Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Komiksy’ Category

O! jakże przewrotny jest tytuł tego wpisu. Nie przeczytałem bowiem wszystkich tomów wydanych dotąd w Polsce przez Egmont. Ba! póki co nie udało mi się nawet zaliczyć chociaż po jednym tomie z każdej z proponowanych serii. Dlatego też przepraszam wszystkich, którzy dali się nabrać i kliknęli, licząc na jakiś wielgachny przegląd kilkudziesięciu wydanych dotąd albumów.
Tego tutaj nie znajdziecie, za to będzie można przeczytać, co sądzę na temat tego, co albo kupiłem, albo udało mi się wypożyczyć w krakowskiej Artetece.

***

***

All-New X-Men 1-2-3

Gdy pojawiła się informacja o starcie Marvel NOW! w Polsce – a to było ze dwa lata temu – stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli zdecyduję się na jedną, góra dwie serie i je będę regularnie kupować i czytać.
Ponieważ wiele osób w internetach polecało, mój wybór w pierwszej kolejności padł na historię klasycznych X-Men, przeniesionych w czasie w celu… nie wiem. Chyba żeby obecny Scott Summers a.k.a. Cyclops zobaczył młodszego siebie, wiernego ideałom i nawrócił się z obranej ścieżki bycia Winkelriedem mutantów.
Wyrwani ze szkolnych, beztroskich lat młodości mutanci stają twarzą w twarz ze swoimi starszymi wersjami, rozczarowując się obrazem tego, kim w tej linii czasowej się stali.

Było to narysowane bardzo ładnie, ale fabuła i postacie mnie kompletnie nie porwały. Zupełnie. Te młodzieżowe dramy o to, kto się w kim kocha albo co się stało z moim życiem?! były męczące, a ciągły ból dupy każdego z piątki mutantów przeniesionych w czasie sprawił, że po trzech tomach stwierdziłem, że odpuszczam czytanie tej serii.
Zdaje się, że ostatnio wyszedł kolejny tom, ale po tych trzech naprawdę nie mam ochoty na więcej.

Uncanny X-Men 1-2
Jest to seria komplementarna wobec tej z akapitu powyżej. Część wydarzeń mających w nich miejsce się pokrywa, zmienia się jedynie perspektywa – przedstawione są oczami członków przeciwnego zespołu. W innych przypadkach akcja się rozjeżdża i w Uncanny X-Men śledzimy poczynania dorosłego Cyclopsa, który jest teraz Wrogiem Ludzkości Numer Jeden i razem z Magneto i Emmą Frost prowadzi własną szkołę, podróżuje po świecie, zbierając do niej uczniów.

W tej serii też się nie zakochałem. Zaprezentowane w niej młode pokolenie mutantów miałem w dupie. Ale to tak totalnie. Pamiętam z nich tylko jedną dziewczynę, która umiała na pewnym ograniczonym obszarze stworzyć bańkę czasu. Poza tym pamiętam, że Cyclops (ten dorosły) miał ból dupy o to, że wszyscy mieli do niego ból dupy o to, że zabił Xaviera.

Wolverine and the X-Men 1-3
Tę serię czytałem wyrywczo, wypożyczając to, co akurat było dostępne w bibliotece. Ogólnie rzecz ujmując, jest to historia zupełnie nowego pokolenia mutantów, dla których Wolverine, Beast, a nawet Kitty Pryde to stare dziady.
Od pierwszego numeru totalnie się odbiłem. Zawarta w nim była historia jakiegoś cyrku, którego szef był potworem Frankensteina (sic!) i opanował umysły kadry pedagogicznej czyli Storm, Logana, Beasta etc. i młodzi mutanci musieli coś z tym zrobić. W ogóle mi to nie podeszło.
Do serii wróciłem jakiś czas później, gdyż musiałem dopchać limit trzech wypożyczanych komiksów, a akurat na półce stał trzeci numer. I to było naprawdę świetne. Dwoje młodych mutantów udało się – bez wiedzy nauczycieli – na misję infiltracji szkoły dla superzłoczyńców prowadzonej przez Hellfire Club. Tylko teraz Hellfire Club to najwyraźniej takie cool dzieciaki z bogatych domów, które ogólnie gardzą wszystkimi innymi. Ten koncept bardzo mi się spodobał, na pewno do serii wrócę. Niedawno został wydany czwarty tom.

Avengers 1
W przypadku tego komiksu mam chyba najbardziej mieszane uczucia.

Jest to kosmiczne mambo-dżambo, jakich pełno w komiksach, angażujące najpotężniejszą drużynę ziemskich bohaterów, w dodatku ściągające na listę jej członków postacie z najdalszych części uniwersum Marvela, stawiające tych wszystkich bohaterów naprzeciw międzygalaktycznych quasi-bogów.
Pierwszy tom jest jednak ewidentnie zaledwie wstępem do jakiejś dużo większej historii, a mimo iż już w nim nasza cywilizacja ociera się o zagładę, to czuć w powietrzu, że przy nadciągających wydarzeniach te próby morfowania ziemskiej flory i fauny, jakie tutaj następują, będą wyglądać niczym rabowanie banku przez Shockera, którego Spidey powstrzymuje w czwartek na długiej przerwie.

The Superior Spider-Man 1
Ten komiks mam przeczytany najświeżej, że się tak wyrażę, gdyż wypożyczyłem go dwa tygodnie temu. Jest to wstęp do historii, która chyba już w tym roku doczeka się finału (w sensie zostanie u nas wydany ostatni tom), opowiadającej o Superior Spider-Manie, czyli Doktorze Octopusie w młodym, silnym ciele Petera Parkera.
To może wydawać się strasznie głupie, ale historia naprawdę przypadła mi do gustu. Octopus oczywiście planował przejąć ciało i moce Pająka, żeby robić różne złowieszcze rzeczy, nie wziął jednak pod uwagę tego, że wchodzenie do głowy kogoś, kto stracił tak wiele bliskich osób i z tego powodu cierpi, i ma poczucie winy, nie może nie odbić się bez echa na psychice nowego właściciela ciała.
Scena, w której Peter, uwięziony w okaleczonym, sponiewieranym ciele Octopusa, umierając, przekazuje mu swoją mantrę, czyli hasło o wielkiej mocy i wielkiej odpowiedzialności, napisana jest w naprawdę poruszający sposób. I w ogóle przez cały czas miałem takie uczucie, że to, co się dzieje, jest niesprawiedliwe i że łotr powinien w końcu przegrać. Mimo iż wiedziałem, że tak się nie stanie. Kibicowałem Peterowi (prawdziwemu Peterowi), wiedząc, że tym razem mu się nie uda. Z czymś takim spotkałem się wcześniej tylko w przypadku Titanica. Za każdym razem trzymam kciuki za DiCaprio…
Będę wypatrywał na bibliotecznej półce kolejnych numerów, a kto wie – może sobie sprawię całą serię? Czwarty tom swego czasu wygrałem w konkursie na yt, ale czekam z czytaniem, dopóki nie zaliczę poprzednich.

Deadpool 1-2-3

O Deadpoolu zdążyłem już napisać na blogu, dokładnie o dwóch pierwszych tomach, możecie kliknąć w link i tam sprawdzić, co o nich sądzę. Wciąż uważam, że Łowca dusz wypada o wiele lepiej od Martwych prezydentów, gdyż ten drugi (chronologicznie pierwszy :P ) jest bardziej śmieszkowy. W pierwszym tomie mniej jest zgłębiania chorej psychiki głównego bohatera, który tak naprawdę śmiechem, żartami maskuje swoje problemy i psychiczny ból, jakiego doświadcza.
Dobry, zły i brzydki idzie jeszcze o krok… albo i dziesięć dalej, przedstawiając tytułowego najemnika z zupełnie innej perspektywy. W przeciwieństwie do memów, w pewnej mierze także filmu, ta inkarnacja Deadpoola jest o wiele poważniejsza. Jasne, jest tu sporo komedii, ale jednocześnie naprawdę duża dawka tragedii.

Tomy czwarty i piąty leżą na półce, jeszcze zafoliowane, a szósty czeka na odebranie. Nie mam kiedy do nich usiąść, żeby móc przeczytać. :(

Thor: God of Thunder 1-2

Dwa pierwsze tomy serii God of Thunder tworzą zamkniętą opowieść o starciu Thora ze śmiertelnym wrogiem wszystkich kosmicznych bóstw. Autor Jason Aaron rozciągnął akcję w przestrzeni kosmicznej, a także czasie, gdyż w finale opowieści do walki ramię w ramię stają trzy wersje Gromowładnego. Młody i buńczuczny wojownik, niegodny jeszcze Mjolnira, potężny Avenger, bohater najbliższy filmowej wersji, a także wiekowy król Asgardu z odległej przyszłości. Ich wątki rozpoczynają się w różnych okresach i miejscach kosmosu, by spleść się razem w ostatecznym starciu.

Możliwość poznania różnych wersji bohatera, świadomość tego, że to faktycznie jest ta sama postać, tylko na różnych etapach rozwoju, przypadła mi do gustu. Jest to komiks opowiadający historię Thora, której wciąż brakuje w MCU – mroczną, pesymistyczną, ale jednocześnie naładowaną nieprzeszkadzającym w niczym patosem. Łatwo by było popaść w śmieszność, ale scenarzysta potrafił rozładować napięcie w odpowiednim momencie tak, by całość zagrała.

Miss Marvel 1

Na wydanie tego komiksu w Polsce czekała masa osób. Zebrał niesamowicie pozytywne recenzje zagramanicą i wcale się temu nie dziwię.
Główna bohaterka, należąca do rasy Inhumans Kamala Khan, przechodzi terrigenezę, zyskuje moc zmieniania kształtu swojego ciała i wydawać by się mogło, że jej marzenia się spełniają. Przyjmuje dawny pseudonim swojej idolki i zamierza ratować świat.

Największą zaletą komiksu jest aspekt życia codziennego Kamali. Pochodzi ona bowiem z pakistańskiej rodziny, więc w przeciwieństwie do rówieśników nie może chodzić na imprezy, nie może spotykać się z chłopakami, a gdy coś nabroi, rodzice wysyłają ją na rozmowę do imama. Ona nie do końca się z tym identyfikuje, swojego pobożnego brata uważa za wariata, a rodziców – mimo iż szanuje i kocha – nie bardzo rozumie i uważa, że nie mają do niej zaufania i na nic jej nie pozwalają. Jest to klasyczny przykład konfliktu międzypokoleniowego, przez co aspekt odmiennej kultury – mimo iż prominentny – do jakościowej analizy nie jest potrzebny. Po prostu poddana hormonom nastoletnia dziewczyna, która od życia chciałaby czegoś innego niż to, co ma na co dzień, nagle dostaje moce. Nie dziwię się, że Kamalę często porównuje się do Petera Parkera, który przez wiele lat na siłę był trzymany w liceum, żeby dla kolejnych pokoleń komiksowych nerdów mógł stanowić odskocznię od klasówek, zrzędzących rodziców i domowych obowiązków.

Hawkeye 1

Kolejna seria, która spotkała się w USA z naprawdę pozytywnym przyjęciem, zawitała dwa miesiące temu również i do Polski. Głównym bohaterem jest Clint Barton, na co dzień latający w kosmos lub strzelający z łuku do superzłoczyńców członek Avengers, po godzinach samotny stróż i obrońca bloku, w którym mieszka.

Cóż, te fragmenty z Clintem w cywilu, gdy tłucze dresów albo ucieka autem przed dresami, strzelając do nich z łuku, albo idzie z  rannym psem do weterynarza, są naprawdę świetne.
Niestety, spora część to historia o misji odzyskania taśmy, na której nagrano Bartona likwidującego terrorystę. No bo wiecie – gdyby w łapy jakiegoś superłotra wpadło nagranie z członkiem Avengers dopuszczającym się podczas misji morderstwa, wywołałoby to międzynarodowy skandal. Wciąż ta część historii była o wiele bardziej angażująca i ciekawa, i ogólnie lepsza od wymienionych wcześniej All-New X-Men, jednak nie tego się spodziewałem.
W dodatku na końcu albumu znajduje się jeszcze jeden zeszyt z zupełnie innej historii. Aż wezmę komiks i sprawdzę, co to było… Tak, dobrze pamiętałem, to zeszyt serii Young Avengers Presents. Zamieszczony tutaj został, by przybliżyć czytelnikom relację Clinta Bartona z Kate Bishop, również występująca pod pseudonimem Hawkeye, pojawiającą się w serii Matta Fractiona.

Myślę, że ta seria z większą ilością numerów bardziej przypadnie mi do gustu.

***

Z czystym sumieniem mogę polecić DeadpoolaMiss Marvel, Superior Spider-ManaThora.
Co do reszty… cóż, naprawdę liczę na rozkręcenie się Hawkeye’a.

Co Wy sądzicie o tej inicjatywie wydawniczej Egmontu?
Który z komiksów z Marvel NOW! przypadł Wam najbardziej do gustu?
Może czekacie na jakiś komiks, który w Polsce jeszcze nie został wydany?

Dajcie znać w komentarzach.

Jaskier

Read Full Post »

Hachette w ubiegłym tygodniu wystartował z kolejną kolekcją komiksów. Tym razem nazywa się po prostu Superbohaterowie Marvela i zawierać będzie zbiór historii dotyczących konkretnej postaci lub drużyny. Jeden heros/zespół – jeden tom. Pierwszy numer to – a jakżeby inaczej – Spider-Man.
Nim przystąpię do jakiegoś, powiedzmy, szerszego omówienia zawartości oraz jakości wydania tego albumu, kilka słów o samej kolekcji.



Jest to trzecia już tego typu kolekcja wydawana w Polsce, po prekursorskiej Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, która szturmem zdobyła kioski i salony prasowe miesiąc po starcie mojego bloga (czyli w grudniu 2012 roku, liczy obecnie ponad sto tomów, najprawdopodobniej dociągnie do stu pięćdziesięciu) i Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics, która pojawiła się na rynku kilka miesięcy temu.
U schyłku 2012 roku możliwość regularnego kupowania komiksów w pobliskim kiosku w  drodze do pracy lub ze szkoły była czymś niezwykłym. Jakby ktoś nie pamiętał, to to był mniej więcej ten czas, gdy lubienie spajdermenów i batmanów stawało się glamour, wszyscy wciąż byliśmy pod ogromnym wrażeniem filmowych Avengers, sieciówki zaczęły ścigać się w ofercie koszulek z nadrukami, które jeszcze kilka lat wcześniej przystawały jedynie dzieciom… albo grubym nerdom. Nawiasem mówiąc – męskie są zaskakująco dobrej jakości, wciąż noszę te, które kupiłem sobie w trzeciej klasie gimnazjum.

Sukces WKKM, w który początkowo mało kto wierzył (poczytajcie dyskusje na forach z okresu rzutu próbnego) Hachette zawdzięczało dobremu wyczuciu rynku albo łutowi szczęścia. Ziarno padło na ziemię żyzną i wydało plon. Nakręcani kolejnymi filmami MCU, rzuciliśmy się do kiosków. To znaczy, ja nie – mam może z dziesięć tomów, na wakacjach opchnąłem trzy, nie zależało mi na skompletowaniu całości, ładnym obrazku na regale, nic z tych rzeczy. Wnioskując jednak z komentarzy przeczytanych na fanpejczu kolekcji, ludzie kupują tomy regularnie i kwestia posiadania całości panoramy nie jest błaha.

Jest jednak pewien problem z tymi kolekcjami. I zejdźmy może z WKKM, żeby nie było, że faworyzuję jednego wydawcę (Hachette) i wydawnictwo (Marvel). WKKDCC (wydawana przez Eaglemoss) oferuje naprawdę świetne historie. Mam z niej co prawda tylko Batman: Hush, ale niedawno wypożyczyłem i przeczytałem starsze polskie wydania dwóch innych tytułów – Green Arrow: Kołczan i Batman: Długie Halloween i zrobiły na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Pod względem objętości jest to sześć tomów kolekcji, więc połowa z dotychczas wydanych, toteż można powiedzieć, że start seria ma bardzo dobry.

Problemem nie jest więc dobór historii. I jednocześnie jest.
O ile jest to świetna sprawa, że za relatywnie małe pieniądze można sobie takie Długie Halloween lub Old Man Logan sprawić, przeczytać, z dumą postawić na półce, to jednak dla przerażającej liczby komiksów model wydawniczy, który sprawdza się w przypadku statków do składania lub figurek, nie ma za wiele sensu. Najbardziej niesamowita, zarówno w przypadku Marvela, jak i DC Comics, jest długowieczność postaci. Niektóre z nich istnieją dekady i ich przygody wydawane są nieustannie. Wiąże się z tym pewna płynność, zmiany, a także zagłębianie się, obrastanie, wręcz grzęźnięcie w kontekście wydarzeń z innych serii. Nie ma siły, żeby jakakolwiek kolekcja mogła zagwarantować takie wsiąknięcie w uniwersum, jeśli czytamy jeden tom o Spider-Manie Straczynskiego, potem jest dziesięć numerów z innymi bohaterami, a następny ze Spidey’m to Ultimate Bendisa. To po prostu niemożliwe.

Wiadomo, gdzieś trzeba zacząć czytać komiksy, jeśli się nam to zamarzy, aczkolwiek dowolny, tom dowolnej kolekcji jest równie dobry, jak każdy zeszyt lub album.
Może jednak o czytaniu komiksów i w ogóle miejscach ich zdobywania innym razem, hm? Dajcie znać w komentarzach, czy Was coś takiego interesuje.

***

Jakość wydania tomu stoi na naprawdę wysokim poziomie, okładka jest gruba, papier kredowy, kartki klejone, a tusz nie cuchnie, tylko cudownie pachnie drukarnią. Niestety, miałem jakiegoś megapecha i po wyplątaniu tomu z folii okazało się, że okładka jest poważnie uszkodzona.

Dolny róg grzbietu jest naderwany, w kilku miejscach okładka jest lekko wgnieciona. Lipa, będę musiał zadzwonić do BOK-u.

ZAWARTOŚĆ SBM #1:

Amazing Fantasy #15

Pierwszą historią w tomie jest legendarny już piętnasty numer periodyku Amazing Fantasy z 1962 roku. Zawiera on rzecz jasna debiutancki występ Spider-Mana. Niby wszystko spoko – dobrze było zapoznać się z tą historią, na własne oczy zobaczyć, jak dziwacznie i nieporadnie wystartował ten bohater w czasach, w których zamaskowani stróże prawa wyrastali jak grzyby po deszczu i tylko nieliczni z nich przetrwali próbę czasu. Spider-Man był bohaterem innym niż większość obecnych wówczas na rynku i tym właśnie przyciągnął czytelników, którzy mogli utożsamiać się z nieporadnym i nieśmiałym Peterem, który zakładając czerwoną maskę, stawał się potężnym superbohaterem.
I też – wiecie – ciekawie jest zobaczyć, jak ta pierwotna geneza z biegiem lat została rozbudowana o dodatkowe sceny, ale jednocześnie w swojej esencji pozostała niezmieniona. Peter był nieśmiały, pomiatany przez rówieśników, został ugryziony przez radioaktywnego pająka i wskutek tego zyskał supermoce (ach, to science-fiction z lat ’60). Zachłysnął się swoją potęgą i odebrał trudną lekcję, która wyrobiła mu kręgosłup moralny do końca życia.
Poważną wadą tego fragmentu tomu jest zmieniona warstwa graficzna. Wszystko pociągnięte jest komputerowym pędzlem, który naprawdę wiele odbiera doświadczeniu obcowania z tak starym komiksem, ponieważ klasyczna kreska Steve’a Ditko gdzieś tam ginie i rozpływa się pod syntetycznymi barwami. Szkoda.

Sinister Six

Historia nieco świeższa i mocniej osadzona w uniwersum Marvela, z czasów, kiedy Pajęczak dorobił się już pokaźnej galerii łotrów. Z wszystkich trzech komiksów zawartych w tomie przypadła mi do gustu najbardziej – jest taki niepowtarzalny urok w kiczowatych dialogach, nawet wszechobecne przemyślenia z minionej epoki pisania scenariuszy mi wyjątkowo nie przeszkadzają. Ciocia May, która wiecznie przejmuje się stanem zdrowia i samopoczuciem Petera, nie toleruje slangowego słownictwa i nie rozumie, że została porwana przez złoczyńcę, jest z dzisiejszej perspektywy postacią archaiczną, groteskową i wręcz obraźliwie stereotypową, ale należy brać poprawkę na to, że kilkadziesiąt lat temu nikomu do głowy nie przyszło, by pisać ją inaczej.
Uwielbiam tych głupkowatych łotrów, którzy mimo iż dostali łomot od Spider-Mana, to nie potrafią się na poważnie zorganizować i pycha jeszcze jeden raz doprowadza ich do porażki. Cudowne jest to, że siedzą w jakimś brudnym mieszkaniu, czekają na spóźnialskich i ciągną losy, rozstrzygając, w jakiej kolejności będą pojedynkować się ze Spider-Manem. Octopus zakładający akwalung i wskakujący do wielkiego akwarium ze słowami – Zapoluję na ciebie jak prawdziwa ośmiornica, to istna wisienka na torcie. Jeśli współpraca Marvel i Sony doprowadzi do powstania Sinister Six, to elementy z tego komiksu powinny się znaleźć w scenariuszu tego filmu.
Podczas czytania radochę sprawia również bezpretensjonalne reklamowanie innych tytułów – co kilka stron pojawia się jakiś bohater, na kadr lub dwa, przechodzi, nie robi NIC związanego z fabułą, znika, a wydawca łaskawie nas informuje, gdzie możemy przeczytać o jego przygodach.
Przykład z Thorem macie poniżej.
W zasadzie najsłabiej w tym komiksie wypada problem Spider-Mana. Traci on swoje moce i już sobie człowiek zaczyna myśleć, że to tak na poważnie, że będzie musiał kombinować, żeby posłać tych sześciu klaunów za kratki, ale po kilku stronach okazuje się, że no – jednak nie. Kiedy tylko przychodzi mu zmierzyć się z pierwszym z łotrów, ot tak je odzyskuje. Po prostu.
Słabe, w to miejsce wolałbym więcej przekomarzania się członków Sinister Six.

Wszystkiego najlepszego

Finał tomu to kilka zeszytów z serii Straczynskiego i Romity Jr.
Spider-Man ma urodziny, ale musi walczyć z jakimiś ludźmi-odbytami z innego wymiaru, cośtam, przenosi się w czasie i podróżuje przez niego od momentu ugryzienia przez pająka do teraźniejszości. I ratuje świat przed Dormammu. Ponownie doświadcza wydarzeń ze swojego życia, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie to porwało jakoś specjalnie.
Potem jest zeszyt skupiający się głównie na cioci May, która stała się w międzyczasie postacią z krwi i kości, a nie tylko nieświadomą niczego staruszką, którą trzeba co chwila ratować. Peter walczy z jakimś nowym przeciwnikiem, który wygląda, zachowuje się i ma takie moce, jakby powstał w wyniku działania funkcji zwracającej klasę Zloczynca o parametrach wylosowanych z pewnej zadanej puli.
Następny jest zeszyt o krawcu, który świadczy usługi zamaskowanym bohaterom oraz ich antagonistom. Gdyby wszystkie pięć zeszytów było o tym facecie, to byłby to o wiele lepszy komiks. Tak to tylko pretekst do moralizatorskiej gadki o tym, że jeżeli możesz coś zrobić, ale tego nie robisz, to jesteś współwinny cudzej krzywdy, bo tak powiedział dziadek krawca, który doświadczył piekła niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Rysunki to John Romita Jr. Co tu więcej mówić. Można lubić, można nie lubić. Osobiście żadnych poważnych zastrzeżeń do jego stylu nie mam.

***

Są jeszcze materiały dodatkowe w postaci jakichś galerii rodem z Magazynu Spider-Man z chińską zabawką, kulisy powstania postaci, jak to Stan Lee sam temi ręcoma stworzył, zaprojektował i tchnął życie w bohatera oraz liczące kilka stron streszczenie historii postaci, z podkreśleniem najważniejszych wydarzeń.

Po negatywnym odzewie, jaki pojawił się w Internecie odnośnie jakości tłumaczenia oraz ilości błędów, spodziewałem się prawdziwych okropności. No i faktycznie nie jest idealnie, powiedziałbym nawet, że nie jest dobrze, ale tragedii nie ma. Najwięcej zastrzeżeń mam do wstępu od wydawcy, potem faktycznie zdarza się zdecydowanie zbyt dużo literówek, a samo tłumaczenie miejscami jest dość pokraczne, aczkolwiek nie krwawią od tego oczy. A jak wiecie – albo i nie – ja jestem dosyć mocno uczulony na wszelkiej maści błędy.

***

Cóż, ja pasuję, kupiłem pierwszy numer i w gruncie rzeczy się rozczarowałem. Oryginalną genezę dostałem przekolorowaną, nowożytna historia nie była zbyt angażująca, w zasadzie tylko Sinister Six dostarczyło mi tego, czego oczekiwałem.

W Polsce jest obecnie zatrzęsienie komiksów i trzeba czasem i (przede wszystkim) pieniędzmi na nie dysponować z głową. Moim zdaniem Hachette zrobiło dobrą robotę z WKKM, ale kolejna kolekcja nie jest potrzebna. Tym bardziej, że za osiem dyszek miesięcznie można mieć Marvel Unlimited i jeszcze zostanie na wybrany album Marvel NOW! od Egmontu.

Jaskier

Read Full Post »

Pierwsze dwa numery polskiej edycji Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics zawierają kompletną historię pt. Batman: Hush. Jest to dobry ruch ze strony wydawnictwa Eaglemoss, u konkurencji nieraz na dalszy ciąg czekać trzeba było kilka miesięcy.
W dniu premiery pierwszego albumu napisałem TU co nieco na temat samego wydania, dzisiaj przyszła pora na mięsko – tytułową historię nowego, tajemniczego przeciwnika Mrocznego Rycerza.

***

Niewątpliwą zaletą komiksu jest zaangażowanie w fabułę olbrzymiej liczby postaci. Przewija się tutaj niemalże komplet najważniejszych oponentów obrońcy Gotham oraz wielu jego „towarzyszy broni”. Absolutnie jednak nie wiąże się to z żadnym przesytem – każda postać ma swoje miejsce w historii, w dodatku buduje to świadomość osadzenia fabuły w olbrzymim, żyjącym świecie.

No właśnie – fabuła. Batman ściera się z Killer Crociem i stwierdza, że coś jest nie tak. Nim jednak przyjdzie mu rozwikłać tę zagadkę, doznaje poważnego urazu, musi zostać poddany operacji. Z pomocą przybywa dawny przyjaciel Bruce’a Wayne’a – Thomas Elliot – obecnie najwybitniejszy chirurg na świecie. Zabieg ma pozytywny finał, za to sprawa w Gotham coraz bardziej się komplikuje, kolejne postacie wchodzą na scenę, a sprawy nie ułatwia złożona relacja Batmana z Catwoman. Największy detektyw na świecie będzie musiał poskładać elementy owej układanki, zmierzyć się ze zgrają przeciwników i nie dać oszukać się dawno niewidzianemu przyjacielowi.

W historii umieszczone są również liczne retrospekcje przedstawiające relację Bruce’a i Tommy’ego, sceny z ich dzieciństwa, a także powód zerwania znajomości. Gdy już przeczyta się całość (albo zna się zakończenie z jakiegoś streszczenia) sceny z przeszłości nabierają pełnego znaczenia i wiele tłumaczą.

Podoba mi się sposób prowadzenia historii, nawał wszystkiego, co spada Batmanowi na głowę i zmusza go do jeszcze większego wysiłku niż zazwyczaj. Złożony plan nowego złoczyńcy sprawia, że na każdym polu bohater musi działać na najwyższych obrotach – jego tężyzna fizyczna, niezwykły intelekt, poleganie na członkach Bat-rodziny, nieufność wobec nowych sojuszników, maska zblazowanego miliardera – wszystko zostanie przetestowane w rozgrywce, której zasady ustala nieznany wróg.

Mimo iż sama historia była bardzo angażująca, czytanie dawało mnóstwo satysfakcji, to już finał nieco mnie rozczarował. Zupełnie tak, jakby cała para poszła w gwizdek – po emocjonującym wstępie i rozwinięciu w zakończeniu czegoś zabrakło.
Epilog zbiera natomiast sceny wyjaśniające czytelnikowi całą zagadkę i rozwiązuje kilka spraw pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Zdecydowanie moją ulubioną spośród tych scen jest ta ze spotkaniem Batmana i Catwoman, kiedy to na wierzch wyłazi jego trudny charakter i zdolność do analizowania wszystkiego na bieżąco. Jak się okazuje – czasem zbyt przekombinowanego analizowania.

Strona wizualna to istna rewelacja, Jim Lee oraz inker Scott Williams i kolorysta Alex Sinclair wykonali niesamowitą robotę. Nie tylko okładki, ale i pojedyncze kadry nadają się do oprawienia w ramkę i powieszenia na ścianie. Cały poczet barwnych postaci z uniwersum DC wygląda w tym komiksie dokładnie tak, jak powinien. Projekty bohaterów są wierne klasycznym wizerunkom, ale jednocześnie niezwykle szczegółowe i „nowożytne”. Dla mnie ten styl graficzny stanowi kwintesencję amerykańskiego komiksu nurtu superhero. Popularny rysunek autorstwa Jima Lee, ten z Batmanem stojącym na gargulcu i Supermanem jako lustrzanym odbiciem, zdobi ekran mojego telefonu.

***

Zakup tych dwóch tomów był dobrą decyzją, jestem usatysfakcjonowany ich lekturą. Sądzę, że wydawnictwo dobrze zrobiło, na pierwszy ogień rzucając ciężki kaliber, jakim bez wątpienia jest Batman. W dodatku to kawał konkretnej historii detektywistycznej, wypełnionej najróżniejszymi postaciami ze świata Mrocznego Rycerza, więc ludzie zachęceni znanym tytułem na okładce nie powinni odejść niezadowoleni.

Jaskier

Read Full Post »

Pierwszy tom Deadpoola został w Polsce wydany przez Egmont w ramach ich mocnej marvelowskiej ofensywy w lutym tego roku (czyli 2016). Data nie była przypadkowa – w tym samym miesiącu na ekranach kin zagościła adaptacja przygód najemnika, który nigdy nie zamyka swojej brzydkiej gęby. Wszyscy obiecywali, że ta komiksowa inkarnacja Wade’a Wilsona to naprawdę coś, toteż stwierdziłem, że warto zapoznać się z tym komiksem.

Tak też zrobiłem, nie obyło się bez drobnych kłopotów ze zdobyciem egzemplarza, nakład rozszedł się niemalże momentalnie, w niektórych księgarniach* już w dniu premiery cała partia była wykupiona.

Fabuła z grubsza wygląda tak: martwi prezydenci USA powstają z grobów w formie zombie i ktoś musi przed nimi ocalić kraj. Ponieważ wyznaczenie tego zadania Avengers z powodów prestiżowych nie jest najlepszym rozwiązaniem, SHIELD wynajmuje Deadpoola.

Komiks przeczytałem i… miałem mieszane uczucia na jego temat. Jasne, ilustracje są super, sam koncept również, w dodatku jest całkiem zabawny, akcja jest wartka, a fabuła przystępna nawet dla kogoś, kto nie siedzi głęboko w komiksach Marvela. Nawet poczucie humoru mi w gruncie rzeczy odpowiadało, mój ulubiony tekst tego tomu pada podczas spotkania Deadpoola oko w oko z prezydentem Williamem Taftem, który sportretowany jest jako olbrzymi, nagi grubas latający wanną (sic!). Kolos podnosi ręce, by zadać najemnikowi cios, a ten – w swoim stylu – komentuje jego wygląd, mówiąc: „Błeee… twoje cycki mają cycki!”. Nie wiem, dlaczego właśnie ten kadr najbardziej mnie rozbawił, przez co zapadł w pamięć, ale tak właśnie było. Nie zmyślam.
Mimo wszystko, nie była to petarda, jakiej spodziewałem się, przeczytawszy kilka opinii na temat tego tytułu.

Tom pełen jest scen nabierających znaczenia przy pewnej znajomości historii USA. Niektóre żarty działają dzięki temu, że są odniesieniem do autentycznych wydarzeń.

Koniec końców, komiks wypadł w mojej opinii jednak bardziej na plus niż minus, stwierdziłem więc, że warto kontynuować śledzenie tej serii i zanabyłem również drugi tom.

***

No i Łowca dusz to już było to! Deadpool oszukał kiedyś pomniejszego demona (cudowny prolog z klimatem rodem z przełomu lat ’70 i ’80), który po latach powraca, by odebrać to, co mu się zgodnie z kontraktem należy. Wade staje się cynglem na jego usługach, lecz jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że sam również jest na liście do sprzątnięcia, toteż na własną rękę kombinuje, by kolejny raz wykiwać demonicznego handlarza.

Pełno tu nawiązań do innych komiksów, gościnnie występuje Superior Spider-Man, humor natomiast utrzymany jest na podobnym poziomie oraz w podobnym stylu. Krokiem naprzód względem pierwszego tomu – podnoszącym w moich oczach wartość historii – jest stopniowe zagłębianie się w psychikę głównego bohatera. Wychodzi bowiem na jaw, że jego pozorne szaleństwo i brutalność są jedynie sposobem na poradzenie się z tragiczną przeszłością**. Wraz z postępem fabuły coraz częściej i obficiej skąpani jesteśmy w skrzywionej zawartości umysłu Wade’a. Co jest super, gdyż przecież głupek rzucający drętwymi sucharami o seksie i kupie na dłuższą metę byłby nudny. Jak się tutaj okazuje, za jego głupkowatością coś stoi. W przypadku Deadpoola mowa jest nie tylko o komizmie postaci, ale również jej tragizmie. Z zapartym tchem czekam na dalszy rozwój tego wątku.

***

Obecnie jesteśmy niecały miesiąc przed premierą trzeciego albumu (trafi na półki księgarń 21 września) i ja się zaczynam rozglądać za dobrą ceną i możliwością przedpremierowego zamówienia, gdyż Łowca dusz narobił mi apetytu na więcej przygód Deadpoola.

Moja opinia na temat filmowego Deadpoola.

Jaskier

*Mam tu na myśli księgarnie, w których warto kupować, gdyż oferują komiksy mocno poniżej ceny z okładki.

**Jakbyś też był tworem Roberta Liefelda, to nie byłoby z Tobą lepiej.

Read Full Post »

Zapowiedziana jakiś czas temu przez Eaglemoss kolekcja komiksów od DC ruszyła wczoraj. Wnioskując po tym, że na mojej prowincji salonik prasowy wyposażony był w wielki plakat reklamujący ją, a w środku było kilka egzemplarzy, zakładam, że nie jest to rzut próbny, mający na celu tylko wybadanie rynku. To się dzieje naprawdę – komiksy obu największych amerykańskich wydawnictw znowu są szeroko dostępne w polskich kioskach.

Jak widzicie na załączonej grafice, pierwszy numer zachęca do zakupu promocyjną ceną, kolejny (kontynuacja historii) będzie kosztował 29,99zł, następne już 39,99zł. Jest to jak najbardziej zrozumiały ruch ze strony wydawcy, wiele kolekcjonerskich serii zaczyna w ten sposób, próbując przyciągnąć potencjalnych klientów. Pierwszy numer na półce dodatkowo przyciąga uwagę gigantycznym kartonem zawierającym na odwrocie ogólnikowe informacje na temat kolekcji oraz zapowiedź kolejnych dwóch tomów, załączona jest również broszura z krótkimi opisami popularnych serii oraz lista prezentów (albo WSPANIAŁYCH PREZENTÓW!, jak to napisał wydawca) przewidzianych dla prenumeratorów. Jest też oczywiście formularz umożliwiający zamówienie takiej, a także – co mnie nieco zdziwiło – inny, dzięki któremu możemy zamówić sobie tomy w kiosku. Taki papier zastępujący tradycyjną niepisaną umowę z kioskarzem.

Po więcej informacji odsyłam na oficjalną stronę kolekcji – KLIK.

Pierwszy numer to zarazem początek historii (ciąg dalszy w kioskach już 7 września) – toteż z czytaniem się przez dwa tygodnie wstrzymam, żeby móc wchłonąć całość jednorazowo, tym bardziej, że na temat Batman: Hush wiele dobrego słyszałem.
Jednakże kilka uwag technicznych odnośnie kolekcji mam już teraz.

Po pierwsze – bardzo dobrze, że historie rozbite na dwa tomy wydawane będą jeden po drugim. W przypadku WKKM brak analogicznej sytuacji bywał dosyć uciążliwy, nieraz na kontynuację trzeba było czekać miesiącami.

Po drugie – niestety, jakość wydania pozostawia wiele do życzenia. Okładka jest powleczona takim śliskim papierem, który przy grzbiecie, gdzie jest cieńsza, może pękać. W dodatku, komiks jest klejony i już chwilę po wyjęciu z folii, jeszcze przed czytaniem, całość nieprzyjemnie „chodzi”.

Po trzecie – jeśli mówimy o nieprzyjemnościach, to farba cuchnie. Serio, normalnie uwielbiam zapach farby drukarskiej, czytanie komiksu zyskuje dzięki niemu dodatkowy smaczek, ale ten komiks pasowałoby najpierw przewietrzyć.

W ramach dodatków otrzymujemy notkę o twórcach (scenariusz napisał Jeph Loeb, a fenomenalne rysunki stworzył Jim Lee, tusz i kolory nakładali Scott Williams i Alex Sinclair), a także swego rodzaju wstęp do historii, stanowiący wyjaśnienie dla osób, które z uniwersum Batmana nie są zaznajomione. Jest tutaj także komplet sześciu okładek, a także – spory rarytas – przedruk Detective Comics #27, to jest zeszytu, w którym w 1939 roku zadebiutował Mroczny Rycerz. Wielkim atutem tej kolekcji jest fakt, że każdy album zawierał będzie tego typu dodatek (następny numer przedstawi pierwszą genezę Batmana).

***

Pierwszy i drugi numer z powodu promocyjnej ceny warto moim zdaniem nabyć. Jak napisałem, nie czytałem jeszcze, ale już same rysunki cieszą oko i zapowiadają coś ciekawego. Kolejne tomy… cóż… Moim zdaniem trzeba się zastanowić. Seria zawierała będzie sporo dubli (na chwilę obecną ponad 30%, większość z nich wydał całkiem niedawno Egmont), a biorąc pod uwagę to, że jakość wydania nie zachwyca niczym Gałkiewicza poezja Słowackiego, to według mnie nie jest zbyt kusząca oferta. Inna sprawa z tytułami, które w Polsce wydane jak dotąd nie były, no ale kto to wie, w dzisiejszych czasach komiksowego szału. W moim przypadku pewnie skończy się jak z WKKM, z której nabyłem kilka wybranych tomów.

 

Jaskier

Read Full Post »

Wczoraj pisałem o pierwszym numerze, który bardzo mi się spodobał, dzisiaj natomiast, korzystając z chwili wolnego czasu, przeczytałem drugi i nim już nie jestem tak zachwycony. Brutalna prawda jest bowiem taka, że zarówno na linii fabuły, jak i ilustracji, główna seria przewyższą tę dedykowaną Darthowi Vaderowi, której pierwsze sześć numerów znaleźć możemy w drugim numerze periodyku Star Wars Komiks.

Przede wszystkim – za rysunki odpowiada pan Salvador Laroca, który od czasów Pięciu koszmarów Tony’ego Starka* wciąż nie nauczył się rysować twarzy. Ja sam rysować nie umiem, ale nie opłacam rachunków czekami uzyskanymi za wykonane ilustracje, więc tak się coś jakoś we mnie wzburza do narzekania na twórczość tego artysty. Może i można by zwalić winę na osobę kładącą kolory, czyli Edgara Delgado, ale we wspomnianych zeszytach z Iron Manem funkcję inkera pełnił kto inny, a też widać było, że coś jest nie halo. Twarze, całe głowy ludzkich postaci wyglądają często na doklejone, jakby ktoś wymazał kawałek kadru i wmontował na to miejsce owoc pracy kogoś zupełnie innego. Porównanie do ilustracji Cassadaya z głównej serii nie działa na korzyść Dartha Vadera. Na szczęście główny bohater nosi hełm, sporo tu też kosmitów oraz droidów, toteż tych wyskakujących znikąd i wyrwanych z innego świata ludzkich głów nie ma za wiele. Być może właśnie dlatego ta seria została mu powierzona.

Kolejnym mankamentem jest padaka związana z rzucaniem tym biednym Lordem Sithów po całej Galaktyce. Akcja zgrabnie spleciona jest z wydarzeniami z głównej serii, więc komiks zaczyna się od meldunku składanego Imperatorowi na Coruscant. Palpatine nie jest zadowolony ze sprawowania się swojego ucznia, którego obarcza ciężarem porażek w starciach z Rebelią. Darth Vader wysłany zostaje na Zewnętrzne Rubieże, by pertraktować z Jabbą, następnie gromi jakichś piratów, po czym leci załatwiać prywatne sprawy, w trakcie ich załatwiania dwukrotnie zmieniając lokację, w dodatku w międzyczasie zostaje zasugerowane, że prowadził śledztwo w celu znalezienia pewnej kobiety. To sprawia, że wcale nie czuć ogromu Galaktyki i kolejne odwiedzane planety są niczym przystanki tramwajowe oddalone o kilkanaście minut podróży. W dodatku kilkukrotnie wizyta na jakiejś planecie sprowadza się do tego, że trzeba odhaczyć na niej questa i można lecieć dalej. To nie Mass Effect. Gwiezdne wojny są takie ekstra, gdyż każdy kawałek tego Wszechświata ma niepodrabialny klimat i nie da się pomylić dwóch miejsc, a żeby taki efekt uzyskać, trzeba poświęcić nieco czasu. To jest najpoważniejszy zarzut wobec tej serii – scenarzysta za bardzo się spieszy. Kulejącą nieco kreskę i pozostałe mankamenty można by było spokojnie znieść, gdyby tylko odpowiednią ilość czasu poświęcono każdej czynności i misji Dartha Vadera. Kieron Gillen w pierwszej rundzie traci.

Drugą sprawą są wrzucone tu z jakiegoś powodu droidy – protokolarny Triple Zero oraz astromorderca BT. Czyli złe wersje C-3PO i R2-D2. Jeden jest zaprogramowany do przesłuchań i tortur, drugi to z kolei zakamuflowany pod niepozorną postacią astromecha bezlitosny Terminator. I wygląda na to, że ten dziwny żart twórcy mają zamiar ciągnąć.

No ale wcale nie jest tak, że nie ma tu nic dobrego. Idea tego, że Darth Vader traci swoją pozycję i musi odbudować zaufanie u Imperatora jest niezwykle ciekawa. Jest to dosyć logiczne, zwłaszcza w kontekście odkryć poczynionych przez Lorda Sithów. Na ten temat nie chcę nic więcej zdradzać.

Bardzo też podoba mi się motyw Dartha Vadera jako czciciela Mocy. Jak w tej scenie z Nowej Nadziei, gdy chciał udusić oficera za śmieszkowanie z niej. Dla niego jest to poważna sprawa i podchodzi do tego wręcz fanatycznie, w tym swoim fanatyzmie przewyższając Imperatora. W pozytywnym znaczeniu, bo pomimo iż służy Ciemnej Stronie Mocy, to uważa, że Moc jako taka powinna pozostać czysta, niezbrukana jakąkolwiek ludzką ingerencją. Być może zdaje sobie sprawę, że jego istnienie – komplet protez i system podtrzymywania życia – stanowi tak olbrzymią herezję wbrew wyznawanym przez niego zasadom, że musi to nadrabiać gorliwością.
To jest coś wartego pociągnięcia i rozwijania – dramat Dartha Vadera. Jeśli twórcy pójdą z komiksem w tę stronę, o czym przekonam się pewnie jakoś wiosną, to będę kontynuował kupowanie tej serii. Jeśli natomiast na pierwszym planie pozostanie skakanie z lokacji do lokacji i zbyt prędkie odhaczanie kolejnych zadań, to zakończę czytanie na drugim albumie.

Nie napisałem jeszcze, że jest tutaj całkiem sporo kadrów, na których Darth Vader po sithowsku wymiata. To zawsze jest na propsie.

***

Jeśli są tu czytelnicy, którzy przeskakują na koniec tekstu w celu sprawdzenia „oceny”, to ich zasmucę – nie ma ocen liczbowych. Napiszę natomiast, że warto dać temu komiksowi szansę, gdyż seria ma olbrzymi potencjał. Daje nam więcej Dartha Vadera, podkreśla tragizm tego bohatera oraz w nowym świetle pokazuje jego relację z Imperatorem.

Jaskier

*Tak się składa, że komiks ten wydany był w Polsce i nawet o nim pisałem – KLIK.

Read Full Post »

Pamiętacie ten lament internetów, gdy Disney kupił markę Gwiezdne wojny?
Albo potem ten ból dupy o wykasowanie z kanonu EU, co sprowadzało się do tego, że przyszedł ktoś i powiedział ludziom, że rzeczy, które się nigdy nie wydarzyły, naprawdę nigdy się nie wydarzyły?

Ja pamiętam i dalej mam trochę beki z ludzi, którym się wydawało, że taki transfer okaże się dla tej marki gwoździem do trumny. Ponieważ – jak można się przekonać, wchodząc do dowolnego marketu – Gwiezdne wojny już dawno nie miały się tak dobrze. W zasadzie nie pamiętam, żeby kiedykolwiek miały się lepiej. Przynajmniej u nas.

Disney nie po to wpakował miliardy dolarów w SW, żeby kurzyło się na półce, stąd decyzja o uznaniu EU niekanonicznym, gdyż łatwiej jest tworzyć, nie mając na sobie bagażu kilkudziesięciu lat różnej maści narośli. Marvel zupełnym przypadkiem również jest obecnie częścią koncernu Disney, toteż grzechem byłoby w takim układzie niezaczęcie pisania komiksów. I jasne, wcześniej też były nieustannie przez Dark Horse* wydawane historie obrazkowe ze świata SW, ale jakoś nie było o nich przesadnie głośno. Obecna sytuacja dowodzi, iż filmy istotnie napędzają sprzedaż komiksów oraz że EU jest fajne, ale najbardziej esencjonalne i napędzające sprzedaż są postacie z Oryginalnej Trylogii.
Darth Vader, Boba Fett oraz Han Solo są obrośnięci kultem niczym Jabba tłuszczem, a dodatkowe przedstawienie przemiany Luke’a z chłopaka z prowincji w rycerza Jedi z prawdziwego zdarzenia nikomu nie zaszkodzi.

Mniej więcej tym zajmują się wydawane obecnie tytuły – kilka jest poświęconych konkretnym postaciom i jeden główny, zatytułowany po prostu Star Wars. Z nim miałem się już okazję zapoznać, albowiem Egmont wydał we wrześniu album zbierający pierwsze sześć zeszytów. Dzisiaj po sporej obsuwie do sprzedaży trafił numer drugi Star Wars Komiks, w którym przeczytamy sześć zeszytów serii Darth Vader. No ale jego jeszcze nie przeczytałem, więc sorry, Winetou, napiszę o tym innym razem. Albo i nie.

Za Star Wars odpowiedzialni są Jason Aaron (scenariusz) oraz John Cassaday. Nazwisko tego pierwszego być może obiło się wam ostatnio o uszy, ale spokojnie, tutaj nikt nie zmienia płci. I teraz się zastanawiam, w przypadku której postaci byłoby to najdziwniejsze… chyba Chewbacci. John Cassaday to natomiast rysownik znany m.in. z serii współtworzonej z Jossem Whedonem – Astonishing X-Men. Wiele to mówi na temat tego, czego możemy spodziewać się po ilustracjach tutaj.

Akcja tych pierwszych sześciu zeszytów rozgrywa się krótko po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci i zawiera zamkniętą historię cwanego ataku Rebelii na fabrykę Imperium, swoiste posłowie do tego wydarzenia i zaczątki kolejnych przygód. Powiedziałbym, że jest to rozegrane w bardzo gwiezdnowojennym stylu.
To znaczy – Han Solo niechętnie współpracuje z Rebelią, tak naprawdę skrycie licząc, że między nim i Leią coś zaiskrzy, ale w gruncie rzeczy jest poczciwym gościem, który tylko czasem strzela pierwszy. Księżniczka ewidentnie nie jest mu dłużna i widać, że też czuje do niego miętę. Jest między nimi chemia. Luke wciąż jest oszołomiony tym, że wczoraj hodował wodę na farmie, a dzisiaj ma ratować galaktykę i chce się czegoś więcej o swojej misji dowiedzieć. Darth Vader jest pieprzonym Darthem Vaderem, a Boba Fett z kolei kradnie szoł krótkim występem w roli – no cóż – łowcy nagród wynajętego przez Imperium. Uwielbiam też to, jak bardzo C-3PO okazuje się być nieprzydatny.
Duet Aaron-Cassaday daje radę w odtwarzaniu klimatu Oryginalnej trylogii. Panowie czują te postacie, prowadzenie ich wychodzi im niezwykle zgrabnie.

Widzimy więc, że twórcy machają do nas, mówiąc: Pamiętacie OT? My wiemy, za co ją polubiliście. Chodźcie, mamy tu tego więcej. Jeżeli tak mają wyglądać te komiksy, to bardzo chętnie będę je kupował i czytał. Jak już napisałem – od dziś w kioskach jest dostępny Darth Vader, natomiast już 9 lutego ma wyjść Princess Leia. Nie spodziewałem się, że Egmont będzie u nas wydawał aż tyle serii, ale jestem jak najbardziej za, jeśli wszystkie będą trzymać taki poziom.

***

Komentarz odnośnie komiksów w kioskach:

Super sprawa, tym bardziej w takiej formie. Widzicie, ludzie mają straszny ból dupy o to, że komiksy w Polsce są sprzedawane przede wszystkim w grubaśnych albumach, najczęściej w twardej oprawie i na jakimś lepszym papierze. Problemem zaporowym wydaje się być tutaj cena, ale  – niespodzianka! – tutaj nie ma i nie może być związku liniowego – jeżeli zawierający x zeszytów album kosztuje y zł, to jeden zeszyt w kiosku nie kosztowałby y/x zł. O wiele lepiej, gdy wychodzą wydania zbiorcze – jak Star Wars lub Marvel NOW!, które ruszyło na wakacjach. Jasne, linia Nowe DC ma dosyć zaporowe ceny, ale w sieci bez problemu można znaleźć sklepy, w których bez czekania na jakąś promocję można kupić te komiksy za 70% kwoty z okładki.
Gdyby nagle wszystko było wydawane w formacie i cenie Star Wars, to kupowałbym znacznie więcej, ale trzeba pamiętać, że decyzja nie zależy wyłącznie od polskiego wydawcy. Rozwiązaniem jest nabywanie tego, co jest dostępne, bo przecież tam nikt nie ma misji dostarczania komiksów czytelnikom – to jest biznes. Ruch w tym segmencie na polskim rynku spowodowany jest popularnością filmów, z powodu których coraz więcej ludzi sięga po komiksy. Dystrybutorzy dostrzegają to i widząc szansę na zarobek, próbują wdrożyć nowe pomysły. Tylko od odbiorcy zależy, co się będzie działo dalej.

***

Jako bonus – ciekawostka ortograficzna:

Po angielsku piszemy Star Wars, natomiast po polsku Gwiezdne wojny. Pamiętajcie o tym. Nie zmyślam.

Jaskier

*Notabene, w Polsce odpowiedzialny za dystrybucję był Egmont i po zmianach oraz restarcie tytułu wciąż jest, więc można śmiało rzec, że to taki PSL wśród wydawców.

Read Full Post »

Older Posts »