Feeds:
Wpisy
Komentarze

Stranger Things, serial, który wyskoczył tego lata jak Filip z konopi, zaskakując widzów i szturmem zdobywając serca krytyków, został obejrzany również przeze mnie. Wiecie, na zasadzie: „A, sprawdzę sobie odcinek pilotażowy” po upływie ośmiu godzin stwierdziłem, że nie ma się co nikomu dziwić – zachwyty nie są przesadzone, serial zasługuje na opinię, jaką sobie momentalnie wyrobił.

Jest jakieś Maine, w którym nigdy nie dzieje się nic niezwykłego, przestępczość jest znikoma, czas w miasteczku płynie powoli. Wtem, zupełnie niespodzianie, seria dziwacznych zdarzeń burzy spokój mieszkańców. Pewien chłopiec znika, więc w jego poszukiwania angażuje się jego zdesperowana matka, miejscowy szeryf oraz koledzy z paczki. Fabuła rozwija się nieprędko, scenarzyści w pełni wykorzystują czas, jaki otrzymali od szefostwa stacji, nie ma zbędnych dłużyzn, ani pośpiechu.

Produkcja jest pocztówkowo zakochana w obrazie lat osiemdziesiątych, jaki został zakodowany ludziom w głowach za pomocą filmów z tamtej dekady. Jest dla tego okresu tym, czym było Grease dla lat ’50.
Jest tutaj masa zapożyczeń elementów konstrukcji świata przedstawionego znanych mi przede wszystkim z filmów z lat ’80 – główni bohaterowie to grupka młodych nerdów*, którym nieustannie dokuczają szkolne dryblasy, bycie licealnym macho gwarantuje możliwość regularnej defloracji kolejnych szkolnych piękności, w czym szczególnie przydatne okazuje się to, że wszystkie domy budowano wtedy tak, by do pokoju nastoletniej córki jej równie nastoletni ukochany mógł niepostrzeżony wejść po zmroku przez okno, wspinając się po ścianie garażu. Są też wyjęci żywcem z Kinga Oni, niby działający dla rządu, ale widać, że coś knują, a dzieciaki mają bazę w piwnicy i jeżdżą po okolicy charakterystycznymi rowerami. Mocno czuć klimat filmów pokroju E.T., gdzieś tam przebrzmiewa It oraz cała rzesza innych adaptacji prozy rzeczonego Stephena Kinga, zauważyć można także masę mniej lub bardziej subtelnych nawiązań i odwołań do innych filmów z tej – wydawać by się mogło – dawno minionej epoki.

W zasadzie nie pasowało mi jedynie wykorzystanie CGI, twórcy spokojnie mogliby się obejść bez efektów komputerowych i wszystko wykonać oldskulowo, za pomocą praktycznych efektów, animatroniki, kostiumów i kukieł. No ale, nie można mieć wszystkiego. Potwór i tak przez większość czasu ukryty jest w mroku, więc to – trzeba przyznać – słabe CGI nie jest obecne na każdym kroku.

***

Nie chcę, żeby to był po prostu kolejny tekst chwalący Stranger Things, więc wspomnę o czymś jeszcze. Uwielbiam formułę, w jakiej Netflix produkuje swoje seriale. Emitowanie kompletu odcinków jednego dnia daje możliwość dowolnego porcjowanie nie tylko widzom, ale również twórcom.
Tradycyjne produkcje, na których kolejny odcinek trzeba czekać tydzień, często mają kilkutygodniowe przerwy w trakcie emisji, dosyć sztywno określony czas trwania pojedynczego epizodu, konkretną strukturę odcinka i jeszcze jedną znaczącą wadę – mają za zadanie zapełnić ramówkę. Jasne, niektóre spośród tytułów realizowanych w ten sposób to niezwykle udane produkcje khem GoT khem, ale przykład Netflixa pokazuje, że historię o wiele lepiej opowiada się, nie musząc iść na ustępstwa związane z tym, że co czwarteczek ma być odcineczek.

Co prawda Netflix nie jest bez grzechu (zerknijcie do moich tekstów o drugim sezonie Daredevila oraz o Jessice Jones), aczkolwiek możliwości, jakie daje zrobienie z serialu w praktyce dziesięciogodzinnego filmu, są olbrzymie. Kiedy zostanie przekroczona magiczna bariera i produkcja będzie wyglądała tak, że to scenarzyści będą przychodzić i mówić: „Mamy materiał na osiem godzin” albo „Nie damy rady napisać o tej postaci jedenastogodzinnej historii, ale możemy napisać trzy o różnych postaciach, które będą trwały właśnie tyle”, nie będzie już na co narzekać. W kwestii fabularnej, rzecz jasna.

***

Także więc tego – propsuję Stranger Things oraz sposób pracy Netflixa.

Jaskier

*Być może trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale czytanie komiksów i granie w gry RPG nie zawsze było modne.


Może zacznę od pozytywnego aspektu – Suicide Squad w przeciwieństwie do BvS ma jakąś fabułę, jakąś konkretną historię do opowiedzenia. Kto wie, być może następy film z uniwersum DC będzie kolejnym krokiem w ewolucji i jego scenariusz będzie zawierał porządną fabułę. W przeciwieństwie do tej zaprezentowanej tutaj.

***

Wzorem opisywanego… „dzieła”, rozpocznę od przydługiego przedstawienia moich wniosków odnośnie antybohaterów pojawiających się w filmie. Pierwsze – nie wiem – pół godziny (?) to nużąca i ciągnąca się ekspozycja dla totalnych Januszów popkultury, w której Amanda Waller prezentuje kolejnych członków tytułowego zespołu, samą siebie pokazując jako twardą sucz, która nie zniesie sprzeciwu. Trzeba zaznaczyć, że za ideą powołania Task Force X stał strach przed metaludźmi, którzy mogliby okazać się terrorystami. Toteż do walki z przyszłym potencjalnym złym Supermanem zostali wybrani:

Will Smith a.k.a. Deadshot – płatny zabójca, który nigdy nie chybia celu. Ma jeden słaby punkt – córkę. Co za tym idzie, facet ma tak naprawdę złote serce i jest dobry, i zabija ludzi na zlecenie tylko po to, by w przyszłości opłacić córce studia. Ciężko cokolwiek więcej powiedzieć… Will Smith spoko wygląda łysy i z brodą. Gra tutaj typowego twardziela, który przez wzgląd na dziecko/chorą matkę/ etc. okazuje się być wzorem cnót wszelakich.

Margot Robbie a.k.a. Harley Quinn – była pani psychiatra, która podczas leczenia Jokera zakochała się w nim, co nie skończyło się dla niej najlepiej. Z grupy tych „główniejszych” postaci to ona moim zdaniem wypadła najlepiej. Miała kilka przebłysków niepasującej do niej racjonalności, ale ogólnie była odpowiednio szalona i seksowna.

Jai Courtney a.k.a. Captain Boomerang – złodziej z Australii. Aktor ten był do tej pory znany z tego, że jego agent potrafił zdziałać cuda i – pomimo totalnego braku talentu aktorskiego swojego klienta – załatwił mu spore role w dość dużych filmach. Tutaj jest tchórzem, fanem pluszowych kucyków i najchętniej jak najszybciej by się wykręcił z tej imprezy. Nie wiem, co się stało, może Courtney sprzedał dupę diabłu, ale wypada naprawdę świetnie. Sprawdził się w roli głupawego rzezimieszka i liczę na to, że się jeszcze pojawi. Może w krótkim występie w filmie o Flashu?

El Diablo – były latynoski gangster, który potrafi tworzyć i kontrolować ogień. Jest całkiem kozacki z tym swoim pacyfizmem i „nie jestem bronią i nikogo więcej nie zabiję, chociaż bym mógł”, dopóki się nie okazuje, że po prostu ma wyrzuty sumienia, gdyż w niekontrolowanym wybuchu zamordował żonę i dzieci. Takie coś naprawdę nie pasuje do tego filmu. Takie – wiecie – no kiedyś byłem zły, no ale przesadziłem i teraz pokutuję. Zespół mieli tworzyć źli ludzie…
Ale naprawdę doceniam finałową walkę, w której się okazało, że jest uosobieniem jakiegoś azteckiego boga i przemienił się w wielki, płonący szkielet.

O pozostałych członkach tytułowego składu nie ma się co rozpisywać – Killer Croc zdecydowanie na plus, Slipknot ma uroczą, króciutką rolę, Katana się właściwie nie liczy, bo bez niej mogłoby się spokojnie obyć.

***

Przechodząc dalej, Jokera nie kupuję. Nie wiem, było go za mało chyba i wszystko, co robił, było związane z Harley. Głównie to ją ratował i strasznie mi to zgrzyta, jest mi ciężko polubić Jokera, którego głównym motorem napędowym jest uczucie, jakim darzy byłą psychiatrę. Poza dwoma retrospekcjami – jednej będącej genezą Harley Quinn i drugiej, w której paktował z jakimś czarnym gangsterem – wszystkie akcje Księcia Zbrodni mają na celu wyswobodzenie ukochanej. I to nie jest Joker, jakiego znam, i nie chcę takiego poznawać. To absolutnie nie jest wina aktora, ani wizerunku postaci – li tylko scenariusza.

Pozostały jeszcze dwie kwestie, które chciałbym poruszyć – ogólnego pomysłu (albo raczej jego braku) na fabułę oraz widocznych „humorystycznych” wstawek, które w żaden sposób nie pasowały do filmu. Zacznę od fabuły.

Amanda Waller chciałaby mieć ten swój Task Force X, ale wapniaki „z góry” się nie zgadzają. Potajemnie więc pozyskuje jednego metaczłowieka i wykorzystuje go, by pokazać wapniakom, że potrafi kontrolować taką potęgę. Tylko że potem okazuje się, że jednak nie. Bardzo nie. W komiksowym stylu nie. Metaczłowiek zrywa się ze smyczy, rozpoczyna koniec świata, zamienia ludzi w kitowców (sic!) i przez trzy dni napieprza w niebo błyskawicą.
Zespół zostaje wysłany, oczywiście bez prawdziwych informacji na temat misji, odbywają się dwie walki z kitowcami, okazuje się, że zadanie polega na wydostaniu Amandy Waller z miasta, przylatuje Joker, spadają jakieś śmigłowce i grupka decyduje się na heroiczny zryw i pokazanie, że potrafią być bohaterami.
Bo tak robią złoczyńcy…

Naprawdę przesadzono ze skalą. Pewnie widzieliście tego mema, w którym śmiano się z tego, że do walki z istotami o boskich mocach zostaje wysłana drużyna składająca się z dwóch gości, którzy potrafią strzelać, faceta rzucającego bumerangami, laski z kijem bejsbolowym i typa, który się znakomicie wspina. Jest to poważnym problemem tej produkcji. Mniej spektakularny przeciwnik sprawdziłby się o wiele lepiej.
Przy okazji wyłazi też coś innego – #winaWaller. I to bardziej niż Ultron był winą Starka. Gdyby nie jej potajemne gierki, to formowanie tego typu drużyny nie byłoby konieczne. W dodatku zostaje ona wysłana do uratowania Waller. Pewnie na wypadek sukcesu tej części planu przygotowano głowice, które miały zniszczyć miasto po ewakuacji.

No ale głupkowate fabuły czasem przecież wystarczą, co nie?
A jakże, lecz konieczne jest, by postacie, ich relacje oraz humor nadrobił braki historii. Tutaj na palcach można policzyć momenty, w których te trzy składniki zostały dobrze wymieszane, więc przez większość czasu przytłacza nas bylejakość scenariusza. Dopisane i dokręcone żarty tylko przeważają szalę goryczy. Kiedy dowódca strażników powiedział, że jeśli Deadshot go zastrzeli, to jego podkomendny ma go zabić i usunąć historię przeglądarki, to wypadło to tak żałośnie, że aż brak słów.

***

Cóż, tak ogólnie, to jest mocno źle, film ssie. Krótka piłka, Warnerowi znowu nie wyszło.
Gdy koleżanka z roku zapytała mnie, czy warto wybrać się do kina na Suicide Squad, to poleciłem jej nowego Star Treka.

Jaskier

PS Też się spodziewaliście, że Scott Eastwood gra Nightwinga?


Ten film nie powinien był pojawiać się w kinach. Idealnie nadawałby się do trafienia bezpośrednio na rynek DVD lub na jakiś Puls czy też inną tego typu stację, która głośno i regularnie w pasmach reklamowych chwali się emisją podobnych perełek.

Od samego początku, czyli od startu kampanii reklamowej, pierwszego zwiastuna, wiadomo było, co się szykuje. Kupsztal w stylu Immortals lub kontynuacji remake’u Starcia tytanów, a jeśli szukalibyśmy odpowiednika z ubiegłego roku, to najlepszym kandydatem byłby Siódmy syn. Ot, grupka zacnych aktorów zebrała się na planie głupkowatego filmu fantasy i – zapewne w przerwach od kręcenia beki – nakręcili filmidło.

Strukturą produkcja ta przypomina sezon serialu lub grę wideo. Bohaterowie podróżują przez jakąś tam wersję antycznego Egiptu, żeby – jakżeby inaczej – ocalić świat. Odhaczają z listy kolejne zdobyty artefakty, kolejnych pokonanych bossów, kolejne postacie, z którymi należało przeprowadzić dialog, kolejne lokacje, które należało odwiedzić, wykonując w nich kolejne zadania. Owszem, jest to głupie, w dodatku widzieliśmy to masę razy w najróżniejszym, często o wiele lepszym, wykonaniu, ale w całej pizdowatości i bylejakości Bogów Egiptu jest ukryta jakaś taka nostalgia za Przygodami Sindbada żeglarza albo Xeną.

Aktorsko jest naprawdę rewelacyjnie, no bo obczajcie to:
Jaime Lannister i ten chłopak z remake’u Błękitnej laguny wyruszają w podróż, żeby pokonać króla Leonidasa, który przeszedł na Ciemną Stronę. W trakcie przygody zawiązują sojusz z kosmicznym kapitanem Barbossą, Black Pantherem i Elektrą.

Jest tutaj całkiem sporo naprawdę ciekawych pomysłów – bogowie przedstawieni są jak jakieś pozaziemskie istoty, które potrafią się transformować w metaliczne bestie. W ogóle, w ludzkiej formie są olbrzymi, znacznie przewyższają ludzi wzrostem i efekt ten został całkiem dobrze zrobiony. Jako jeden z nielicznych, ale to zawsze coś.
Ra ciągnie w kosmosie za swoją kosmiczną barką Słońce, a sama jego obecność sprawia, że śmiertelnikom pali się skóra.

Pod względem gry aktorskiej również nie ma tragedii, a nawet wręcz przeciwnie – no bo obczajcie obsadę, którą zawarłem w tagach. Gerald Butler wyśmienicie bawi się rolą stereotypowego, do bólu przerysowanego łotra rodem z jakiejś kreskówki. Co prawda stojący naprzeciw niego Nikolaj Coster-Waldau jest nieco sztywny, ale z Brentonem Thwaitesem tworzy niezwykle popularny w końcówce poprzedniego stulecia duet w stylu Stallone-Schneider, który mimo pewnej toporności, wciąż się sprawdza, przypominając te dziwne dawne czasy, gdy parowanie osiłków z głupkami było w letnim kinie w zasadzie obowiązkowe.

Niby tak chwalę, ale Bogowie Egiptu to prawdziwa filmowa kupa. Sztampowa fabuła, tona zgranych motywów oraz koszmarne efekty specjalne sprawiają, że nie mogę tego tytułu nikomu z czystym sumieniem polecić. Większa część budżetu poszła chyba na gaże aktorskie, ponieważ CGI wygląda naprawdę okropnie. Aktorzy zgarnęli tyle, że nawet słonie trzeba było generować cyfrowo – słonie. Przecież one pracują za fistaszki…

***

Bogowie Egiptu* zasłużyli na to, by być finansową porażką i filmem, o którym nikt nie mówi i już niedługo nie będzie pamiętać. Jednak mi w pewien pokręcony sposób przypadł do gustu. Gdyby nie to żałośnie biedne wykonanie, to masa ciekawych pomysłów oraz zdolni aktorzy byliby w stanie uratować tę produkcję w oczach innych widzów i krytyków.

Jaskier

*Swoją drogą, to naprawdę dziwnie, że nie ma tutaj żadnego podtytułu, w stylu: Horus v Seth albo – no nie wiem – Pierwsze starcie.

Warcraft: Początek

Na ten film czekałem od bardzo dawna, pierwszy wpis dotyczący tej produkcji pojawił się tutaj w styczniu 2013 roku. Dawno temu, jakby nie patrzeć.

Pomimo negatywnych ocen i opinii krążących po Internecie (obecnie 29% na RT), wybrałem się do kina. Co więcej, przednio się na seansie bawiłem. Wróciwszy z kina, napisałem na moim fanpejczu:

komentarz_warcraft

 

Tej opinii nie zmieniłem, pomimo upływu dwóch tygodni. Warcraft: Początek jest kolorowym widowiskiem, które z pewnością trafi do serc fanów tej serii gier. Osoby postronne także powinien zadowolić, gdyż niesie potężną dawkę ogólnej frajdy wynikającą z tego, że należy do gatunku fantasy.
O ile nie pogubią się w gąszczu miejsc, postaci i nazw…

Fabuła jest w zasadzie prosta, film przedstawia czasy Pierwszej Wojny, konfliktu pomiędzy królestwami z Azeroth a najeżdżającą krainę orczą Hordą. Tajemniczy napastnicy dziesiątkują wsie i posterunki, a zardzewiałe sojusze i polityczne zawiłości utrudniają skuteczną obronę. Rycerz Anduin Lothar wraz ze zbiegłym ze szkoły dla magów Khadgarem próbują ustalić, co przyciągnęło Hordę do świata ludzi i jakie kroki podjąć, by ocalić własny dom.

Po drugiej strony barykady wódz klanu Lodowego Wilka – Durotan – zaczyna powątpiewać w słuszność decyzji podejmowanych przez zwierzchników Hordy. Sięgnięcie przez orków po potężną czarną magię doprowadziło do zdewastowania ich świata, a wódz, widząc, że to samo dzieje się w Azeroth, postanawia zawiązać ryzykowny sojusz z ludźmi.

No i niby tyle, ale główny wątek obudowany jest całą masą pobocznych historii, często dotyczących głównych bohaterów, tłumaczących ich zachowanie, charaktery oraz wzajemne relacje. Mnogość postaci, bogata mitologia świata przedstawionego oraz jego rozmiar (od głębin krasnoludzkich kopalń, przez liczne miasteczka, aż po unoszące się w przestworzach magiczne miasto Dalaran) może przytłoczyć widza niezaznajomionego z uniwersum.

Ja jednak spędziłem kupę czasu przed monitorem, czytałem wiele materiałów dotyczących historii tego świata, a swego czasu nawet jedną książkę, toteż wszystkie te smaczki – jak na przykład obecność Groma Hellscreama na ekranie – sprawiały mi naprawdę wielką przyjemność.

Dodatkowo, film jest wprost przepiękny pod względem wizualnym. Animacje stoją na niesamowitym poziomie, zarówno postaci orków, jak i wszelkich innych stworów oraz pejzaży. Wrażenie również robi stosowanie magii. Chyba pierwszy raz w kinie zaklęcia były tak widowiskowe i potężne. W dodatku nie są czymś rzadkim, wręcz przeciwnie – Khadgar, Medivh, a także Gul’dan po stronie orków, walczą w zasadzie jedynie za pomocą czarów, miotając na lewo i prawo spektakularne fajerwerki.

Nie dość, że orkowie wyglądają obłędnie, to ich zwyczaje i kultura nie zostały potraktowane po macoszemu. Widz doskonale rozumie, czemu ci dumni, honorowi wojownicy zostali omamieni przez podstęp Gul’dana, który mamił ich możliwościami i zwiększeniem siły. Jednocześnie, pomimo powszechności brutalności i kultu wojny, orkowie potrafią się przyjaźnić, zakładać rodziny czy też troszczyć o dzieci.

***

Warcraft: Początek pozwala na dwie godziny zanurzyć się w magicznym, kolorowym świecie, który dotychczas oglądać było można jedynie na monitorze. Film jest przepiękny wizualnie i mile łechce wszystkich tych, którym Azeroth nie jest obcy. Być może nie okazał się przełomowy, ale nie mogę powiedzieć, żebym się na nim zawiódł.

Jaskier

W tym roku mamy istny maraton filmów superbohaterskich. Niestety, wypuszczone dotychczas cztery tytuły tworzą jakby sinusoidę – po rewelacyjnym Deadpoolu dostaliśmy beznadziejne Batman v Superman, potem kapitalne Civil War, a ostatnio kiepskawe X-Men: Apocalypse. Jeśli ta prawidłowość zostanie zachowana, to Żółwie Ninja, które są następne w kolejce, okażą się wielkim hitem.
To jednak jest melodia przyszłości, na razie skupmy się na tym, dlaczego nowy film o mutantach nie zachwyca.

Przede wszystkim, wyraźnie czuć zmęczenie części ekipy filmowej. Formuła Bryana Singera, który kilkanaście lat temu zapoczątkował to uniwersum i powrócił do niego w 2014 roku, wyczerpała się. Dwa lata temu Days of the Future Past było naprawdę spoko, ale tutaj już widać, że reżyser nie ma pojęcia, co należałoby dalej robić z tą marką. Próby łączenia klimatu zaszczucia, walki ludzi z mutantami, charakteryzujące pierwsze filmy z serii, z wątkami politycznymi, które wprowadził w First Class (2011) Matthew Vaughn* w przypadku Apocalypse spełzają na niczym. Singer powinien sobie odpocząć. Może niech zajmie się kręceniem nowego Supermana? Tam stołek zapewne się niebawem zwolni. Studio Fox z kolei – dzięki sukcesowi Deadpoola – powierzyć powinno tę potężną markę komuś pełnemu zapału i nowych pomysłów. Albo całej gromadce takich ktosiów.

Marką obrzydliwe zmęczona jest też Jennifer Lawrence, która podpisania kontraktu na pierdyliard filmów żałuje chyba bardziej niż umieszczenia swoich prywatnych zdjęć w chmurze**. Jej postać – zmiennokształtna Mystique – z jakiegoś powodu urosła do rangi bohaterki i idolki młodych mutantów, której plakaty wieszają sobie na ścianach, gdyż jest taka fajna i prowadząca obdarzonych genem x do wolności. Moja teoria jest taka, że Singer bardzo lubi Igrzyska śmierci i gdy Jennifer Lawrence przychodziła ze scenariuszem w jednej i komiksem w drugiej ręce, chcąc upewnić się, czy jej postać rozwija się w mającym jakikolwiek sens kierunku w kontekście poprzednich filmów lub adaptowanego materiału, to reżyser odpowiedał jej tylko Katniss, uspokój się, ludzie cię taką kochają i kazał wracać na plan.
Cóż, nikt w 2011 roku nie spodziewał się, że aktorka ta zgarnie Oscara, aż tak wielkiego sukcesu Igrzysk śmierci również nie przewidziano. Teraz wciskają jej tutaj podobną rolę i dziewczyna nie potrafi ukryć tego, że ma dość tych filmów. Łatwo byłoby wytłumaczyć podmianę, ale studio raczej nie będzie skore do zrezygnowania z możliwości wrzucenia na plakat znanej twarzy.

Zmęczony jestem ja wlekącym się od First Class romansem Xaviera i Magneto. O ile w tamtym filmie i DotFP miało to jeszcze ręce i nogi, tak tutaj przypomina to jakąś parodię. Erik kolejny raz przechodzi na stronę zła i krzyczy, że nie ma w nim już dobra, a Charles znowu krzyczy, że jest w nim człowieczeństwo, że jeszcze nie jest za późno etc. W jednym momencie wrzucają nawet migawkę ujęć z First Class – wygląda to jak w jakiejś kiepskiej komedii romantycznej, bo po przypomnieniu sobie pierwszych wspólnych chwil, Erik zmienia zdanie i już nie jest zły.

W ogóle, cały wątek Magneto jest skopany. Ukrywa się w Polsce (sic!), gdzie pracuje w jakiejś hucie, założył rodzinę – sielanka. No ale przez przypadek ratuje człowiekowi życie, na co komunistyczna władza – uprzejmie poinformowana przez hutników -urządza obławę, wysyłając milicjantów uzbrojonych w… łuki.
Po pierwsze – to absurdalne, powinni wysłać albo jakiegoś ubeka z flaszeczką, żeby go nakłonić do współpracy, albo rozpocząć zbieranie na niego materiałów, żeby go przekonać do współpracy.
Po drugie – naprawdę trzeba było czegoś takiego? To znaczy, w jakiś sposób musiał ponownie poczuć, że nie ma odwrotu od Ciemnej Strony i tylko dlatego jego żona oraz córka giną – żeby mógł być zły, bo Magneto jest zły. Tylko po co, skoro filmowa wersja nie zmierza w stronę bycia terrorystą?
Brakuje tutaj jakiejkolwiek konsekwencji w rozwoju postaci, ciągle kręcą się w kółko ze złym Magneto i Xavierem, który pomaga mu wrócić na stronę dobra. I to jest tak przykre, bo obaj panowie wcielający się w tych mutantów – tj. James McAvoy oraz Michael Fassbender – robią niesamowitą robotę i doskonale się bawią na planie. Szkoda tylko, że przez scenariuszowe głupoty i wtórność pomysłów widz nie bawi się równie dobrze w kinie.

Kolejną wadą tego filmu jest tytułowy antagonista. Ponieważ uważam to za strasznie śmieszne, to powtórzę ten żart – Apocalypse wygląda tak, jakby porucznik Bey miała dziecko ze zawataryzowanym Jake’iem Sullym. No i jest za mały. Nie chodzi jednak tylko o sam wygląd, kwestie wizualne można by było wybaczyć, gdyby jego zachowanie i plan miały sens.
Fabułę Age of Apocalypse znam jedynie poglądowo, ale walczyłem kiedyś z tym gościem i bandą jego sługusów w tej grze, toteż z grubsza wiem, o co się rozchodzi z tym złoczyńcą. Apocalypse chce wyłonić najpotężniejsze istoty, stojące ewolucyjnie najwyżej, najlepiej przystosowane do najtrudniejszych warunków i wykorzystując je, rządzić światem. Tutaj jego planem jest zburzenie wszystkiego, co wybudowali ludzie i postawienie wielgachnych piramid.
Wiąże się to z przeszłością Apocalypse’a, który kilka tysięcy lat przed Chrystusem rządził Egiptem, miał wielkie piramidy, śmiercionośnych przybocznych mutantów, ale został ograny jak dzieciak przez tych ludzi, którzy tworzyli poziomy do Tomb Rider. Podstępem potężny mutant został uwięziony pod tonami gruzu i miał już nigdy nie wrócić.
I te wydarzenia przedstawione w prologu są w zasadzie najlepszym elementem filmu zawierającym Apocalypse’a. Później tylko teleportuje się po świecie i zbiera przypadkowych mutantów, których zdolności nijak się mają do tych posiadanych przez jego Jeźdźców z prologu.
Storm jest nastolatką z Egiptu i pierwszą mutantką, na jaką wpada złoczyńca, Psylocke pojawia się na chwilę i Apocalypse od razu stwierdza, że jej moc walczenia mieczem i noszenia skąpego kostiumu czynią z niej wspaniałą wojowniczkę, biedę wątku Magneto już wyśmiałem akapit wyżej, więc został tylko Angel.
Wiecie, wątek Angela został lepiej przedstawiony w ww. grze i serialu animowanym. Utrata skrzydeł powinna być dla niego tragedią, metamorfoza w Archangela wstrząsem dla drużyny X-Men, która musiałaby zmierzyć się z dotychczasowym sprzymierzeńcem. A tutaj? No jest jakiś typek, któremu skrzydła zostają zniszczone, Apocalypse go odwiedza i robi mu nowe, metaliczne. Koniec. Po prostu dobór mutantów do tej czwórki jest tak losowy i biednie przedstawiony, że głowa mała.

Jest jeszcze masa rzeczy, które były zrobione po prostu słabo.
Zniszczenie szkoły, które powinno być naprawdę tragicznym wydarzeniem, nie robi najmniejszego wrażenia, gdyż nie czujemy żadnej więzi z jej mieszkańcami. Poza tym zostaje odbudowana pod koniec filmu, więc jej zniszczenia nie ma żadnej wagi.
Scena Quicksilvera, która polega na tym, by zrobić jeszcze raz to samo, co ostatnio, ale przeciągnąć to do tego stopnia, żeby widzowi przeszkadzało.
Pojawienie się totalnie z dupy Strykera, który porywa część mutantów, tylko po to, by po chwili uciekli z jego tajnej placówki, w której trzyma… Wolverine’a. Toteż mamy adaptację Weapon X. Taką strasznie biedną, na zasadzie: Hej, czytaliście ten komiks? Tutaj macie kilka kadrów z niego.
Efekty specjalne wypadają biednie (sic!). Ludzie mieli ból dupy przy zwiastunach, że wygląda to słabo i faktycznie widać, że ktoś tam pokpił sprawę.

***

Po tym całym narzekaniu czas na kilka słów pochwał.
Młodzi mutanci są rewelacyjni – Jean Grey, Cyclops, Nigthcrawler, Quicksilver, nawet Jubilee, która nie ma ani jednej sceny akcji i ze trzy linijki tekstu. Wreszcie w jednej scenie czułem, że oglądam film o X-Men – gdy czwórka dzieciaków wychodziła z kina i dyskutowała na temat SW. Chętnie obejrzałbym cały film o tym, jak uczniowie Xaviera chodzą do kina, urywają się z lekcji, odrabiają zadania domowe etc. Proszę, niech to się stanie, niech ktoś włoży serce w tę markę.
Aktorsko również wszystko gra – wymienieni już wcześniej James McAvoy, Michael Fassbender, ale również Nicholas Hoult (Beast), aktorzy wcielający się w nowe pokolenie mutantów – ci ludzie dają z siebie wszystko, czasem nawet mają zabawne kwestie, interakcje między nimi są zazwyczaj bezbłędne, ale cała pompatyczność historii i ta zasrana epickość wszystko psują. Po co, do cholery, skakać co dziesięć lat po przełomowych wydarzeniach?
Co będzie następne? Dark Phoenix Saga w latach ’90?

***

Nie polecam, nie jest to co prawda  film tak tragiczny, jak BvS albo to nieszczęsne ubiegłoroczne F4, aczkolwiek brak serca, wrzucanie niepotrzebnych wątków oraz postaci, odpalenie Apocalypse’a, gdy nie ma w filmowym świecie nic, na czym by nam zależało, a co mógłby zniszczyć, znudzona Jennifer Lawrence i przeciągany romans Xavier-Magneto, rujnują ten film.
Słabe efekty specjalnie mógłbym wybaczyć, słabego scenariusza, przez który marnują się ciekawi bohaterowie, nigdy.

Jaskier

*Wiedzieliście, że jego żona to Claudia Schiffer?

**Internet nie zapomina!

Ten tekst nie zawiera SPOILERÓW, plotek, przecieków, ani niczego w tym stylu. Stanowi jedynie spis luźnych przemyśleń na temat tego, co JA bym chciał zobaczyć w ramach Marvel Cinematic Universe. Na dzień dzisiejszy ujawnione plany sięgają do starcia z Thanosem, które ma nastąpić w 2019 roku, no ale coś później musi być, wszak nie zarżną kury znoszącej złote jaja.

W moich marzeniach zakładam, że Sony nie zwariuje i uniwersum Pająka w całości będzie dostępne dla planów Marvela, Fox z kolei wciąż będzie uparcie robić sequele oraz remake’i FF, przez co Doctor Doom, Galactus i cała reszta świetnych i istotnych postaci związanych z tą drużynę, będzie poza zasięgiem.

Czas… start!

***

Iron Man 4: Prawidzwy Mandaryn

Tony Stark potężnie cierpi na brak interesujących przeciwników – w jego solowych filmach zawsze się na koniec okazuje, że jest jakiś… biznesmen. Chciwy i pragnący wypchnąć Stark Industries z rynku, by jego kompania mogła zająć jej miejsce. Mniej więcej, nie wchodźmy w szczegóły. Jeśli chodzi o oponentów, to pamięta się przede wszystkim to, że łysy Jeff Bridges zwariował, Mickey Rourke był wielkim, złym Ruskiem, a Ben Kingsley udawał Mandaryna.
Właśnie – nie był nim, tylko udawał, sporo ludzi miało o to ból dupy, ja natomiast uważam, że ten wybieg był genialny. Wtedy. A teraz chcę prawdziwego Mandaryna. W krótkometrażówce pokazali, że istnieje w tym świecie ktoś, komu aktorskie popisy Trevora (bo tak się bohater pana Kingsleya nazywał) się nie podobają.
To nawet nie musi być ktoś, kto się nazywa Mandaryn, może po prostu stwierdzić – hej, jestem powalonym Chińczykiem-terrorystą, a ten śmieszny gostek robił coś bardzo ciekawego, mogę się im przedstawić tym samym imieniem.
I niech ma jakieś kosmiczne/magiczne pierścienie. To byłoby już  po przedstawieniu Doktora Strange’a, toteż z magią albo „magią” nie powinno być najmniejszego problemu. Chciałbym, by technologia Starka została wystawiona na zupełnie nową próbę, żeby zrobili zestawienie dwóch zupełnie odmiennych źródeł siły – trochę jak w Power Rangers.
I jak cudownie by było, gdyby po pierwszym starciu z nieznanym wrogiem Stark zaszokowany jego zdolnościami udał się do Sanctum Sanctorum zasięgnąć porady, przyniósł Strange’owi pendrive’a z nagraniem, a tam nie ma żadnego komputera, Tony jest skonfundowany, a czarodziej na luzie czyta z jego myśli, widzi w nich walkę z Mandarynem i decyduje się wesprzeć Iron Mana.
Tyle wspaniałych okazji do rzucenia żartem No shit, Sherlock, sam Stark mógłby krzywo na magię patrzeć, ale po wszystkich ciężkich doświadczeniach byłby skłonny do zaakceptowania tego, że są rzeczy, których jego umysł nie potrafi pojąć.
Robert Downey Jr. zapewne bardzo chętnie jeszcze raz przywdziałby zbroję, nakręcił kolejny film o tej postaci, ostatnio się pojawiają na ten temat plotki, w sumie łatwa kasa, przysparza popularności, ale też daje pole do popisu – w Civil War był jeszcze bardziej bezbłędny niż dotychczas.

***

Kapitan Ameryka: Stary Kapitan Ameryka 

Ustalić trzeba jedno – Chris Evans jest niesamowity w roli Kapitana Ameryki. Kiedyś dostawał te role przystojnych śmieszków i czy ktoś przy To nie jest kolejna komedia dla kretynów pomyślałby, że ten facet nada się do zagrania lidera – cholera – Lidera o kręgosłupie moralnym z vibranium?
Wydaje mi się jednak, że ciekawym zabiegiem byłoby odsunięcie go na pewien czas poprzez postarzenie jego postaci. Steve Rogers mógłby być potraktowany jakimś promieniem śmierci czy czymś takim, który zdezaktywowałby serum superżołnierza. Oczywiście, nie na trwałe, ale na dwa filmy, więc kilka lat, kilkudziesięcioletni Kapitan Ameryka, nienadążający już za działającymi w terenie Avengers, słabnący z każdym dniem, musiałby zmierzyć się z zupełnie nieznanym sobie problemem. Przekazałby tarczę Bucky’emu, jak miało to miejsce w komiksach, a sam zająłby się koordynacją zespołu oraz trenowaniem nowego pokolenia herosów. A następnie zaliczył wielki powrót w finale fazy. Mogłoby to też stanowić logiczne wytłumaczenie dla starzenia się aktora, które postępuje przecież w naturalnym tempie.
Wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w tej roli. W roli mentora kolejnego pokolenia superbohaterów. Oczywiście, dostałby jakąś naprawdę kozacką scenę walki, sam jednak po niej stwierdziłby, że jednak czas przejść do pracy „za biurkiem”.
No i jakie nośne hasło można by wrzucić na plakat filmu – Kapitan Rogers ponownie chwyta za tarczę. A zwiastun? Co by było, gdyby po dwóch latach nieobecności Chris Evans podniósłby tarczę i w końcu krzyknął Avengers Assemble!?

***

Sinister Six (tym razem na poważnie): Spider-Man

Nie jest to materiał na pierwszy czy drugi film, ale trzecia produkcja z Pająkiem? Albo może raczej pierwszy film o grupie ciamajdowatych przestępców, którzy już raz dostali od Spidey’a, wypuszczony po dwóch solowych filmach o przygodach Petera Parkera. Przedstawienie historii z ich perspektywy – łotrów knujących w jakimś brudnym mieszkaniu na Manhattanie (a nie zamkniętym, opuszczonym magazynie, których z jakiegoś powodu w Central City i Star City jest więcej niż budynków mieszkalnych).
Siedzi jeden z nich i narzeka, jak to ten głupio ubrany pajac (to mógłby powiedzieć Electro) zawsze jest mu w stanie skopać dupę i jakie to jest niesprawiedliwe etc. Nagle, widząc Avengers w gazecie lub telewizorni, wpada na błyskotliwy pomysł zebrania sobie podobnych przegrywów i zawiązania koalicji przeciwko Pająkowi. Wiadomo – i Herkules dupa, kiedy wroga kupa.
Skoro wrogiem w filmie w 2017 roku ma być Vulture, to już byłby jeden idealny kandydat do Szóstki, wystarczyłoby zasygnalizować w drugim filmie, że Spider-Man regularnie walczy z jakimiś kolorowymi klaunami poprzez wrzucenie Kravena albo Shockera lub Mysterio do krótkiej walki na początku – pisałem już o codziennych czynnościach superbohaterów w tekście na temat Civil War – i mielibyśmy gotowe pół składu.
Komedia z niezdarnymi łotrami, którzy nie tworzą prawdziwej drużyny, bez przerwy się o coś obwiniają i ostatecznie całą szóstkę pokonuje licealista, powinna wpasować się w ton, jaki najprawdopodobniej przyjmą filmy o Spider-Manie.

***

Avengers ’80/ Retroavengers

Pisałem już o tym gdzieś na blogu, więc nieco się powtórzę – bardzo chciałbym zobaczyć film o proto-Avengers, działających w latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było nieco kiczowate. Wiemy, że wówczas czynnie działał Hank Pym i jego żona, wystarczyłoby im dodać ze dwie postaci w kostiumach i już można by wysłać drużynę na tajną misję przeciwko Związkowi Radzieckiemu, na której staraliby się powstrzymać próby stworzenia superludzi przez Sowietów. No bo przecież musiały takowe być i to zapewne bardzo liczne.
Brakuje mi czegoś takiego do wypełnienia luki czasowej pod koniec poprzedniego stulecia. Mogłoby to również jeszcze podkreślić, skąd wzięły się niesnaski między doktorem Pymem a zarządem S.H.I.E.L.D.
Super by było, gdyby to był Bond, tylko w stylu tych klasycznych, nie tych nowych  z Craigiem. Z szalonym radzieckim naukowcem, przystojną szaloną panią radzieckim naukowcem, bazą w łodzi podwodnej, a ci opracowywani superludzie koniecznie mieliby zdolność latania i posługiwania się ogniem, i robienia wybuchów atomowych. Bo Zimna Wojna.

***

Namor (Kim do diabła jest Namor?)

Nim zaczniecie się pultać, że to jakaś tania, nędzna i w ogóle rozebrana podróbka Aquamana, to zajrzyjcie na Wikipedię, by sprawdzić daty – Namor zadebiutował dwa lata przed pojawieniem się swojego odpowiednika z DC. Zdziwko, nie? Ciężko jednak mówić o wzajemnym kopiowaniu od siebie, bo koncept podwodnej krainy nie został wymyślony przez ówczesnego Marvela. Oba wydawnictwa postanowiły zaadaptować Atlantydę do własnych potrzeb. I tyle.
Nie jest do końca jasne, kto obecnie ma prawa do tej postaci, najprawdopodobniej ma je już z powrotem Marvel, choć mówiło się, że w jakiś sposób należą do wytwórni Universal, może chodzi o same prawa do dystrybucji, ciężko powiedzieć, skoro nie znamy szczegółów umowy. To nie jest tak, że po latach wyciąga je z szafy czyjaś żona, przynosi i zostają pokazane prasie.
Namor pierwotnie walczył z ludźmi i ten konflikt między Atlantydą i naszym, suchym światem jest dość istotny w przypadku tej postaci. Potem się – oczywiście – ogarnął i wraz z Kapitanem Ameryką oraz pierwszą Ludzką Pochodnią kopał tyłki Niemcom oraz Japończykom.
Gdyby go dzisiaj adaptowali, to z dość oczywistych przyczyn nie byłby sojusznikiem Kapitana Ameryki z czasów wojny. Pewnie nie miałby też skrzydlatych stóp i nosiłby coś więcej niż tylko zielone majtki.
Skoro już tak wszystko wyłazi – kosmici, mistycy Dalekiego Wschodu, superkrólowie z Afryki, to wynurzenie się Namora byłoby jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że jeśli się dobrze przyjrzeć Iron Manowi 2 i mapie, jaka stoi za plecami Starka w tej scenie, kiedy Nick Fury mówi mu, że nie nadaje się do Avengers, to jak byk jest tam zaznaczony środek Atlantyku. Niby nic, ale na tej samej mapie jest również kółeczko w centrum Afryki, no a przecież tydzień temu osoba, którą to kółeczko oznaczało, zadebiutowała w ramach MCU. Toteż jest duża nadzieja na pojawienie się również Namora.

***

To by było na tyle, skupiłem się wyłącznie na filmach, seriale to – niestety – zupełnie osobny świat, któremu wypadałoby poświęcić odzielny pełen uwag oraz narzekania wpis. Co naprawdę chciałbym zrobić i być może nawet uda mi się napisać to w tym tygodniu. A może dla równowagi należałoby zacząć od wytknięcia DC i Warnerowi, że niby ich seriale są osobne osobne od filmów, ale w procesie twórczym są ściśle połączone? Zobaczy się.

Póki co, dziękuję za przeczytanie niniejszego wpisu i liczę na to, że znajdzie się wśród Was ktoś, kto podzieli się jakimiś uwagami lub może własnymi oczekiwaniami.

Miłej niedzieli i smacznego obiadu. Albo do garów.

Jaskier

Po niesamowicie dobrym Kapitanie Ameryce* pozostałym filmom, które staną w tym roku w szranki o tytuł Hitu Lata, poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko. Ponieważ studia niebawem rozpoczną zasypywanie kina propozycjami, to chciałem zwrócić uwagę na jeden tytuł. Poprzez przyjrzenie się jego zwiastunowi.

***

Warcraft… nie mam pojęcia, jak to się stało, że nic jeszcze nie napisałem na temat tej produkcji. Nie licząc tego wpisu z początku 2013 roku, czyli mrocznego okresu, gdy o filmie praktycznie nic jeszcze nie było wiadomo poza nazwiskiem reżysera.

No ale że do kina trzeba będzie pobiec za niespełna miesiąc, a trwająca kampania marketingowa podzieliła internety na tych, którzy narzekają na gówniane CGI i całą resztę, to wypada w końcu zabrać głos w tej sprawie. Czy tam pismo, bo przecież Wam tego nigdy osobiście nie przeczytam.

Więc – cóż – ja się jaram okropecznie. Niczym Lordaeron podczas inwazji Płonącego Legionu.
smiech_z_puszki
Tak się składa, że od kilku miesięcy mozolnie rozgrywam sobie kampanię trójeczki, obecnie jestem w środku historii nieumarłych w The Frozen Throne, a zatem dosyć mocno jestem w klimacie tej serii. Patrząc na zwiastuny, sądzę, że film dobrze odda lekką kiczowatość świata przedstawionego. Straszny jest ból dupy o to, że orkowie są generowani przez komputery, a ludzie nie, sam miałem z czymś takim olbrzymi problem w przypadku filmowego Hobbita, ale nie należy zapominać, że te dwie produkcje niezwykle wiele dzieli. Dlatego, że uniwersa, w których są obsadzone, są drastycznie od siebie różne. Człowiek człowiekowi wilkiem, kiwi kiwi kiwi, a fantasy, fantasy nierówne. I tyle.
Świat Warcrafta, będący stylistyczną kopią uniwersum Warhammera, z założenia jest o wiele bardziej kolorowy od Śródziemia. W sensie istnienia szkół czarodziejów, powszechnego dostępu do magii, fikuśnego rynsztunku etc. Zawiera całą tę otoczkę, jaką powszechnie kojarzymy z fantasy. Z tego powodu tacy wielgachni orkowie pasują. Przynajmniej mi, aczkolwiek wydaje mi się, że każdy, kto odparł ich inwazję lub dowodził wojskami Thralla podczas tworzenia nowej Hordy, widząc na ekranie wielkie zielone kloce, czuje się jak w domu. Albo jak przed monitorem.

Nie uważam również, by przeniesienie się do czasów Pierwszej Wojny było błędem. Dobrze będzie zobaczyć coś, o czym do tej pory tylko czytałem.

Także więc – no ja czekam, wybiorę się do kina zapewne już w weekend premiery.

***

A poza tym na maturze rozszerzonej z matematyki było w tym roku zdecydowanie za dużo geometrii.

Jaskier

*Patrz: poprzedni wpis.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 76 obserwujących.