Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Wrzesień 2016

Pierwsze dwa numery polskiej edycji Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics zawierają kompletną historię pt. Batman: Hush. Jest to dobry ruch ze strony wydawnictwa Eaglemoss, u konkurencji nieraz na dalszy ciąg czekać trzeba było kilka miesięcy.
W dniu premiery pierwszego albumu napisałem TU co nieco na temat samego wydania, dzisiaj przyszła pora na mięsko – tytułową historię nowego, tajemniczego przeciwnika Mrocznego Rycerza.

***

Niewątpliwą zaletą komiksu jest zaangażowanie w fabułę olbrzymiej liczby postaci. Przewija się tutaj niemalże komplet najważniejszych oponentów obrońcy Gotham oraz wielu jego „towarzyszy broni”. Absolutnie jednak nie wiąże się to z żadnym przesytem – każda postać ma swoje miejsce w historii, w dodatku buduje to świadomość osadzenia fabuły w olbrzymim, żyjącym świecie.

No właśnie – fabuła. Batman ściera się z Killer Crociem i stwierdza, że coś jest nie tak. Nim jednak przyjdzie mu rozwikłać tę zagadkę, doznaje poważnego urazu, musi zostać poddany operacji. Z pomocą przybywa dawny przyjaciel Bruce’a Wayne’a – Thomas Elliot – obecnie najwybitniejszy chirurg na świecie. Zabieg ma pozytywny finał, za to sprawa w Gotham coraz bardziej się komplikuje, kolejne postacie wchodzą na scenę, a sprawy nie ułatwia złożona relacja Batmana z Catwoman. Największy detektyw na świecie będzie musiał poskładać elementy owej układanki, zmierzyć się ze zgrają przeciwników i nie dać oszukać się dawno niewidzianemu przyjacielowi.

W historii umieszczone są również liczne retrospekcje przedstawiające relację Bruce’a i Tommy’ego, sceny z ich dzieciństwa, a także powód zerwania znajomości. Gdy już przeczyta się całość (albo zna się zakończenie z jakiegoś streszczenia) sceny z przeszłości nabierają pełnego znaczenia i wiele tłumaczą.

Podoba mi się sposób prowadzenia historii, nawał wszystkiego, co spada Batmanowi na głowę i zmusza go do jeszcze większego wysiłku niż zazwyczaj. Złożony plan nowego złoczyńcy sprawia, że na każdym polu bohater musi działać na najwyższych obrotach – jego tężyzna fizyczna, niezwykły intelekt, poleganie na członkach Bat-rodziny, nieufność wobec nowych sojuszników, maska zblazowanego miliardera – wszystko zostanie przetestowane w rozgrywce, której zasady ustala nieznany wróg.

Mimo iż sama historia była bardzo angażująca, czytanie dawało mnóstwo satysfakcji, to już finał nieco mnie rozczarował. Zupełnie tak, jakby cała para poszła w gwizdek – po emocjonującym wstępie i rozwinięciu w zakończeniu czegoś zabrakło.
Epilog zbiera natomiast sceny wyjaśniające czytelnikowi całą zagadkę i rozwiązuje kilka spraw pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Zdecydowanie moją ulubioną spośród tych scen jest ta ze spotkaniem Batmana i Catwoman, kiedy to na wierzch wyłazi jego trudny charakter i zdolność do analizowania wszystkiego na bieżąco. Jak się okazuje – czasem zbyt przekombinowanego analizowania.

Strona wizualna to istna rewelacja, Jim Lee oraz inker Scott Williams i kolorysta Alex Sinclair wykonali niesamowitą robotę. Nie tylko okładki, ale i pojedyncze kadry nadają się do oprawienia w ramkę i powieszenia na ścianie. Cały poczet barwnych postaci z uniwersum DC wygląda w tym komiksie dokładnie tak, jak powinien. Projekty bohaterów są wierne klasycznym wizerunkom, ale jednocześnie niezwykle szczegółowe i „nowożytne”. Dla mnie ten styl graficzny stanowi kwintesencję amerykańskiego komiksu nurtu superhero. Popularny rysunek autorstwa Jima Lee, ten z Batmanem stojącym na gargulcu i Supermanem jako lustrzanym odbiciem, zdobi ekran mojego telefonu.

***

Zakup tych dwóch tomów był dobrą decyzją, jestem usatysfakcjonowany ich lekturą. Sądzę, że wydawnictwo dobrze zrobiło, na pierwszy ogień rzucając ciężki kaliber, jakim bez wątpienia jest Batman. W dodatku to kawał konkretnej historii detektywistycznej, wypełnionej najróżniejszymi postaciami ze świata Mrocznego Rycerza, więc ludzie zachęceni znanym tytułem na okładce nie powinni odejść niezadowoleni.

Jaskier

Read Full Post »

W tegorocznym, słabym niczym rosół z chlebem, sezonie letnich hollywoodzkich superprodukcji Star Trek: Beyond lśni w pełnym blasku należnej mu chwały. Nie dlatego, że jest tylko przeciętny, co już pozwoliłoby mu wybić się przed montażowe potwory od DC – bynajmniej. Nowy Star Trek nadleciał znienacka i totalnie zaskoczył nieprzygotowaną widownię. Być może nie rozbił banku, lecz pod względem jakości oraz walorów artystycznych nie można mu wiele zarzucić.

Fabuła – klasyczna. Jest kosmos, jest misja, jest USS Enterprise, jest zagrożenie. Akurat tak się składa, że dzielny kapitan Kirk oraz jego bohaterska załoga są jedynymi, którzy mogą stawić czoła odkrytemu niebezpieczeństwu. Dlatego też zostają naprzeciw niemu wysłani i bardzo szybko widz pojmuje, że film jest czymś na kształt wysokobudżetowego odcinka klasycznego serialu z Williamem Shatnerem i Leonardem Nimoyem. Tylko że z Chrisem Pine’em i Zacharym Quinto.

Wraz z tymi dwoma panami powraca również cała ekipa z dwóch poprzednich filmów Abramsa – Karl Urban w roli pokładowego medyka, Simon Pegg jako oficer techniczny, John Cho, Zoe Saldana oraz Anton Yelchin. Nie powraca natomiast sam J.J. Abrams, na stołku reżysera zastąpiony przez Justina Lina, przez długi czas związanego z serią Fast and Furious. Poprzednik – jak wiadomo – popełnił poważny grzech, najgorszy z grzechów, jaki można popełnić, będąc twórcą Star Treka –przeszedł do obozu Star Wars.
Moim zdaniem dobrze się stało, te nowe Star Treki i tak mocno zbaczały w stronę konkurencyjnej serii, więc skoro J.J. Abrams chciał zrobić nowożytne Gwiezdne wojny, to świetnie, że dostał ku temu okazję. Szkoda, że wyszło, jak wyszło… Dzięki temu jednak przygody załogi Enterprise mogły wrócić na właściwe dla serii tory i tak się właśnie w tym roku stało.

Film z klasą podchodzi do smutnego faktu opuszczenia naszego padołu łez przez Lenarda Nimoya, który dzięki fizyce cameostycznej pojawił się w dwóch poprzednich filmach, grając pana Spocka z alternatywnej linii czasowej. Scenarzyści zdecydowali się uśmiercić tę kultową postać, lecz obyło się bez pompatycznych scen pogrzebu, informacja o odejściu zasłużonego członka Gwiezdnej Floty do jego młodszej wersji dociera z opóźnieniem, wprawiając Wolkanina w rozterkę.

Bohaterowie to wielka zaleta tej produkcji. Stosunkowo szybko główna część obsady zostaje podzielona na duety i obserwowanie interakcji pomiędzy poszczególnymi postaciami sprawia wiele frajdy. Co więcej, nie ma znaczenia, czy akurat na ekranie goszczą kapitan Kirk i Chekov, czy też doktor McCoy i komandor Spock – wszystkie role zostały napisane bezbłędnie. Spryciarzy, którzy chcieliby wytknąć, że wyżej wymieniłem nieparzystą ilość aktorów, uprzedzam – Sofia Boutella, w roli ciekawej świata i pragnącej wyrwać się z niewoli kosmitki, dopełnia zestawienie.

Zwrot fabularny jest naprawdę sprawnie przeprowadzony. W założeniach jest nieco podobny do tego z W ciemność, tylko że tym razem zrobiony porządnie i chyba nikt się go od samego początku filmu nie spodziewał, w przeciwieństwie do Benedicta Cumberbatcha, który to niby nie był Khanem.

Star Trek: Beyond pod względem wizualnym jest iście przepiękny. Wszystkie komputerowe efekty specjalne, rozmach, jaki dzięki nim twórcy mogli osiągnąć – wręcz powala. Dopieszczona scena dokowania statku, awaryjne lądowanie, dynamiczna, finałowa walka z rojem przeciwników – miód z boczkiem.
Również praktyczne efekty – kostiumy, charakteryzacja, scenografia, sterylne wnętrza Enterprise – niezwykle cieszą oko.

Spośród nielicznych wad produkcji zdecydowanie muszę wymienić nieco irytującą ekspozycję z początku filmu. Załoga przybywa do stacji kosmicznej, by uzupełnić zapasy na dalszą część misji. W jednej chwili jesteśmy bombardowani informacjami: a to Spock i Uhura mają kryzys, porucznik Sulu jest homoseksualistą, kapitan Kirk marzy o ustatkowaniu* i było tam coś jeszcze, ale minęła już chwila od seansu i nie pamiętam. Po prostu wychodzą z jakiejś śluzy czy czegoś tam i po kolei dostajemy scenki, które mają na celu powyjaśniać i uświadomić nam to i owo.
Wyglądało to na zrobione na siłę.

Pewien problem jest też w scenie ataku na Enterprise. Niewiarygodnie dużo się naraz dzieje, akcja szybko przeskakuje od jednej postaci do drugiej i bardzo łatwo się w tym wszystkim pogubić. A to coś na mostku, a to nagle przy silnikach, a to szturmujący pokład napastnicy – naprawdę jest tego mnóstwo. Na szczęście po tej krótkiej, lecz chaotycznej, sekwencji dochodzi do wspomnianego wcześniej podziału na pary i przechodzimy już do mięska, to jest członków załogi na nieznanej planecie, wystawionych na niebezpieczeństwo.

***

Bardzo dobry jest ten nowy Star Trek. Zmiana reżysera i scenarzystów pozytywnie wpłynęła na jakość filmu. Mało kto na niego czekał, przez co zrobił kinomanom wielką niespodziankę.
Niecierpliwie będę wyglądał informacji na temat kontynuacji.

 

Jaskier

*Po co mu to? Przecież już jest uSTAT(e)Kowany. Przepraszam, musiałem. :P

Read Full Post »


Informacja o animowanej adaptacji jednej z bardziej poważanych obrazkowych historii nie była chyba dla nikogo zaskoczeniem. DC od lat masowo wręcz ożywia swoje komiksy w takiej właśnie postaci. Potem okazało się, że do swoich ikonicznych ról powrócą Mark Hamill oraz Kevin Conroy, zostanie rozwinięty wątek Batgirl, a film otrzyma kategorię wiekową R. Dodatkowo, Killing Joke, w przeciwieństwie do wielu innych tytułów, został również wyemitowany w kinach.

Obejrzałem i… cóż – nie bardzo rozumiem, co w tym jest takiego, że trzeba było puścić to do kin. Jasne, kreska (ale nie animacja) jest lepsza od tego, co ostatnio jest serwowane spod znaku DC, czyli adaptacji historii z New 52, ale – tak ogólnie – to przeniesienie komiksu na ekran. Zupełnie tak, jakby to Snyder reżyserował*.

Przejdźmy do konkretów.

Prolog z wątkiem Batgirl/Barbary Gordon został dodany, by dało się z tej historii zrobić pełnometrażowy film, Zabójczy żart jest naprawdę króciutki, liczy zaledwie czterdzieści sześć stron. I niby można mówić, że zawarty w nim** materiał rozszerza rolę Batgirl i sprawia, że późniejsze jej okaleczenie wywołuje większe emocje, ale to trochę gówno prawda.
Barbara w prologu przedstawiona jest jak jakaś smarkula, która chce udowodnić swojemu nauczycielowi, że stać ją na więcej. Na domiar złego podkochuje się w tym nauczycielu. Bo wiecie, Barbara Gordon ma tutaj ochotę na Bruce’a Wayne’a. Albo Batmana, ciężko stwierdzić, biorąc pod uwagę to, że bierze się to znikąd i nijak nie zostaje wytłumaczone. To jest dziwne i – jak to mówią zagramanicą – creepy, kiedy dobiera się do niego na dachu, a on nie protestuje i mają seks.

Tym sposobem płynnie przechodzimy do drugiego balastowego elementu animacji – eRki. Dlaczego? Komiks też ma z tyłu okładki znaczek „tylko dla dorosłych”, ale film niezbyt subtelnie brnie głębiej. O ile możliwe jest brnięcie głębiej w kategorię plus osiemnaście z materiałem, jaki wymyślił Alan Moore. Mam takie wrażenie, że z tymi „dorosłymi tematami” przedobrzyli. Na przykład – jest ta koszmarna scena seksu, którą zresztą Warner chwalił się jeszcze przed premierą filmu. Niby nic nie jest pokazane, „kamera” subtelnie niczym w piątkowych wieczornych filmach z TV4 wędruje w inne miejsce, ale wciąż, coś tu jest nie halo. Są też małe rzeczy, rozbawiła mnie szczególnie jedna zmiana w dialogu. Barbara podaje ojcu kakao (zupełnie jak w komiksie), a ten mówi, że chętnie wypiłby dziś coś mocniejszego (zupełnie nie jak w komiksie). To tak, jakby ktoś chciał na siłę zapracować na kategorię R, no bo Jim Gordon ma ochotę na szklankę whisky, więc jesteśmy tacy dorośli, bo sugerujemy, że komisarz będzie pił alkohol.

Nie jest jednak tak, że nie ma tu żadnych plusów. Możliwość ponownego usłyszenia Marka Hamilla (m.in. wykonującego piosenkę, w której Joker zachęca komisarza Gordona do postradania zmysłów <3) oraz Kevina Conroya, odejście od paskudnego stylu graficznego, w jakim ostatnio były rysowane wszystkie animacje, gdzie każda postać wygląda tak samo, no i historia, która jest interesująca, a jej pointa daje wiele do myślenia.

Ale – po co oglądać adaptację, skoro można przeczytać komiks?

I tyczy się to w zasadzie każdej animacji od DC z ostatnich lat, branie materiału źródłowego – jakim jest komiks – i kopiowanie go co do joty na taśmę filmową mija się z celem. Ból dupy ludzi, którzy zarzucają ekranizacjom niezgodność z komiksami lub książkami, jest bezsensowny. Można – a w zasadzie trzeba – zastanawiać się, gdzie przedstawiona historia wypadła lepiej.
I w przypadku Zabójczego żartu oryginał wygrywa z palcem w nosie.

Jaskier

*Ale tak nie jest – za reżyserię odpowiada Sam Liu, scenariusz natomiast napisał Brian Azzarello, znany m.in. jako twórca komiksu pt. Joker.

**W prologu.

Read Full Post »

Pierwszy tom Deadpoola został w Polsce wydany przez Egmont w ramach ich mocnej marvelowskiej ofensywy w lutym tego roku (czyli 2016). Data nie była przypadkowa – w tym samym miesiącu na ekranach kin zagościła adaptacja przygód najemnika, który nigdy nie zamyka swojej brzydkiej gęby. Wszyscy obiecywali, że ta komiksowa inkarnacja Wade’a Wilsona to naprawdę coś, toteż stwierdziłem, że warto zapoznać się z tym komiksem.

Tak też zrobiłem, nie obyło się bez drobnych kłopotów ze zdobyciem egzemplarza, nakład rozszedł się niemalże momentalnie, w niektórych księgarniach* już w dniu premiery cała partia była wykupiona.

Fabuła z grubsza wygląda tak: martwi prezydenci USA powstają z grobów w formie zombie i ktoś musi przed nimi ocalić kraj. Ponieważ wyznaczenie tego zadania Avengers z powodów prestiżowych nie jest najlepszym rozwiązaniem, SHIELD wynajmuje Deadpoola.

Komiks przeczytałem i… miałem mieszane uczucia na jego temat. Jasne, ilustracje są super, sam koncept również, w dodatku jest całkiem zabawny, akcja jest wartka, a fabuła przystępna nawet dla kogoś, kto nie siedzi głęboko w komiksach Marvela. Nawet poczucie humoru mi w gruncie rzeczy odpowiadało, mój ulubiony tekst tego tomu pada podczas spotkania Deadpoola oko w oko z prezydentem Williamem Taftem, który sportretowany jest jako olbrzymi, nagi grubas latający wanną (sic!). Kolos podnosi ręce, by zadać najemnikowi cios, a ten – w swoim stylu – komentuje jego wygląd, mówiąc: „Błeee… twoje cycki mają cycki!”. Nie wiem, dlaczego właśnie ten kadr najbardziej mnie rozbawił, przez co zapadł w pamięć, ale tak właśnie było. Nie zmyślam.
Mimo wszystko, nie była to petarda, jakiej spodziewałem się, przeczytawszy kilka opinii na temat tego tytułu.

Tom pełen jest scen nabierających znaczenia przy pewnej znajomości historii USA. Niektóre żarty działają dzięki temu, że są odniesieniem do autentycznych wydarzeń.

Koniec końców, komiks wypadł w mojej opinii jednak bardziej na plus niż minus, stwierdziłem więc, że warto kontynuować śledzenie tej serii i zanabyłem również drugi tom.

***

No i Łowca dusz to już było to! Deadpool oszukał kiedyś pomniejszego demona (cudowny prolog z klimatem rodem z przełomu lat ’70 i ’80), który po latach powraca, by odebrać to, co mu się zgodnie z kontraktem należy. Wade staje się cynglem na jego usługach, lecz jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że sam również jest na liście do sprzątnięcia, toteż na własną rękę kombinuje, by kolejny raz wykiwać demonicznego handlarza.

Pełno tu nawiązań do innych komiksów, gościnnie występuje Superior Spider-Man, humor natomiast utrzymany jest na podobnym poziomie oraz w podobnym stylu. Krokiem naprzód względem pierwszego tomu – podnoszącym w moich oczach wartość historii – jest stopniowe zagłębianie się w psychikę głównego bohatera. Wychodzi bowiem na jaw, że jego pozorne szaleństwo i brutalność są jedynie sposobem na poradzenie się z tragiczną przeszłością**. Wraz z postępem fabuły coraz częściej i obficiej skąpani jesteśmy w skrzywionej zawartości umysłu Wade’a. Co jest super, gdyż przecież głupek rzucający drętwymi sucharami o seksie i kupie na dłuższą metę byłby nudny. Jak się tutaj okazuje, za jego głupkowatością coś stoi. W przypadku Deadpoola mowa jest nie tylko o komizmie postaci, ale również jej tragizmie. Z zapartym tchem czekam na dalszy rozwój tego wątku.

***

Obecnie jesteśmy niecały miesiąc przed premierą trzeciego albumu (trafi na półki księgarń 21 września) i ja się zaczynam rozglądać za dobrą ceną i możliwością przedpremierowego zamówienia, gdyż Łowca dusz narobił mi apetytu na więcej przygód Deadpoola.

Moja opinia na temat filmowego Deadpoola.

Jaskier

*Mam tu na myśli księgarnie, w których warto kupować, gdyż oferują komiksy mocno poniżej ceny z okładki.

**Jakbyś też był tworem Roberta Liefelda, to nie byłoby z Tobą lepiej.

Read Full Post »