Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Wielka Kolekcja Komiksów Marvela’

okladka-600
Zacznę od tego, iż nie do końca jestem obeznany w realiach postdomowowojennego uniwersum Marvela. Jasne, z grubsza wiem, o co się tam rozchodziło, ale nie przeczytawszy ani głównej serii, ani żadnego z towarzyszących jej uzupełniaczy, siłą rzeczy czuję się w tym środowisku nieco obco. Jednakże podstawowe informacje, plus materiały zawarte we wstępie do tego tomu, pozwoliły mi w pełni cieszyć się fabułą autorstwa Warrena Ellisa.

Wewnętrzny konflikt pomiędzy zamaskowanymi stróżami sprawiedliwości powiązany z ustawą o rejestracji superbohaterów w zasadzie jest tutaj wciąż widoczny i bardzo, że się tak wyrażę, żywy. Państwo zajmuje się teraz zwalczaniem herosów, którzy nie podporządkowali się i wciąż działają na własną rękę. Oddział uderzeniowy składa się z byłych superprzestępców, a jego mózgiem jest Norman Osborn.
Sporą zaletą tej historii jest wysunięcie na pierwszy plan postaci, które w zasadzie są trzecioligowe. Oczywiście, Osborn (z jakiegoś powodu wyglądający jak Tommy Lee Jones w Ściganym) jest wrogiem numer jeden Spider-Mana, ale on tutaj jedynie pociąga za sznurki. Venom zmienił żywiciela, więc to w sumie inna postać, spośród reszty Thunderboltów wcześniej znałem wyłącznie Bullseye’a, przyznacie jednak, że ciężko postawić go obok prawdziwych tuzów przestępczego świata Marvela. Nawet tutaj jego motorem napędowym jest nienawiść do Daredevila. Również po przeciwnej stronie barykady nie staje nie wiadomo kto. No bo hej! ile komiksów z Rickiem Flagiem czytaliście? Albo ze Steel Spiderem?
Sięgnięcie po postacie, z którymi czytelnicy nie mają do czynienia bez przerwy, pokazało, że ważne wydarzenia (które dzieją się zaskakująco często jak na takie zmieniające oblicze świata) mają ogromny wpływ również na prowincjonalne postacie. Konflikty na szczycie hierarchii superbohaterskiej mogą mieć tragiczne skutki dla działających na poziomie ulicy bojowników.

Równie bardzo podobają mi się wszelkie wstawki będące elementami propagandy. Koncerny medialne i przemysłowe będące na smyczy władz robią obywatelom wodę z mózgu, serwując im nieustanną, kształtującą światopogląd papkę w telewizorni lub wypuszczając na rynek linię zabawek przedstawiającą członków Thunderbolts, aresztujących anarchistę i terrorystę – Kapitana Amerykę (z „krzyczącym” układem dźwiękowym!). Dzięki temu komiks pozwala spojrzeć na media z nowej, bardzo ciekawej perspektywy, ponieważ pokazuje, jak łatwo wykreować łotra na bohatera, a dotychczasowego bohatera zmieszać z błotem.

Także kreska jest miodna i skutecznie uprzyjemnia odbiór tego albumu. Mike Deodato oraz kładący kolory Rain Beredo i Dave McCaig odwalili kawał dobrej roboty, tworząc zestaw szczegółowych ilustracji.

Polecam, przyjemnie się czytało. Wiara w potwory pozwala spojrzeć na uniwersum Marvela z zupełnie innej strony, nie ciągle tych samych postaci. No i może zrobią film z tą drużyną, więc warto przeczytać, nim stanie się to modne.

Jaskier

PS Stronę tytułową mam w takim okropnym stanie, ale dzisiaj dzwoniłem do BOK-u i miła pani mi powiedziała, że wyślą działający egzemplarz. KLIK KLIK

Dam Wam znać, gdy przyjdzie nówka-nieśmigana.

Reklamy

Read Full Post »

okladka-600
USA pięćdziesiąt lat po wielkiej wojnie, w której polegli niemalże wszyscy herosi, władzę przejęli łotrzy. Niedobitki niegdysiejszych superbohaterów ledwo wiążą koniec z końcem, parając się najróżniejszymi zajęciami, byleby przeżyć w okrutnym, rządzonym prawem silniejszego świecie.
Jednym z takich pariasów jest były członek X-Men, Logan, z wszelkich sił starający się odciąć od awanturniczej przeszłości. Wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat sprawiły, iż od tamtej nocy nie wysunął swoich szponów, wyrzekł się swej natury. Najdzikszy z podopiecznych Xaviera przeistoczył się w ubogiego farmera, głowę rodziny mieszkającej na spalonych słońcem równinach Kalifornii.
Nie będzie łatwo przekonać go do tego, by ponownie stanął do walki ze złem oraz niesprawiedliwością.

Mark Millar oraz Steve McNiven stworzyli niesamowitą wizję świata za kilkadziesiąt lat. Jak każda w komiksach, tak i ta przyszłość nie jest za wesoła. Dzięki genialnemu planowi połączenia sił, superprzestępcy wygrali i podzielili kraj między siebie. Rządy ich odciskają piętno na wyglądzie poszczególnych regionów. Od farm, za dzierżawę których trzeba słono płacić, przez miasta pod rozkazami szefów gangów, pałętające się po pustkowiach dinozaury i przebudowany na modłę III Rzeszy Waszyngton, gdzie w Białym Domu zasiada Red Skull – aż chciałoby się zobaczyć, jak wyglądają rejony kraju, do których nie zawitaliśmy wraz z Loganem i Hawkeye’em.
Moja ulubiona miejscówka to Hammer Falls w Nevadzie, miejsce ostatecznej bitwy, która przypieczętowała klęskę bohaterów. Łatwo się domyśleć, jaki artefakt, świadectwo lepszych czasów, tam spoczywa.

Towarzysząc dwóm byłym Mścicielom, poznajemy realia na poły postapokaliptycznej przyszłości, a także kulisy wydarzeń, które do niej doprowadziły. W pewnym momencie Logan decyduje się w końcu wyznać Bartonowi, co wydarzyło się tej feralnej nocy, gdy ostatni raz wysunął szpony. Co go wtedy złamało.

Niezbyt rozsądna decyzja jednego z łotrów doprowadza do ponownego złamania. Tym razem w drugą stronę. Wolverine powraca, co sygnalizuje zajmujący dwie strony napis „SNIKT”, będący onomatopeją, jednoznacznie wskazujący, iż Rosomak szykuje się do sprawienia komuś lania.
A jako że przez ostatnie pół wieku wcale nie było lekko, to znaczy, że zbierający się w nim do tej pory gniew zostanie wreszcie wyładowany.

Nikt tu się nie pieści i jeśli ktoś wpada pod szpony Wolverine’a, to nie wyjdzie spod nich cały. Gdy już się nie powstrzymuje, Logan jest śmiercionośny niczym w swoich najlepszych latach. Dlatego tytułowy „staruszek” nabiera w pewnym momencie nieco ironicznego wydźwięku.
Sceny akcji są odpowiednio brutalne, przesadzone w takim komiksowym tonie – no i świetnie, po to sięgam po pozycję z Rosomakiem na okładce. Superaśne rysunki tylko dopełniają ideału.

Materiały dodatkowe to komplet alternatywnych okładek, galeria szkiców oraz posłowie od autora scenariusza.

Świetna oprawa graficzna, niesamowity klimat, uczciwe mordobicie, szybkie tempo akcji, hektolitry posoki i Logan odjeżdżający na koniu w stronę zachodzącego słońca – czy muszę pisać, że warto?

Jaskier

PS Millar jest trochę dziwny, bo w tym komiksie są: zawiązki kazirodcze, a córka Spider-Mana to była żona Hawkeye’a. No i są tu też kanibale.
Jak tu nie lubić tego komiksu?

Read Full Post »


Niemalże dwa lata Hachette kazało polskim czytelnikom czekać na ukazanie się kontynuacji historii z pierwszego numeru Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Tom The Amazing Spider-Man: Wyznania wpadł mi wprawdzie w łapki początkiem października, ale długo nie mogłem wygospodarować ani chwili na przeczytanie go. Udało mi się to zrobić dopiero w ubiegłym tygodniu, a zatem dzisiaj zapraszam Was do przeczytania tekstu zawierającego moją opinię o tym komiksie.

Zeszyty poprzedzające tę historię kończyły się w momencie, w którym poturbowany i śpiący po wyczerpującej walce z Morlunem Peter został nakryty jakby w negliżu przez ciocię May. Kobieta poznała sekret siostrzeńca i wyszła, nie budząc go.

Rozmowa pomiędzy tym dwojgiem, do której dochodzi w drugim zeszycie tego albumu, jest jednym z istotniejszych punktów w całej historii Spider-Mana. Pierwsza szczera rozmowa Petera i cioci May po kilkudziesięciu latach publikowania komiksów o Pająku. Jest ważna również z innego powodu – staruszka w końcu stała się pełnowymiarową postacią. Jej późniejsze działania tylko to potwierdzają – J. Michael Straczynski tchnął w nią nowe życie. Albo raczej w końcu jej dał prawdziwe życie.

Bezpośrednio obok relacji Peter-ciocia rozgrywa się wątek miłosny. Akcja ma miejsce w okresie, gdy Parker rozstał się z MJ, która wyjechała robić karierę w Kalifornii. Nie trudno się dziwić jej decyzji, skoro – jak mówi sama – wiecznie stała na drugim miejscu, za superbohaterskimi obowiązkami męża. Również w jej kwestii Straczynski zrobił wiele – w końcu w jednym z zeszytów staje się dziewczyną superherosa, która mówi, że ma dość bycia dziewczyną superherosa, dość odgrywania archetypicznej roli.

Obok tych dwóch wątków, które tak naprawdę napędzają najważniejsze wydarzenia tego albumu, funkcjonuje krótka historia z Doktorem Octopusem, który musi udowodnić, że jest posiadaczem najfajniejszych macek na całym świecie. Splata się ona (hehe) z głównymi wydarzeniami, umożliwia również wprowadzenie obowiązkowej rozwałki i strzelania laserami. Jakże przecież potrzebnych w tym gatunku.

Jest tu również wątek Shade’a – łotra o nadnaturalnych zdolnościach, którego Spidey pokonuje z pomocą Doktora Strange’a (wyobraźcie sobie, jak złote byłoby coś takiego w filmie; mam nadzieję, że chociaż MCU umożliwi nam zobaczenie czegoś w tym stylu).

Strona graficzna niestety zawodzi. W Powrocie do domu jakoś nie zwróciłem na to uwagi, ale tutaj co stronę albo i częściej pojawia się jakaś zdeformowana twarz. Strasznie coś takiego przeszkadza w cieszeniu się lekturą. Pozostałych elementów rysunków bym się nie czepiał, ale dziwnie wyglądające twarze pojawiają się zdecydowanie zbyt często. Czy w zbliżającym się World War Hulk jest tak samo?

W ramach dodatków otrzymujemy notkę o pracy Straczynskiego nad przygodami Spider-Mana, dwie strony o dziewczynach Parkera, galerię różnych wersji Doktora Octopusa oraz komplet polecanych lektur.
Gdyby nie te nieudane miejscami rysunki, których próbkę macie powyżej, byłbym stuprocentowo zadowolony z zakupu tego komiksu. A tak, to jestem w jakichś siedemdziesięciu pięciu procentach. To ważne wydarzenie w uniwersum Pająka, role cioci May i MJ zmodyfikowane, a dodatki w postaci Octopusa i Shade’a cieszą i – co najważniejsze – uzupełniają historię.
Polecam lekturę tego tomu. ;)

Jaskier

Read Full Post »

ACHTUNG! Trochę SPOILERY!

W ankiecie dołączonej do pierwszego tomu dopisałem ten komiks do listy tych tytułów, na które czekam najbardziej. Bo wszyscy zawsze powtarzali, że dobre.
No i Wolverine.

Czy wartało tyle czekać?
Zdecydowanie tak.
Dlaczego?
Po odpowiedź zapraszam do tekstu. ;)

Jedną z niewątpliwych zalet Rosomaka jest (była?) jego osnuta tajemnicą przeszłość. Jasne, uwielbiamy jego „bycie twardzielem”, ale pozbawiony wielkiej niewiadomej byłby po prostu kolejnym mięśniakiem z komiksu.

Jako że jest to temat niezwykle interesujący, to wszelkiego rodzaju wzmianki, uchylanie rąbka tajemnicy, pozwalanie na zajrzenie za kotarę, przyciągają czytelników. A co dopiero cała historia poświęcona rządowemu eksperymentowi, w którym miała powstać broń idealna – Broń X. Mutacja powodująca niemalże natychmiastową regenerację tkanek pozwala Loganowi przetrwać zabieg połączenia szkieletu z adamantium, lecz towarzyszący mu ból jest dopiero początkiem jego cierpienia.

Choć na pierwszy rzut oka cały komiks jest o tym, że Logan biega na mrozie ubrany tylko w kable i baterie, to już po krótkiej chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że pod powłoką z krwi, mięśni i niezniszczalnego metalu ma miejsce dramat udręczonego człowieka. Obudzone w nim dzikie, pierwotne instynkty zmagają się z resztkami człowieczeństwa i sterującym nim oprogramowaniem, robiąc z mózgu taką siekę, że doznawane obrażenia oraz tortury fizyczne schodzą na dalszy plan.

Całość jest niezwykle spójna dzięki temu, że odpowiada za nią jeden człowiek – Barry Windsor-Smith. Choć w kadrach aż roi się od dymków z tekstem, to jednak nie przytłaczają. Wręcz przeciwnie – dodają im dynamiki (zresztą, to nie są już te czasy, gdy monologi bohaterów zajmowały pół komiksu). Poza tym – jeśli autor chciał operować jedynie obrazem, to robił to i wychodziło mu to równie świetnie.

Plusem jest również zakończenie tej historii, które ze względu na przebieg wydarzeń w komiksie jest otwarte. Tak naprawdę nie wiemy, co naprawdę miało miejsce. Ba! cały tom może być jedynie zapisem wgranych w umysł głównego bohatera wspomnień. A gdy się nad tym zastanowimy, to jasno widać, jak bardzo jest to popaprane.

Przeczytanie tego komiksu powinno również ostatecznie każdemu wyjaśnić, dlaczego X-Men Geneza: Wolverine nie miał miejsca.

Zdecydowanie polecam, chociaż pewnie wszyscy już czytali.

***

Technikalia:
Tradycyjnie dostajemy wstęp od pana Marco M. Lupoi, stronę poświęconą wytłumaczeniu, kim jest Wolverine (czy ktokolwiek tego potrzebuje?), polecane lektury, portret Logana z zeszytu Wolverine #4 i trzy strony encyklopedycznego tekstu o autorze oraz genezie powstania tego komiksu.
Cena z okładki – 39,99zł.

Jaskier

 

Read Full Post »

Ród M to najnowszy tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela (35.; data wydania- 26.03.2014r.). Rozpisana na osiem zeszytów historia to kontynuacja wydarzeń z tomu dziewiątego (Upadek Avengers), w którym Scarlet Witch nieźle odwaliło, prawie zniszczyła świat i zabiła kilka ważnych w uniwersum postaci.
I to jest ciąg dalszy tej telenoweli.

Jak możecie przeczytać na załączonym skanie okładki, scenarzystą zeszytów zawartych w tym tomie jest Brian Michael Bendis, natomiast za ilustracje odpowiada Olivier Coipel.

Nie czytałem Upadku Avengers, po drodze był chyba także tom, w którym został uformowany nowy skład tej drużyny, z nim także się nie zapoznałem, ale będąc pobieżnie zaznajomionym z wydarzeniami, które były w nich opisane, nie miałem najmniejszych problemów z załapaniem, co to się dzieje na kartach trzymanego w łapkach komiksu.
Mogę więc powiedzieć, że zaliczyłem swój pierwszy crossover od Marvela i żyję. Było całkiem fajnie.

Generalnie, superbohaterowie zastanawiają się, co zrobić, by Wanda więcej nie broiła i nikogo już nie zabiła. Albo nie zrobiła mu krzywdy w jakiś inny, bardziej wyszukany sposób. Lecą więc na Genoshę, gdzie przebywa kobieta, by… z nią porozmawiać(?). Nie ustalili jednomyślnie, czy moralne będzie pozbycie się jej, zabicie jednostki w celu chronienia miliardów ludzi, więc chyba polecieli pogadać. Po prostu.
Niestety, chwilę po przybyciu na miejsce coś to się porobiło i nagle budzimy się w środku nocy z Peterem Parkerem, który musi nakarmić swojego płaczącego syna.
Latamy po Stanach, orientując się, że również pozostali bohaterowie zmienili swoje nawyki. I tak – Luke Cage stał się tym, kim byłby w prawdziwym świecie, czyli czarnym gangstą, Ms. Marvel to superbohaterka-celebrytka, Steve Rogers jest kombatantem, a Doktor Strange bawi się w przyjaciela za pieniądze.
Do tego mutanci nie są już prześladowani, doszło do ich całkowitej asymilacji, żyją w zgodzie z ludźmi.

Idylla, nieprawdaż?

Okazuje się, że właśnie nie bardzo. Wolverine budzi się bowiem w piękny, słoneczny dzień, pamiętając całe swoje dotychczasowe życie. Stwierdza więc, że coś tu jest bardzo nie tak i dzięki temu scenarzysta może ruszyć z fabułą. Przez moment chciałem nawet potraktować to jako objaw lenistwa autora, jednak stwierdziłem, że nie jest to najmniej sensowne wyjaśnienie, z jakim można się spotkać w komiksie. Poza tym, kto inny mógłby zauważyć, że coś jest nie halo i rozpędzić fabułę? I zrobić to w takim stylu?
To znaczy, teoretycznie Doktor Strange, Emma Frost lub jakakolwiek inna postać posługująca się magią/psioniką byłaby wiarygodniejsza, ale znamy realia – wrzućcie Wolverine’a, słupki sprzedaży skoczą w górę. Jakoś nie mam o to żalu do twórców.

Trochę natomiast na łatwiznę poszli przy zbieraniu drużyny, bo trzeba było poszczególne postacie wyrwać z marzenia, w którym zostały pogrążone. To taki typowy deus ex machina – jedna postać potrafi resetować umysły i uświadamiać ludziom, że ktoś zmanipulował rzeczywistość. Przez to skompletowanie składu superbohaterów nie sprawia absolutnie żadnych trudności.

Bardzo podoba mi się to, że zostało zakwestionowane, czy Wolverine i jego wesoła gromadka mają prawo odkręcać to, co stało się ze światem. To znaczy, pada takie pytanie, po nim nastaje cisza, przerwana w końcu stwierdzeniem Emmy Frost, że muszą spróbować. Generalnie nikt nie odpowiada, ale problem został zaakcentowany i to moim zdaniem wystarcza, bo to przecież oczywiste, że superbohaterowie muszą się wtrącić i muszą chociaż spróbować naprawić świat, jeśli doszło do jakiejś manipulacji przy nim.

Podoba mi się również to, że idylla jest jedynie pozorna. Niby moc Scarlet Witch załatwiła wszystkim spełnienie marzeń, jednak – w gruncie rzeczy – nic się nie zmieniło. Jak w Rosji po przejęciu władzy przez komunistów. Konflikty i ucisk wciąż istnieją, nastąpiła jedynie zmiana kierunku – teraz to ludzie są na gorszej pozycji względem ciemiężonych dotychczas mutantów.

Co jeszcze?
Finałowa walka wypada trochę blado. To po prostu grupa śmiesznie ubranych, okładających się mocami ludzi na tle nocnego nieba.

Dużo lepiej prezentuje się „starcie” Doktora Strange’a i Scarlet Witch, dochodzi wtedy do WIELKIEGO ZWROTU AKCJI, potem kobiecie puszczają nerwy. Zresztą, wszystkim puszczają nerwy. Albo ktoś jest zły, bo go zabili, albo wykorzystali jego złą sławę… ups! SPOILER.

Ostateczne rozwiązanie kwestii mutanckiej, do którego tu dochodzi, jest bardzo ciekawe i chciałbym się dowiedzieć, cóż z niego wynikło. Zanim zmiany zostały cofnięte i uniwersum wróciło do statusu z lat – bo ja wiem – ’80.

Ilustracje są bardziej niż w porządku, miło się na nie patrzy. Tylko czasem zdarza się, że postaci są ucięte, co wygląda dziwnie, jakby ktoś popełnił błąd.

Tom zawiera osiem zeszytów, jest więc dosyć opasły jak na standardy serii.
Ma też półnagą kobietę na okładce.

Polecam.

Jaskier

Read Full Post »

To znaczy, historia nie jest zła – po prostu nie jest tak dobra, jak sądziłem, czytając opinie innych.
Album składa się z dziewięciu zeszytów wydanych pierwotnie w ’79, co czyni Demona w butelce najstarszym komiksem wydanym w ramach serii. Zakładałem, że dostanę dramatyczną walkę Starka z nałogiem i samym sobą, bo ten komiks jest w ten sposób wszędzie reklamowany, ale nie. No bardzo nie. :(
Trochę SPOILERY.

Pierwsze dwa zeszyty to starcie Iron Mana i Namora ze złowrogą korporacją, której działanie grozi zatruciem oceanu. Całość podsumowana jest słowami władcy Atlantydy – Zastanawiam się[…], czy te potężne państwa,[…] w ich niepohamowanej chciwości… etc. Jakieś hipisowkie ględzenie o marzeniach. Nałóg Starka ograniczony jest do sugestii stewardesy, która pyta, czy nie wypił już za dużo. Łącznie trzy kadry, reszta to głównie walka, m. in. z prywatną flotą jakiegoś chciwego pomyleńca.

Trzeci zeszyt to geneza postaci, naturalnie w formie retrospekcji. To całkiem fajne, świetnie patrzy się na Iron Mana, który okłada komunistów w Wietnamie. Ten numer kończy się ujawnieniem wielkiej tajemnicy – problemy ze zbroją nie były usterkami, tylko częścią czyjegoś diabolicznego planu.

Właściwy fragment alkoholowych zmagań Starka tak na dobrą sprawę zaczyna się dopiero w czwartym zeszycie. Dopiero tu możemy zaobserwować, że Tony jest nie w porządku względem przyjaciół i swojej dziewczyny(?). Ujawniają się także kolejne problemy ze zbroją. Jak przystało na geniusza, Tony orientuje się, że ktoś próbuje przejąć nad nią kontrolę i po tragedii, do której doprowadziła jedna z „usterek” jest taka okropna scena.
Policjanci otaczają bohatera i pada rozkaz poddania się, na co Iron Man mówi coś w stylu – Nie, nie. Spokojnie, to samo się tak zrobiło. A oni – OK, jesteś wolny.
Aczkolwiek Stark przeżywa po tym załamanie i wpada w sidła mocnych trunków. Tylko po to, by następnego dnia się ogarnąć i poprosić kilku znajomych o pomoc, której mu bez zadawania pytań udzielają. Wskutek konfrontacji z przeciwnikiem zostaje oczyszczony z zarzutów, ale czuje się źle z tym, że stracił zaufanie ludzi. Stacza się na dno, próbuje zatracić się w życiu pod zbroją, co mu się nie udaje, wraca do alkoholu.
A potem jest szczęśliwe zakończenie, bo dziewczyna mówi mu, że wspomoże go w walce z nałogiem.
Koniec SPOILERÓW.

Komiks byłby genialny, gdyby fabułę ostatniego zeszytu rozciągnięto na większą liczbę numerów. Na przykład kosztem epizodu z Namorem i genezy Iron Mana, wtedy zeszmacenie Starka zajmowałoby połowę tomu i nabrałoby rangi poważnego kryzysu w życiu tego superbohatera. A tak, to mija zdecydowanie zbyt szybko. Albo inaczej, podbudowanie tej sytuacji jest nieproporcjonalnie rozwleczone.

Strona wizualna zachwyca. To znaczy, zachwyca tak, jak zachwycać potrafią oldskulowe efekty specjalne. To niezwykła okazja na zapoznanie się z kreską, jaka była wykorzystywana kilkadziesiąt lat temu i jest to bardzo przyjemne doświadczenie.

Reasumując, nie uważam, że Demon w butelce jest obraźliwie słaby czy coś, nie mówię nawet, że jest słaby. Twórcom należą się brawa za spróbowanie czegoś nowego, przedstawienie innego typu konfliktu. Żałuję, że nie zdecydowali się iść za ciosem i nie wyrzucili tych wszystkich kolorowo ubranych przeciwników, zostawiając Starka sam na sam z whisky i uberbogaczem pragnącym namieszać w jego życiu. Historia niewyobrażalnie by na tym zyskała.
Demon w butelce dopiero przecierał szlaki dla nadchodzącej mrocznej ery komiksu i w gruncie rzeczy jestem zadowolony z tego, że zapoznałem się z tą historią. Być może po prostu nastawiałem się na coś innego, nie biorąc poprawki na to, że po koniec lat ’70 napisanie pewnych historii nie było możliwe.

I – ukrzyżujcie mnie – dramat Tony’ego w Pięciu koszmarach przemówił do mnie bardziej. KILK do tekstu.

Jaskier

PS Dopiero teraz zauważyłem, że okładka z angielskiej edycji, ale nie chce mi się kraść innej.

Read Full Post »

Wujek Ben hipisem. Dlaczego wujek Ben jest hipisem?

Początkowe siedem zeszytów serii Ultimate Spider-Man wydanej u schyłku minionego wieku w ramach naganiania nowych mas odbiorców do czytania komiksów. Za scenariusz oraz rysunki odpowiadają Brian Bendis i Mark Bagley. Jak im wyszło opowiadanie historii tej kultowej postaci na nowo?

Peter Parker jako etatowe szkolne popychadło. W laboratorium gryzie go pająk, wskutek tego incydentu chłopak staje się Efronem na swojej dzielni. Dosłownie. Automatycznie dostaje przystawiającą się blondynkę i miejsce w szkolnej drużynie koszykarskiej. Niezły awans społeczny.

Zważywszy na to, że ta nagła popularność jest dla chłopaka szokiem, odbija mu. I zachowuje się jak typowy za mało bity w domu nastolatek. Jego zdaniem odsyłanie go do pokoje jest niepoważne, bo ma piętnaście lat. To jest strasznie irytujące, więc wychodzi na to, że autor scenariusza się postarał. Bo pewne swoich sił i możliwości gnojki są irytujące również w rzeczywistości.

Niestety wielka drama i zmiana nastawienia albo raczej powrót do normalności, bo Peter to w gruncie rzeczy dobry chłopak, następuje na zaledwie kilku kadrach. Spider-Man stoi smutny na dachu i mówi, że teraz rozumie, o co chodzi z tym tekstem o wielkiej mocy, która idzie w parze z wielką odpowiedzialnością. Oczywiście wcześniej obserwujemy relacje Petera z wujostwem i rówieśnikami, więc w sumie kupujemy ten motyw zrozumienia własnego błędu i pragnienie zadośćuczynienia. Aczkolwiek moim zdaniem przemiana była lepiej zaznaczona w ubiegłorocznym filmie Webba, w którym Parker na początku działalności kierował się wyłącznie pragnieniem zemsty i dopiero z czasem zrozumiał, że nie o to chodzi, że nie tego by oczekiwał wujek Ben.
Po scenie na dachu wynosi dzieci z pożaru, łapie bandziorów i w ogóle jest taki strasznie okropecznie bardzo dobry. Geneza sensu stricto zajmuje w sumie pięć z siedmiu zeszytów wchodzących w skład tego albumu.

Ostatnie dwa natomiast dotyczą dostrzeżenie nowego herosa przez media (świetna scena w redakcji Daily Bugle) i ochłonięcia Petera, co jest zaznaczone poprzez wypisanie się z drużyny*. Dochodzi w nich również do pierwszej poważnej potyczki. Co to bowiem za superbohater, który zajmuje się łapaniem facetów wyrywających babciom torebki? Potrzeba superzłoczyńcy. W tej wersji geneza pajęczych mocy Parkera jest ściśle związana z firmą Normana Osborna, toteż padło na Green Goblina. Który nigdzie nie zostaje tak nazwany. Zakładam, iż ten pseudonim wymyślą pismaki w następnych zeszytach.
Jak wszystkie postacie również i ten paskud został na potrzeby uniwersum Ultimate przerobiony. I… niby wygląda lepiej od filmowej wersji, ale stanowczo nie jestem fanem tego projektu. Może to kwestia przyzwyczajenia do starszego wizerunku (Spider-Man: The Animated Series na propsie).

Kiedy Peter przestał już się fochać i zaczął się normalnie zachowywać, można dostrzec, że faktycznie w pojedynku na suchary mógłby zmierzyć się z Karolem Strasburgerem. To taka jego dodatkowa supermoc i została w tym komiksie poprawnie zaakcentowana.

Pojawia się również Mary-Jane Watson, pełniąca rolę przyszłej pierwszej dziewczyny Parkera (w końcu Gwen nie można drugi raz tak spektakularnie zabić). Z Peterem jest w takim dziwnym niby-związku. Właściwie nie wiadomo, co między nimi jest. Fochy dziewczyny o tę przystawiającą się blondynkę pozwalają przypuszczać, że ona by chciała, ale z niego jest za wielka pierdoła, żeby coś z tym zrobić. I kończy się na wspólnym odrabianiu lekcji.

Strona wizualna nie powala, dodatkowo Peter dostał takie dziwne niby-krótkie włosy i na niektórych kadrach ma dziewczęcą figurę. W dodatku Green Goblin jest pokracznie pokolorowany. Nie zostanę fanem Bagley’a.

W ramach materiałów dodatkowych Hachette obdarowuje nas przedmową, trzema stronami przybliżającymi powstanie uniwersum Ultimate, jedną (ale to nie tragedia, bo mi się zupełnie nie podoba styl, w jakim zostały wykonane) alternatywną okładką i galerią postaci przedstawiającą zmiany w projektach przeciwników Spider-Mana w trakcie przenoszenia do świata Ultimate.

Raczej najsłabszy z tych, które mam, ale bierze się to stąd, że to geneza postaci. Znanej postaci. Sztandarowej wręcz.
Trochę razi to, że złoczyńca jest zły, gdyż jest zły i chciwy. Tak po prostu. Hm… w sumie jestem ciekaw, czy po powrocie do ludzkiej postaci, o ile takowy nastąpi, Norman Osborn wciąż będzie zły i chciwy. Dla Sama Raimiego nie okazało się to takie oczywiste.
Zamiast pokazać więcej bandziora, rzucają roznegliżowanego Petera tańczącego na stole i jego problemy z dorastaniem. W sumie to jego geneza.

Jaskier

*SYMBOLIZM!

PS Oczywiście musiałem o czymś zapomnieć.
Komiksy z tej kolekcji mają pokolorowane na czerwono arkusze z panelami przyklejone do wewnętrznej strony okładki. Taki rodzaj ozdobnika. Całkiem przyjemnie to wygląda.
Niestety w moim egzemplarzu spod czerwonego arkusza wyciekł klej i utworzył paskudne bąbelki.

Read Full Post »

Older Posts »