Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Vin Diesel’

Naprawdę nie wiem, co mam napisać o tym filmie, ponieważ z jednej strony był zabawny, dostarczył mi masę frajdy i rozrywki, nie zasnąłem na nim, mimo iż był środek nocy, kiedy go oglądałem, a od strony technicznej prezentuje się wprost fenomenalnie, z drugiej jednak po seansie miałem wrażenie, że zobaczyłem tylko jakąś reklamę. Była trzecia w nocy, siedziałem w kinowym fotelu i zadawałem sobie pytanie – No dobra, to było fajne, ale gdzie jest film?

Mam z tą produkcją taki problem, że nie ma w niej fabuły, jest za to zlepek scen pokazujących widzom to, jak fajne są poszczególne postacie i jakie niepokonane, silne, nieustraszone. Poniżej będzie SPOILERowe przedstawienie punktów… filmu, więc jeśli jeszcze go nie widzieliście, a nie chcecie się dowiedzieć, co się w nim dzieje, to omińcie ten fragment tekstu.

  • Drużyna gdzieś tam w kosmosie wykorzystuje swoje zwycięstwo z pierwszej części do robienia kasy. Która kosmiczna frakcja nie chciałaby wynająć Strażników Galaktyki do ochrony własnego mienia?
  • Ponieważ bohaterowie wciąż jeszcze nie potrafią w pełni ze sobą współpracować, to wpadają w poważne tarapaty.
  • Z opresji ratuje ich broda Kurta Russella, który przychodzi i mówi do Star-Lorda: Jestem twoim ojcem… i międzygalaktycznym bogiem-Hitlerem…
    I zabiłem twoją matkę.
  • Quill musi pogodzić się z tym, że jego nowo odnaleziony ojciec jest psychopatą. Walczą w stylu pojedynków z Dragon Balla.
  • Yondu umiera, ale w sumie jest szczęśliwe zakończenie, ponieważ poświęcił się dla Petera.

Koniec sekcji SPOILERowej, możecie wrócić do czytania.

Pomiędzy te punkty powtykane są sceny, w których:
a) Yondu jest OP;
b) Rocket jest OP;
c) Baby Groot promuje zabawki;
d) Drax jest kretynem, ale uroczym w swojej głupocie;
e) Star-Lord ma problem z tym, kto tak naprawdę był jego tatą;
f) ci żółci goście zachowują się dziwacznie;
g) kosmiczni piraci dostarczają całą maaaaasę dowcipasów;

I to nie jest problem natury takiej, że – O matko, co za gówno. Nie jest to też nudne czy coś. Po prostu mam wrażenie, że James Gunn zachłysnął się wolnością twórczą, jaką studio mu zaoferowało i cały czas tylko ciśnie – Patrzcie, jaki Yondu jest super. Patrzcie teraz, jaki Rocket jest błyskotliwy. Patrzcie, jaki Baby Groot jest słodziaszny (figurki po jedyne 19,99$). Nie ma tutaj miejsca na jakieś upadki, bohaterowie są niezniszczalni, a nawet jeśli, na ten przykład, dostają się do niewoli, to szybko uciekają, robiąc przy tym rozpierduchę. Nie chce mi się tego teraz szukać, na pewno ktoś to policzył albo w najbliższej przyszłości policzy, Yondu za pomocą swojej sterowanej gwizdaniem strzały (sic!) zabija w tym filmie ze sto osób, samemu w zasadzie będąc niezniszczalnym.

Sceny z Grootem (chyba wszystkie, musiałbym obejrzeć jeszcze raz, żeby to ocenić) są męczące. Na początkowych napisach urokliwie tańczy, później, za każdym razem, gdy się pojawia, to jest podkreślane, jaki to on nie jest uroczy i słodki, i w ogóle. Nie wyskakujcie w komentarzach* z tekstami, że to miało stanowić parodię postaci będących w filmach maskotkami – moim zdaniem, jeśli taki był zamiar reżysera, to mu nie wyszło.

Nawet część dowcipów jest albo przeciągnięta, albo po prostu słaba. Na przykład ten kosmiczny pirat z głupim imieniem. Ciągną to w nieskończoność. Żart z Grootem, który nie potrafi pojąć, co ma przynieść i znosi do bohaterów śmieci, również niemiłosiernie się ciągnie. Rozwaliła mnie także scena podróży kosmicznej, kiedy postacie dokonują na pokładzie statku sekwencji kilkuset skoków (czymkolwiek by one nie były). Nauka za tym stojąca sprawia, że zaczynają się zniekształcać, oczy wychodzą im z orbit etc. Wygląda to jak w Masce albo Looney Tunes i bierze się po prostu znikąd.

Również muzyka wypada słabiej niż w pierwszej części. Awesome Mix Vol.1 po obejrzeniu filmu słuchałem w kółko, wciąż lubię sobie puścić. Tutaj nic nie zapadło mi w pamięć. Najlepsze było Fox on the Run ze zwiastuna, którego jednak nie pamiętam z filmu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ta piosenka w ogóle nie pojawia się w filmie.

***

Dwie rzeczy naprawdę mi się podobały i uważam, że w tym filmie zagrały perfekcyjnie.

Pierwsza to postać Draxa. Dave Bautista urodził się do tej roli. Jest w niej bezbłędny, wypada nawet lepiej niż w części pierwszej. Jego Drax jest bezpośredni, szczery do bólu, naiwny, żyje w swoim świecie, ale jednocześnie to naprawdę wierny kompan.

Druga rzecz, którą chcę pochwalić, to – uwaga, zaskoczenie – wątek romansowy. Podobało mi się to, jak została rozegrana relacja Petera i Gamory. Naprawdę. To jest taki typowy motyw, przebiegający zgodnie ze schematem – O, nie cierpię cię! Ja ciebie bardziej! A na końcu i tak jest: Hail to the king, baby. Podobały mi się te minisprzeczki i Gamora zgrywająca twardzielkę, tak naprawdę bojąca się otworzyć oraz finał, kiedy to w obawie przed utratą Petera, zrywa tę maskę i pokazuje, że mu na nim zależy. No bo ze strony Star-Lorda nie należy się spodziewać ukrywania czegokolwiek. Stanowią oni oczywistą parę, ale ja nie mam nic przeciwko takim przyciągającym się przeciwieństwom.

***

Tak to wygląda. Jeśli podobała się Wam część pierwsza, to pewnie już widzieliście kontynuację i macie o niej wyrobione zdanie, jeśli nie, to nie sądzę, żeby druga część przypadła Wam do gustu. Jest to więcej tego samego, tylko rozciągnięte, gdyż w miejsce fabuły James Gunn mógł powpychać te wszystkie scenki, o których pisałem w tekście.
Nie zrozumcie mnie źle – Guardians of the Galaxy vol.2 nie jest żenująco słabe ani nic z tych rzeczy. Jest jedynie fajne, nie spełnia oczekiwań, jakie w nim pokładałem.

***

*Trochę naiwnie wierzę, że tekst ten przeczyta ktoś, komu będzie się chciało komentować w ten sposób.

Jaskier

Read Full Post »

11182169_830237103736956_1481344188067131386_n
Kiedy wybierałem się na ten film do kina, wiedziałem, że jest w nim scena, w której zrzucają auta na spadochronach z samolotu, a znajdujący się wewnątrz kierowcy przeżywają. Siostra mi zaspoilerowała.
I na takie akcje czekałem, bo kiedy F&F7 ma w dupie prawa fizyki, to ogląda się go z bananem na twarzy. Niestety, śmierć aktora grającego jedną z głównych postaci w serii wpłynęła na tę produkcję. No i moim zdaniem był to negatywny wpływ.

Czyste szaleństwo scen akcji i szczątkowa fabuła, będąca jedynie wymówką do ich implementowania, przywodzą mi na myśl równie pokręcone i nierealistyczne wyścigi resoraków marki Hot Wheels, którymi jeździłem po dywanie jeszcze kilka lat temu. Obowiązywała tylko jedna zasada – przygody kierowców miały być jak najmniej powiązane z rzeczywistością i jazdą prawdziwymi samochodami.

W Szybkich i wściekłych 7 z jeżdżeniem prawdziwymi samochodami związek ma chyba tylko zmienianie biegów. Chociaż też robią z tego nie wiadomo co, dając takie fajne ujęcie na dźwignię zmiany biegów. Ale to jest efekciarskie i po prostu fajne, więc się już nie czepiam.

I właśnie – póki grają kartą efekciarstwa, jestem totalnie kupiony, czuję, iż dostaję to, za co zapłaciłem – niczym nieskrępowaną rozrywkę, polegającą przede wszystkim na łamaniu praw fizyki, eksplozjach oraz efektownym niszczeniu tych wszystkich ładnych aut. Problem pojawia się, gdy film próbuje uderzyć w inny ton.

Mam wrażenie, że nie byłoby tyle gadania o rodzinie i innego rodzaju scen zupełnie niepasujących do tonu produkcji, gdyby nie śmierć aktora. Jasne, zadedykowanie mu tej produkcji i końcowy monolog Vina Diesla są bardzo w porządku, bo z tego co się orientuję, Walker był twarzą serii, obecny w większości części, ale w moim odczuciu nijak się to ma do esencji filmu, czyli wspomnianych już wielokrotnie fikuśnych akrobacji.

Jak już napisałem, fabuła stanowi jedynie pretekst do tego festiwalu fajerwerków – gdzieś tam są jacyś terroryści, jacyś tajni agenci na ich tropie (pod wodzą Kurta Russella), jakaś bieda-intryga, a za ekipą bohaterów podąża bezlitosny Jason Statham pragnący pomścić swego brata. I dzięki temu wszystkiemu cyrk się kręci, karawana jedzie dalej etc.

Z minusów chciałbym jeszcze wypunktować marginalną obecność Dwayne’a Johnsona. Nie wiem jakim cudem, ale zacząłem się przekonywać do tego aktora. Pojawia się on w pojedynku na początku filmu, a następnie dopiero w finale, dzierżąc gargantuiczny karabin maszynowy (jak w drugiej części G.I. Joe), no i aż chciałoby się widzieć go więcej. On jest stworzony do takich ról.

Szybcy i wściekli 7 stanęli w rozkroku między świetnym akcyjniakiem przeładowanym przesadzonymi akcjami, a hołdem dla Paula Walkera. No i nie wyszło im to na dobre. Nie?

***

Wychodzi więc na to, że ludzie poszli na ten film, zobaczyć Paula Walkera w CGI. Mnie to trochę przeraża, bo skoro mogli cyfrowo odtworzyć człowieka, to co będzie następne? Wskrzeszą innych? Kogoś odmłodzą?

Jaskier

Read Full Post »

Strażnicy Galaktyki to znakomity film, ścisła czołówka tegorocznych popcornowych produkcji, gdyby mnie ktoś pytał. A skoro to czytasz, to najwyraźniej z jakiegoś powodu interesuje Cię moje zdanie, więc kontynuuj czytanie, by rozdowiedzieć się, dlaczego film ten mi się podobał.

Z racji tego, że jest aż kilka miesięcy po premierze, to nawet jeśli nie oglądaliście filmu, znacie ogólny zarys fabuły – potoku memów i żartów nie dało się bowiem swego czasu ominąć. Anonimowi w świadomości niedzielnych miłośników komiksów bohaterzy zalali portale społecznościowe oraz stronki z wszelakiej maści i jakości dowcipasami i śmiało wkroczyli do mejnstrimu, z miejsca stając się rozpoznawalnymi na równi z dotychczasowymi tuzami MCU – Tony’m Robertem Starkiem Downeyem, najseksowniejszym mężczyzną Wszechświata Thorem lub powszechnie uwielbianym przez publikę Lokim Hiddlestonem. Jeśli jednak kogoś to ominęło (w co wątpię, gdyż będąc osobą zainteresowaną tematem, nie sposób było nie naoglądać się najróżniejszych materiałów związanych z tym filmem, ale zrozumcie mnie – też chcę rzucić żartem o „nowych”, „lepszych” Gwiezdnych wojnach) – grupka składająca się z dwóch najemników, złodzieja, zabójczyni oraz psychopaty nieogarniającego metafor ratuje kosmos. Cały.

Główną zaletą tej produkcji są bez dwóch zdań bohaterowie. Jasne, efekty specjalne (klasyczne zmiksowane z CGI – istny majstersztyk) są świetne, ważne i w ogóle, lecz my aż za dobrze wiemy, że nie potrafią zastąpić ciekawych postaci, których losy chce się śledzić i którym chętnie kibicujemy. A do grona takich należy zaliczyć tytułową ekipę. Składa się ona z porwanego pod koniec lat ’80, wychowywanego przez kosmicznych oprychów Ziemianina – Petera Quilla, wysłanej za nim zabójczyni Gamory, dwóch łowców nagród: Rocketa (zmutowanego szopa) i Groota (humanoidalnej rośliny) oraz Draxa – żyjącego pragnieniem zemsty niezbyt elokwentego osiłka. Ta piątka tworzy niesamowitą mieszaninę, co chwila wybuchającą żartem lub zabawnym dialogiem. Złote jest to, że „drużyna” formuje się z konieczności w więzieniu o zaostrzonym rygorze, gdzie znajdują się wszyscy jej członkowie. Kruchy sojusz zawiązany przede wszystkim z chciwości przeradza się we wspaniałą przyjaźń w dość, powiedzmy, naturalny sposób. Na tej zasadzie, że stopniowe zmiany w relacjach między poszczególnymi postaciami są wiarygodne, a nie dlatego, że szop pracz z karabinem i gadające drzewo wyglądają obok siebie normalnie lub zwyczajnie. Dialogi są napisane oraz zagrane naturalnie, bez krzty sztuczności (zbyt) często pojawiającej się w popcornowym kinie. Dość powiedzieć, że nawet jeśli pojawia się coś na kształt patetycznej przemowy, to jest to w jakiś kompletnie odwrotny sposób skwitowane, przez co całość wypada niewymuszenie. Tak jakby po słowach prezydenta w Dniu Niepodległości ktoś wstał i powiedział, że przecież to misja samobójcza.

Największą bolączką tej produkcji są czarne charaktery. Przyjrzyjmy się więc trzem pojawiającym się na ekranie postaciom, których marzeniem jest wysadzenie kosmosu w kosmos. Na pierwszy ogień idzie Nebula, która jest adoptowaną córką Thanosa i miszczynią walki. Jej rola sprowadza się głównie do miszczowskiego walczenia, jej cele zostają jedynie zasygnalizowane, potem wszystko się urywa. James Gunn obiecał pociągnąć jej wątek w kontynuacji. Skoro już został wymieniony, to skupmy się na nim chwilę – Thanos. Jego rola polega z kolei na siedzeniu na kosmicznym krześle i byciu groźnym. Linkowałem wczoraj filmik z kanału HISHE, tam został kapitalnie podsumowany, nie trzeba nic dodawać – miał nas jedynie nakręcić na zaplanowany na 2018 i 2019 finał trzeciej fazy, czyli Infinity War. Natomiast głównym szwarccharakterem jest Ronan Oskarżyciel, przedstawiciel rasy Kree, który jest opętany rządzą zemsty i zrobi wszystko, byleby jej dokonać, wliczając w to współpracę z Thanosem. I to tyle. Jest strasznie, okropecznie zdenerwowany, bo coś tam się kiedyś stało i chce wszystkich zabić. Dlaczego Loki wypadł lepiej od niego? Przecież można wskazać kilka łączących ich cech. Loki nie chciał anihilacji całego świata. Chciał wymierzyć policzek bratu, zdobywając Ziemię, do której Thor jest przywiązany. Dla mnie to o wiele sensowniejsze od upartego dążenia do wybicia miliardów istot, bo tak.

Jest również jeszcze jeden ważny aspekt związany z GotG – film Jamesa Gunna rozszerza MCU o kosmos, inne galaktyki etc. Następnym razem, robiąc sobie powtórkę i oglądając po raz kolejny Iron Mana 3 lub Winter Soldier, będziemy zdawać sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy sytuacja na Ziemi nie ma wpływu na losy Wszechświata. Obie części przygód Thora oraz Avengers jakoś mi tego tak dobitnie nie uświadomiły, chociaż dostrzegłem wpływ tego faktu na postać Starka. Nie mogę się doczekać, aż ujrzę miny Mścicieli, kiedy to zorientują się, że nie dość, że kosmici mogą zaatakować Ziemię, to grozi jej to również ze strony demonów oraz innego magicznego tałatajstwa.

Zdecydowanie polecam, świetnie się bawiłem podczas oglądania, co najmniej tak samo dobrze, jak ekipa tworząca film. Nie jest to produkcja bez wad, ale naprawdę ciężko wskazać jakąś tegoroczną premierę, która byłaby lepsza.

Jaskier

PS Grę słów, będącą odwołaniem do Watchmen, ukradłem od kogoś, ale nie mogę namierzyć tego bloga. Mam go w zakładkach na komputerze w domu, więc za tydzień wrzucę link.

Read Full Post »

Podsumowanie rozrywkowych filmów z premierą w 2013 roku czas zacząć.
Przypominam, że wymienione filmy nie są i raczej nie starają się być ambitne, miały po prostu dostarczyć masę frajdy i – moim zdaniem naturalnie – podołały temu, jak wiemy, niezwykle trudnemu zadaniu.

Zapraszam. Kolejność wg polskiej premiery.

Django
Niemalże trzy godziny filmu o kowbojach. Pomimo tego, seans ani przez moment się nie dłuży. Tarantino napakował do tego filmu mnóstwo wątków i postaci, mimo to, nie mamy wrażenia, że scenarzysta w trakcie pobłądził. Co więcej, sami również nie jesteśmy w stanie pogubić się wśród tych kilku świetnie zarysowanych i zagranych bohaterów, których perypetie obserwujemy.
Oglądałem go kilkukrotnie i nie jestem w stanie przyczepić się do czegokolwiek.
Trochę więcej o tym filmie.

Hansel i Gretel: Łowcy czarownic
Przed seansem miałem pewne obawy – że pałka się przegnie i film okaże się spektakularną klapą. Wbrew temu, wyszło bardzo dobrze, to znaczy mi się podobało, co związane jest z tym, że takie klimaty są bardzo w moim guście. Oprócz uczciwie wykonanych efektów specjalnych (w tym również nieco tych oldskulowych) dostajemy momenty komediowe i Gemmę Arterton w skórzanych gorsecie. Czego chcieć więcej?
Granica dobrego smaku nie została przekroczona i Hansel i Gretel bawią o wiele lepiej od Nieustraszonych bracia Grimm.
Trochę więcej o tym filmie.

Olimp w ogniu
Powrót uczciwego kina z twardzielem w roli jednoosobowej armii. Gdy Biały Dom zostaje opanowany przez terrorystów, jedynie były agent Secret Service może uratować prezydenta, kraj i świat.
Nie ma sensu się oszukiwać – Olimp w ogniu miał być filmem o facecie, zabijającym wrogów na różne sposoby i jako taki sprawdza się fenomenalnie. Nie stara się być pastiszem tego typu produkcji, nie popada w pretensjonalność (a w filmy z zagrożonym prezydentem USA wykazują taką tendencję) i z każdym wystrzelonym pociskiem bawi niczym Predator lub Terminator .
Trochę więcej o tym filmie.

Riddick
Ponad dekadę temu miał premierę pierwszy film z Riddickiem w roli głównej. Pitch Black opowiadało historie grupy ludzi, którzy rozbili się na niezamieszkałej planecie i sytuacja zmusiła ich do walki o przetrwanie.
Kontynuacja była absolutną pomyłką i pierwsze sceny ubiegłorocznego filmu korygują wprowadzone przez nią błędy. Co czyni Kroniki Riddicka całkowicie bezsensownymi, bo główny bohater wraca do punktu wyjścia. Ponownie ma mocno przewalone i musi podjąć wysiłek, by przeżyć.
Cały film jest właściwie o tym i pod względem wymowy przypomina postać rodem z kreskówki, rozwalającą kamień o własną głowę, by udowodnić, jaka jest silna i twarda. W tej produkcji to się sprawdza, to po prostu jeden wielki festiwal porównywania zawartości testosteronu we krwi.

Thor: Mroczny świat
Malowniczo przedstawiony Asgard, prawidłowo poprowadzony rozwój relacji Thor – Loki, efekty specjalne z najwyższej półki, niesamowicie klimatyczne projekty uzbrojenia Mrocznych Elfów – to wszystko sprawia, że Thor: Mroczny świat minimalnie wyprzedza trzecią część Iron Mana.
No i ma najlepsze cameo w dziejach ekranizacji komiksów.
Trochę więcej o tym filmie.

Tak to właśnie wygląda. Przypominam, że to moje typy i możecie mieć własne zdanie* na temat ubiegłorocznych rozrywkowych filmów. Jeśli tak jest, proszę, podzielcie się nim w komentarzach, chętnie poczytam, co Wam przypadło szczególnie do gustu.

Nominacje kontynuowane będą jutro i być może pojutrze.

Jaskier

*Tak długo, jak nie jest inne od mojego.

Read Full Post »