Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Kapitan Ameryka’

Przed Wami moje zestawienie najciekawszych, najmocniej zapadających w pamięć, no i tak ogólnie moim zdaniem najlepszych ról w 2016 roku. Pogrupowane zostały na następujące kategorie – Mała i Duża rola w filmie popcornowym. O przydzieleniu do danej kategorii decydowały głównie ilość czasu ekranowego oraz istotność dla fabuły.
Kolejność według polskiej premiery.

Zapraszam do czytania. ;)

Mała rola w filmie popcornowym

Chadwick Boseman, jako T’Challa/Czarna Pantera w filmie Civil War

Chadwick Boseman zamiast się wymądrzać i biadolić, jak to biali nie potrafią skakać nie dopuszczają czarnych do filmów, mógłby dawać więcej takich popisów jak w Civil War. Od jego postaci bije tutaj charyzma, pewność siebie, powaga i dostojność. Przez cały czas czuć, że T’Challa pochodzi z królewskiego rodu, budzi respekt wśród pozostałych bohaterów filmu. Jednocześnie jako jedyny potrafi w porę ochłonąć, odsunąć od siebie pragnienie zemsty, zastąpić je chęcią wymierzenia sprawiedliwości.

Cóż, co tu dużo mówić – po jego występie w trzeciej części Kapitana Ameryki ludzie nie mogą doczekać się solowego filmu Czarnej Pantery.

***

Karl Urban, jako doktor McCoy w filmie Star Trek Beyond

Karl Urban jest we wszystkim i gdzie się nie pojawi, tworzy oryginalną postać. Trochę jak Gary Oldman, tylko bez okresu grania łotrów w filmach science-fiction.
W nowych Star Trekach jest od samego początku, wcielając się w pokładowego lekarza na USS Enterprise.
Moim zdaniem robi najlepszą robotę spośród obsady nowej serii – pozostali aktorzy również dobrze się spisują, aczkolwiek np. wysunięci na pierwszy plan Chris Pine oraz Zachary Quinto z pewnych przyczyn, w które nie chce mi się teraz zagłębiać, zobowiązani są do duplikowania ról o wiele bardziej charyzmatycznych aktorów.
Dzięki temu popis Urbana lśni o wiele jaśniej, pozwalając mu wnieść do Gwiezdnej Wędrówki nonszalancję, sarkazm i butelkę czegoś mocniejszego.

Aha, zapomniałbym – #BringBackDREDD.

***

Jai Courtney, jako Kapitan Boomerang w filmie Suicide Squad

Jai Courtney do tej pory znany był z tego, że ma agenta cudotwórcę. Dostawał role w dużych filmach – duże role (chociażby Kyle’a Reese’a w Terminatorze: Genisys). Nigdy jednak nie dało się o nim powiedzieć czegokolwiek więcej niż – beztalencie.
W końcu jednak – ku zdziwieniu chyba wszystkich – odnalazł się w jakiejś roli. Jego interpretacja Kapitana Boomeranga, niezbyt bystrego dresiarza, szubrawca i osoby pozbawionej przyzwoitości oraz kręgosłupa moralnego była jednym z jaśniejszych punktów sponiewieranego w poprzednim wpisie Suicide Squad.

***

Benedict Wong, jako Wong w filmie Doctor Strange


Benedictowi Wongowi powierzone było trudne zadanie – Wong w komiksach jest mistrzem kung-fu, ale jednocześnie służącym Doktora Strange’a. Dosłownie służącym – parzącym herbatę i otwierającym drzwi Azjatą. Jak uciec od tego stereotypu w czasach, gdy rynek chiński nieustannie rośnie i przynosi coraz większe dochody?
Twórcy uporali się z tym problemem całkiem sprytnie, kładąc nacisk na zdolności oraz wiedzę bohatera. Dlatego też w kolejnych filmach pełnić będzie raczej rolę sojusznika i doradcy tytułowego maga.
Benedict Wong wnosi do odgrywanej postaci powagę mnicha z Dalekiego Wschodu, ale jednocześnie potrafi rzucić dobrym tekstem. Scenka, w której słucha piosenki Beyonce albo ta, w której gani Strange’a za lekkomyślnie obchodzenie się z jednym z Kamieni Nieskończoności, na pewno każdemu zapadły w pamięć

***

James Earl Jones, jako Darth Vader w filmie Rogue One: A Star Wars Story

Kto widział, ten wie, dlaczego postać Dartha Vadera zasłużyła, by znaleźć się w tym zacnym gronie. Poza tym – jak mógłbym przepuścić okazję i nie wyróżnić Jamesa Earla Jonesa. Przecież ten głos jest legendarny!

A kto nie widział, ten trąba.

***

Duża rola w filmie popcornowym

Sylvester Stallone, jako Rocky Balboa w filmie Creed

Sly w formie! Po całej serii zdobytych Złotych Malin oraz trzech częściach Niezniszczalnych, które mi niezbyt przypadły mi do gustu, wraca do roli, która otworzyła mu drzwi do salonów Hollywood i wpuściła go na czerwone dywany.
Zamiast udawać, że taplanie się w błocie i zabijanie czołgów łukiem wciąż mu wypada, Sylvester Stallone wciela się w rolę, jaka mu w pewien naturalny sposób przysługuje – mentora bohatera z nowego pokolenia.
I – no – jest w niej bezbłędny.

***

Ryan Reynolds, jako Wade Wilson/Deadpool w filmie Deadpool

Ryan Reynolds zrobił niesamowitą robotę, nie tylko grając Deadpoola, ale zaciekle przez lata walcząc o to, by film o tym antybohaterze w ogóle powstał. Po tym gwałcie na postaci, jakim był Baraka w Geneza: Wolverine, Wade Wilson zasługiwał na porządny film ze swoim udziałem. Tak się szczęśliwie złożyło, że Fox rzucił trochę drobnych i produkcja ta mogła powstać.

Rola Reynoldsa nie skończyła się po ostatnim klapsie na planie filmowym, kampania marketingowa (która notabene ostatecznie okazała się lepsza od samego filmu) powinna zostać wyróżniona i nagrodzona. A pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Reynolds.

Niesamowitą drogę przeszedł ten aktor – od dennych komedii romantycznych oraz nadziewania bułeczek miłością w Wiecznym studencie – do przenoszenia na ekran takiego bohatera, jakim jest Deadpool. I to w jakim stylu!

***

Chris Evans, jako Steve Rogers/Kapitan Ameryka w filmie Civil War

Podobną drogę przeszedł Chris Evans – od głupawych komedii o amerykańskich nastolatkach i kiepskich filmów o superbohaterach, do wcielania się w amerykańską ikonę.
Jest coś urzekającego w tym Rogersie i to nie tylko w zestawieniu z kiczowatymi wersjami z poprzednich dekad – Evans nadaje swojej postaci niezbędnej charyzmy. Potrafi zagrać człowieka z minionej epoki – wyposażonego w adamantowy kręgosłup moralny i będącego wzorem dla innych herosów zupełnie inaczej niż Superman Cavilla, chociaż ja bym bardziej winił Snydera. Podczas gdy zachwycaliśmy się, moim zdaniem zasłużenie, Downeyem i jego Tonym Starkiem, w jego cieniu zabłysnął ktoś inny – Chris Evans z ikoniczną rolą Kapitana Ameryki.
Nie wiem, jak ci ludzie to robią, ale castingi mają bezbłędne.

***

Amy Adams, jako Louise Banks w filmie Arrival


Amy Adams w filmie o próbie nawiązania kontaktu z rasą obcych.
Jak to dobrze, że aktorka ta miała okazję wykazać się w tym filmie (w innych zapewne też, ale ten widziałem), w przeciwieństwie do innej produkcji, w której rozmawia z kosmitą.
Cały ciężar filmu spoczywa na barkach Amy Adams i ta dzielnie go dźwiga, przekazując widzowi istotną lekcję o tym, jak ważna jest zdolność do komunikacji. Nie jest to rola pełna aktorskiego szarżowania czy czegoś w tym stylu, aczkolwiek zdecydowanie zapada w pamięć, a końcowy zwrot fabularny, który wywraca całe nasze rozumienie tej postaci, jej motywów i zachowań, uwidacznia nieliniowość fabuły i stanowi wisienkę na torcie.

***

Felicity Jones, jako Jyn Erso w filmie Rogue One: A Star Wars Story


Wielu zarzucało temu filmowi, że jego główna bohaterka w mgnieniu oka zmienia zdanie i od postawy: Mam w dupie całe to Imperium i całą tę waszą Rebelię, przechodzi do rzucania na prawo i lewo haseł o tym, jak to warto ginąć za dobrą sprawę.
I no niby tak – zmiana jest bardzo drastyczna i ma miejsce w krótkim czasie. Moim zdaniem jest jednak silnie umotywowana przez emocje Jyn. Po kilkunastu latach życia w nieświadomości, że jej ojciec konradwallenroduje przeciwko Imperium, dziewczyna dowiaduje się o roli, jaką ten wybitny inżynier dla siebie zaplanował. Dowiaduje się, że poświęcił swoje siły i życie, by Galaktyka była dla niej i pozostałych mieszkańców lepszym miejscem. Dla mnie jest tak jakby oczywiste, że chciała uhonorować jego postawę i zupełnie oddała się misji, której przez tak wiele lat był wierny.
Scena po wysłuchaniu wiadomości od ojca, w której Felicity Jones przekazuje pełne spektrum emocji, dowodzi słuszności mojej interpretacji jej zachowania i daje aktorce miejsce na tej liście.

***

Tak to wygląda, jeszcze tylko najlepsze filmy i będziemy to mieć za sobą. ;)

Jakie role w 2016 roku Wam najbardziej zapadły w pamięć?

Jaskier

Read Full Post »

Ten tekst nie zawiera SPOILERÓW, plotek, przecieków, ani niczego w tym stylu. Stanowi jedynie spis luźnych przemyśleń na temat tego, co JA bym chciał zobaczyć w ramach Marvel Cinematic Universe. Na dzień dzisiejszy ujawnione plany sięgają do starcia z Thanosem, które ma nastąpić w 2019 roku, no ale coś później musi być, wszak nie zarżną kury znoszącej złote jaja.

W moich marzeniach zakładam, że Sony nie zwariuje i uniwersum Pająka w całości będzie dostępne dla planów Marvela, Fox z kolei wciąż będzie uparcie robić sequele oraz remake’i FF, przez co Doctor Doom, Galactus i cała reszta świetnych i istotnych postaci związanych z tą drużynę, będzie poza zasięgiem.

Czas… start!

***

Iron Man 4: Prawidzwy Mandaryn

Tony Stark potężnie cierpi na brak interesujących przeciwników – w jego solowych filmach zawsze się na koniec okazuje, że jest jakiś… biznesmen. Chciwy i pragnący wypchnąć Stark Industries z rynku, by jego kompania mogła zająć jej miejsce. Mniej więcej, nie wchodźmy w szczegóły. Jeśli chodzi o oponentów, to pamięta się przede wszystkim to, że łysy Jeff Bridges zwariował, Mickey Rourke był wielkim, złym Ruskiem, a Ben Kingsley udawał Mandaryna.
Właśnie – nie był nim, tylko udawał, sporo ludzi miało o to ból dupy, ja natomiast uważam, że ten wybieg był genialny. Wtedy. A teraz chcę prawdziwego Mandaryna. W krótkometrażówce pokazali, że istnieje w tym świecie ktoś, komu aktorskie popisy Trevora (bo tak się bohater pana Kingsleya nazywał) się nie podobają.
To nawet nie musi być ktoś, kto się nazywa Mandaryn, może po prostu stwierdzić – hej, jestem powalonym Chińczykiem-terrorystą, a ten śmieszny gostek robił coś bardzo ciekawego, mogę się im przedstawić tym samym imieniem.
I niech ma jakieś kosmiczne/magiczne pierścienie. To byłoby już  po przedstawieniu Doktora Strange’a, toteż z magią albo „magią” nie powinno być najmniejszego problemu. Chciałbym, by technologia Starka została wystawiona na zupełnie nową próbę, żeby zrobili zestawienie dwóch zupełnie odmiennych źródeł siły – trochę jak w Power Rangers.
I jak cudownie by było, gdyby po pierwszym starciu z nieznanym wrogiem Stark zaszokowany jego zdolnościami udał się do Sanctum Sanctorum zasięgnąć porady, przyniósł Strange’owi pendrive’a z nagraniem, a tam nie ma żadnego komputera, Tony jest skonfundowany, a czarodziej na luzie czyta z jego myśli, widzi w nich walkę z Mandarynem i decyduje się wesprzeć Iron Mana.
Tyle wspaniałych okazji do rzucenia żartem No shit, Sherlock, sam Stark mógłby krzywo na magię patrzeć, ale po wszystkich ciężkich doświadczeniach byłby skłonny do zaakceptowania tego, że są rzeczy, których jego umysł nie potrafi pojąć.
Robert Downey Jr. zapewne bardzo chętnie jeszcze raz przywdziałby zbroję, nakręcił kolejny film o tej postaci, ostatnio się pojawiają na ten temat plotki, w sumie łatwa kasa, przysparza popularności, ale też daje pole do popisu – w Civil War był jeszcze bardziej bezbłędny niż dotychczas.

***

Kapitan Ameryka: Stary Kapitan Ameryka 

Ustalić trzeba jedno – Chris Evans jest niesamowity w roli Kapitana Ameryki. Kiedyś dostawał te role przystojnych śmieszków i czy ktoś przy To nie jest kolejna komedia dla kretynów pomyślałby, że ten facet nada się do zagrania lidera – cholera – Lidera o kręgosłupie moralnym z vibranium?
Wydaje mi się jednak, że ciekawym zabiegiem byłoby odsunięcie go na pewien czas poprzez postarzenie jego postaci. Steve Rogers mógłby być potraktowany jakimś promieniem śmierci czy czymś takim, który zdezaktywowałby serum superżołnierza. Oczywiście, nie na trwałe, ale na dwa filmy, więc kilka lat, kilkudziesięcioletni Kapitan Ameryka, nienadążający już za działającymi w terenie Avengers, słabnący z każdym dniem, musiałby zmierzyć się z zupełnie nieznanym sobie problemem. Przekazałby tarczę Bucky’emu, jak miało to miejsce w komiksach, a sam zająłby się koordynacją zespołu oraz trenowaniem nowego pokolenia herosów. A następnie zaliczył wielki powrót w finale fazy. Mogłoby to też stanowić logiczne wytłumaczenie dla starzenia się aktora, które postępuje przecież w naturalnym tempie.
Wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w tej roli. W roli mentora kolejnego pokolenia superbohaterów. Oczywiście, dostałby jakąś naprawdę kozacką scenę walki, sam jednak po niej stwierdziłby, że jednak czas przejść do pracy „za biurkiem”.
No i jakie nośne hasło można by wrzucić na plakat filmu – Kapitan Rogers ponownie chwyta za tarczę. A zwiastun? Co by było, gdyby po dwóch latach nieobecności Chris Evans podniósłby tarczę i w końcu krzyknął Avengers Assemble!?

***

Sinister Six (tym razem na poważnie): Spider-Man

Nie jest to materiał na pierwszy czy drugi film, ale trzecia produkcja z Pająkiem? Albo może raczej pierwszy film o grupie ciamajdowatych przestępców, którzy już raz dostali od Spidey’a, wypuszczony po dwóch solowych filmach o przygodach Petera Parkera. Przedstawienie historii z ich perspektywy – łotrów knujących w jakimś brudnym mieszkaniu na Manhattanie (a nie zamkniętym, opuszczonym magazynie, których z jakiegoś powodu w Central City i Star City jest więcej niż budynków mieszkalnych).
Siedzi jeden z nich i narzeka, jak to ten głupio ubrany pajac (to mógłby powiedzieć Electro) zawsze jest mu w stanie skopać dupę i jakie to jest niesprawiedliwe etc. Nagle, widząc Avengers w gazecie lub telewizorni, wpada na błyskotliwy pomysł zebrania sobie podobnych przegrywów i zawiązania koalicji przeciwko Pająkowi. Wiadomo – i Herkules dupa, kiedy wroga kupa.
Skoro wrogiem w filmie w 2017 roku ma być Vulture, to już byłby jeden idealny kandydat do Szóstki, wystarczyłoby zasygnalizować w drugim filmie, że Spider-Man regularnie walczy z jakimiś kolorowymi klaunami poprzez wrzucenie Kravena albo Shockera lub Mysterio do krótkiej walki na początku – pisałem już o codziennych czynnościach superbohaterów w tekście na temat Civil War – i mielibyśmy gotowe pół składu.
Komedia z niezdarnymi łotrami, którzy nie tworzą prawdziwej drużyny, bez przerwy się o coś obwiniają i ostatecznie całą szóstkę pokonuje licealista, powinna wpasować się w ton, jaki najprawdopodobniej przyjmą filmy o Spider-Manie.

***

Avengers ’80/ Retroavengers

Pisałem już o tym gdzieś na blogu, więc nieco się powtórzę – bardzo chciałbym zobaczyć film o proto-Avengers, działających w latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było nieco kiczowate. Wiemy, że wówczas czynnie działał Hank Pym i jego żona, wystarczyłoby im dodać ze dwie postaci w kostiumach i już można by wysłać drużynę na tajną misję przeciwko Związkowi Radzieckiemu, na której staraliby się powstrzymać próby stworzenia superludzi przez Sowietów. No bo przecież musiały takowe być i to zapewne bardzo liczne.
Brakuje mi czegoś takiego do wypełnienia luki czasowej pod koniec poprzedniego stulecia. Mogłoby to również jeszcze podkreślić, skąd wzięły się niesnaski między doktorem Pymem a zarządem S.H.I.E.L.D.
Super by było, gdyby to był Bond, tylko w stylu tych klasycznych, nie tych nowych  z Craigiem. Z szalonym radzieckim naukowcem, przystojną szaloną panią radzieckim naukowcem, bazą w łodzi podwodnej, a ci opracowywani superludzie koniecznie mieliby zdolność latania i posługiwania się ogniem, i robienia wybuchów atomowych. Bo Zimna Wojna.

***

Namor (Kim do diabła jest Namor?)

Nim zaczniecie się pultać, że to jakaś tania, nędzna i w ogóle rozebrana podróbka Aquamana, to zajrzyjcie na Wikipedię, by sprawdzić daty – Namor zadebiutował dwa lata przed pojawieniem się swojego odpowiednika z DC. Zdziwko, nie? Ciężko jednak mówić o wzajemnym kopiowaniu od siebie, bo koncept podwodnej krainy nie został wymyślony przez ówczesnego Marvela. Oba wydawnictwa postanowiły zaadaptować Atlantydę do własnych potrzeb. I tyle.
Nie jest do końca jasne, kto obecnie ma prawa do tej postaci, najprawdopodobniej ma je już z powrotem Marvel, choć mówiło się, że w jakiś sposób należą do wytwórni Universal, może chodzi o same prawa do dystrybucji, ciężko powiedzieć, skoro nie znamy szczegółów umowy. To nie jest tak, że po latach wyciąga je z szafy czyjaś żona, przynosi i zostają pokazane prasie.
Namor pierwotnie walczył z ludźmi i ten konflikt między Atlantydą i naszym, suchym światem jest dość istotny w przypadku tej postaci. Potem się – oczywiście – ogarnął i wraz z Kapitanem Ameryką oraz pierwszą Ludzką Pochodnią kopał tyłki Niemcom oraz Japończykom.
Gdyby go dzisiaj adaptowali, to z dość oczywistych przyczyn nie byłby sojusznikiem Kapitana Ameryki z czasów wojny. Pewnie nie miałby też skrzydlatych stóp i nosiłby coś więcej niż tylko zielone majtki.
Skoro już tak wszystko wyłazi – kosmici, mistycy Dalekiego Wschodu, superkrólowie z Afryki, to wynurzenie się Namora byłoby jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że jeśli się dobrze przyjrzeć Iron Manowi 2 i mapie, jaka stoi za plecami Starka w tej scenie, kiedy Nick Fury mówi mu, że nie nadaje się do Avengers, to jak byk jest tam zaznaczony środek Atlantyku. Niby nic, ale na tej samej mapie jest również kółeczko w centrum Afryki, no a przecież tydzień temu osoba, którą to kółeczko oznaczało, zadebiutowała w ramach MCU. Toteż jest duża nadzieja na pojawienie się również Namora.

***

To by było na tyle, skupiłem się wyłącznie na filmach, seriale to – niestety – zupełnie osobny świat, któremu wypadałoby poświęcić odzielny pełen uwag oraz narzekania wpis. Co naprawdę chciałbym zrobić i być może nawet uda mi się napisać to w tym tygodniu. A może dla równowagi należałoby zacząć od wytknięcia DC i Warnerowi, że niby ich seriale są osobne osobne od filmów, ale w procesie twórczym są ściśle połączone? Zobaczy się.

Póki co, dziękuję za przeczytanie niniejszego wpisu i liczę na to, że znajdzie się wśród Was ktoś, kto podzieli się jakimiś uwagami lub może własnymi oczekiwaniami.

Miłej niedzieli i smacznego obiadu. Albo do garów.

Jaskier

Read Full Post »

A w tym tekście skrótowy zapis wniosków, dotyczących rewelacji odnośnie tychże filmów, które zostały podane do wiadomości publicznej, ale nie chciało mi się/nie miałem czasu skomentować ich wcześniej.
Czyli:

    • Spider-Man w MCU;
    • Civil War;
    • Suicide Squad;

Jak widzicie, ani słowa o nadchodzących Age of Ultron, Batman v Superman, czy Ant-Manie, a także całej masie produkcji od Sony i Fox. Mutantom przyjrzymy się jeszcze kiedyś, FF to wielka niewiadoma, a ze starcia dwóch hegemonów DC może wyjść wszystko. Filmy Marvela na ten rok pozwoliłem już sobie skomentować przy okazji premier zwiastunów, więc jeśli chcecie się ode mnie czegoś dowiedzieć na ich temat, to skorzystajcie z tego prostokącika wyżej, obok którego jest napis „Szukaj”.

***

***

Co sądzę o tym, że doszło do porozumienia między Sony i Marvelem, dzięki któremu Spidey zagości w MCU?
Świetnie.

Mam tylko nadzieję, że będzie to Peter Parker i nie będzie czarnoskóry. No bo nie.
Za siedem lat mogą spokojnie wprowadzić Milesa Moralesa (akurat młody Smith podrośnie) i mieć dwóch Spider-Manów albo zabić tego starego i mieć jednego, będącego Murzynem, Mulatem albo innym Zambosem.

Parker jest ważny dla tego świata i po prostu zasługuje na uczciwe zaprezentowanie w filmie, ponieważ delikatnie rzecz ujmując, poprzednim produkcjom można sporo wytknąć. Garfield się wpasował… poniekąd… w rolę, ale nie mam zamiaru drzeć szat o odsunięcie go od tego bohatera. Będzie inny aktor, pokaże coś innego, jeśli będzie to gorsze, to ponarzekamy, ale serio – czy ktoś sądzi, że Marvel dopuści do jakiejś castingowej wpadki? Tobey Maguire był za bardzo zapłakany, aż do memogennego stopnia, więc może teraz uda się znaleźć złoty środek.

Żal Gwen, no ale ona i tak by się już nie pojawiła w potencjalnym TASM3, toteż nie pozostaje nam nic innego jak tylko zapamiętać jej świetną rolę i niepodrabialną chemię, jaką dało się wyczuć między nią i Garfieldem.

Najprawdopodobniej nie będziemy mieć do czynienia trzeci raz z genezą mocy Spider-Mana i dobrze, bo każdy wie, skąd się wzięły. Ludzie dziesięć lat starsi ode mnie oglądali kreskówki, ja oglądałem filmy Raimiego, teraz dzieciaki widziały TASM, więc każdy potencjalny widz jest zaznajomiony z historią radioaktywnego pająka, śmiercią wujka Bena i hasłem, że z wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność.

Więc wszystko świetnie, czekamy na więcej informacji odnośnie nowej inkarnacji Pająka i filmów z jego udziałem. :)

***

Filmowe Civil War szykowane jest na Avengers 2,5. Wsadzają tam masę postaci (najprawdopodobniej debiut Pająka), no i wydarzenia mają być naprawdę ważne dla MCU. Ciekaw jestem, co też z tego wyjdzie, czy faktycznie uda się nadać fabule aż takiej istotności. Po świetnym Winter Soldier głupio by było, gdyby w Civil War nie pójść jeszcze krok dalej, ale trzeba pamiętać, że wygórowane wymagania mogą okazać się gwoździem do trumny tej produkcji. Więc starajmy się nie zjeść paznokci i doczekać do ujawnienia większej ilości informacji.

Nie sądzę, by film miał mieć wiele wspólnego z komiksowym pierwowzorem, między innymi z racji deficytu bohaterów, którego nie sposób nadrobić, o bagażu historii oraz relacji z kilkudziesięciu lat publikowania już nie wspominając. Nie chce mi się także wierzyć w to, by Stark miał się stać złym gościem. No po prostu nie, nie ten filmowy. No i też ciężko wyobrazić sobie, że wyrzucą do śmieci dorobek serialu Agents of S.H.I.E.L.D. tylko po to, by zrobić z Tony’ego Dyrektora. Jakoś mi się taka wizja nie trzyma kupy.

Liczę na to, że już w tym filmie zostaną pokazani Doktor Strange i Black Panther, wszak powinni być prawdziwymi koksami i jeżeli Marvel chce jakoś nawiązać do aktu rejestracji, to przede wszystkim powinien dotyczyć on kogoś, kto mógłby stanowić międzynarodowe zagrożenie. Z drugiej strony ustawę tę można forsować jako próbę zabezpieczenia przed domorosłymi stróżami prawa, którzy kopią tyłki pod osłoną nocy, co niejako wymusiłoby pokazanie Spider-Mana i może tych herosów z ekipy miniseriali Netflixa. Ciężko stwierdzić, ale – jak sami widzicie – potencjał na wiele gościnnych występów jest. I to spory.

No i co?
No i jaram się tym filmem mocniej niż BvS.

***

Nakręcenie Suicide Squad to dobry pomysł. Nikt bowiem do tej pory nie zrobił filmu o łotrach w roli głównej i ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że przynajmniej w tym jednym DC wyprzedzi Marvela, który Thunderbolts ma być może w planach dopiero na 2027 rok. Ja do złośliwych nie należę i na tę produkcję czekam.

Największy ból dupy, jaki ludzie mają w stosunku do tej produkcji, dotyczy obsady. Pewnie dlatego, że na razie niewiele więcej na jej temat wiemy, a na coś trzeba przecież ponarzekać.
Jai Courtney, który obecnie jest w Hollywood na fali, obrywa najmocniej, bo ponoć gra strasznie drewnianie. Nie wiem, widziałem tylko I, Frankenstein z jego udziałem, czyli film, który w żaden sposób nie jest miarodajny, gdyż generalnie był gówniany. Poza tym nawet go stamtąd nie pamiętam. Szklana pułapka 5 mnie ominęła, podobnie pozostałe produkcje z jego udziałem. Ma grać Kapitana Boomeranga, więc możliwe, że nie dożyje do końca seansu. Gdyby agent wywalczył dla niego jakąś istotniejszą rolę, to może ta gównoburza związana z jego udziałem w tym filmie miałaby sens. A tak – ja nie widzę.
Robbie Margot świeciła cyckami w Wilku z Wall Street, więc na nią nie narzeka nikt. Ma specyficzny typ urody (ktoś gdzieś napisał, że wygląda jak aktorka porno), pasuje z twarzy i sylwetki na Harley – czego chcieć więcej?
Will Smith może wreszcie będzie miał szansę się odkuć i rola w Suicide Squad pozwoli mu wrócić na salony, chociaż nie będzie to ten sam Will Smith, jakiego pokochaliśmy w Dniu Niepodległości i Facetach w czerni. Jako Deadshot raczej nie będzie bogiem bycia cool. No ale też facet nie może całe życie grać tej samej postaci. Trzymam za niego kciuki. W kwestii zamiany koloru skóry postaci – w tym przypadku mi to nie przeszkadza. To podobnie jak z Heimdallem – no tak jakoś zupełnie mi nie wadzi.
Jared Leto jest dla mnie człowiekiem absolutnie anonimowym. Nom. Nie widziałem nawet Dallas Buyers Club i prócz tego, że wiem, iż dostał za rolę w tym filmie Oscara, pamiętam kwejkowe podśmiechujki z niego i moja wiedza się na tym kończy. Zgolił do roli brodę, skrócił i rozjaśnił włosy, wygląda teraz bardziej ludzko. Podobały mi się oba poprzednie wcielenia Jokera, jestem ciekaw, jak wyjdzie tym razem.
Toma Hardy’ego szkoda… No ale, skoro nie udało mu się pogodzić występu w tym filmie z innymi obowiązkami (albo nie spodobało mu się to, że gra Ricka Flagga, który nie jest postacią pierwszoplanową), no to cóż. W każdym razie nie lamentowałem, że miał zagrać drugą postać z tego samego komiksowego uniwersum.

Dużo więcej nie wiemy i nic dziwnego, skoro do premiery został grubo ponad rok. Trzymam kciuki za tę produkcję i wszystkie inne z DCCU, mam nadzieję, że wypalą.

***

Macie jakieś pytania odnośnie tych filmów?
Może chcielibyście, żebym napisał na temat jakichś innych?

Jaskier

PS Zdjęcie Jareda Leto ukradłem z jego instagrama.

Read Full Post »

Fala pierwszego nerdgazmu jest już za nami, więc można przyjrzeć się pierwszemu zwiastunowi Avengers: Age of Ultron.

Co mi się rzuca w oczy?

  • Scarlet Witch wygląda świetnie. Z całym szacunkiem do geekowskiego betonu, oryginalny kostium z komiksów by nie przeszedł.
  • Quicksilver „na żywo” prezentuje się troszku lepiej niż na publikowanych jakiś czas temu zdjęciach z planu. Jednakże po cienkiej Godzilli naszły mnie wątpliwości, czy Aaron Taylor-Johnson to najlepszy wybór na protagonistę.
  • Głos Ultrona! <3
  • Mam nadzieję, że Hawkeye’owie również dokucza wizyta Lokiego w jego mózgu. Naturalnie, nie musi biegać nago wokół Stonehenge, wypadałoby jednak pokazać, że miało to na niego jakiś wpływ.
  • Ponoć Stark jedynie „odkopał” czyjś projekt podczas tworzenia Ultrona. Jeśli okaże się to prawdą, to wyjdzie całkiem zgrabny kompromis. Nie wynika to, rzecz jasna, z udostępnionego materiału, przeczytałem to w komentarzach pod udostępnionym zwiastunem. Podejrzewałem, że Hank Pym w jakiś sposób będzie współodpowiedzialny za stworzenie robota, gdyż to tłumaczy sięgnięcie po tę postać już w pierwszym filmie kolejnej fazy.
  • Kapitan nie ma kretyńskiego kostiumu.
  • Wykorzystanie utworu z Pinokia współgra z przewidywaną fabułą.
  • Hulkbuster!

Reasumując, zwiastun nie zrywa beretu, w zasadzie też nie informuje nas o niczym poza tym, że film będzie o Avengers walczących z Ultronem. Z jednej strony świetnie, że nie wszystko zostało zdradzone, ale z drugiej – jak dużo zostało jeszcze do zdradzenia?
Szczegóły dotyczące genezy Ultrona.
Rola Wandy i Pietro.

Winter Soldier i Mroczny świat okazały się lepsze od swoich poprzedników.
Czy Age of Ultron też tego dokona?
Przekonamy się w maju przyszłego roku. ;)

Jaskier

Read Full Post »

Szczelają!
Wybuchy!
Akcja!
Odrzutowce!
Pościgi!
Więcej szczelania!

Kapitan Ameryka dostał wreszcie normalny kostium. W Avengers wyglądał najbardziej kiczowato ze wszystkich bohaterów, a przecież był tam jeszcze TEN i TEN facet. Nie świadczy to najlepiej o zawiniętym w amerykańską flagę herosie. Na szczęście przeprojektowano mu ten kostium i patrzenie na niego nie wywołuje uśmiechu politowania na twarzy (choć to wciąż facet owinięty pasiasto-gwiazdkowanym sztandarem).

Ogólnie dużo strzelania w tym zwiastunie, dużo scen akcji, właściwie za dużo. Słabo zmontowany ten filmik, odbiera wszelką nadzieję na to, że będzie to film w szpiegowskich klimatach. No bo po co? Postrzelajmy trochę i rzućmy bombą.

Wprowadzają do filmowego uniwersum Falcona, jestem ciekaw, czy zostanie uwzględniony w drugiej części Avengers, w której już teraz jest całkiem sporo postaci. Ale wygląda całkiem znośnie, projektanci zrezygnowali z jarmarcznej czerwieni w kostiumie.

Co więcej? Jest Samuel L. Jackson, Scarlett Johansson, może być fajnie.

Pewnie zrobią dubbing. I będę musiał jechać na wieczorny seans, żeby obejrzeć normalną wersję. Ech…
Premiera światowa 2 kwietnia 2014.

Pożyjom, uwidim.
Filmweb

Jaskier

Read Full Post »

To trochę dziwne i bezsensowne z mojej strony, pisać o filmach, które wszyscy widzieli i każdy zdążył omówić, ale z racji zbliżającej się w Polsce premiery filmu Iron Man 3 (piszę to 4 maja, mając nadzieję, że się nie spóźnię) i startu fazy drugiej, czuję się usprawiedliwiony. Niżej znajdziecie krótkie omówienie każdej produkcji z osobna. Skupiłem się na wypunktowaniu tego, co mi się najbardziej rzuciło w oczy, wymienię zarówno plusy i minusy każdego z sześciu filmów. Wątpię, by to Was obchodziło, ale mam taki kaprys, mogę i nikt mi nie zabroni. 
God bless the Internet.

Iron Man

Najlepszy solowy film pierwszej fazy. Moim zdaniem, chociaż zauważyłem, że nie jestem w tej opinii osamotniony. W internetach są jeszcze inni rozsądni ludzie, no coś takiego.
Przede wszystkim genialny popis Roberta Downey’a Jr. Spośród wszystkich innych Człowieków Żelazków, których widziałem w różnych adaptacjach, jego interpretacja jest najlepsza. Ponownie – moim zdaniem, ale poważnie, czy jest tam ktoś, kogo takie połączenie arogancji, cwaniactwa i pewności siebie nie powala na kolana? A jeżeli tak, to ile takich osób jest? Siedem? Oprócz niego świetną robotę odwalają Gwyneth Paltrow (Pepper), Terrence Howard (Rhodey) i Jeff Bridges (Stane). Do tego mamy niegłupi scenariusz oraz uczciwie napisane dialogi.
Muszę też stwierdzić, że film jest odpowiednio wyważony, mamy sekwencje zabawne, mamy strzelanie do terrorystów, mamy ucieczkę przed myśliwcami, ale był także jeden wzruszający moment i nie mówię o śmierci Yinsena. Scena ataku na Gulmirę i próba rozdzielenia ojca od rodziny zawsze na mnie działa, ale to może dlatego, że jestem zbyt sentymentalny.
Ogólnie, bardzo dobra produkcja, warta polecenia na miły wieczór z kinem akcji.

Incredible Hulk

Ten Hulk jest w zasadzie historią miłosną z dodanym wątkiem świra pragnącego potęgi. Cała reszta – strzelanie, helikoptery i czołgi stanowią jedynie tło dla love story w stylu King Konga, czasem zbyt dosłownie w stylu King Konga. Wolałbym raczej coś mocniej czerpiącego z noweli Doktor Jekyll i pan Hyde. Ten bohater został stworzony w oparciu o dwie wymienione historie, niestety zdecydowano się na skupienie się na wątkach zaczerpniętych wyłącznie z pierwszej.
Norton w roli Bannera jest jakiś dziwny. Nie widać po nim, że jest genialnym naukowcem. Być może przez to, że za duży ciężar położono na ten jego trudny do zdefiniowania związek z Betty Ross, którą gra Liv Tyler, która oczywiście musiała pojawić się w zasnutych mgłą retrospekcjach. Ze scen z ich udziałem najbardziej podobała mi się ta, w której Bruce mówi Betty, że zna dobre techniki panowania nad gniewem. Szyderczo-zabawne. Spoko jest również ta, w której Banner odmawia założenia jaskrawofioletowych spodni dresowych, będących oczywistym nawiązaniem do komiksów, gdzie Hulk biegał w takich właśnie, niezwykle wytrzymałych gatkach.
Cieszy drobna rola Lou Ferrigno, który oprócz podkładania głosu Hulkowi wciela się w strażnika na uczelni. Miłe puszczenie oka do fanów.
Tak jakoś jeszcze zwróciłem uwagę na to, że efekty są słabe. Hulk i Abomination wyglądają na wyciągniętych z gry wideo. Trochę słabo, biorąc pod uwagę fakt, że to jest największa atrakcja tego filmu.
Ogólnie raczej odradzam, dużo utartych frazesów, schematyczny i dosyć przewidywalny.

Iron Man 2

Film niemalże tak dobry, jak część pierwsza – Downey wciąż w formie, do tego większą rolę dostał Samuel L. Jackson, ich rozmowa w barze z pączkami jest bezcenna. Na plus zaliczyć należy też pojawienie się Scarlett Johansson – agentki Romanoff oraz Mickey Rourke’a, który chyba urodził się po to, żeby grać ludzi złych i brzydkich. Sam Rockwell w roli nieudolnego konkurenta Starka marzącego o wpływach, bogactwie i sławie także wypada dobrze.
Dlaczego więc uważam, że film jest słabszy od poprzednika?
Po pierwsze, Don Cheadle nie przemawia do mnie w ogóle jako Rhodey, a jego żarty nie są zabawne. Nie wiem, czego skutkiem była zmiana aktora, ale była błędem.
Po drugie, scena na przyjęciu urodzinowym Tony’ego. Dla mnie jest to poziom scen z mhocznym Peterem z trzeciej części Spider-Mana. Żenujące i zbędne.
I po trzecie, walka finałowa. Niby to zakończenie jest rozwleczone i ciągnie się pewnie jakiś kwadrans, ale ostateczna potyczka z Whiplashem pozostawia wiele do życzenia, bo sama w sobie trwa zaledwie kilka minut.
Pomimo wymienionych wad uważam, że druga część przygód Człowieka Żelazka wypada dobrze na tle pozostałych solowych filmów. Zdecydowanie polecam – jest Stark, który przeżywa tutaj poważne rozterki, jest Fury, który nie pojawia się w tak dużej roli aż do Avengers i Rourke, na którego zawsze się dobrze patrzy i do tego tak świetnie udaje słabą znajomość angielskiego.
A, jest jeszcze Scarlett Johansson w obcisłym czarnym kombinezonie. To może być koronny argument, żeby film obejrzeć.

Thor

Fabuła jest prosta i znamy ją na pamięć z niezliczonej ilości innych filmów. Najpierw Thor jest egoistycznym dupkiem, potem zostaje za to ukarany, potem się uczy, jak być dobrym, a potem jest szczęśliwe zakończenie. Oklepane i moim zdaniem metamorfoza głównego bohatera nastąpiła zbyt skokowo.
Co jest w tym filmie dobre? Natalie Portman w roli sympatycznej pani od fizyki – gdzie się takie kupuje? Wziąłbym ze cztery, rozwiązywalibyśmy razem zadania. Hemsworth dobrany bardzo dobrze, kawał chłopa z niego, rzeczywiście wygląda na nordyckiego boga piorunów, Skarsgård (z takim nazwiskiem zrobił w Ameryce karierę, brawa dla gościa) jest ciekawą postacią, Anthony Hopkins, nie wiem, jak to jest możliwe, że się znalazł w tym filmie, ale również na plus. No i Tom Hiddleston w roli Lokiego to prawdziwy mistrz intryg, jeśli spodziewaliście się tego, co stało się na końcu, to gratuluję, jesteście nieźli.
Wizualnie też jest dobrze, kostiumy, gdy akcja ma miejsce na Ziemi, wyglądają „nieco” kiczowato, ale w Asgardzie się sprawdzają. Sama mityczno-kosmiczna kraina wykonana została dosyć oryginalnie, nie ma się wrażenia, że to Władca Pierścieni w Odległej Galaktyce. Podoba mi się też podejście do tego całego mistycyzmu, coś z niego zostaje, niby to kosmici z innego wymiaru, ale nutka czystego fantasy gdzieś tam pobrzmiewa.
Przy okazji tego filmu powstało straszne zamieszanie o postać Heimdalla, którego zagrał Idris Elba. Chodziło o to, że jest czarny. Wielkie mi halo, dlaczego Hogun wygląda jak Chińczyk, a nie jak Mongoł czy Tatar, moim zdaniem z tym jest problem.
W sumie – prosta historia o rywalizacji braci, do tego oklepany schemat dostawania nauczki od życia, plus przyjemny do oglądania wątek romansowy, tak można krótko opisać ten film. Nie jest źle, widziałem go już jakieś cztery razy i chyba zaczynam się do niego przekonywać.
I w końcu agenci S.H.I.E.L.D. coś robią. Kradną sprzęt, materiały i wyniki badań naukowcom. Nasi bohaterowie.

Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie

Czyli jak alianci wygrali drugą wojnę dzięki pomocy żydowskich naukowców, którzy uciekli z Niemiec przed represjami.
Podobają mi się wynalazki Hydry – niesamowity klimat, choć diametralnie różny od tego, co można było zobaczyć w komiksach o Hellboy’u. Jednocześnie ten film zgrabnie splata świat Thora i fabułę Avengers. To właśnie za to lubię tę serię – każda produkcja opowiada o czym innym, ale umiejętnie są ze sobą połączone. Dobre jest też to, że porzucili układ Kapitan – Bucky znany z oryginału. Bardziej przypominał relację między Batmanem i Robinem. To, co pokazali, jest zdrowsze i nie budzi skojarzeń z pedofilami.
Budzenie skojarzeń z pedofilami jest złe.
Fajne jest również to, że niejako naśmiewają się z samych komiksów, Kapitan na scenie, z tymi skrzydełkami przy masce – odpowiednie podejście do ilości kiczu zawartej w oryginale. Z szacunkiem i jednocześnie dystansem.
Obsada – Evans znacznie przypakował do roli i gra poprawnie, fircykowaty Dominic Cooper w roli Howarda Starka się sprawdza, wygląda na staromodną wersję Tony’ego, bożyszcze nerdów, czyli Hugo Weaving w roli demonicznego, opętanego rządzą boskiej mocy Red Skulla wypada bardzo dobrze, do tego Hayley Atwell w roli agentki Carter i Sebastian Stan jako Bucky. Zastanawia mnie natomiast, jakim cudem w tym filmie pojawia się Tommy Lee Jones. Wiem, że jakieś piętnaście lat wcześniej zagrał w o wiele głupszym filmie – Batman Forever, ale, kurde, jak to jest możliwe? Marvel nie płaci za dużo aktorom, nawet tym pierwszoplanowym, więc nie mogło chodzić o pieniądze. Czyżby Tommy Lee Jones został gwiazdą światowego formatu, zagrał te wszystkie poważne postacie, dostał Oscara za rolę Gerarda z Ściganym, mając nadzieję, że dostanie kiedyś możliwość wystąpienia w filmie o superbohaterach? W każdym razie tutaj wypada świetnie.
Historia jest raczej prościutka, nic skomplikowanego, ale ogląda się przyjemnie. Na wieczór z kinem superbohaterskim się nadaje, dodatkowo czuć w nim, choć tylko trochę, klimat filmu wojennego.

Avengers

Najlepszy film pierwszej fazy. Zagrało w nim absolutnie wszystko – scenariusz jest prosty, nie pogubimy się, oglądając Mścicieli, ale historia naprawdę jest OK., do tego satysfakcjonujące dialogi, które potrafią rozbawić.
Jeśli chodzi o aktorstwo, to ponownie dostajemy Downey’a, Samuel L. Jackson ma całkiem sporą rolę, Mark Ruffalo (Norton wyleciał) wypada świetnie w roli Bannera, geniusza z potworem schowanym wewnątrz, no i Tom Hiddleston, który wyśmienicie gra typowego komiksowego łotra. Cała reszta aktorów również się dobrze spisuje, nie chce mi się ich tutaj wszystkich wymieniać, sprawdźcie na Filmwebie.
Więcej o Avengers w mojej recenzji.

Podsumowując, żaden z tych filmów nie jest okropny, kilku aktorów swoimi rolami z pewnością zapisze się w fandomie komiksowym. Ogląda się to znacznie lepiej, niż podobne produkcje powstałe ostatnimi czasy (Michael Bay może Whedonowi buty czyścić). Pozostaje nam tylko czekać na następne filmy, polska premiera Iron Mana 3 już jutro, a jesienią Thor: Mroczny świat.

Jaskier

PS Część plakatów jest stąd. Polecam.

Read Full Post »

Tak, oglądam kreskówki, nie znając komiksów od deski to deski, więc, jeśli wpadnie tu oddział komiksowej milicji i będzie miał ochotę na teksty w stylu „Ej, Kapitan Ameryka nie jadł tam cheeseburgera z frytkami, tylko podwójnego hamburgera i skrzydełka z kurczaka, a tak w ogóle, to jesteś głupi, bo oglądasz bajki dla dzieci, zamiast czytać oryginalne komiksy z lat ’40”, to może je sobie darować. Brak dokładnej znajomości komiksów nie przeszkodził mi w pozytywnym przyjęciu Avengers, więc nie jest też wymagana podczas oglądania kreskówki dla dzieci. Bo Earth’s Mightiest Heroes jest kreskówką dla dzieci i to widać, co jednak jej nie pogrąża, ba! ogląda się ją całkiem przyjemnie.

Pierwszy sezon zaczyna się, o dziwo, wprowadzeniem – poznajemy poszczególne postacie w poświęconych im odcinkach, dostajemy też pierwsze fragmenty fabuły. Autorzy scenariusza czerpią z komiksów i to widać. Całość trzyma się kupy, bo stoi za nią kilkadziesiąt lat publikowania najróżniejszych historii i nie ma się wrażenia, że coś jest z dupy wzięte. To znaczy, jeżeli pojawia się kosmita z przyszłości, który chce przejąć władzę nad światem, żeby zapobiec zniszczeniu swojej rzeczywistości, czy coś w tym stylu (prawdziwy przykład), to znajduje to poparcie czymś we wcześniejszych odcinkach, inwazja ta ma również wpływ na dalsze losy Ziemi. Właściwie nie zdarzyło się, żeby scenarzysta wrzucił jakiś zapychacz tylko po to, by wyrobić się z ilością odcinków i to jest fajne.

Mściciele w baaardzo disneyowskiej wersji.

Bohaterowie, czyli to, co jest najważniejsze, wypadają bardzo dobrze.  Dwadzieścia sześć odcinków pierwszego sezonu, który już obejrzałem, czyli ponad osiem godzin, w których rozłożono wątki poszczególnych postaci, pozwalają widzowi poznać każdą postać i zrozumieć jej motywacje.

Odcinki, w których Mściciele walczą z niezniszczalnymi kosmitami albo ich robotami są raczej słabsze, o wiele lepiej ogląda się te, w których chodzi o coś więcej niż tylko lasery (w ogóle za dużo tu laserów). Słabe są też projekty kosmicznych robotów, przypomina mi to, co rysowałem w podstawówce – obecnie nie wydaje mi się, żeby wysoko rozwinięte cywilizacje kosmiczne budowały roboty poruszające się na krabich odnóżach albo posiadające macki. Zdecydowanie za dużo jest też miotania postaciami, rzucania nimi o ściany, wgniatania w ziemię. Sama jednak historia, postacie i łączące je relacje się bronią, choć oczywiście kreskówka stanowi jedynie wstęp do świata komiksu.

Problem jest też z tłumaczeniem, głównie nazw własnych – pseudonimów, nazwisk. Na przykład nazwisko szefa S.H.I.E.L.D. nie podlega deklinacji, przetłumaczono natomiast pseudonim Clinta Bartona, czyli Hawkeye’a. Chyba jest to jedyne przetłumaczone imię bohatera i naprawdę dziwnie słucha się „Sokole Oko” i „Wasp” występujących w jednym zdaniu. Co do głosów bohaterów, to aktorzy dubbingujący powtarzają się zbyt często i doszło do sytuacji, w której dwie postacie rozmawiają i słychać, że to ten sam facet siedzi przed mikrofonem. I jeszcze Czarna Wdowa, nie wiem, czyj to był pomysł, ale mówi z takim niby-rosyjskim akcentem.

Kreska to nie majstersztyk.

Humor jest zaskakująco przyzwoity, odpowiednio wyważono postacie dowcipkujące i patetyczne. Nawet nie chodzi tylko o same dialogi, które nie bawią do łez i nie sprawiają, że tarzasz się po podłodze, ale nie są też żałosne, a o same sytuacje. W jednym odcinku widzimy pływającego w basenie Hulka. Nie wiem, na ile to jest zgodne z komiksem, ale mnie rozbawiło.

Co więcej? Podobał mi się wątek Czarnej Wdowy, choć przewidywałem, że rozwinie się w takim kierunku. Rozwinie, bo nie został zakończony w pierwszym sezonie. Do tego większość postaci należy zaliczyć in plus, humor, gagi – kreskówka stanowi niezobowiązującą rozrywkę, choć nie jest w stanie zastąpić komiksów. Do tego podoba się dzieciakom, więc czego więcej od niej chcieć?

Jaskier

PS Ma być „zastąpiona” i „kontynuowana” przez Avengers Assemble. Szkoda.

Read Full Post »