Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Gwiezdne wojny’

Kurz po gwiezdnowojennej zawierusze jeszcze nie opadł (i nie ma zamiaru opadać, w tym tygodniu Epizod VII stanie się najlepiej zarabiającym filmem w USA, koło wtorku zrzuci z tego podium Avatara). Czekając na swój seans, który ostatecznie się rozmnożył i kino odwiedziłem dwukrotnie, odświeżyłem sobie trzy stare, kiczowate filmy o walce dobra ze złem. Jasnej Strony Mocy z Ciemną. I mimo iż wydawało mi się, że lecą na statusie produkcji kultowych, urastając do nietykalnej rangi świętości dzięki kupowatości prequeli, to muszę przyznać, iż Nowa nadzieja, Imperium kontratakuje i Powrót Jedi wciąż trzymają się bardzo dobrze. Absolutnie nie są nieskazitelne, zwłaszcza trzeci z nich, ale to niezaprzeczalnie genialnie wyglądające, klimatyczne filmy, które zasłużyły sobie na status, jakim się cieszą.

Ciężko napisać coś sensownego na temat tej serii, co wniosłoby cokolwiek nowego do dyskusji, w końcu ludzie pisali książki i prace naukowe dotyczące Gwiezdnych wojen.

Nowa nadzieja jest prostym filmem o wojnie w kosmosie, w środku której ląduje Prostaczek Wybraniec Przeznaczenia pod postacią Luke’a Skywalkera. Odnajduje mentora, przeżywa niezwykłe przygody, wsławia się odwagą, odkrywa w sobie niezwykłe zdolności. Może się to wydawać oklepane, bo jest, nawet w 1977 roku było, gdyż mimo osadzenia akcji w odległej galaktyce, stylistycznie znacznie bliżej jest SW do fantasy niż science-fiction. Lucas garściami czerpał z legend, podań oraz mitów całego świata i wyszło to serii na dobre, gdyż właśnie dzięki temu zyskała niesamowity klimat. No bo niby są te kosmiczne statki, Gwiazda Śmierci, która może zmieść planetę z… powierzchni kosmosu, ale przecież obok tego funkcjonuje ubrany na czarno łotr, który potrafi włada mistyczną Mocą. Dzięki temu położono podwaliny pod ogromne uniwersum, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie*.
Można narzekać, że Gwiazdę Śmierci da się tak łatwo zniszczyć, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że była zabawką Wielkiego Moffa Tarkina, który był z niej strasznie dumny, wręcz przepełniony pychą. Nie przyszło mu do głowy, że Rebelia może zaatakować za pomocą eskadry myśliwców i bombowców. No i bez pomocy Mocy Luke nigdy by nie trafił w tę dziurę prowadzącą do głównego reaktora, imperialne myśliwce wykosiły sporo spośród atakujących i zapewne X-Wing Skywalkera również zostałby zestrzelony, gdyby z pomocą nie nadleciał Han Solo. Dlatego argument dotyczący zbyt prostego zniszczenia tej stacji kosmicznej można uznać za obalony. Przynajmniej moim zdaniem.

Imperium kontratakuje to film powszechnie uważany za najlepszy w serii. Ciężko się z tym nie zgodzić, jest niesamowicie inny od swojego poprzednika, a jednocześnie widać, że to dalsze losy tych samych bohaterów. Luke rozwija się, poznaje kolejne aspekty Mocy, w tym zagrożenie pokusą Ciemnej Strony, relacja Hana Solo i Lei ewoluuje w stronę, jaką podejrzewaliśmy od pierwszego spotkania tych dwojga bohaterów, dostajemy sporo nowych planet, rewelacyjną scenę bitwy na pokrytej lodem Hoth, zrealizowaną przy pomocy modeli, no i pierwszy pojedynek na miecze świetlne Dartha Vadera z Luke’iem. No i ten pojedynek – jako finał filmu – robi robotę. Nie chodzi tylko o to wielokrotnie cytowane ujawnienie tajemnicy Anakina Skywalkera. Przedtem Vader zmasakrował Luke’a. Ciemna Strona Mocy dominuje, chłopak zdaje sobie sprawę z tego, że musi się wycofać lub jej ulec i wtedy pierwszy raz się jej opiera.

Powrót Jedi moim zdaniem kuleje najbardziej, gdyż najpierw jest ta przeciągnięta do trzydziestu minut akcja u Jabby, a potem się okazuje, że Imperium tworzy kolejną Gwiazdę Śmierci, w dodatku nie kupuję zwycięstwa Ewoków. Rozumiem – chodziło o starcie prymitywnej cywilizacji z technologicznie rozwiniętą, ale dla mnie to przegięcie, że kilka miśków uzbrojonych w dzidy i łuki wygrywa z opancerzonymi pojazdami i blasterami.
Jeśli chodzi o pierwsze pół godziny, to jaki dokładnie był plan? Najpierw Lando infiltruje pałac Jabby. Luke później wysyła droidy z prośbą o uwolnienie Hana. Następnie przybywa Leia w przebraniu łowcy nagród i dopiero na końcu Hutta odwiedza Luke. Który zostaje rzucony potworowi na pożarcie, zabija go, lecz zostaje schwytany i ponownie pojawia się inny stwór, w którego trzewiach bohaterowie mają być strawieni. A na koniec okazuje się, że i tak są w stanie skopać tyłki wszystkim przydupasom gangstera. Tego jest aż za dużo.
Nie jestem też fanem Ewoków, którzy z palcem w nosie rozwalają siły Imperium. Podobno to miały być Wookie, ale Lucas się połapał, że ta rasa jest są zaznajomiona z technologią i dlatego zostali zminiaturyzowani do formy pluszowych niedźwiadków. No i widzicie mi wcale nie chodzi o to, że w SW nie ma miejsca na takich kosmitów. Tylko to już zakrawa na jakąś parodię – widok szturmowców i AT-ST gromionych za pomocą patyków i kamieni. To jest wręcz niesprawiedliwe dla Imperium i pokazuje je w kiepskim świetle. No bo goście biorą się za budowę stacji kosmicznych rozmiarów księżyca, a nie potrafią poradzić sobie z bandą dzikusów? Serio? No i czy oni naprawdę się niczego nie uczą? Do drugiej Gwiazdy Śmierci też da się wlecieć i ją tak prosto rozwalić?**
Można to jednak wybaczyć dzięki finałowemu starciu Luke’a z Ciemną Stroną Mocy, która nie dość, że ma przewagę liczebną, bo reprezentują ją Darth Vader oraz Imperator, to na dodatek Skywalker na dobrą sprawę nie przeszedł prawdziwego szkolenia. Te wszystkie emocje – gdy ulega gniewowi, bo Vader mówi, że po zabiciu go odnajdzie jego siostrę i ją wyszkoli na Sitha, gdy widzi, że jego ojciec także ma robotyczną protezę ręki, gdy ostatecznie opiera się Ciemnej Stronie Mocy, mówiąc Imperatorowi, że jest rycerzem Jedi, jak jego ojciec przed nim – MAJSTERSZTYK. Niby nie chciałem się znęcać na prequelami, ale ta jedna sekwencja zawiera więcej esencji Gwiezdnych wojen niż wszystkie trzy filmy. Starcie Jasnej Strony z Ciemną, relacja uczeń-mistrz, miłość, nienawiść – finał Powrotu Jedi jest tym wszystkim przesiąknięty.

Summa summarum, Stara Trylogia to wciąż aktualna, piękna historia o walce dobra ze złem. Niezwykle klasyczna, lecz na swoje czasy nowatorska, wszak czterdzieści lat temu postawiła kino do góry nogami. Śmiało można powiedzieć, że Star Wars jest pewnym ukoronowaniem dokonań ludzkości w sferze opowiadania historii, bowiem jest to tak pojemny świat, że można w nim pomieścić wszystko.

No i ta wspaniała ścieżka dźwiękowa p. Johna Williamsa.

____________________________________________________________

Co do tych nieszczęsnych poprawek – sporo z nich jest przesadzona. Dewbacki szturmowców, teledysk w pałacu Jabby, ogrom zbędnych stworów lub droidów CGI w tle. Momentami to wygląda tak, jakby na obrazie renesansowego artysty ktoś dorysował markerem penisa.

Jaskier

*Patrz mój tekst o The Clone Wars.

**Poczekajcie na to, co sądzę o Starkillerze. Nie, nie TYM.

Reklamy

Read Full Post »

Pamiętacie ten lament internetów, gdy Disney kupił markę Gwiezdne wojny?
Albo potem ten ból dupy o wykasowanie z kanonu EU, co sprowadzało się do tego, że przyszedł ktoś i powiedział ludziom, że rzeczy, które się nigdy nie wydarzyły, naprawdę nigdy się nie wydarzyły?

Ja pamiętam i dalej mam trochę beki z ludzi, którym się wydawało, że taki transfer okaże się dla tej marki gwoździem do trumny. Ponieważ – jak można się przekonać, wchodząc do dowolnego marketu – Gwiezdne wojny już dawno nie miały się tak dobrze. W zasadzie nie pamiętam, żeby kiedykolwiek miały się lepiej. Przynajmniej u nas.

Disney nie po to wpakował miliardy dolarów w SW, żeby kurzyło się na półce, stąd decyzja o uznaniu EU niekanonicznym, gdyż łatwiej jest tworzyć, nie mając na sobie bagażu kilkudziesięciu lat różnej maści narośli. Marvel zupełnym przypadkiem również jest obecnie częścią koncernu Disney, toteż grzechem byłoby w takim układzie niezaczęcie pisania komiksów. I jasne, wcześniej też były nieustannie przez Dark Horse* wydawane historie obrazkowe ze świata SW, ale jakoś nie było o nich przesadnie głośno. Obecna sytuacja dowodzi, iż filmy istotnie napędzają sprzedaż komiksów oraz że EU jest fajne, ale najbardziej esencjonalne i napędzające sprzedaż są postacie z Oryginalnej Trylogii.
Darth Vader, Boba Fett oraz Han Solo są obrośnięci kultem niczym Jabba tłuszczem, a dodatkowe przedstawienie przemiany Luke’a z chłopaka z prowincji w rycerza Jedi z prawdziwego zdarzenia nikomu nie zaszkodzi.

Mniej więcej tym zajmują się wydawane obecnie tytuły – kilka jest poświęconych konkretnym postaciom i jeden główny, zatytułowany po prostu Star Wars. Z nim miałem się już okazję zapoznać, albowiem Egmont wydał we wrześniu album zbierający pierwsze sześć zeszytów. Dzisiaj po sporej obsuwie do sprzedaży trafił numer drugi Star Wars Komiks, w którym przeczytamy sześć zeszytów serii Darth Vader. No ale jego jeszcze nie przeczytałem, więc sorry, Winetou, napiszę o tym innym razem. Albo i nie.

Za Star Wars odpowiedzialni są Jason Aaron (scenariusz) oraz John Cassaday. Nazwisko tego pierwszego być może obiło się wam ostatnio o uszy, ale spokojnie, tutaj nikt nie zmienia płci. I teraz się zastanawiam, w przypadku której postaci byłoby to najdziwniejsze… chyba Chewbacci. John Cassaday to natomiast rysownik znany m.in. z serii współtworzonej z Jossem Whedonem – Astonishing X-Men. Wiele to mówi na temat tego, czego możemy spodziewać się po ilustracjach tutaj.

Akcja tych pierwszych sześciu zeszytów rozgrywa się krótko po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci i zawiera zamkniętą historię cwanego ataku Rebelii na fabrykę Imperium, swoiste posłowie do tego wydarzenia i zaczątki kolejnych przygód. Powiedziałbym, że jest to rozegrane w bardzo gwiezdnowojennym stylu.
To znaczy – Han Solo niechętnie współpracuje z Rebelią, tak naprawdę skrycie licząc, że między nim i Leią coś zaiskrzy, ale w gruncie rzeczy jest poczciwym gościem, który tylko czasem strzela pierwszy. Księżniczka ewidentnie nie jest mu dłużna i widać, że też czuje do niego miętę. Jest między nimi chemia. Luke wciąż jest oszołomiony tym, że wczoraj hodował wodę na farmie, a dzisiaj ma ratować galaktykę i chce się czegoś więcej o swojej misji dowiedzieć. Darth Vader jest pieprzonym Darthem Vaderem, a Boba Fett z kolei kradnie szoł krótkim występem w roli – no cóż – łowcy nagród wynajętego przez Imperium. Uwielbiam też to, jak bardzo C-3PO okazuje się być nieprzydatny.
Duet Aaron-Cassaday daje radę w odtwarzaniu klimatu Oryginalnej trylogii. Panowie czują te postacie, prowadzenie ich wychodzi im niezwykle zgrabnie.

Widzimy więc, że twórcy machają do nas, mówiąc: Pamiętacie OT? My wiemy, za co ją polubiliście. Chodźcie, mamy tu tego więcej. Jeżeli tak mają wyglądać te komiksy, to bardzo chętnie będę je kupował i czytał. Jak już napisałem – od dziś w kioskach jest dostępny Darth Vader, natomiast już 9 lutego ma wyjść Princess Leia. Nie spodziewałem się, że Egmont będzie u nas wydawał aż tyle serii, ale jestem jak najbardziej za, jeśli wszystkie będą trzymać taki poziom.

***

Komentarz odnośnie komiksów w kioskach:

Super sprawa, tym bardziej w takiej formie. Widzicie, ludzie mają straszny ból dupy o to, że komiksy w Polsce są sprzedawane przede wszystkim w grubaśnych albumach, najczęściej w twardej oprawie i na jakimś lepszym papierze. Problemem zaporowym wydaje się być tutaj cena, ale  – niespodzianka! – tutaj nie ma i nie może być związku liniowego – jeżeli zawierający x zeszytów album kosztuje y zł, to jeden zeszyt w kiosku nie kosztowałby y/x zł. O wiele lepiej, gdy wychodzą wydania zbiorcze – jak Star Wars lub Marvel NOW!, które ruszyło na wakacjach. Jasne, linia Nowe DC ma dosyć zaporowe ceny, ale w sieci bez problemu można znaleźć sklepy, w których bez czekania na jakąś promocję można kupić te komiksy za 70% kwoty z okładki.
Gdyby nagle wszystko było wydawane w formacie i cenie Star Wars, to kupowałbym znacznie więcej, ale trzeba pamiętać, że decyzja nie zależy wyłącznie od polskiego wydawcy. Rozwiązaniem jest nabywanie tego, co jest dostępne, bo przecież tam nikt nie ma misji dostarczania komiksów czytelnikom – to jest biznes. Ruch w tym segmencie na polskim rynku spowodowany jest popularnością filmów, z powodu których coraz więcej ludzi sięga po komiksy. Dystrybutorzy dostrzegają to i widząc szansę na zarobek, próbują wdrożyć nowe pomysły. Tylko od odbiorcy zależy, co się będzie działo dalej.

***

Jako bonus – ciekawostka ortograficzna:

Po angielsku piszemy Star Wars, natomiast po polsku Gwiezdne wojny. Pamiętajcie o tym. Nie zmyślam.

Jaskier

*Notabene, w Polsce odpowiedzialny za dystrybucję był Egmont i po zmianach oraz restarcie tytułu wciąż jest, więc można śmiało rzec, że to taki PSL wśród wydawców.

Read Full Post »

3707586-clone_wars_5_poster_by_denisogloblin-d641dlg
Nie wiem, czy pamiętacie, ale kiedyś wytłumaczyłem, dlaczego spanie do dwunastej nie jest najlepszym planem na wakacje. Jeśli się wstaje rano, to można iść sobie kupić wymarzoną słodką bułkę*, coś poczytać, dłużej się poopierdalać lub obejrzeć coś fajnego w telewizorni.
Co prawda zasadniczo wszędzie i przez cały dzień lecą polskie kabarety, ale o 9:05 można na Czwórce obejrzeć dwa odcinki Wojen klonów, co zajmie około godziny, więc za dzienną normę może spokojnie uchodzić. Po co dłużej trzymać włączone pudło? Tylko licznik się kręci i rośnie temperatura w pokoju.
Ale pomijając już te moje filozofowanie, które zapewne wolelibyście przeczytać, przejdę do polecania Wam animowanego serialu, z którego grafikę widzicie wyżej.

Otóż, jeśli się człowiek przyzwyczai do dziwnego wyglądu postaci oraz przebrnie przez momentami niedomagający sezon pierwszy (a nade wszystko nie ma zdania, że TYLKO OT iEwENTUALNIE TryLGIA TRAŁNA!!!11!!), to ogląda się to bardzo dobrze. Poważnie, sam podchodziłem do tego serialu sceptycznie, m.in. ze względu na słabawy film kinowy – notabene jedyny jak dotąd ze Star Wars, który widziałem w kinie. No ale jak już zacząłem oglądać, to doceniłem wkład twórców w rozwój marki.

Akcja serialu umieszczona jest między drugim i trzecim epizodem. W Galaktyce trwa wojna – Republika i Separatyści toczą bitwy na dziesiątkach światów. Ważą się dalsze losy wszystkich istnień, a wciąż ciężko do przechylenie szali na którąkolwiek ze stron. Na czele armii Republiki stają generałowie Jedi, a wśród nich są Obi-Wan Kenobi oraz Anakin Skywalker.

Niezaprzeczalną zaletą jest to, że dzięki temu serialowi mamy możliwość spędzić więcej czasu z bohaterami. Hrabia Dooku, Grievous, całe zastępy rycerzy Jedi – jak się oglądało nowe filmy i widziało tych wszystkich ludzi, to przecież aż chciało się dowiedzieć o nich czegoś więcej. No i serial do gwarantuje.
Prócz dawania więcej tego, co w filmach aktorskich było na drugim lub trzecim planie, animacja rozwija również główne postacie – Obi-Wan Kenobi wymiata, jak miał to w zwyczaju już wcześniej (ale – znowu – tutaj jest tego dużo, dużo więcej), a Skywalker w końcu nie jest beksą, a brawurowym i kompetentnym, acz zbyt często podlegającym emocjom wojownikiem, jakim powinien być.
Postacie występujące tylko w serialu także robią wrażenie. Po Jasnej Stronie Mocy mamy Ashokę Tano – podopieczną Anakina. Poznajemy ją jako młodą dziewczynę, by następnie śledzić jej rozwój i dalszą naukę. Taka Jubilee Gwiezdnych wojen. Albo Peter Parker, jeśli sięgniemy głębiej w przeszłość. Natomiast Separatystów wspiera cała plejada łotrów – od postaci, które zaliczyły mały występ w Nowej Trylogii, tutaj zostały rozwinięte, przez adeptów Ciemnej Strony, wskrzeszonych Zabraków, aż po łowców nagród, którzy za pieniądze podejmą się każdego zadania. Prym wśród nich wiedzie Cad Bane – Duros, który rozpoczął swoją karierę w serialu z przytupem, włamując się do budynku senatu i biorąc za zakładników kilku jego członków.

Serial gwarantuje także różnorodność. Prócz kilkuodcinkowych historii, pokazujących na przykład zajęcie planety (od bitwy kosmicznej po upadek ostatniego bastionu Separatystów) pojawiają się tutaj również krótkie fabułki o tropieniu zdrajców wśród polityków lub poświęcone parze bodaj najpopularniejszych na świecie droidów. Słowem – ludzie lubiący wielkie bitwy, polityczne intrygi lub działania szpiegowskie znajdą tu coś dla siebie. Jeśli dodać do tego fakt, iż akcja toczy się na kilkudziesięciu różnych planetach i często gęsto odcinki poświęcone są komuś spoza głównego zestawu postaci, to widać, iż mamy do czynienia z czymś naprawdę olbrzymim. Czuć ogrom tego uniwersum.

I właśnie za to lubię go oglądać – ponieważ aż tyle pokazuje.
Dlatego też go polecam. To wcale nie był skok na kasę i żerowanie na marce.

***

Aha – Czwórka emituje obecnie drugi sezon. ;)

Jaskier

*U nas jest jak w Ameryce – jedzie bus z piekarni ulicą, zatrzymuje się pod domem i dzięki temu nie trzeba tyrać do sklepu.

Read Full Post »

Heeeej!
Expanded Universe poszedł do śmietnika, to rzucają książki do Stonki.

Podchodząc dzisiaj do kasy, z jogurtem naturalnym, dwunastoprocentową śmietaną, pudełkiem ryżu i rożkiem waniliowo-truskawkowym w koszyku, kątem oka dostrzegłem takie cudo.

Wiecie, to całe zamieszanie sprzed około miesiąca, związane z uznaniem Expanded Universe niekanonicznym, niezmiernie mnie rozbawiło.

Nie jestem jakimś hardkortruuberfanem tego uniwersum – widziałem filmy, przeszedłem pierwszego KotOR-a, przeczytałem wszystkie dwie książki, które miała na stanie biblioteka (jedną z okresu młodości Obi-Wana, a drugą dziejącą się w trakcie inwazji Yuuzhan Vongowów), przez jakiś czas oglądałem The Clone Wars. Nic, czym można by się było chwalić w towarzystwie nerdów.

Nie czuję się źle z tym, że wydarzenia, o których słyszałem/ czytałem/ wsio ryba według jakiegoś tam ustalenia nie miały miejsca. Ponieważ – NIESPODZIANKA! – to fikcja!
Może porównanie nie ma sensu, bo skala jest zupełnie inna, ale Andrzej Sapkowski stwierdził niegdyś, iż historie tworzone przez CD Projekt RED w ich grach z Geraltem nie są kanoniczne, bo jedyny prawdziwy wiedźmin jest w jego książkach. Czy to czyni te gry gorszymi produktami? Nie sądzę.

Nie widzę przeszkód, by cieszyć się i ekscytować przygodami postaci, o których czytamy, tylko dlatego, że krawaciarze z Disney’a stwierdzili, że wygodniej im będzie napisać dalsze dzieje Odległej Galaktyki od nowa.
Jeśli te powieści są tak dobre, że tylu ludzi rozdzierało szaty z powodu wyrzucenia ich z kanonu, to lepiej uraczyć się nimi, niż adaptacjami, które z całą pewnością nie byłyby wierne i spowodowałyby jeszcze większą gównoburzę.

Toteż bardzo chętnie przeczytam, co się stało po bitwie na Ruusanie, chociaż tak naprawdę się to nie stało.

A czy Wy, moi Czytelnicy, płakaliście po EU?

Jaskier

Read Full Post »

Uściślijmy coś – ja wciąż się czuję dzieckiem. Dosyć mocno, co nie powinno dziwić, zważywszy na fakt, że w moim pokoju najwięcej jest pudełek, pudełeczek i szufladek z LEGO.
Jednak był taki okres w moim niezbyt ciekawym i ogólnie żenującym życiu, który różnił się od tego, który sobie jest teraz. Skończył się tak pi razy drzwi jesienią anno Domini 2009, więc filmy, o których będzie mowa, widziałem dużo wcześniej, kiedy miałem pięć lub sześć lat. To znaczy większość, niektóre obejrzałem później.
Możecie to potraktować jako coś w rodzaju Top 10 filmów, które widziałem wtedy i wciąż mi się podobają. Ułożenie niekoniecznie odpowiada temu, że któryś z tych filmów lubię bardziej, po prostu w jakiejś kolejności musiałem je przedstawić.
Sprzedawanie się w Internecie, ale będzie klików.

Od dzisiaj każdorazowe wytłumaczenie tępemu dwunastolatkowi, że się nie zna, bo jest tępym i niedojrzałym mentalnie dwunastoletnim szczylem mam prawnie usankcjonowane, mogę kupić w sklepie alkohol i nie kłamię, gdy klikam tak, mam ukończony 18. rok życia.

Ace Ventura: Psi detektyw
Jim Carrey jest tym typem aktora, którego albo się nie cierpi, albo bardzo się ceni. Jak łatwo się domyślić, należę do tej drugiej grupy i najprawdopodobniej odpowiada za to właśnie ten film i jego kontynuacja.
Zawsze podobało mi się pajacowanie głównego bohatera, w postaci zwariowanego genialnego detektywa Carrey świetnie się odnalazł. Ciężko wyobrazić sobie kogoś innego w tej roli.
Niestety ktoś wpadł na pomysł nakręcenia filmu o synu Ace’a. Ech… Na szczęście wciąż możemy cieszyć się dwoma oryginalnymi produkcjami.

Wyspa skarbów

Widziałem późniejsze adaptacje powieści Stevensona (m.in. kosmiczną wersję Disneya i niemiecką, nie oglądajcie tej niemieckiej) i żadna nie przypadła mi do gustu do tego stopnia, co ta z 1990 roku. Przepiękne plenery i porywająca, wartka akcja. Dowód na to, że film o piratach może być świetny bez chodzących szkieletów i ludzi-ośmiornic. W dodatku głównego bohatera gra Bale, a nie Bloom.
No i dzięki tej produkcji zapoznałem się z oryginałem.

Mali żołnierze
Film o zabawkach, które ożywają, bo „genialni” twórcy użyli do produkcji wojskowej technologii. Plastykowi żołnierze wychodzą z pudełek z zamiarem urządzenia rzezi swoim pokracznym wrogom, oczywiście w konflikt wplątują się ludzie. Mi ogląda się to przyjemniej od Transformers.
Co prawda ludzie w tym filmie troszkę za łatwo kupują fakt, że zabawki ożyły, ale sekwencje uzbrajania się komandosów w narzędzia, scyzoryki i artylerię zmontowaną ze zszywaczy, pił motorowych i kosiarek wciąż bardzo mi się podobają. W tle jest jeszcze wątek chłopaka-sieroty, głównego bohatera, nierozumianego przez rodziców i beznadziejnie zakochanego w uroczej sąsiadce. I, niespodzianka! na końcu są parą.
Uwielbiałem ten film do tego stopnia, że przynosiłem go z wypożyczalni kilka razy. Dzisiaj mam w związku z tym pewną teorię.
No i jest tu muzyka Led Zeppelin. I Spice Girls.

Kto wrobił Królika Rogera

Komedia kryminalna, w której detektyw rozwiązuje sprawę tytułowego bohatera kreskówki. W tym filmie wszystko jest świetne, nawet dzisiaj ogląda się go z przyjemnością. Bohaterów da się lubić, detektyw Valiant się czegoś uczy, animacja wciąż trzyma poziom (w końcu był Oscar za efekty specjalne), czarny charakter jest przyjemnie karykaturalny, a Charles Fleischer robi niesamowitą robotę, dubbingując Rogera. Poza tym w tej produkcji pojawia się masa kultowych postaci z kreskówek.
Bije na głowę inne filmy, w których obok aktorów grają postacie z kreskówek.

Batman
Film będący w czołówce adaptacji komiksów o Mrocznym Rycerzu i adaptacji komiksów w ogóle. Świetny Keaton, genialny Nicholson, do tego kultowa już dziś ścieżka dźwiękowa Danny’ego Elfmana. Zresztą, każdy go przecież widział. Dzięki temu filmowi nagle okazało się, że historyjki o facetach w rajtuzach wcale nie muszą być tylko dla dzieci. Oczywiście, gdyby nie powstał, znalazłby się inny, który przetarłby szlak dla filmów o superbohaterach, jednak to głównie jemu zawdzięczamy rozkwit filmów superbohaterskich.
KLIK

Powrót do przyszłości
Kolejny banał na tej liście, lepiej przywyknijcie. Świetne trzy filmy, interesujący bohaterowie, których przygody chce się śledzić. Zedcydowanie Spielberg wie, jak się robi kino rozrywkowe.

Gwiezdne wojny
Dzisiaj widzę, że Nowa Trylogia nie umywa się do starszych filmów (Anakin jako beksa? lepiej jest przedstawiony w serialu animowanym; no i Jar-Jar).
Gwiezdne wojny wciąż mają silny wpływ na popkulturę, swego czasu wpłynęły również na sposób kręcenia filmów (to między innymi dla tej serii ukuto termin Kino Nowej Przygody). Same w sobie niewiele różniły się od tego, czym było kino science fiction przed ich pojawieniem się (tylko w odpowiednim powiększeniu), ale sukces sagi Lucasa wpłynął na rozwój tego gatunku (bo hej! wszyscy chcieli mieć filmy o kosmosie).
Jednocześnie to rodzaj baśni, historii o walce Dobra ze Złem, która została jedynie osadzona w futurystycznych realiach. Coś pięknego.

Park jurajski
Zakatowałem kasetę, na której miałem nagrany ten film, w międzyczasie wybłagałem wypożyczenie kontynuacji w wersji z napisami, choć jeszcze nie potrafiłem czytać. Wciąż jest świetny, o czym można się było przekonać w tym roku w kinie, gdyż z okazji okrągłej rocznicy zrobiono wersję czyde.
Więcej o niej i filmie jako takim TU.

Władca Pierścieni

Filmy, na które ludzie czekali latami.
Dla mnie były bramką do fantasy jako gatunku. Pamiętam, że zobaczyłem scenę narady u Elronda i zapytałem Tatę, co ogląda, a on odpowiedział, że pewnie mi się nie spodoba. To było VHS-owe wydanie Drużyny Pierścienia. Miałem wtedy sześć lub siedem lat i jeszcze nie do końca ogarniałem, więc na ostatniej scenie dziwiłem się, że jeszcze nie wygrali.
Niesamowita, epicka, trwająca ponad jedenaście godzin przygoda. Dla mnie ważna również dlatego, że od niej zaczęła się fascynacja magicznymi światami, elfami, smokami i całą resztą.

Indiana Jones

Kiedy byłem dzieckiem… takim mniejszym… to chciałem być archeologiem. Oczywiście za sprawą Indiany Jonesa. Seria ta na długie lata uczyniła Harrisona Forda moim ulubionym aktorem. Znam te filmy na pamięć, ale wciąż oglądanie ich daje masę frajdy. Jeśli będzie kiedyś jakaś lista w stylu Top 17 postaci z filmów, to Indy powalczy o podium.
Niestety czwarta część miała kosmitów i zdecydowanie za dużo efektów robionych na kompióterze. I LaBeoufa. Nie wpłynęło to jednak na postrzeganie poprzednich filmów.

Cóż, to koniec. W sensie tego zestawienia.
Postanowiłem streścić się do dziesięciu filmów. Na jutro planuję podobną listę, tym razem książek, które wtedy odgrywały istotniejszą rolę, czytałem więcej, dzięki temu, że nie miałem Internetu. Albo inaczej, czytałem więcej książek. Potem chciałbym jeszcze napisać obszerniejsze zestawienie obejmujące pozostałe dziwne rzeczy, w tym seriale, gry, zabawki i mody(?), którym masowo ulegały dzieciaki z mojego bloku, w tym oczywiście ja.
Dlaczego?
Bo mogę. Bo gdzieś tam jest już piąta. Bo być może pozwoli to czytelnikowi lepiej zrozumieć, czym się kieruję, pisząc o tym wszystkim, o czym tutaj piszę.

Także więc do jutra.

Jaskier

Read Full Post »