Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Scarlett Johansson’

Oscary rozdane, czas rozdać najważniejsze Jaskiery.
Oto, moim skromnym zdaniem, pięć najlepszych rozrywkowych filmów 2016 roku. :D

Kolejność według daty polskiej premiery.

***

Ave, Cezar!, reż. Joel Coen, Ethan Coen

Ave, Cezar! idealnie chwyta pewne wyobrażenie o Hollywood i przerabia je na język filmowy. Jedna wytwórnia i jeden człowiek, który jest za wszystko odpowiedzialny, tysiące spraw, których musi upilnować i dopiąć na ostatni guzik.
Josh Brolin wywiązuje się z powierzonej mu roli fenomenalnie, a i drugiemu planowi nie można nic zarzucić. Mimo iż konkretne role to pewne znajome stereotypy, to zostały rozpisane i zagrane bardzo elegancko.
Film jednak przede wszystkim wygląda niesamowicie – różnorodne plany zdjęciowe, scenografia, kostiumy z epoki, a wszystko starannie uchwycone okiem kamery.
Polecam. ;)

Po więcej zapraszam do mojego tekstu, który powstał ponad rok temu: KLIK.

***

Kapitan Ameryka: Civil War, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Kolejny film na tej liście jest zgoła odmienny – dynamiczny, pełen akcji i humoru, ale jednocześnie potrafiący zatrzymać się, dać bohaterom czas na porozmawianie, widzom na złapanie oddechu. W finale w odpowiedni sposób uderza w cięższy ton, nie popadając przy tym w zbędny i nudny patos.
Nie sposób nie zauważyć, że sukces tej produkcji w lwiej części gwarantowany jest przez to, że to niejako kolejna część serii. Znamy te postaci od lat, widzieliśmy ich rozwój i zmiany ich relacji, dzięki temu doskonale rozumiemy, kto jest kim i dlaczego opowiada się po którejś ze stron.
Jednocześnie Civil War stanowiło bardzo dobre wprowadzenie dla nowych postaci – Black Panthera i Spider-Mana. Kto wcześniej czekał na film o królu Wakandy przebranym za czarnego kota?

Jeśli na Infinity War Marvel naszykuje coś jeszcze lepszego (wszak dopiero to będzie zwieńczeniem trzech faz MCU), to nie wiem, jak taką porcję wrażeń wytrzymam, nie mdlejąc w kinowym fotelu.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Zwierzogród, reż. Byron Howard, Rich Moore

Jedyny film na tej liście, którego w ciągu roku szerzej nie omawiałem na moim blogasku. Za to od czasu premiery zdążyłem obejrzeć go w dwóch wersjach językowych. :P
W minionych latach produkcje Disneya nie były jakoś szokująco dobre, jasne, ciężko się doczepić do Krainy lodu czy coś, ale moim zdaniem ostatni naprawdę dobry Disney był w 2012 roku (Ralph Demolka). Zwierzogród robi robotę.
Jest tutaj mnóstwo ciekawych, dobrze zrealizowanych pomysłów. Sposób, w jaki skonstruowano tytułowe miasto, jest niesamowity, powinni zrobić jakiś animowany serial na DisneyXD o pracy policji i pokazywać, pokazywać tej kreatywności jak najwięcej.
Żarty są świetne i różnorodne, chociaż w głównej mierze opierają się na cechach zwyczajowo przypisywanych poszczególnym gatunkom zwierząt – leniwce są powolne, króliki mają dużo potomstwa etc. Oklepane, ale w tym przypadku jakoś tak magicznie działa.
Morał jest w porządku, mimo iż po prostu to banalne hasełko o tym, że nie wolno oceniać innych pochopnie, że ludzie zwierzęta się zmieniają. Proste, aczkolwiek podane w odpowiedni sposób.

Niestety, mogę porównać tylko z Moaną, więc nie wiem, czy Oscar jest w pełni zasłużony, czy pozostałe produkcje nie okazałyby się moim zdaniem jeszcze lepsze. Na pewno Zwierzogród jest lepszy od Moany.

Podsumowując – bardzo, bardzo dobra animacja, nadaje się zarówno dla maluchów, jak i dorosłych. 8/10, polecam.

***

Arrival, reż. Denis Villeneuve

Arrival pojawiło się znikąd. To nie film superbohaterski, nie ma wielkich robotów, ani choćby nawet spektakularnych wybuchów w CGI. Za to posiada kosmitów oraz – przeciwnie niż wiele innych produkcji – scenariusz zawierający fabułę. Autentycznie wciągającą, klimatyczną, zaskakującą fabułę.
Film porusza istotną kwestię tego, jak ważna jest komunikacja – w zasadzie cały jest o tym, że różni ludzie, z różnych stron świata na jakiś sposób próbują porozumieć się z obcymi, dowiedzieć się, dlaczego przybyli. Jednocześnie pokazuje, że pomimo braku tak drastycznych różnic, jak między ludźmi, a heptopodami, poszczególne kraje nie są w stanie dogadać się i w stu procentach współpracować.

Cały czas jest to także świeży i doskonały film o przybyciu obcych.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Rogue One, reż. Gareth Edwards


Brudne i brutalne – Gwiezdne wojny, na jakie czekałem. The Force Awakens nie spełnił nadziei, jakie w nim pokładałem, ale Rogue One dał mi za to jeszcze więcej.

Oczywiste jest to, że filmy wchodzące w skład głównej sagi pewnych granic przekraczać nie mogą – muszą iść utartymi ścieżkami, podążać bezpiecznymi szlakami Kina Nowej Przygody. Miejsce na eksperymenty, różnej maści skoki w bok pojawiło się na szczęście w nowo powstałym fragmencie Expanded Universe, produkcjach z nagłówkiem A Star Wars Story, których to pierwszym przedstawicielem był Rogue One.
Jest to film inny od znanych nam Star Warsów, lecz jednocześnie mocno osadzony w stylistyce, a także świecie Odległej Galaktyki. Czuć, że wydarzenia z tego filmy dzieją się za rogiem, na zapleczu tego świata.
W mojej opinii są to najlepsze Gwiezdne wojny od czasów Imperium kontratakuje.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Uff, w końcu podsumowanie minionego roku za nami.

Co według Was wypadło najlepiej? Zapraszam do komentowania. ;)

Jaskier

PS Pozwolę sobie jeszcze zamieścić adnotację o tym, czego nie udało mi się zobaczyć w minionym roku, a na co miałem ochotę wybrać się do kina:

Zmartwychwstały
Kung Fu Panda 3
Łowca i Królowa Lodu
Gdzie jest Dory?
Księga dżungli
Tarzan: Legenda
Ghostbusters

Reklamy

Read Full Post »


Civil War jest wykonane nieprzyzwoicie wręcz wybornie, mimo iż nie ustrzegło się kilku błędów, a w zasadzie jednego, czyli odwiecznego problemu MCU – przeciwnik kolejny raz niedomaga. Zwłaszcza w zestawieniu z niesamowicie wypadającą ekipą herosów.
Naprawdę, relacje między postaciami robią ten film i maskują wszelkie fabularne wpadki. Civil War ogląda się przede wszystkim po to, żeby zobaczyć tych bohaterów w nowej sytuacji, w sytuacji, jakiej jeszcze nie było – otwartego konfliktu, wręcz wojny. Każdy ma swoje zdanie, swoje argumenty i – mimo usilnych prób – nie da się zniwelować tego napięcia w ramach rozmowy.

Fabularnie wygląda to następująco – Steve Rogers kieruje nową drużyną Avengers (którą zobaczyliśmy pod koniec Age of Ultron) i w trakcie misji w Nigerii dochodzi do tragedii – giną niewinni ludzie. Przelewa to czarę goryczy, opinia publiczna domaga się, aby superbohaterowie podlegali nadzorowi komisji ONZ, a ludzie, którzy marzyli o tym po nocach, wreszcie mogą z szuflady wyciągnąć przygotowany już wcześniej dokument, który ma posłużyć do rejestracji nadludzi.
Nieustannie dręczony wyrzutami sumienia Tony Stark, który wszelkimi siłami stara się odpokutować za stworzenie Ultrona, przystaje na propozycję władz i przyjmuje rolę przywódcy stronnictwa popierającego rejestrację. Rogers, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że każda organizacja może zostać po cichu zinfiltrowana lub nawet przejęta, staje na czele opozycji, nie godząc się na bycie cynglem grupki polityków. Kolejni bohaterowie opowiadają się po którejś ze stron i w ten sposób dochodzi do powstania pierwszych spięć w drużynie.
Być może wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie to, że Kapitan Ameryka czuje się zobowiązany do ratowania przyjaciela – Bucky’ego – który po dokonanym w Wiedniu zamachu jest poszukiwany przez cały świat. Kapitan nie chce bowiem wierzyć w jego winę i zamierza dotrzeć do niego przed przedstawicielami władzy, aby przekonać się, czy ma rację i w Zimowym Żołnierzu zostało coś jeszcze z jego przyjaciela. Naturalnie, stawia go to po tej drugiej stronie barykady, co zaostrza konflikt, mimo iż na tym etapie da się go wciąż polubownie rozwiązać.

Tak się jednak nie dzieje, a po szczegóły udajcie się do kina.
Dalej są SPOILERY.

***

Strasznie podoba mi się sekwencja początkowa, w której Avengers zastawiają sidła na grupę najemników, udaje im się pokrzyżować ich plany, wracają więc do domu zwycięsko. Nie licząc wybuchu, przez który ucierpieli cywile. Ale chodzi mi o to, że sama akcja oderwana jest od reszty fabuły. Ot, drużyna wykonywała misję, co jest dla superbohaterów codziennością, Kapitan oklepał superzłoczyńcę, co też stanowi dla niego chleb powszedni. Nie jest potem ani razu wspomniane, czemu najemnicy pojawili się w akurat w Afryce, kto ich tam wysłał etc. To świetnie pokazuje, że ten świat jest olbrzymi i nie kręci się wyłącznie wokół wielgachnych, epickich wydarzeń. W przerwach od walczenia z kosmicznymi najeźdźcami albo szalonymi robotami, bohaterowie ratują świat na mniejszą skalę.

***

Powtórzę jeszcze raz i będę to robił do znudzenia – film stoi relacjami i interakcjami między postaciami. O podejściu do rejestracji rozmawiają głównie Rogers i Stark, wszak są liderami poszczególnych stronnictw, jednak doskonale wiadomo, jakie są motywacje każdego z bohaterów. Dlatego tak łatwo się zaangażować widzowi w ten konflikt, bo każdy, nawet jeśli nie czytał komiksów (trochę gorzej, jeśli nie widział poprzednich filmów), rozumie, o co i dlaczego ci śmiesznie poubierani ludzie walczą. Sposób nakreślenia postaci i konfrontowanie ze sobą poszczególnych bohaterów odpowiada w tym filmie także za komizm. Nie ma tu ani jednego wymuszonego żartu, mimo iż od początku sceny na lotnisku pojawiają się jeden za drugim, czy to sytuacyjne, czy słowne, czy też wynikające z komizmu postaci.
Całościowo film pozostaje stosunkowo ciężki, lecz właśnie takie drobne rzeczy, choćby miny „pomagierów” Kapitana po jego pocałunku z Sharon Carter albo cały występ Ant-Mana, spuszczają powietrze i pozwalają złapać oddech przed kolejną dawką napięcia.

***

Wiadomo było, że zgraja ludzi, spośród których niektórzy wcielają się w dane role już od ośmiu lat, stanie na wysokości zadania. Niewiadomą byli dwaj nowi gracze czyli Spider-Man oraz Black Panther.

Zacznę od tego drugiego, w którego wciela się Chadwick Boseman. I – no cóż – zamiast jęczeć, że nie ma czarnych w filmach, powinien pokazywać się w mediach od swojej lepszej strony. Którą pokazał właśnie tutaj.
Najpierw kilka słów wyjaśnienia – Black Panther to bohater z fikcyjnego państwa, Wakandy. Jej mieszkańcom udało się przeżyć i utrzymać w izolacji dzięki bogatym złożom vibranium i niezwykle zaawansowanej technologii. Jednocześnie kultywują tradycje swoich przodków, więc codziennym widokiem są tam plemienne stroje, włócznie, tego typu rzeczy, które pokazuje w swoich programach Cejrowski, a obok tego stoją kosmiczne wręcz machiny i superkomputery. I wszystko to w środku dżungli w samym sercu Czarnej Afryki.
Tytuł Czarnej Pantery przechodzi tam w królewskim rodzie z ojca na syna, obecnie nosi go T’Challa, którego gra Boseman. I muszę przyznać, że wypada fenomenalnie. Doskonale oddaje to, z czym kojarzy się jego postać – jest wyniosły i dumny, lecz jednocześnie honorowy jak na władcę przystało. Film o przygodach Czarnej Pantery wejdzie do kin w 2018 roku i szczerze powiedziawszy, już nie mogę się doczekać.

Spider-Mana znają wszyscy. Sporo osób narzeka, że niepotrzebna jest następna filmowa inkarnacja tej postaci. Kiedy obejrzą w akcji Toma Hollanda, usłyszą go, zobaczą jego interakcje z innymi bohaterami, zmienią zdanie.
W końcu z pełnym szacunkiem i bez cienia wstydu ktoś podszedł do Pająka. Z całą sympatią, jaką darzę teen-dramę z serii Webba, to jest Spider-Man, na jakiego czekałem i jakiego chcę obejrzeć w filmie. Mimo iż jest na ekranie w sumie góra piętnaście minut, to kradnie dla siebie cały film.

***

Złoczyńcą w tym filmie jest Baron Zemo. Który nie ma nic wspólnego z komiksowym Baronem Zemo. Absolutnie. Ani nie jest nazistą po tacie, ani nie ma różowej maski, ani nawet nie macha mieczem. Członkowie Hydry nie mają lekkiego życia po wyjściu z komiksu na ekran. Von Strucker miał chociaż monokl w AoU, tutaj jedynie wzięli imię. Facet nawet nie jest z Hydry.
Kim jest?
Sfrustrowanym mieszkańcem Sokovii, którego plan polega na znalezieniu nagrania, na którym Bucky morduje rodziców Starka, pokazaniu tego nagrania Tony’emu, zmuszeniu go tym samym do walki z Kapitanem, w efekcie której pozabijają się nawzajem, co pomści śmierć rodziny Zemo.
Zajebisty plan. Nie ma co.
Gdyby nie to, że relacje pomiędzy bohaterami są tak autentyczne, to ten dziwaczny plan z pociąganiem za sznurki zza kulis pogrążyłby tę produkcję. Ale było tam więcej – Stark rozpaczliwie próbujący zadośćuczynić światu oraz nieufny wobec wszelkich instytucji Rogers. Brak płaszczyzny, na której mogliby się porozumieć oraz ostatecznie niewątpliwy udział Bucky’ego w morderstwie rodziców Tony’ego, doprowadziły do tego, że Zemo odniósł częściowy sukces – zadał Mścicielom cios potężniejszy niż Loki i Ultron razem wzięci, mimo że jego motywacją była po prostu częściowo nieuzasadniona chęć zemsty, a plan był mocno przekombinowany.

Smuci trochę to, że kolejny raz przeciwnik zawodzi, że wciąż się nie nauczyli dobrze pisać łotrów. W sumie lepiej by było, gdyby został wykreślony z fabuły. Dałoby się to zrobić – postawić naprzeciw sobie bohaterów bez kogoś pociągającego za sznurki.

***

Naprawdę dobrze się bawiłem w trakcie seansu i polecam wszystkim, którzy chcą się wybrać do kina na jakiś film akcji. Co prawda złoczyńca wypada naprawdę blado, jego plan jest bez sensu i nieco psuje odbiór dosyć mocnego finału, jednocześnie podważa całą tę rejestrację superludzi, ale i tak warto. Esencję tej produkcji stanowią rewelacyjnie nakreśleni i zagrani bohaterowie.
To naprawdę porządny film, jeden z lepszych, jeśli chodzi o filmowe uniwersum Marvela.

Jaskier

Read Full Post »


Jeśli lubicie filmy, to lećcie jak najprędzej do najbliższego kina na Ave, Cezar!, nie będziecie zawiedzeni. Sam zobaczyłem zwiastun pierwszy raz albo przed seansem Planety Singli, albo zupełnie przypadkiem gdzieś na fejsbuku kilka dni później, więc bardzo długo żyłem w błogiej nieświadomości istnienia tej produkcji. Stojąc tydzień temu w czwartek w kolejce po bilet na Deadpoola, postanowiłem, że nie będzie to jedyna wizyta w kinie i od kasy odszedłem z dwoma kartonikami upoważniającymi do zasiądnięcia w sali kinowej.
Nie mogłem postąpić lepiej, ponieważ kilka dni później spożytkowałem ten drugi bilet, a po dwóch godzinach wyszedłem z kina niezmiernie usatysfakcjonowany seansem. Toteż Wam radzę zrobić to samo, gdyż poniżej będą drobne SPOILERY.

***

O czym więc jest ten film?
Niby o Hollywood, ale tak naprawdę bardziej o samym procesie tworzenia. Bracia Coen wyciągają pewne smaczki, takie mocno anegdotyczne, związane z działaniem wytwórni filmowej w Fabryce Snów sprzed sześćdziesięciu lat, splatają to do kupy, po spleceniu okręcają wokół historii Eddiego Mannixa (Josh Brolin), który jest kimś w rodzaju kierownika wytwórni. W takim sensie, że jego zadaniem jest pilnowanie wszystkie w Los Angeles w imieniu enigmatycznego dla widza właściciela wytwórni. Mannix zarywa nocki i jest gościem we własnym domu, ale to dzięki niemu ten cały cyrk może się kręcić, mogą powstawać kolejne filmy. Jeśli jest jakikolwiek problem na planie, jeżeli trzeba pogadać z dziennikarzami, jeżeli jakąś sprawę trzeba uciszyć, a inną nagłośnić, to nikt nie zajmie się tym lepiej od Mannixa. I wszyscy w wytwórni to dobrze wiedzą i szanują go za jego ciężką pracę.

Materiały promocyjne i opis polskiego dystrybutora sugerowały, że akcja kręcić się będzie wokół porwania gwiazdy – Bairda Whitlocka (Clooney) – prosto z planu kręconej właśnie superprodukcji. I kiedy mówię superprodukcja, to mam na myśli film z olbrzymim zapleczem w postaci statystów, makiet, malowanych zastawek, kilku hal zdjęciowych, wykonanych w skali pomników (w końcu Rzym) i innych tego typu elementów, których dzisiaj już tak często nie uświadczymy, a nadawały one filmom przez kilka dekad niesamowitego klimatu.
Tak się jednak nie dzieje – głównym bohaterem jest właśnie Mannix, który oprócz zaginięcia gwiazdy, ma na głowie jednocześnie kilka innych spraw wytwórni oraz korzystną ofertę nowej pracy. Warto dodać, że znając zwyczaje Whitlocka, przez pierwsze kilka godzin jego zniknięciem Eddie się w ogóle nie przejmuje. Cały czas zadaje sobie pytanie, czy porzucić dotychczasowe zajęcie, skorzystać z propozycji, rozpocząć karierę w stabilniejszej branży i w finałowej scenie znajduje na nie odpowiedź.

I w tym momencie pojawia się łyżeczka dziegciu w beczce miodu. To znaczy mam na myśli mój tekst, nie jakieś objawienie na koniec filmu, bo ten dziegieć jest mocno rozpuszczony i obecny przez cały czas. Ave, Cezar! łapie mentalnego penisa każdego reżysera, aktora etc. i z pasją robi mu dobrze. Nie odbieram tego za jakieś wielkie przewinienie i ciężko mi wyobrazić sobie, by było to zrobione pod Akademię (choć nominacje się w przyszłym roku posypią i wydaje mi się, że co najmniej scenariusz zostanie nagrodzony, o ile ktoś nie zrobi filmu o żydowsko-murzyńskim reżyserze, który porzuca spokojne życie w USA i rusza na front II wojny światowej, dostaje się do niewoli… łapiecie). Mesjanistyczna rola twórców filmowych jest tutaj dosyć mocno zaznaczona, jednak nie tak chamsko i perfidnie, jak miało to miejsce w przypadku Supermana w Man of Steel – co to to nie. Mimo wszystko ja to kupuję, gdyż wierzę, że sami bracia Coen po prostu kochają tworzenie i tym filmem chcieli to zaznaczyć oraz jednocześnie oddać hołd swoim poprzednikom.
Tak to widzę, ale rozumiem, że dla kogoś innego może to być za dużo.

W zasadzie o niczym innym nie mogę napisać złego słowa, natomiast szczególnie pochwalić chciałbym dobór aktorów. Josh Brolin wydaje się być stworzony do tych wąsików, kapelusza i garnituru retro. A George Clooney? Czy można sobie wyobrazić lepszego kandydata do roli aktora, który sześćdziesiąt lat temu grałby rzymskiego dostojnika? Co więcej, każda z postaci napisana i zagrana jest w taki sposób, że nie można nie darzyć jej sympatią. Nawet szwarccharaktery tak zostały sportretowane, żeby swoją ekscentrycznością oraz komizmem budzić u widza uśmiech politowania zamiast odrazy i niechęci. Baird Whitlock ulega wprawdzie sugestiom porywaczy, zaczyna ekscytować się ich komunistycznymi ideami, ale Mannix skutecznie wybija je mu z głowy. Aktor nie przechodzi na Ciemną Stronę, a jedynie znajduje sobie coś, co i tak by się mu z czasem znudziło. Taki typ człowieka, lubi próbować nowych rzeczy, ale nie jest zdrajcą. Był to raczej przejaw dziecinnej ekscytacji.

***

Ave, Cezar! to naprawdę piękny i zabawny film o Hollywood, jakiego nie było, nie ma i nigdy nie będzie, ale jeśli przymkniemy na to oko, jeśli będziemy zdawać sobie sprawę z tego, że bracia Coen pokazują świat takim, jakim chcielibyśmy go widzieć, to każda osoba, która po prostu lubi oglądać filmy i się nimi cieszyć, wyjdzie z kina usatysfakcjonowana tą produkcją. Bo to jest właśnie taki ładny obrazek, gdzie twórcy przedkładają jakość swojego dzieła i zadowolenie widzów nad odniesione korzyści, a cała wytwórnia filmowa jest jak wielka, pełna poczciwych ekscentryków rodzina.

Jaskier

Read Full Post »

Plakat jaki jest, każdy widzi. Szablonowy plakat filmu Marvela.

Na początek się umówmy, że w tym tekście będę się wypowiadał na temat filmu wyłącznie w superlatywach. Dobrze? Kilku dosyć poważnym (choć niezaburzającym frajdy płynącej z seansu) wadom poświęcę osobny wpis.

Przede wszystkim – sceny akcji. Twórcy założyli, że widz jest już wystarczająco zaznajomiony z tym uniwersum, można więc zacząć do czegoś bombastycznego, pomijając jakiś powolny wstęp. Czegoś większego od otwarcia Avengers, a mieliśmy tam przecież do czynienia z trzęsieniem ziemi. Infiltracja placówki Hydry (zamek gdzieś w Europie Wschodniej <3) w wykonaniu całego składu Mścicieli to czysta poezja i raj dla oka. Już pierwsze minuty filmu jasno pokazują nam, że nikt się tam nie wstydzi materiału bazowego, a później jest tylko lepiej. Gracja oraz pomysłowość walk wbija w fotel i cieszy serce każdego maniaka historii obrazkowych. Naprawdę czułem się tak, jakbym oglądał na ekranie komiks. A przecież o to chodzi.

Fabuła jest w zasadzie gdzieś w tle i choć głównie jej będzie dotyczyć zapowiedziana w pierwszym akapicie litania narzekań, to przyznać trzeba, że wszystko trzyma się kupy, sensownie rozwija pewne wątki (np. wyjaśnia, dlaczego Thanos podarował Lokiemu berło) i kładzie podwaliny pod przyszłoroczne Civil War. Chociaż w finale AoU drużyna się jednoczy, to zdajemy sobie sprawę, że wszelkie kłopoty w filmie wzięły się z różnic światopoglądowych jej członków. Więc tak, Age of Ultron stanowi jedynie preludium do trzeciego Kapitana Ameryki, co do którego tytułu jestem coraz mniej przekonany. Nic by się nie stało, gdyby przechrzcić go na Avengers: Civil War, gdyż tym w istocie będzie.
Warto dodać, że zgodnie z prawem Hollywood, mówiącym, że kosmici, roboty oraz kosmiczne roboty atakują Stany Zjednoczone, tutaj akcja ma miejsce w RPA, Seulu oraz fikcyjnym państwie w Europie Wschodniej .

MCU doczekało się kolejnego mocnego łotra. Ultron stanowił realne zagrożenie, potrafił dokopać Mścicielom i pięknie realizował koncept upiornego Pinokia, który chce stać się człowiekiem lepszym od swego twórcy. Otóż tak, muzyczny motyw pochodzący z kilkudziesięcioletniej animacji Disneya wykorzystany w zwiastunie nie służył jedynie reklamie – czuć silną inspirację historią kukiełki, która chciała stać się prawdziwym chłopcem. Na dobrą sprawę to jest tu nawet Niebieska Wróżka. Bardzo podoba mi się to, jak nieludzki jest Ultron w tych swoich próbach stania się lepszym człowiekiem. Mam nadzieję, że ten trend się utrzyma i superherosi będą dostawać godnych siebie przeciwników (Norman Osborn, Mandaryn etc.).

Pozostałe nowe w MCU postacie to posiadający supermoce Wanda i Pietro Maximoff oraz syntezoid Vision. O bliźniakach porozmawiamy następnym razem, gdyż mam kilka zastrzeżeń. Dość powiedzieć, że czwarta z bliźniaczek Olsen wypada o wiele lepiej od ekranowego brata. Nie chciałbym prorokować, ale Aaron Taylor-Johnson chyba już na zawsze pozostanie dla mnie tylko Kick-Assem.
Z kolei Vision (Paul Bettany) będący tworem Ultrona, na czym jednak kończą się elementy jego biografii wyjęte z komiksów, jest świetny. Jest kolejnym – obok scen akcji, nawet istotniejszym od nich – argumentem świadczącym o tym, że twórcy są świadomi, co i dla kogo robią. Po to jest takie kino, by można w nim było oglądać wyposażone w sztuczną inteligencję androidy, które poczuwają się do ochrony życia.

Produkcja kipi również humorem. Nawet zaspoilerowana scena z młotem Thora potrafiła mnie w kinie rozbawić, chociaż widziałem ją już wcześniej. Ba! później film dwukrotnie się jeszcze do niej odwołuje i to nie nachalnie, a mimochodem, niejako argumentując decyzję jednego z bohaterów, co sprawia, że owa scena nie była jedynie humorystyczną wstawką, choć jako taka również by się broniła. Wielokrotnie AoU mnie rozbawiło i traktuję to jako kolejny plus produkcji.

Jest jeszcze jedna istotna rzecz, którą należy napisać o tym filmie. Hawkeye rządzi. Nie chcę Wam psuć frajdy z niespodzianki, więc nie będę pisał o szczegółach, ale on po prostu tutaj wymiata. Postać grana przez Rennera często-gęsto w komiksach stanowi swego rodzaju balast. No bo wiecie – to zwykły, uzbrojony w łuk i strzały śmiertelnik w gronie bogów, superżołnierzy i innych nadludzi. Nazywany jest najmniej przydatnym członkiem Avengers. I w tym filmie z tej jego zwyczajności zrobiono największą zaletę – jego ludzka natura jest jego supermocą. Jednocześnie Hawkeye zdaje sobie sprawę z tego, że strzelanie z łuku jest trochę śmieszne, biorąc pod uwagę kontekst – wydarzenia, które mogłyby doprowadzić do końca świata – lecz dodaje mu to tylko uroku. Dla mnie to bohater numer jeden w tym filmie.

Cóż tu więcej mówić? Pozostali aktorzy spisują się pierwszorzędnie, to już jest etap, na którym są niezwykle mocno zżyci z granymi postaciami. Interakcje między nimi wypadają bardzo naturalnie, a odwołania do innych elementów MCU stanowią miłe tło dla głównych fabularnych wydarzeń.
Idźcie obejrzeć ten film. ;)

***

O motywacji rodzeństwa Maximoff, wątku Bannera i Romanoff, a także czyjejś śmierci porozmawiamy już niebawem, więc bądźcie czujni.

Jaskier

PS Ostatnia scena. <3

Read Full Post »

Dzisiaj mam przyjemność zaprosić Was do zapoznania się z kolejną listą nominacji. Także więc zapraszam.

***

Scarlett Johansson za rolę Czarnej Wdowy w filmie Kapitan Ameryka: Winter Soldier

Scarlett Johansson w ubiegłym roku wystąpiła w bardzo dobrym oraz raczej zdecydowanie gównianym filmie akcji. W przypadku tego drugiego mowa, rzecz jasna, o produkcji Luca Bessona – Lucy. Co prawda nie zobaczymy jeszcze przez jakiś czas solowego filmu Czarnej Wdowy, ale w drugiej części przygód Kapitana Ameryki dostała całkiem sporo czasu. Chyba nawet więcej niż w Avengers. Natasha idealnie spełnia się jako wsparcie dla głównego protagonisty (poprzednio w drugiej części Iron Mana), a Scarlett Johansson bardzo dobrze pasuje do roli superagentki. W świecie nadludzi i superszpiegów trzeba umieć się odnaleźć, a ta wersja Czarnej Wdowy z pewnością to potrafi.
Z niecierpliwością czekam na kolejne filmy z Marvel Cinematic Universe z udziałem tej aktorki.

Evan Peters za rolę Quicksilvera w filmie X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ucharakteryzowanego Petersa, na jednej z okładek Empire, powiedziałem sobie, że to nie może wypalić. Nie da się zrobić z tego czegoś dobrego. Wielkie więc było moje zdziwienie, gdy siedząc na sali kinowej, pierwszy raz ujrzałem Quicksilvera w akcji.
Od pojawienia się, gdy grał sam ze sobą w ping-ponga, do kapitalnej sekwencji uwolnienia Magneto – postać ta kradnie show i aż smutno się robi, że bohaterowie nie zabierają go ze sobą na następną misję.
Czy pojawi się w Apocalypse? Oby choć w jednej scenie, bo już udowodnił, że tyle mu wystarczy, by rządzić na ekranie.

Emma Stone za rolę Gwen Stacy  w filmie The Amazing Spider-Man 2

Jeżeli za czymś z zawieszonej niedawno serii z Andrew Garfieldem będziemy tęsknić, to na pewno za pojawiającą się w niej interpretacją Gwen. Panna Stacy, w którą dwukrotnie wcieliła się Emma Stone, nie bez powodu znalazła się na mojej liście pięciu najlepszych filmowych dziewczyn superbohaterów. Jak mało która z piękności pojawiających się na ekranach, za którymi uganiają się faceci w rajtuzach, Gwen nie jest typową damsel in distress. Stanowiła realne wsparcie dla Petera i jeśli trzeba było, to potrafiła sama o siebie zadbać.
Prawie płakałem na jej śmierci. Ups, SPOILER.

Eminem jako on sam w filmie Wywiad ze Słońcem Narodu

Najbardziej złoty fragment filmu. Tu w zasadzie nie ma co komentować. Oglądajcie. ;)

Lee Pace za rolę Thranduila w filmie Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

Ostatnia część Hobbita dla mnie stała tylko aktorstwem. Od samego początku filmy te brylowały pod tym względem (obie poprzednie edycje Jaskierów wyróżniły aktorów grających w tej serii, Martin Freeman nawet zdobył nagrodę), lecz wszytko inne w finale trylogii nie zagrało.
Lee Pace dostał w tej części największą rolę i był jednym z jej jaśniejszych punktów. Nie było łatwo wybrać spośród wachlarza świetnych postaci, a wybór padł na króla elfów z prostego powodu – kto inny ma na koncie szarżę na orków na bojowym łosiu? Oprócz tego miał kilka kozackich scen (nieprzesadzonych, w przeciwieństwie do sekwencji Legolasa), no i świetnie oddał pogardę dla innych ras oraz wyniosłość charakterystyczną dla elfów.
Wielka szkoda, że oprócz aktorów nic nie zadziałało prawidłowo.

***

Niebawem lista pięciu filmów.

Co sądzicie o dzisiejszych nominacjach?

Jaskier

Read Full Post »

 

Podczas ostatniej wizyty w kinie (a było to w trochę bardziej cywilizowanej części świata niż zazwyczaj, choć bez szału – wciąż tylko Podkarpacie) powitał nas olbrzymi, całościenny plakat, w połowie skupiający się na pokazywaniu połowy twarzy Scarlett Johansson.
Czyli plakat Lucy.

Motorem napędowym fabuły jest twierdzenie mówiące, iż człowiek wykorzystuje jedynie 10% swojego mózgu. Podobno teza ta jest nieprawdziwa*, ale to nie ma znaczenia, ponieważ w filmach akcji nauka i tak najczęściej przypomina coś pokroju Laboratorium Dextera, więc jesteśmy przyzwyczajeni do najróżniejszych bzdur i zagrywek stosowanych przez scenarzystów tylko po to, żeby mogli się popisać specjaliści od efektów specjalnych, choreografowie walk i inni ludzie, bez których kino popcornowe nie miałoby racji bytu.

Na cóż więc tym razem pozwala jakaś pseudo-quasi-nauka?

Scarlett Johansson ma supermoce. Tylko tyle i aż tyle.

Perspektywa oglądania wyposażonej w nadnaturalne zdolności Scarlett Johansson, kopiącej tyłki przez półtora godziny seansu jest pociągająca. Wiemy wszak, że aktorka ta nadaje się do ról w takich filmach (Iron Man 2, Avengers, Kapitan Ameryka: Winter Soldier**) i najzwyczajniej w świecie dostaniemy więcej. Jednocześnie może to być odpowiedź na pytanie, czy Czarna Wdowa byłaby w stanie udźwignąć sama cały film.

Funkcję reżysera pełni Luc Besson i zważywszy na to, jak dobrze i świeżo wyszedł mu film pt. Uprowadzona, jestem w stanie mu zaufać (pomimo totalnej obojętności, z jaką podchodzę to obu kontynuacji ww. produkcji). Oczywiste jest, że Lucy nie będzie drugim Leonem zawodowcem, ale przecież nie musi być. Wystarczy przecież, by film angażował i bawił w trakcie seansu.

Morgan Freeman to z kolei dodatkowy smaczek, dla którego warto przyjrzeć się bliżej tej produkcji.

A co Wy, moi czytelnicy, sądzicie o Lucy?

Jaskier

*Gdybym miał czytelników, wysyłaliby mi teraz w komentarzach linki do wpisów na Bezużytecznej.

** Ponownie wybaczcie, polska wersja jest dla mnie naprawdę zbyt toporna.

Read Full Post »


Kapitan Ameryka: Winter Soldier* to bez wątpienia najlepszy film z MCU od czasu Avengers. Głównie dzięki temu, że próbuje czegoś nowego, czegoś, czego do tej pory w tych produkcjach nie uświadczyliśmy. Bo nie oszukujmy się – zarówno Iron Man 3 jak i kontynuacja Thora opierały się na postaciach. Naturalnie, tutaj Rogers, Czarna Wdowa, Fury i inni również są istotni, jednak niezwykły nacisk położono na opowiadaną historię, co jest czymś zupełnie nowym, jak zresztą napisałem już dwie linijki wyżej. A jako że fabuła jest intrygująca i angażująca widza, to cieszyć się należy podwójnie.

Zamiast klecić kolejny akcyjniak, w którym najistotniejszą rolę odgrywają lasery, skupiono się na intrydze, która co prawda jest łatwa do rozszyfrowania, jednak dzięki powiewowi świeżości, jaki wnosi do serii, nie nuży i realnie przez cały seans przykuwa do ekranu. By nie zdradzać zbyt wiele – Kapitan zostaje wyjęty spod prawa i – oczywiście – nie bacząc na to, musi uratować świat.
(Wszystko to zahacza delikatnie o pytanie: Kiedy strzeżenie obywateli zamienia się w ich kontrolowanie oraz rządy terroru? oraz: Na ile S.H.I.E.L.D. może sobie pozwolić? Później jednak okazuje się, że podział na Dobrych i Złych istnieje, więc wymowa o naturze orwellowskiej maleje, ale pojawienie się takiego motywu to i tak duży plus tej produkcji.)

Wychodzi mu to fenomenalnie, już pod koniec Avengers dostrzec można było przebłyski charyzmy oraz niezłomności, które czynią z niego idealnego dowódcę (najwyraźniej te cechy charakteru potrzebowały więcej czasu na rozmrożenie). Tutaj jest to widoczne w pełni – Kapitan to prawdziwy kozak i nikogo nie będzie już śmieszył jego kiczowaty kostium. Oglądając jego brawurowe wyczyny (scena w windzie!), w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że nie supersiła, superszybkość i superakrobacje są jego mocą.  Najważniejszym czynnikiem czyniącym z Rogersa superherosa jest to, co ma wewnątrz siebie – charakter oraz wiarę w ideały.

Tytułowy Zimowy Żołnierz (serio?) wypada znakomicie, choć – paradoksalnie – film nie straciłby wiele na jego braku. Poważnie, Zimowy Żołnierz byłby równie dobrym filmem, gdyby nie było w nim Zimowego Żołnierza. Jego wątek będzie kontynuowany w następnej części, która zapowiedziana jest  na 2016 (obecnie jestem nią bardziej zainteresowany niż mającym premierę tego samego dnia Batman vs. Superman, brawo DC), więc najwyraźniej ta produkcja miała na celu jedynie wprowadzenie tego bohatera. Toteż tytuł jest „nieco” mylący. Pojawia się on tylko wtedy, gdy fabuła wymaga tego, by kogoś zlikwidował, następnie stacza z Kapitanem kończący się remisem pojedynek i znika. W komiksach Zimowy Żołnierz działał mniej więcej w taki sam sposób, zatem mój problem związany jest wyłącznie z tytułem filmu. Dlaczego pojawia się w nim postać, która nie jest w centrum fabuły?

Pozostałe postacie również na plus – dokooptowanie S.H.I.E.L.D. do Kapitana pozwoliło na rozwinięcie postaci Fury’ego i Czarnej Wdowy, którzy nie byli tyle czasu na ekranie nawet w Avengers. Działa to świetnie, bo Samuel L. Jackson wypada kapitalnie w roli superszpiega, a Scarlett Johansson… … nie, jeszcze moment… jeszcze chwilkę… Scarlett Johansson jako niegrzeczna dziewczyna stanowi interesujące połączenie ze Złotym Chłopcem Ameryki, jakim jest Rogers. Taki grzeczny i w ogóle. Pewnie co z tego będzie, bo która kobieta nie chciałaby takiego ideału?

Nowy w obsadzie jest Anthony Mackie, który wciela w Falcona. Całe szczęście, darowano sobie jarmarczną czerwień i zrobiono z niego ekskomandosa, radośnie rzucającego się na pomoc Kapitanowi. Tak to wygląda, ale w praktyce sprawdza się bardzo dobrze i poniekąd jest dosyć wiarygodne – który żołnierz nie marzy bowiem o walce ramię w ramię z Kapitanem Ameryką? Nie jest typem irytującego przydupasa, do którego starają się nas przyzwyczaić filmy z lat ’90 emitowane przez stację na „P” albo TVN. A to bardzo dobrze. Jestem ciekaw, jak rozwinie się jego relacja z głównym bohaterem.

Nawiązań do reszty tego uniwersum jest kilka, choć żadne z nich nie jest tak rewelacyjne jak pojawienie się Kapitana Ameryki w Thor: Mroczny świat. Jednak usłyszenie kilku znajomych nazwisk (Strange!) wystarczająco karmi moje wewnętrzne dziecko.

Bardzo przyjemny w odbiorze film, który polecam każdemu. Wcześniej jednak warto zapoznać się ze starszymi produkcjami, na pewno z Avengers.

To niesamowite, iż Marvel Cinematic Universe rozwinęło się na tyle, że w ciągu roku możemy obejrzeć trzy diametralnie się różniące filmy. A w sierpniu czeka nas przecież wizyta w kosmosie, więc coś jeszcze innego.
Dla każdego coś dobrego.

Jaskier

*Wybaczcie, tłumaczenie jest moim zdaniem zbyt toporne.

Read Full Post »

Older Posts »