielda, czy też całej masy innych pełnoletnich aktorów, którzy na przestrzeni lat wcielali się w licealistów, łatwo można uwierzyć, że grany przez niego bohater faktycznie ma piętnaście lat. W sumie to naprawdę jego wiek mnie zdziwił, gdy przed chwilą sprawdziłem go w Internecie.
No ale – nie chodzi tylko o aparycję aktora. O wiele bardziej liczą się przecież umiejętności i tych Hollandowi zdecydowanie nie brakuje. Jego wersja Petera Parkera to trochę ciapa, nieśmiały, acz niezwykle inteligenty i uzdolniony chłopak, który ma urocze, typowo licealne problemy w życiu prywatnym, codziennie czeka na ostatni szkolny dzwonek, by móc założyć kostium i ruszyć na patrolowanie swojej dzielnicy. Tom Holland potrafi oddać zarówno nieporadność i niepewność Parkera, jak i jego ekscytację z możliwości walki ze złem i pomagania ludziom.

Peter zakłada maskę w ramach współpracy ze Tonym Starkiem, który po wydarzeniach z Civil War pozwolił chłopakowi zachować kostium. Parker nakręcony tamtą misją rwie się do akcji, ale brutalna nowojorska rzeczywistość powoli ściąga go na ziemię – zamiast walczyć z superprzestępcami, kosmitami albo wielkimi robotami, zajmuje się drobnymi kradzieżami, pomaga turystom odnaleźć drogę, czyli – jakby to ująć alegorycznie – ściąga koty z drzew.

Wszystko zmienia się, gdy trafia na trop gangu zajmującego się handlem bronią wzmocnioną za pomocą superzłomu, który wala się po ulicach po każdej superbohaterskiej nawalance. Niepomny na przestrogi Starka, chłopak postanawia zająć się tym na własną rękę, udowadniając swoją wartość, chcąc potwierdzić, że zasługuje na miano bohatera i miejsce w zespole Avengers. Niestety, brak doświadczenia sprawia, że nawala, Stark traci do niego zaufanie, a i sam Peter zaczyna chyba powątpiewać we własne możliwości.
Mimo to bohaterska natura i potrzeba czynienia dobra biorą górę i gdy sytuacja tego wymaga, chłopak postanawia stanąć do walki z łotrem. Bez zaawansowanego kostiumu, uzbrojony jedynie we własne zdolności, spryt i prototypowe wyrzutnie sieci** staje naprzeciw bezwzględnego złoczyńcy i niemal ginie. Wtedy coś w nim pęka. Bo widzicie – przez cały film, w każdej ze scen akcji Peter gada jak najęty. Rzuca sucharami, komentuje, dodając sobie w ten sposób animuszu. Tutaj jednak, gdy wydaje mu się, że przegrał, że jego przeciwnik zatryumfował, a jemu grozi śmierć, zaczyna wołać o pomoc, płakać. Gdy jednak pojmuje, że jest zdany wyłącznie na siebie, zbiera siły i udaje mu się wydostać spod gruzu. To jest najważniejsza i jedna z lepszych scen w filmie – pokazuje, że Peter się czegoś nauczył – że jest jest prawdziwym bohaterem, że stał się dojrzalszy.

Dlatego finał, który jest ciemny i bardzo dynamiczny, chaotyczny, wypada nieco słabawo. Jesteśmy po najważniejszym momencie i na końcu doczepione jest obowiązkowe mordobicie.

Głównym złoczyńcą filmu jest Adrian Toomes, szef gangu zajmującego się wytwarzaniem i handlem bronią ulepszoną supertechnologią. Mam z tą postacią pewien problem – z jednej strony kreowany jest na ojca rodziny, człowieka, który zszedł na złą ścieżką tylko po to, by zapewnić byt rodzinie po tym, jak został oszukany przez możnych tego świata na potężny hajs. Z drugiej natomiast strony jest pieprzonym psychopatą – gdy stracił cierpliwość do jednego z podwładnych, to go rozwalił, postanawia zabić Pająka za mieszanie w jego biznesie, zaślepia go żądza bogactwa, tłucze jakiegoś przypadkowego zioma, który akurat stał na jego drodze.
Odczuwam niekonsekwencję w kreowaniu tej postaci, ale przeżywający renesans kariery Micheal Keaton daje z siebie w tej roli wszystko i jego charyzma sprawia, że w trakcie seansu zapomina się dwóch twarzach granego przez niego łotra. Poza tym, to jest niesamowite, co się przez ostatnie kilka lat dzieje z tym aktorem. Jego powrót do pierwszej ligi odbył się w takim stylu, że głowa mała. W pierwszej chwili aż było go żal do roli „tylko” Vulture’a, ale chyba mają co do tej postaci jakieś plany na przyszłość.

Bogatą przyszłość i przeszłość ma również inna postać pojawiająca się w tym filmie – Tony Stark. To jest w ogóle kosmos, jak potężnie bohater grany przez Roberta Downeya Jr. został rozwinięty na przestrzeni – nie bójmy się słów – dekady. Droga filmowego Starka od playboya-przemysłowca do playboya-superbohatera zasługuje na osobny, obszerny wpis. Może w 2018 z okazji dziesiątej rocznicy premiery Iron Mana
No ale Homecoming. Uprzedzając pytania i piętnując ból dupy sprzed premiery – wbrew zwiastunom i całej kampanii marketingowej, Tony’ego wcale nie ma aż tak dużo w tym filmie. To NIE jest Iron Man 4: Spider-Man: Homecoming.
Stark pełni tutaj ojcowsko-mentorską rolę wobec Petera. Tylko że tak naprawdę on sam potrzebuje tej relacji o wiele bardziej niż Parker. Z racji własnej trudnej historii z ojcem i tego, że czuł się przez niego niedoceniany (do czego jest odniesienie w tym filmie, ale wiemy to również z poprzednich), ma potrzebę bycia dla kogoś wzorem i oparciem, jakiego sam w młodości pragnął. I upatrzył sobie Petera do roli podopiecznego. Z tym że Stark nie bardzo umie w relacje międzyludzkie, dlatego miota się od chwalenia do karcenia, najpierw daje chłopakowi kostium, instaluje w nim pierdyliard ukrytych opcji, potem z powodu samowolki mu go zabiera, żeby na koniec stwierdzić, że Peter tego właśnie potrzebował, by nauczyć się własnej wartości.
Ostatecznie jednak to właśnie Spider-Man podejmuje dojrzałą decyzję, pokazując, że jest bohaterem i mimo iż będzie działał na małą skalę, trzymał się ziemi, pomagał maluczkim, to będzie to robił samodzielnie, będzie stał na własnych nogach, a to jest właśnie to coś, czego potrzebuje… przynajmniej przez pewien czas.

***

Warto wspomnieć jeszcze o kilku postaciach:
„Dodatkowi” łotrzy, którzy budzili niepokój przed premierą, okazali się być tylko tłem. Shocker to w gruncie rzeczy losowy rabuś, który akurat ma rękawicę. Jest to więc Shocker idealny. Tinkerer to tylko grubasek, który zajmuje się produkcją sprzętu. Nie widzimy go inaczej jak tylko w warsztacie, gdzie projektuje i buduje ekwipunek.

Ciocia May wypada bardzo dobrze (hehe). Martwi się o Petera i z dość zrozumiałych powodów może być przewrażliwiona i zbyt łatwo wpadać w panikę, ale kiedy trzeba, to rzuca wszystko, żeby pomóc chłopakowi.

Potężny ból dupy był także o Flasha, który tutaj nie jest łobuzem-sportowcem, tylko pozorem. Początkowo miałem wątpliwości, ale już po pierwszym obejrzeniu filmu stwierdziłem, że taka postawa ma w obecnych czasach o wiele więcej wspólnego z dokuczaniem w liceum niż bycie osiłkiem i kradzież drobnych młodszym uczniom albo spuszczanie im głowy w kiblu. Jestem w stanie uwierzyć, że bogaty, chamski typek z wybujałym ego potrafi zajść za skórę nawet bardziej niż przekonany o własnej wyższości kapitan szkolnej drużyny.

Obiekt westchnień Petera – czyli Liz – jest właśnie taka, jaka powinna być. To starsza wcześniej urodzona koleżanka ze szkoły, w której chłopak jest zakochany. Szkolna klasyka. Dodatkowo – jest ratowana tylko raz i to nie w finale, a cały film nie kręci się wokół tego, czy Peter ma z nią być, czy ma być Spider-Manem. Więc miłosny wątek jest na swoim miejscu – jest dość istotny dla Petera, no bo chłopak ma piętnaście lat, a dziewczynie, w której jest zadurzony nie jest obojętny, ale film nie robi z tego megadramy i nie opiera na tym całego swojego ciężaru, jak robiły wszystkie poprzednie produkcje ze Spider-Manem.

Inna dziewczyna – Michelle  – grana przez Zendayę, co do której zarzuty wyglądały tak, że ktoś wyprodukowany przez Disney Channel jest totalnym dnem, pełni w filmie raczej marginalną rolę. Moja dziewczyna zwróciła mi po seansie uwagę, że ból dupy przed premierą nie miał sensu, bo prawie tej postaci nie ma. Jasne, należy do tej samej paczki co Peter, ale raczej trzyma się na uboczu. Więc tutaj została tylko wprowadzona i najprawdopodobniej jej rola zostanie rozwinięta w kontynuacjach. Czy natomiast stanie się tutejszą wersją MJ? Może. Nie wiem. Naprawdę było jej na tyle mało, że ciężko prorokować. Na pewno wypada na plus, wbrew pochopnym opiniom sprzed premiery.

***

To naprawdę jest film o Spider-Manie, na jakie czekaliśmy i na jaki zasługujemy. Sam Spider-Man zasługiwał na taki film. Nie ma tutaj miłosnej dramy, nie ma wałkowania genezy (żadnych retrospekcji!), humor, dowcipasy i sceny akcji są idealnie zrównoważone z emocjonalnymi momentami.
Przede wszystkim jednak bohater przechodzi jakąś drogę – od niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania i udowodnienia wszystkim i sobie własnej wartości do nieco dojrzalszej wersji niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania. Biorąc pod uwagę to, że MCU jest projektem długoterminowym, nie mogę się doczekać, dokąd Petera zaprowadzi droga, na której pierwszy krok uczynił w tym filmie.

***

*Być może to, że na pierwszy spóźniłem się piętnaście minut i ominęło mnie całe wprowadzenie.
**Uwielbiam projekt tego własnoręcznie stworzonego kostiumu i niezmiernie się cieszę, że pojawił się w filmie.

Jaskier

PS Kto Was bardziej ucieszył – Pepper Potts czy Mac Gargan?

Dzisiaj w miarę zwięźle postaram się napisać o dwóch serialach, które obejrzałem, korzystając z platformy Netflix.

Trzynaście powodów

Serial miał premierę kupę czasu temu i tak się składa, że nawet moja dziewczyna zdążyła go obejrzeć przede mną. Ja potrzebowałem bodźca w postaci sesji. Wiadomo – student zrobi wszystko, byleby tylko się nie uczyć. Ponieważ znajomi polecali, to zacząłem oglądać, a jak już zacząłem, zostałem zaintrygowany, obejrzałem więc do końca.

Po obejrzeniu ostatniego odcinka zacząłem pisać długaśny post na fanpejczu… kilka razy. Skończyło się na dwóch króciutkich akapitach, ponieważ nie byłem do końca pewien, co sądzę o tym serialu i – przede wszystkim – w jakie słowa to ubrać.

No bo tak – historia dotyczy wydarzeń mających miejsce po samobójstwie uczennicy liceum. Dziewczyna przed śmiercią nagrała trzynaście kaset, na których wyjaśnia, co skłoniło ją do targnięcia się na własne życie. Głównym bohaterem jest jej kolega – chłopak, który był w niej zadurzony, ale z powodu jego pizdowatości nic z tego nie wyszło. Wysłuchuje kolejnych kaset, coraz głębiej wchodząc w umęczoną duszę dziewczyny.

Zastanawiałem się, jak to napisać i stwierdziłem, że nie ma sensu robić tego bez ujawniania zawartości ostatnich kaset, więc jeśli jeszcze nie oglądaliście tego serialu, a zamierzacie (co raczej odradzam), to wróćcie po maratonie. Albo nie. Jesteście wolnymi ludźmi.

Pierwsze kasety sprawiają, że – jak to ujął mój kolega z grupy – „myślimy, że Hannah była atencyjną dziwką”. Okazuje się, że miała grube pretensje do gościa, z którym była na randce, podczas której cyknął jej kilka śmieszkowych fotek (ale nie że tam na nich coś widać… jakoś bardzo), a później pozwolił na plotki dotyczące spółkowania.
Następnie ma pretensje do byłej już przyjaciółki, która zaczęła chodzić z tym chłopakiem z pierwszej kasety. Że to zniszczyło ich przyjaźń. Czy coś.
Potem okazuje się, że strasznie zabolało ją to, że została umieszczona w rankingu jednego z kolegów jako posiadaczka najlepszego tyłka w szkole.

Wraz z kolejnymi kasetami schodzimy coraz głębiej, problemy robią się naprawdę poważne. W stylu – Hannah była świadkiem gwałtu na koleżance. A potem sama również została zgwałcona. I wtedy jest takie: O KURWA, ale zaraz po chwili zacząłem się zastanawiać: CO?

No bo widzicie, tak się składa, że chodziłem do gimnazjum, gdy bycie emo było modne. Znałem ludzi, którzy odwalali niezły szajs i mieli blizny na rękach. Tylko że w przypadku Hannah wszystko i wszyscy zdają się skupiać na tym, żeby jej słabiej lub mocniej dojebać. A bohaterka nic, tylko nastawia się na kolejne ciosy. Serial stara się poruszyć istotne problemy, jakimi są cyberprzemoc i – kurwa – gwałty, ale świat przedstawiony wcale nie oddaje powagi tragedii, jaka się wydarzyła. Jest to przejaskrawiony przypadek, który – moim zdaniem – stara się aż za bardzo.

Na fanpejczu napisałem, że świat tego serialu jest dla mnie jak ten z Grease albo High School Musical. Ale nie. Pomijając latający samochód, bardziej jestem skłonny uwierzyć w nieprawdopodobne spotkanie Danny’ego i Sandy. Przykro mi, może nie mam wystarczająco dużo wrażliwości czy coś, dla mnie to jest tak samo przegięte i przedramatyzowane jak, no nie wiem – Sala samobójców.

 

Krzyk


Kiedy zacząłem oglądać Krzyk, mniej więcej tydzień po Trzynastu powodach, uderzyło mnie to, jak bardzo oba seriale są odrealnione. W obu przypadkach wiedziałem, że oglądane wydarzenia nie mogą zaistnieć w prawdziwym świecie, ale tutaj mi to zupełnie nie przeszkadzało. Niesamowity morderca, który bezszelestnie potrafił się zakradać do nastoletnich ofiar, by podrzynać im gardła, został stworzony dla rozrywki. Nie w misyjnym celu niesienia moralizatorskiego kaganka.

Pomysł, jak łatwo się domyśleć, wzięty został z serii filmów o tym samym tytule. Spośród czterech kinowych Krzyków widziałem jedynie oryginał Wesa Cravena, który jako podsumowanie pewnej epoki szczerze polecam. Ten serialowy również polecam, już dawno się tak dobrze nie bawiłem na slasherze.

Fabuła leci tak – wiele lat temu miejscowy kaleka popadł w obłęd i zamordował kilkoro rówieśników podczas szkolnego balu halloweenowego. Teraz pojawił się ktoś noszący jego maskę pooperacyjną, popełniający równie okrutne morderstwa. Zagadką jest nie tylko kto zabija, ale również dlaczego i komu uda się przeżyć.

Drugi sezon ujawnia tajemnice tych, którzy przeżyli masakrę z pierwszego. Pojawia się kolejny naśladowca… a może wspólnik zabójcy?

Pierwszy sezon gorąco polecam miłośnikom gatunku. Dzięki serialowej strukturze umożliwiającej rozciągnięciu fabuły na kilka godzin, widzimy nie tylko naprawdę brutalne morderstwa, ale również sporo licealnej dramy, miłosne rozterki oraz rodzinne problemy bohaterów. Jak autoironicznie zauważa jeden z bohaterów już w pierwszym odcinku – dzięki temu zaczyna nam zależeć na tych postaciach, więc kibicujemy im, gdy uciekają przed uzbrojonym w nóż mordercą.

Drugi sezon jest o kilka odcinków dłuższy, trochę to – niestety – czuć.
Ale wciąż – jeśli kupiliście ten świat i tych bohaterów w sezonie pierwszym, to myślę, że drugi również przypadnie Wam do gustu.
Jest nowa intryga, zgrabnie zazębiona z poprzednią, pojawiają się nowe pytania, większość z nich dostaje odpowiedź. Fabuła stawia na pierwszy plan inną bohaterkę, a morderstwa są dosyć widowiskowe.

Być może jest to kwestia tego, że ja naprawdę lubię ten podgatunek horroru, który ostatnimi laty nie cieszy się popularnością. Strasznie też podoba mi się unowocześnienie… na przykład to, że bohaterowie faktycznie wyglądają jak licealiści i nie ubierają się w tę dziwaczną odzież z lat ’80. Wielka szkoda, że mój ukochany Koszmar z ulicy Wiazów nie doczekał się lepszej renowacji niż ten film z 2010 roku.

Aha – serial był w stanie powstrzymać mnie od spania do godziny piątej rano, kiedy to z przyzwoitości wyłączyłem laptopa.

***

Dwa zupełnie inne, ale jednocześnie podobne do siebie seriale. Jeden odradzam, drugi polecam.

A co Wy macie do powiedzenia na temat tych produkcji?
A może polecilibyście mi coś innego?
Sekcja komentarzy jest Wasza*.

Jaskier

* Tak naprawdę to nie. Jest moja.

Oto i mój spóźniony tekst dotyczący najnowszej wersji legendy arturiańskiej. Czy film Guya Ritchie’ego zasłużył na zmasakrowanie, jakie spotkało go zarówno ze strony krytyków (28% na RT), jak i widowni (słabiutki wynik w box office’ie)? Przeczytajcie tekst, a dowiecie się, co sądzę na ten temat.

Informacja o tym, że Ritchie planuje nakręcić film o królu Arturze, krążyła po sieci już lata temu. Chyba byłem jeszcze przed maturą, kiedy pierwszy raz o tym przeczytałem. Potem jednak jakoś tak przycichło na ten temat i w pewnym momencie projekt wydał mi się martwy, aż tu nagle w zeszłym roku zobaczyłem zwiastun i po krótkiej chwili konsternacji – A jednak to nakręcił – pomyślałem sobie, że warto będzie się wybrać do kina, ponieważ a) nie ma za dużo filmów fantasy, b) Guy Ritchie ma unikalny styl kręcenia filmów, który bardzo mi odpowiada.
Te dwie kwestie film zrealizował elegancko – to bez wątpienia kawał solidnego fantasy, ale jednocześnie czuć rękę reżysera. Średniowieczny romans został przez niego przekuty na opowieść o zemście, powrocie prawowitego władcy, który przejmuje należny mu z racji pochodzenia tron. I jest londyńskim gangsterem. :D

***

Historia zaczyna się narracją, opowieścią o tym, jak to ludzie i magowie żyli sobie obok w dobrobycie, pokoju i harmonii. Pewnego dnia jednemu z czarowników jednak odjebało i postanowił odwalić Saurona/Voldemorta/Imperatora, zdobyć władzę nad światem, podporządkowując sobie królestwa ludzi. Ostatni jego łupem miał paść zamek Camelot, gdzie jednak uzurpator poległ z ręki króla Uthera. Zniesmaczony porażką, knujący za plecami władcy brat króla samodzielnie dokończył dzieło, dokonując przewrotu. Z rzezi ocalał jedynie syn króla, którego nurt rzeki zaniósł do miasta Londinium, gdzie chłopiec dorastał, imając się najróżniejszych zajęć.

W pierwszej chwili świat przedstawiony wzbudził we mnie konsternację. No bo tak – jest ta niby-Brytania, ewidentnie postrzymska, wybitnie multikulturowa, gdzieś w tle przewijają się wikingowie, stanowiący zagrożenie dla królestwa, nie ma mowy o krucjatach etc. Jakoś próbowałem to sobie ogarnąć, umiejscowić gdzieś na osi czasu, lecz po chwili zastanowienia stwierdziłem, że przecież nie ma to sensu. W przeciwieństwie do poprzedniej adaptacji legend arturiańskich, ta wersja odbiega od realizmu i historycznej poprawności jak to tylko możliwe. I świetnie.

Scenariusz przebiera spośród typowych schematów, motywów i postaci światów fantasy, dorzuca do tego garść elementów historycznych, jak choćby tych Normanów lub nazwę miasta, miesza wszystko, w efekcie czego otrzymujemy co prawda prostą i niezbyt odkrywczą, ale za to porywającą, historię o walce prawowitego następcy tronu z uzurpatorem. Zupełnie jak w Królu lwie. :D

Jednocześnie film unika banałów i dłużyzn – na przykład nikt nie wątpi w prawo Artura do tronu. Początkowo w zasadzie on sam jest najmniej przekonany do błękitności swojej krwi i nawet to, że był w stanie wyjąć miecz z kamienia, nie zmienia jego zdania. Reżyser bardzo sprytnie poradził sobie również z epicką wyprawą, która miała pozwolić głównemu bohaterowi odnaleźć siebie i takie tam. W dynamicznie zmontowanych ujęciach widzimy, jak przez kilka dni przemierza magiczną, mroczną krainę, gdzie walczy z bestiami oraz własnymi słabościami, aż w końcu wycieńczony dociera do celu podróży.
Również do sceny formowania sojuszu twórcy podeszli w bardzo kreatywny sposób. Główny bohater, ze swojej gangsterskiej przeszłości znający życie od podszewki, tłumaczy rebeliantom, jak wyglądałoby spotkanie z potencjalnymi sojusznikami, którzy mieliby udzielić im wsparcia militarnego. Zamiast tego proponuje zupełne inne rozwiązanie – o wiele bardziej cwane i szalone, wymagające brawury i odrobiny głupoty.

Taki właśnie jest grany przez Charlie’ego Hunnama Artur – cwany i do szaleństwa odważny. Reżyser nawet bowiem nie udaje, że jedynie wykorzystuje quasi-średniowieczne dekoracje i kostiumy – fabuła równie dobrze mogłaby bowiem opowiadać o porachunkach brytyjskich gangsterów, a młody Artur mógłby walczyć ze stryjem o wpływy w przestępczym światku Londynu, a nie sprawiedliwość oraz dobrobyt mieszkańców królestwa.

Z tego co zobaczyłem w recenzjach, o to ludzie mają ból dupy – pomimo solidnej dawki fantastyki, produkcja jest mocno odbaśniowiona. Typowo współczesne zachowania oraz język, jakim posługują się postacie, przeszkadza krytykom. Ja mam zupełnie odmienne podejście – ahistoryzmy przypadły mi do gustu, film ma dzięki nim nieco wiedźmińskiego posmaku.
Miejcie jednak to na uwadze – to NIE jest epopeja, jakiej teoretycznie można by spodziewać się po tym tytule. To rozminięcie z oczekiwaniami stanowić może największy zawód.

Za to zwrócić uwagę muszę na kulejące efekty specjalne. Scena oblężenia Camelotu, kiedy widać z góry nacierającą armię i obrońców na murach, przypomina przerywnik z jakiejś gry. Również wszystkie orły i węże, którymi kierują magowie, wyglądają niesamowicie sztucznie, wręcz biednie. Także finałowy pojedynek między dzierżącym Excalibura Arturem, a jego naćpanym czarną magią stryjem, przypomina sekwencję z gry.
Także za efekty specjalne minus.

Wyjątkowo nie przeszkadzała mi multikultorowość społeczeństwa zamieszkującego świat przedstawiony. Z łatwością byłem w stanie uwierzyć, że przyjacielem Artura mógł być bękart murzyńskiej prostytutki, a i czarnoskórego dostojnika w świecie zamieszkanym przez potwory i magów dość łatwo kupiłem.

***

Polecam wszystkim tęskniącym za fantasy w kinie. Jest to najlepszy przedstawiciel gatunku od czasu pierwszego Hobbita. O wiele łatwiej wskoczyć do tego świata niż do ubiegłorocznego Warcrafta i nie ma eragonowego smrodu, jaki czuć było chociażby w Siódmym synu dwa lata temu.
Moim zdaniem Guy Ritchie odwalił kawał dobrej roboty.

Jaskier

Niesamowicie pozytywne przyjęcie Wonder Woman przez krytyków (początkowo 97% na RT), pomimo niepokojąco długiego embarga nałożonego na recenzje, wprawiało w zdumienie. Jak to? DC/Warner w końcu zrobił porządny film?

I tak, i nie. Zapraszam do przeczytania tekstu, by zapoznać się z moją opinią.

***

Komiksowa Wonder Woman nie jest mi zbyt dobrze znana. Z racji tego, że zaczęła być wydawana w Polsce regularnie dopiero w ramach Nowego DC, to myślę, że mój stan wiedzy odzwierciedla statystycznego polskiego kinomaniaka. Korzystając jednak z zasobów biblioteki, zapoznałem się z kilkoma tomami serii z New 52. Przypadło mi do gustu zwrócenie się w mitologiczną stronę świata tej postaci, zbudowanie relacji z greckimi bóstwami, przedstawienie najróżniejszych krain. Jest to coś naprawdę wartego uwagi i mam nadzieję, że jakoś zostanie ta kwestia poruszona również i w ewentualnej kontynuacji, która po wspomnianym sukcesie recenzenckim (a także kasowym, spadek podczas drugiego weekendu wyniósł zaledwie 44,6%, po drugim weekendzie film miał już na koncie 205mln $ z USA) jest raczej pewna.

To są jednak póki co czcze marzenia i dywagacje. Co prawda film, który dostaliśmy, nie wstydzi się mitologicznych korzeni bohaterki, a w świecie przedstawionym faktycznie istnieli greccy bogowie, aczkolwiek fabuła nie skupia się na przemierzaniu fantastycznych krain lub walce z antycznymi bestiami, a raczej na przedstawieniu tytułowej księżniczki Amazonek szerszej widowni.
Co się zdecydowanie udało.

Nie sposób nie odnieść się do poprzednich… prób studia, które rozpaczliwie pragnie załapać się na popularność superbohaterów w kinie i wypluwało do tej pory same koszmarki  pokroju Suicide Squad i Batman v. Superman. W tamtych produkcjach jak na dłoni widać było wtrącanie się studia, karygodne błędy montażowe, szatkowanie nakręconego materiału lub doklejanie czegoś, żeby zwiększyć ogólnie pojętą fajność produkcji.
Niestety, jest to widocznie również i w tym filmie, chociaż w znacznie mniejszym stopniu. W pewnym momencie pojawia się zabójcze nagromadzenie kiepskich żartów, których próbkę mogliśmy już zobaczyć w zwiastunie. Jest to przede wszystkim związane z przybyciem Diany do Londynu, ponieważ kompletnie nie odnajduje się w realiach pierwszej połowy XX wieku. Mimo iż scena z dobieraniem sukienki i kapelusza jest okropna, to jednak popularny motyw bohatera wyrwanego z własnego środowiska i zmuszonego do funkcjonowania w nowym naprawdę się tutaj sprawdza.
Na tym polu widać największą zaletę produkcji i coś, co w końcu studio zrobiło dobrze – Wonder Woman nie ma bólu dupy, nie zastanawia się, czy być superbohaterem, czy nim nie być, nie ma mowy o jakimkolwiek dylemacie związanym z wyruszeniem na misję ratowania świata. Została nauczona, że ludziom należy współczuć, pomagać im w potrzebie, nie nadużywać własnej siły, nie krzywdzić innych. Brzmi to banalnie, niczym z Małego Księcia albo odcinka wieczorynki, ale na tym właśnie polega superbohaterstwo…
A nie na staniu w deszczu w nocy na skraju dachu i głębokim rozważaniu filozoficznym nad sensem istnienia własnego i wszystkich innych.

Także naprawdę podoba mi się sposób, w jaki została przedstawiona Wonder Woman. Gdyby ten film powstał osiem lat temu, to dzisiaj na pewno wspominany byłby z wielkim sentymentem i wybaczyłoby mu się liczne potknięcia. Bo mimo iż sama bohaterka wypada naprawdę dobrze, zarówno pod względem scenariuszowo-rozwojowym, jak i aktorskim (kto by podejrzewał, że Gal Gadot będzie nie tylko fenomenalnie wyglądać w kostiumie WW, ale i aktorsko stanie na wysokości zadania?), to fabularnie można sporo tej produkcji zarzucić.

No bo fabuła leci tak:
* Na magicznej wyspie Temiskerze mieszkają Amazonki, których zadaniem jest zgładzenie boga wojny Aresa, który czai się gdzieś tam, w zewnętrznym świecie ludzi.
* Na wyspę trafia żołnierz Steve Trevor (Chris Pine), który informuje społeczność, że trwa obecnie I wojna światowa.
* Diana, księżniczka Temiskery, słysząc opowieści o okropieństwach, dodaje dwa do dwóch i wychodzi jej, że za całą tą wojną stoi Ares, więc postanawia wyruszyć, by skopać mu tyłek, wypełniając tym samym obowiązek swojego ludu.
* Naszprycowana ideałami staje twarzą w twarz z okropną rzeczywistością, orientując się, że może to wszystko to niekoniecznie bezpośrednia wina Aresa.
* Stwierdza jednak, że ludzkość mimo wszystko jest warta uratowania.

W zasadzie wszystko gra przez pierwszą część filmu. Widzimy Dianę w dzieciństwie, jej szkolenie w walce. Wyspa wygląda naprawdę przepięknie, jest to świeże spojrzenie na fantastykę w kinie. Właśnie między innymi dlatego mi szkoda, że jednak nie poszli całkowicie w tym kierunku. Może kiedyś.
Przybycie Steve’a rozpoczyna jednak problemy produkcji – pojawiają się żarciki związane z tym, że na Temiskerze nie ma żadnych mężczyzn, płyną do Londynu, gdzie akcja zwalnia, ma tam miejsce jakieś biedackie zbieranie drużyny, która ma wykonać misję na tyłach i film zaczyna grzęznąć w błocie, niczym ten powóz, który bohaterowie mijają, podróżując w stronę frontu.
Niby są dobre pomysły, jak ten moment ze zwiastuna, kiedy Wonder Woman wychodzi z okopu, ściąga na siebie ogień Prusaków i żołnierze mogą ruszyć do ataku, zdobywając kawałek ziemi. Ona robi to dlatego, że nie może już znieść bezczynności i podchodów, woli stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem.

A propos stawania twarzą w twarz z przeciwnikiem i scen akcji w ogóle – w tym filmie jest zdecydowanie za dużo slow motion. Sama choreografia walk jest naprawdę w porządku, ale dlaczego co chwila zwalniają akcję, zatrzymując się na sekundę na bohaterce z podniesionym mieczem czy tam napiętym łukiem? Efekt ten jest tutaj nadużywany i to skrajnie.

Pochwaliłem sceny akcji, ale sam finał muszę zganić. Jest do bólu kliszowy, walka wygląda jak starcie z bossem w jakiejś grze. Główny przeciwnik nie został należycie przedstawiony. W sumie to mi szkoda. Chyba wolałbym, by zostawili go do następnego filmu, a tutaj okazałoby się, że za wojną wcale nie stał Ares. Że to tylko ludzie. To mi przyszło do głowy, gdy wydłubywałem palcem salsę, jaka została mi po nachosach. O ile lepszy byłby ten film, gdyby na samym końcu nie pojawił się bóg wojny i nie zaczął wykrzykiwać, jaki to on jest potężny i zniszczy ludzi, bo tak.
W dodatku związany z nim zwrot akcji przewidziałem godzinę wcześniej. Także tu popełnili błąd.

***

Żeby podsumować – Wonder Woman w bardzo dobry sposób przedstawia swoją tytułową bohaterkę i nie wstydzi się komiksowego pierwowzoru. Najważniejszą więc rzecz wykonuje w sposób więcej niż poprawny. Myślę, że reszcie filmu można przez to wybaczyć braki. Marvel też zaczynał przeciętnie, stawiając na bohaterów, chociaż to akurat nie jest żadna wymówka. Trzeba czekać, żeby zobaczyć, jak na ten sukces zareaguje studio, jaką nauczkę z tego wyniesie.
Wydaje mi się, że po tym filmie WW stanie się powszechnie rozpoznawalną postacią. Już widziałem memy porównujące hit Halloween 2016 i 2017 – kostium Harley Quinn i właśnie Diany.
Także więc cieszymy się – kto pół roku temu spodziewał się, że film o Wonder Woman dobrze sportretuje tytułową bohaterkę?

Czy DC wstaje z kolan?
Nie odważę się potwierdzająco odpowiedzieć na to pytanie, nie na kilka miesięcy przed premierą Justice League.

Jaskier