Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2016


Jeśli lubicie filmy, to lećcie jak najprędzej do najbliższego kina na Ave, Cezar!, nie będziecie zawiedzeni. Sam zobaczyłem zwiastun pierwszy raz albo przed seansem Planety Singli, albo zupełnie przypadkiem gdzieś na fejsbuku kilka dni później, więc bardzo długo żyłem w błogiej nieświadomości istnienia tej produkcji. Stojąc tydzień temu w czwartek w kolejce po bilet na Deadpoola, postanowiłem, że nie będzie to jedyna wizyta w kinie i od kasy odszedłem z dwoma kartonikami upoważniającymi do zasiądnięcia w sali kinowej.
Nie mogłem postąpić lepiej, ponieważ kilka dni później spożytkowałem ten drugi bilet, a po dwóch godzinach wyszedłem z kina niezmiernie usatysfakcjonowany seansem. Toteż Wam radzę zrobić to samo, gdyż poniżej będą drobne SPOILERY.

***

O czym więc jest ten film?
Niby o Hollywood, ale tak naprawdę bardziej o samym procesie tworzenia. Bracia Coen wyciągają pewne smaczki, takie mocno anegdotyczne, związane z działaniem wytwórni filmowej w Fabryce Snów sprzed sześćdziesięciu lat, splatają to do kupy, po spleceniu okręcają wokół historii Eddiego Mannixa (Josh Brolin), który jest kimś w rodzaju kierownika wytwórni. W takim sensie, że jego zadaniem jest pilnowanie wszystkie w Los Angeles w imieniu enigmatycznego dla widza właściciela wytwórni. Mannix zarywa nocki i jest gościem we własnym domu, ale to dzięki niemu ten cały cyrk może się kręcić, mogą powstawać kolejne filmy. Jeśli jest jakikolwiek problem na planie, jeżeli trzeba pogadać z dziennikarzami, jeżeli jakąś sprawę trzeba uciszyć, a inną nagłośnić, to nikt nie zajmie się tym lepiej od Mannixa. I wszyscy w wytwórni to dobrze wiedzą i szanują go za jego ciężką pracę.

Materiały promocyjne i opis polskiego dystrybutora sugerowały, że akcja kręcić się będzie wokół porwania gwiazdy – Bairda Whitlocka (Clooney) – prosto z planu kręconej właśnie superprodukcji. I kiedy mówię superprodukcja, to mam na myśli film z olbrzymim zapleczem w postaci statystów, makiet, malowanych zastawek, kilku hal zdjęciowych, wykonanych w skali pomników (w końcu Rzym) i innych tego typu elementów, których dzisiaj już tak często nie uświadczymy, a nadawały one filmom przez kilka dekad niesamowitego klimatu.
Tak się jednak nie dzieje – głównym bohaterem jest właśnie Mannix, który oprócz zaginięcia gwiazdy, ma na głowie jednocześnie kilka innych spraw wytwórni oraz korzystną ofertę nowej pracy. Warto dodać, że znając zwyczaje Whitlocka, przez pierwsze kilka godzin jego zniknięciem Eddie się w ogóle nie przejmuje. Cały czas zadaje sobie pytanie, czy porzucić dotychczasowe zajęcie, skorzystać z propozycji, rozpocząć karierę w stabilniejszej branży i w finałowej scenie znajduje na nie odpowiedź.

I w tym momencie pojawia się łyżeczka dziegciu w beczce miodu. To znaczy mam na myśli mój tekst, nie jakieś objawienie na koniec filmu, bo ten dziegieć jest mocno rozpuszczony i obecny przez cały czas. Ave, Cezar! łapie mentalnego penisa każdego reżysera, aktora etc. i z pasją robi mu dobrze. Nie odbieram tego za jakieś wielkie przewinienie i ciężko mi wyobrazić sobie, by było to zrobione pod Akademię (choć nominacje się w przyszłym roku posypią i wydaje mi się, że co najmniej scenariusz zostanie nagrodzony, o ile ktoś nie zrobi filmu o żydowsko-murzyńskim reżyserze, który porzuca spokojne życie w USA i rusza na front II wojny światowej, dostaje się do niewoli… łapiecie). Mesjanistyczna rola twórców filmowych jest tutaj dosyć mocno zaznaczona, jednak nie tak chamsko i perfidnie, jak miało to miejsce w przypadku Supermana w Man of Steel – co to to nie. Mimo wszystko ja to kupuję, gdyż wierzę, że sami bracia Coen po prostu kochają tworzenie i tym filmem chcieli to zaznaczyć oraz jednocześnie oddać hołd swoim poprzednikom.
Tak to widzę, ale rozumiem, że dla kogoś innego może to być za dużo.

W zasadzie o niczym innym nie mogę napisać złego słowa, natomiast szczególnie pochwalić chciałbym dobór aktorów. Josh Brolin wydaje się być stworzony do tych wąsików, kapelusza i garnituru retro. A George Clooney? Czy można sobie wyobrazić lepszego kandydata do roli aktora, który sześćdziesiąt lat temu grałby rzymskiego dostojnika? Co więcej, każda z postaci napisana i zagrana jest w taki sposób, że nie można nie darzyć jej sympatią. Nawet szwarccharaktery tak zostały sportretowane, żeby swoją ekscentrycznością oraz komizmem budzić u widza uśmiech politowania zamiast odrazy i niechęci. Baird Whitlock ulega wprawdzie sugestiom porywaczy, zaczyna ekscytować się ich komunistycznymi ideami, ale Mannix skutecznie wybija je mu z głowy. Aktor nie przechodzi na Ciemną Stronę, a jedynie znajduje sobie coś, co i tak by się mu z czasem znudziło. Taki typ człowieka, lubi próbować nowych rzeczy, ale nie jest zdrajcą. Był to raczej przejaw dziecinnej ekscytacji.

***

Ave, Cezar! to naprawdę piękny i zabawny film o Hollywood, jakiego nie było, nie ma i nigdy nie będzie, ale jeśli przymkniemy na to oko, jeśli będziemy zdawać sobie sprawę z tego, że bracia Coen pokazują świat takim, jakim chcielibyśmy go widzieć, to każda osoba, która po prostu lubi oglądać filmy i się nimi cieszyć, wyjdzie z kina usatysfakcjonowana tą produkcją. Bo to jest właśnie taki ładny obrazek, gdzie twórcy przedkładają jakość swojego dzieła i zadowolenie widzów nad odniesione korzyści, a cała wytwórnia filmowa jest jak wielka, pełna poczciwych ekscentryków rodzina.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

Nie zrozumcie mnie źle – Deadpool to naprawdę fajny film, w którym kupa rzeczy wyszła perfekcyjnie, ale… no właśnie, jest jedno wielkie, gigantyczne niczym ego Wade’a Wilsona ALE.

Jakość kampanii marketingowej tej produkcji przeszła najśmielsze oczekiwania, obfitując w niesamowicie wysokie jak na ten okres roku wyniki, pobicie kilku box office’owych rekordów (jeśli mnie pamięć nie myli, to dla filmu z kategorią R oraz premiery lutego) i takie ogólne podjaranie całego Internetu. Wszystko to dzięki Ryanowi Reynoldsowi, który naprawdę poświęcił się swojej wymarzonej roli. Przez kilka miesięcy regularnie pojawiały się informacje o tym, że aktor gdzieś tam zrobił coś w kostiumie Deadpoola. Zadziałać to mogło jedynie dzięki temu, że naprawdę mu zależało na tym filmie i jego sukcesie, a możliwość wcielenia się w tę konkretną postać była dla niego czymś więcej niż wykonaniem kolejnego zlecenia.

No i dochodzimy do tego ALE – oglądając Deadpoola w kinie, mimo iż świetnie się bawiłem i nieraz szczerze zaśmiałem, to nieustannie miałem wrażenie, że to jedynie kolejny szczebel w drabinie tej jakże miodnej kampanii marketingowej. Jak gdybym oglądał półtoragodzinny zwiastun. Wszystko chyba przez to, że trailery pokazały naprawdę dużo fabuły, pomijając jeden tylko fragment dotyczący celu krucjaty Wade’a. Historia prezentuje się bowiem w następujący sposób:

  1. Wade jest kozakiem.
  2. Wade poznaje dziewczynę, zakochują się w sobie.
  3. Wade dowiaduje się, że ma raka.
  4. Wade przyjmuje ofertę leczenia od podejrzanego typa.
  5. Wade zostaje poddany serii eksperymentów, zyskuje healing factor.
  6. Wade rusza do walki z ludźmi, którzy chcieli go wykorzystać.
  7. Wade się mocno wnerwia, gdy jego dziewczyna zostaje porwana.
  8. Wade pokonuje swojego przeciwnika.

Pod względem fabuły nie ma tutaj naprawdę nic więcej, a w dodatku wszystkiego poza tym, że Wilson wierzy, iż może znów wyglądać normalnie i dlatego ściga swoich oprawców, dowiedzieliśmy się z materiałów promocyjnych. Problemem jest to, że mimo wszystko Deadpool to nie Batman i trzeba było pokazać widowni jego genezę. Struktura filmu, który zaczyna się, gdy Wilson już od dawna wesoło bryka w czerwonym stroju i jedynie wraca w retrospekcjach do czasów sprzed przemiany oraz choroby, wskazuje na to, że scenarzyści woleliby od razu przejść do mięsa, ale że muszą wyjaśnić kilka spraw, to przynajmniej się postarają jakoś ciekawie to zaprezentować. Z drugiej strony, choć to trochę paradoksalnie zabrzmi, kolejnym argumentem, który by potwierdzał tezę o tym, że skoro już trzeba pokazać genezę postaci, to należy coś z nią zrobić, jest schematyczność przedstawionej historii. Jeśli przeanalizujecie powyższą listę, to zauważycie, że tak naprawdę to prozaiczna historia o zemście, jaką widzieliśmy już masę razy. Pokuszę się o hipotezę, że nie jest to przypadek, a próba sparodiowania wszelkiej maści origin story.

Wszystko inne, co obowiązkowo narasta wokół fabuły, jest od niej o kilka klas lepsze, ciekawsze i zabawniejsze, co bardzo dobrze wróży na przyszłość, skoro kontynuacja jest pewna, a twórcom nie będzie już ciążyła konieczność przedstawienia bohatera. Humor w filmie jest naprawdę różnorodny i mimo że sumarycznie najwięcej było dowcipów o seksie (niektóre naprawdę udane, inne nieco mniej), to jest też cała masa nawiązań do komiksów i ogólnie popkultury. Jest obowiązkowe cameo Stana Lee, ukłon w stronę obu twórców postaci, scenariusz inteligentnie wyśmiewa katorgę, jaką był proces wybłagania od studia pozwolenia na produkcję, a także punktuje wszystkie przywary filmowej serii X-Men Bryana Singera, która to została skompresowana do dwóch postaci, gdyż na więcej nie było pieniędzy.
Także więc ten aspekt stoi na naprawdę wysokim poziomie i o humor w kontynuacji jestem spokojny. Jeśli zgodnie z moimi przypuszczeniami odhaczenie genezy pozwoli scenarzystom rozwinąć skrzydła, to Deadpool 2 będzie filmem naprawdę zajebistym.

Wspomnieć chcę jeszcze o sposobie przedstawienia głównego bohatera. Wbrew powszechnej opinii, Deadpool wcale nie jest typem dowcipnisia, który rzuca na lewo i prawo żartami o seksie. To znaczy jest, ale po pierwsze primo – jak już wyżej wspomniałem – większość z nich jest naprawdę śmieszna i nie wszystkie dotyczą tej samej tematyki, a po drugie primo – wiedząc, czego Wade doświadczył, zdajemy sobie sprawę z tego, że jego poczucie humoru jest jedynym, co pozwala mu nie oszaleć.
Ryan Reynolds naprawdę się sprawdza, ale to chyba nie dziwi nikogo, gdyż to porządny aktor. Nawet w chałturach pokroju Origins: Wolverine lub Green Lantern potrafił utrzymać swój poziom, a jeśli chcecie dla odmiany dobrego filmu z tym aktorem, to polecam Kelnerów. O TU polecam. I gwoli ścisłości – oba wymienione superbohaterskie filmy w taki lub inny sposób zostają poniżone w omawianej produkcji.

Na koniec jeszcze słówko lub dwa o efektach specjalnych i scenach walki. Pierwsze są naprawdę spoko i nie czuć od nich niskiego budżetu (no bo co to jest 40mln$, nie?), te drugie są natomiast dynamiczne, kreatywne, przez co satysfakcjonujące.

***

Jeśli macie ochotę na więcej tego, co było w kampanii marketingowej, to film Wam to zaoferuje. Niestety, z pewnych przyczyn na naprawdę genialny film o Deadpoolu jeszcze trochę poczekamy, ale wierzę, że niebawem powstanie.

Aha, nie wychodźcie z kina przed końcem napisów końcowych.

Jaskier

Read Full Post »

Pewnego pięknego, słonecznego dnia włodarze stacji The CW zrozumieli, że nie będą w stanie produkować osobnego serialu dla każdej trzecioplanowej postaci, która zadebiutowała w Arrow lub The Flash. W związku z tym postanowili zebrać grupkę najbardziej prominentnych spośród tych bohaterów (rozumiem przez to tylko tyle, że widownia już kojarzyła, jak się ci ludzie nazywają), zrobić z nich jedną drużynę, by wysłać ją na poszukiwanie przygód.
Czy to miało szanse wypalić?
Jasne, takie niskobudżetowe, telewizyjne Avengers mogłoby się świetnie sprawdzić.
Czy się więc sprawdza?
Średnio.

Przede wszystkim problemem jest fabuła serii. Otóż, Vandal Savage, który został unicestwiony w finale crossovera między Arrow i The Flash nie umarł tak do końca, wrócił i w przyszłości podpalił cały świat. Dosłownie, migawki z przyszłości zawsze pokazują płonące miasta. Najwyraźniej komiksowi złoczyńcy już tak mają, że gdy umrą, to im się polepsza i wracają jeszcze silniejsi.
No i to już jest gówno, gdyż sugeruje się nam, że ten serialowy Vandal Savage był w stanie zgromić całą Ligę Sprawiedliwości (tak, jest wspomniana śmierć Batmana oraz Supermana, więc zakładam, że pozostali też polegli). Gościu, który dotychczas przez cztery tysiące lat niby coś tam działał za kulisami najokropniejszych wydarzeń w historii, lecz tak naprawdę niewiele osiągnął, nagle zdobywa nieograniczoną wręcz władzę i jest w stanie pokonać niemalże boskie istoty broniące Ziemi? Nieee?

No i wiecie, każdy, kto obejrzał Terminatora wie, że najlepszym sposobem naprawy przyszłości, czyli teraźniejszości dla ludzi z przyszłości, jest wysłanie w przeszłość, czyli teraźniejszość dla ludzi z przeszłości, swojego ojca, żeby został tym ojcem, umożliwiając tym samym narodzenie się wodza ruchu oporu przeciwko maszynom. Czy jakoś tak.
Rip Hunter najwyraźniej oglądał którąś część Terminatora, więc to wie. Postanawia uratować świat, cofając się do roku 2016 i zabierając na pokład swojego statku osiem osób, których nieobecność w Arrow lub The Flash nie będzie zauważalna.
W ten właśnie sposób zostaje uformowana drużyna składająca się z:

  • pierwszej Black Cannary, która w Arrow umarła, ale jej się polepszyło w tym sezonie, lecz nie jest już tam potrzebna, bo w tym czasie jej siostra przyjęła ten pseudonim;
  • Atoma, który jednak nie okazał się wystarczająco tonostarkowy, żeby dostać własny serial;
  • Firestorma pod postacią fizyka profesora Steina oraz czarnoskórego młodego mechanika Jeffersona, których dotychczasowa rola w Legends of Tomorrow polega na tym, że się kłócą, który powinien sterować Firestormem i niby się godzą w każdym odcinku, ale w następnym kłócą od nowa;
  • Hawkgirl i Hawkmana, którzy są odradzającymi się od czterech tysięcy lat przeciwnikami Savage’a i ich rola z kolei polega na tym, że Hawkman pamięta poprzednie wcielenia i jest mocno napalony na dziewczynę, a ona nie pamięta i narzeka, że jeszcze niedawno podawała kawę w kawiarni i nie chce być superbohaterką;
  • pary złodziei – Leonarda Snarta i Micka Rory’ego, z których pierwszy jest idealnie przerysowanym złoczyńcą, takim wręcz kreskówkowym, natomiast drugi to tępy osiłek, co chwila rzucający odniesieniami do popkultury;
  • Kapitana Ripa Huntera, który jest członkiem jakiejś czasowej policji, nie lubi Savage’a z pobudek osobistych i jest Brytyjczykiem;

Jak łatwo się domyśleć, najwięcej frajdy z oglądania daje para przestępców. Grają ich Wentworth Miller i Dominic Purcell, którzy współpracowali już wcześniej w serialu Skazany na śmierć. Snart (Miller) jest takim oślizgłym, przebiegłym złodziejem, który podkradając w celu wykonania misji kartę dostępu, kradnie również portfel. Widać, że aktor świetnie się czuje w powierzonej mu roli i absolutnie nie wstydzi się jej komiksowej genezy. Po prostu bawi się na planie w przerysowanego złoczyńcę. Rory z kolei idzie w drugą stronę przerysowania. Aktor jest gigantyczny, łysy, więc nawet wygląda, jakby został wyjęty z kadru komiksów. W dodatku bez przerwy ma ochotę kogoś sprać albo postrzelać ze swojej ogniowej spluwy, niektórych słów nie rozumie, ale jednocześnie potrafi się wykazać odwagą lub poświęceniem dla dobra drużyny.
Naprawdę szkoda, że nie jest to serial o tym, że złodziej z przyszłości przybywa złożyć ofertę współpracy Snartowi, a on mówi, że bez Rory’ego nigdzie nie jedzie. Złodziej z przyszłości się zgadza, zabiera ich na swój statek i latają po czasie, dokonując napadów i rabunków, o jakich świat nie słyszał. W drużynie są jeszcze renesansowy, zakapturzony mistrz cechu złodziei z Italii i wampirzyca, bo parytety. Niby brakuje w takim zespole postaci czarnoskórej, ale nie chcemy rozpowszechniać krzywdzącego stereotypu Murzyna-złodzieja, prawda?

Zamiast czegoś w tym stylu, mamy misję ratowania świata i mimo iż w czwartym odcinku wreszcie pojawia się jakiś ciekawy pomysł, bowiem akcja przenosi się w lata ’80, drużyna infiltruje Pentagon, a następnie tajną placówkę naukową w ZSRR, to cała miodność tego pomysłu rozstaje zmarnowana i zaprzepaszczona przez typowe dla serialów tej stacji dramy, które nikogo nie obchodzą. Nagle się pojawiają totalnie z dupy jakieś dialogi o odpowiedzialności i pokonywaniu własnych demonów. Jakby w Arrow się to jakoś wybitnie sprawdzało. No i te durne kłótnie oraz wzajemne przekonywanie się o własnej wartości i przydatności dla misji.
To jest nudne i wielka szkoda, że idą taką drogą.

Także więc raczej nie polecam. Jest to zmarnowany potencjał i mimo iż Wentworth Miller się stara jak może, to nie dostaje wystarczająco dużo czasu, by pociągnąć ten serial w górę.

Jaskier

PS Najprawdopodobniej pojawi się też coś o Arrow i The Flash w jakiejś wspólnej notce.

Read Full Post »

Tak naprawdę nie tylko walentynkowe, ale chciałem tym tytułem strzelić prztyczka w nos zeszłorocznej adaptacji Pięćdziesięciu twarzy Greya, która z dość banalnych przyczyn osiągnęła na świecie niewiarygodny sukces finansowy, a do kin została wypuszczona właśnie w lutym.
Planeta Singli zostawia daleko w tyle to, co ostatnio polskie komedie romantyczne miały widzom do zaoferowania, nie wspominając już o niechlubnym okresie sprzed kilku lat, gdy w tego typu rodzimych produkcjach ciężko się było doszukać choćby śladowych ilości komedii lub jakichkolwiek związków z romantycznością. Być może poprawa formy związana jest z tym, że na plakatach nie widać już Piotra Adamczyka i Marty Żmudy-Trzebiatowskiej? Może. Nie wiem.
Po dosyć rozczarowującej kontynuacji Listów do M., którą widziałem w listopadzie minionego roku, sądziłem, że niezbyt prędko wybiorę się do kina na następny film tego typu. Z dużą ilością czerwieni na plakacie i Maciejem Stuhrem w roli mężczyzny zdobywającego serce Romy Gąsiorowskiej lub innej równie urodziwej kobiety.
No ale że ferie, a poza Planetą Singli miejscowe kina oferują jedynie jakieś animacje oraz Leonarda-Masochistę-DiCaprio, który jeśli za Zjawę nie dostanie w tym roku Oscara, to w przyszłym najprawdopodobniej zginie na planie, żeby w końcu zostać docenionym przez Akademię, to wybraliśmy się na polską produkcję właśnie. I było super.

Planeta Singli jest niezwykle solidnie wykonaną komedią romantyczną.
Po pierwsze, jest naprawdę zabawna – sala regularnie i szczerze kisła ze śmiechu, reagując na różnoraki humor, od którego film aż kipi. Od dowcipnych dialogów, przez kwiecisty język, humor sytuacyjny, na samych postaciach skończywszy. Nie ma tu porażek obsadowych i w zasadzie brak dowcipów niskiego poziomu. Poza jednym momentem w męskiej toalecie, ale spada on na widza w takim momencie, że nie sposób na niego narzekać. Dobrze rozładowuje napięcie po poznaniu pewnej informacji.

– A co z częścią „romantyczną”? – zapytacie.
– jak w tytule filmu Allena – wszystko gra. – odpowiem.
Poznajemy uroczą, nieco oderwaną od rzeczywistości Anię (Agnieszka Więdłocha) oraz showmana Tomka (Maciej Stuhr), który w swoim programie nabija się z ludzi, a po nagraniu odcinka zalicza panienki w garderobie. Jak więc widzicie, powiedzieć, że punkt wyjściowy historii jest standardowy, to nic nie powiedzieć – dwie osoby żyjące w zupełnie odrębnych światach jakimś trafem na siebie wpadają, zaczynają flirtować, niby żyją długo i szczęśliwie, ale potem jest nieporozumienie, rozstają się, ale na koniec się godzą i całują w deszczu. „Wymyśliłem” kilka takich fabuł, kiedy jeszcze byłem w gimnazjum.
Tylko że – otóż nie.
Tutaj nie ma bowiem mowy o żadnym flirtowaniu, więc powyższy schemat się dosyć szybko sypie. Bohaterowie zawierają umowę – ona przez cały sezon zdobywać będzie materiał do jego programu, chodząc na randki z facetami poznanymi w sieci, on kupi pianino do szkoły, w której dziewczyna uczy muzyki. Autorzy scenariusza wyciskają z tego konceptu, ile tylko się da, wrzucając najróżniejszych randkowiczów, których następnie Tomek karykaturalnie przedstawia widzom swojego show. Łatwo się domyślić – historia gmatwa się, kiedy okazuje się, że wśród mężczyzn, z którymi można umówić się przez Internet, są też tacy, którzy są w stu procentach normalni, po prostu szukają miłości.
Finał głównego wątku jest niezwykle satysfakcjonujący i choć chwilę przed końcem pomyślałem sobie, że powinni film uciąć i nie dawać jakiegoś oczywistego zakończenia, to jest ono jednak skonstruowane i wykonane w taki sposób, że nie sposób się nie uśmiechnąć i stwierdzić, że to bardzo dobre zakończenie jest. Jeśli ktoś jest takim niepoprawnym romantykiem jak ja, to na pewno ten element go ucieszy.

Dobrze filmowi robi to, że nie musi się z niczym spieszyć. Trwa nieco ponad dwie godziny i mimo iż słyszałem w radio, że niektórzy na to narzekają, to ja tak mocno tego czasu nie poczułem w kinie. Jest bardzo dobrze zapełniony, absolutnie nie ma takiej sytuacji, że po godzinie patrzę na zegarek, zastanawiając się, co to oni jeszcze wymyślą, żeby dobić do końca wyznaczonego czasu trwania. Dzięki temu zmiana, jaką przechodzi bohater Stuhra nie odbywa się na takiej zasadzie, że leci smutna piosenka, dzięki której jest on w stanie w trzy minuty przemyśleć całe swoje życie oraz zmienić nastawienie, stając się lepszym człowiekiem. O nie! Tutaj ta przemiana jest przedstawiona naturalniej, jakby filmowcy – o zgrozo! – zdawali sobie sprawę, że do takiego czegoś potrzeba czasu.

Obok wątku głównego funkcjonuje kilka pobocznych – relacja Ani z matką, kłopoty rodzinne Karolaka, relacja Ani z kolegą z pracy, przyjaźń Tomka i jego producenta. Wszystkie one również napisane i zagrane są bardzo porządnie i dają pole do popisu chociażby Danucie Stence i Piotrowi Głowackiemu, który ostatnimi czasy przeżywa jakiś Złoty Wiek. Tutaj zagrał geja w taki sposób, że bycie gejem nie było filarem postaci. Ktoś tu pojął, że to, co robi Formacja Chatelet, działa tylko w krótkim skeczu i nie da się z tego zbudować bohatera filmu. Wątki poboczne pomagają również mocniej wytaplać film we współczesności, pokazując sposób pracy telewizji albo rozwijając zagadnienie randkowania przez Internet oraz gonienie za popularnością w sieci.

Pod względem aktorsko-fabularno-komediowym mamy do czynienia z potrójnym uczciwym kawałkiem schabu. I wybaczcie mi wszyscy dwaj wegetarianie, którzy to czytacie – nie potrafię znaleźć dla Was analogicznego, kulinarnego porównania.

Przymknąć oko należy na jeden aspekt – świat przedstawiony. Ponieważ to nie jest rzeczywistość. Niby czemu Ania miałaby się dać przekupić tym pianinem? Z ilości sukienek, jakie nosi w filmie, można wywnioskować, że ma sporo hajsu, mogłaby też pożyczyć coś od matki. Bo wiecie, Danuta Stenka ma olbrzymi, ładny dom, a w tym filmie do funkcjonowania potrzebuje jedynie gazety z programem i papierosów. Tak to przynajmniej odebrałem. Dziwne też, że SPOILER Piotrek nigdy nie powiedział nic o swojej rodzinie. SPOILER
No i koronny argument – nikt mi nie wmówi, że ta dziewczyna ma jakikolwiek problem ze znalezieniem sobie mężczyzny. Gdyby w mojej szkole tak wyglądała nauczycielka muzyki, to w dwa dni nauczyłbym się pisania nut i jeszcze zapisałbym się na lekcje jakiegokolwiek instrumentu. Nawet klarnetu, jeśli wszystkie męskie byłyby już zajęte. Postać Agnieszki Więdłochy jest w tym filmie stuprocentowym ideałem uroczej dziewczyny w sukience w groszki, dla której chciałbyś wygrać misia na loterii w wesołym miasteczku i to jest naprawdę ekstra. To znaczy nie jest zupełnie pozbawiona wad, ale umówmy się – ta zadziorność i bycie upartą tak naprawdę jedynie jej dodaje wdzięku.

***

Jakby to podsumować?
Zdecydowanie polecam, super film nawet niekoniecznie na randkę. Jest po prostu bardzo dobry, a nie tylko na tyle dobry, że nie zaśniesz na nim, gdy dziewczyna Cię na niego wyciągnie do kina. Zdecydowanie nie jest to film z takiej kategorii.

Tylko jeśli chcecie się bawić w Walentynki, to odradzam kino na pierwszą randkę. Zamiast tego idźcie lepiej na gorącą czekoladę z bitą śmietaną. Albo na Planetę Singli i potem podyskutować o niej przy gorącej czekoladzie.

Jaskier

PS Paweł Domagała miszcz!

Read Full Post »