Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Filozofowanie’ Category

Gdy byłem tydzień temu* na Arrival, podczas oglądania szeregu zwiastunów, rzecz jasna przeplatanych reklamami banków i słodyczy, naszła mnie myśl, że może by tak jednak zainwestować w kartę Cinema City Unlimited. Szybko porachowałem, ile to jest 42 razy 12 podzielone przez 17 i wyszło mi, że żeby to się w ogóle opłacało, trzeba by było być w ciągu roku na trzydziestu seansach. Co najmniej.

No i tak to za mną chodziło, więc postanowiłem trochę lepiej się temu przyjrzeć, zaprząc jakieś narzędzia matematyczne, coś poestymować. Pamiętajcie, że analiza robiona była z mojej własnej perspektywy – osoby studiującej w Krakowie.

Zapraszam do zapoznania się z wynikami moich rozważań. ;)

***

Przede wszystkim – po wykupie abonamentu seanse są darmowe*. * znaczy ni mniej, ni więcej tyle, że niektóre nie są – szczegóły w regulaminie. Dopłaty nie są konieczne jedynie w przypadku filmów 2D. Wszelkie seansy w IMAX-ach, 3D, 4DX, te wszystkie inne dziwne, na które się raczej nie chodzi, wymagają dopłaty. Z tego co rozumiem, niektóre kina doliczają jeszcze dodatkową opłatę za wypożyczenie okularów do oglądania.
No ale cóż, wiadomo, że seanse 3D są droższe.

Żeby w ogóle zacząć coś liczyć, trzeba było coś oszacować, przyjąć jakąś średnią dopłatę za seans. Stwierdziłem, że raz na pięć idzie się do IMAX-a, raz na 3D, pozostałe trzy to tradycyjne seanse. Stąd uśredniona wartość dopłaty wynosząca 1,20 zł za jeden seans.
Analogiczne rozumowanie dla sytuacji, gdy nie posiadamy karty CC Unlimited – raz IMAX, raz 3D, trzy razy 2D. Stąd średnio seans kosztuje (wliczając skandaliczną dopłatę za zakup biletu przez Internet) 21,00 zł.

Rady typu „Ej, przecież możesz chodzić, gdy jest taniej – na tygodniu albo jeszcze lepiej w środy, kiedy obowiązuje promocyjna oferta.” na niewiele mi się zdadzą, gdyż mam albo zajęcia w godzinach popołudniowo-wieczornych, albo muszę uczyć się na zajęcia, które mam następnego dnia rano. Sporadyczne sytuacje w roku, gdy mógłbym skorzystać z ceny promocyjnej, giną w statystycznym szumie.
Poza tym – działałoby to na niekorzyść usługi Unlimited, a ja mam już gotowy wniosek i nie chcę, by wyszło na to, że wziąłem pod uwagę jakiś szczególny przypadek.

***

Sytuację obrazuje poniższy wykres – niebieskie punkty i dofitowana prosta odpowiadają sytuacji z kartą, bordowe sytuacji bez karty. Oś rzędnych to wydana kwota, oś odciętych to ilość seansów. Rzecz jasna, wartości na osi X mogą być jedynie całkowite.

Jak rozumie każde dziecko, bardziej opłaca się to, co jest niżej, więc dla małej liczby seansów w skali roku karta nie ma sensu, dla dużej wręcz przeciwnie. Przyjrzyjmy się punktowi granicznemu pomiędzy dwoma sytuacjami.

21x = 1,2x + 504

19,8x = 504

x = 25,(45)

Ponieważ interesują nas jedynie x całkowite, to widać, że pomyślenie o skorzystaniu z usługi CC Unlimited, ma sens, jeśli jesteśmy w kinie co najmniej 26 razy w roku. Przy czym, zaoszczędzona w taki sposób kwota równa jest 10,80 zł. Na dobrą sprawę, nie starczy nawet na popcorn w kinowym barku. Nie inwestuje się pięciu stówek, żeby zaoszczędzić dychę, nieprawdaż? Każdy następny seans zwiększa zaoszczędzoną kwotę o 19,80 zł, więc już dla 30 seansów w roku w kieszeni zostaje nam 90,00 zł, dla 40 są to już niemalże trzy stówki (288,80 zł).

***

Tym, co nas ogranicza, jest jednak czas. Nie tylko na studiach – wszak praca, dzieci, rodzina i innego rodzaju obowiązki również są ważniejsze od regularnych, cotygodniowych lub nawet częstszych wizyt w kinie.
Skoro kwestie finansowe zostały już przeanalizowane, skupmy się na możliwościach zrealizowania ambitnego planu obejrzenia 40 seansów w ciągu roku.
Teoretycznie wydaje się to banalnie proste – rok liczy 52 tygodnie, do dyspozycji mamy więc 52 weekendy. Hej, nawet nie musimy być co tydzień w kinie! STOP
W moim przypadku od 52 weekendów w roku muszę odjąć weekendy wypadające w miesiącach wakacyjnych – lipcu, sierpniu i wrześniu. Na mojej prowincji nie ma kina Cinema City, w którym mógłbym zrealizować swój hipotetyczny abonament. Koszt dojazdu przerósłby może i dwukrotnie cenę biletu.
52-12=40
Więc wychodzi na to, że jednak co tydzień trzeba będzie swoje w kinie odsiedzieć. Albo raz na jakiś czas obejrzeć dwa seanse z rzędu. STOP
A co z weekendami wypadającymi w trakcie świąt i ferii?
40 – w1L – wBN – wPM – wW – w1M = ?
w1L – weekend wypadający w okolicy pierwszego listopada = 1;
wBN – weekendy wypadające w obrębie przerwy bożonarodzeniowej = 3;
wPM – weekendy przerwy międzysemestralnej = 2;
wW – Wielkanoc = 1;
w1M – weekend wypadający w okolicy 1 maja = 1;

40 – 1 – 3 – 2 – 1 – 1 = 32
Nie pozostaje więc żadne okienko, wielokrotnie trzeba będzie wybrać się na kilka następujących po sobie seansów, a musicie przyznać, że 32 to i tak dość dużo – przeciętny student wraca do domu na weekend o wiele częściej niż ja, zawsze też może coś niespodziewanego wypaść, nawet niekoniecznie zmuszającego do wyjazdu z Krakowa – różne obowiązki na miejscu mogą skutecznie uniemożliwić długą, pięciogodzinną wizytę w kinie.

***

Pozostaje jeszcze jedna, bardzo istotna kwestia – ile filmów w ciągu roku mamy ochotę obejrzeć? Gdyby na szybko przejrzeć listę premier, to bez wątpienia znajdzie się nawet i więcej niż 40 produkcji, a kilka zapewne warto by było obejrzeć więcej niż jeden raz. Jednakże to jest teoria, a praktyka jest bolesna i w moim przypadku nie byłbym w stanie zobaczyć każdego filmu w kinie. Tym bardziej, jeśli miałoby to być kino konkretnej sieci. Tym bardziej, że w okresie wakacyjnym do najbliższego kina tej sieci mam półtora godziny jazdy.

***

Podsumowując, oferta CC Unlimited to idealne wyjście dla ludzi, którzy lubią i mogą często oglądać filmy w kinie. Przeznaczona raczej dla mieszkańców większych miast, którzy nie muszą zawracać sobie głowy kwestią dojazdu do miejscowości, w której sieć Cinema City ma swoją placówkę.
Gdybym nie był studentem, to bez wahania wykupiłbym sobie taki kinowy abonament.

***

Materiał NIE powstał przy współpracy z siecią kin Cinema City.

Ani tym bardziej we współpracy z jakąkolwiek inną siecią kin.

*Dzisiaj (04.12.2016r.) to już dwa.

Jaskier

Read Full Post »

Pewnie wiecie, a może nie, że wśród aktorów nominowanych do tegorocznych Oscarów nie ma żadnych Murzynów. I też żadna z ośmiu produkcji nominowanych do nagrody Najlepszy film nie jest o Murzynach. Nic to, że wśród nominowanych są filmy dotyczące problemu imigrantów w latach ’50, przemocy domowej, pedofilii. Nic to, że aktorzy nominowani są za role transwestytów i niezależnych kobiet.

Po tym przykrótkim wstępie, wyjaśniającym obecną sytuację filmo-polityczną, czas przejść do masakrowania lewaków. Bo oczywiście, jak w przypadku każdej sytuacji mającej cokolwiek wspólnego z polityką, są lewacy, których można zmasakrować.

Mianowicie – podnosi się rwetes o brak Murzynów w najważniejszych kategoriach. No i tam różni ludzie narzekają, kiwają palcem w bucie, grożą bojkotem gali rozdania Oscarów. Taka sytuacja. No bo rasizm, wiadomo.
Nikomu nie przychodzi do głowy to, iż rasizmem byłoby głosowanie na aktorów tylko przez wzgląd na kolor skóry. W sensie: „Leonardo DiCaprio zagrał niesamowicie, naprawdę zasłużył, by dostać Oscara, ale nie oddam na niego głosu, żeby potem nie gadali, że jesteśmy rasistami. Zagłosuję na Smitha, jego rola była spoko.”

Wcale nie jest tak, że czarnoskórzy aktorzy nie grają dużych ról w dużych filmach, przez co nie mają nawet szans na nominację. Jakiś czas temu Chadwick Boseman narzekał na to w ramach ogólnoświatowego bólu dupy o to, że w trzecioligowym filmidle fantasy o niby-to-antycznym-Egipcie nie ma Murzynów, że jest tylko on sam i w ogóle czarni nie dostają głównych ról. Nie będę tu pisał o Idrisie Elbie, Samuelu L. Jacksonie, Denzelu Washingtonie i innych, ponieważ zapewne zdaniem narzekaczy zagrali oni w tylu filmach, że stali się mentalnie biali. Ale sam Chadwick Boseman w chwili narzekania był po nakręceniu Civil War i dawno po zapowiedzi solowego filmu Black Panthera, w którego będzie się wcielał w MCU, więc niech się zdecyduje. I jeśli uważa, że jego brać cierpi, to powinien w ramach solidarności podrzeć ten swój wielomilionowy kontrakt z Marvelem i się nim podetrzeć.

Podobnie ma się sprawa z Willem Smithem. Otóż, dzisiaj świat obiegła informacja, że zgadza się on z opinią żony i na gali rozdania Oscarów się nie pojawi, żeby okazać wsparcie swoim. Willu Smithie, wal się. Nie mam co prawda wglądu do Twojego konta bankowego, ale stawiam dolary przeciwko żołędziom, że za rolę Deadshota zgarnąłeś pokaźną sumkę. Deadshot, przypomnijmy, w komiksie jest białoskóry.
Gdzie to logika? Ktoś uznał, że Will Smith jest spoko aktorem i dostanie rolę, dlatego, że jest spoko aktorem, a teraz Smith narzeka na rasizm w Hollywood?

To jest śmieszne, zwłaszcza dwa lata po triumfie Zniewolonego.
No i pamiętajmy, że wśród tegorocznych nominowanych w kategorii scenariuszowej pojawia się film o czarnych. Straight Outta Compton.

 

Jaskier

Read Full Post »


A szkoda, bo byłby dzięki temu lepszy. Chociaż z drugiej strony – który to by już był film o zemście autorstwa p. Tarantino? Bo bez wątpienia pojawiający się motyw vendetty zostałby wysunięty przez tego reżysera na pierwszy plan.
Ale po kolei.

Już pierwsze minuty tej produkcji ukazują nam, z czym mamy do czynienia. Człowiek o żelaznych pięściach stanowi hołd dla niskobudżetowych chińskich filmów o kung-fu. Ucinanie kończyn (koniecznie połączone z eksplozją jaskrawoczerwonej juchy), walki, których uczestniczy gardzą prawem powszechnego ciążenia, teatralność niektórych postaci – takich składników należy się po tym filmie spodziewać.
Nie spędziłem co prawda dzieciństwa na oglądaniu filmideł tego typu, niekoniecznie legalnie rozprowadzanych na VHS-ach przez wszelakiej maści Bazarowych Baronów, więc podejrzewam, że tym osobom, które taki punkt na liście mogą odhaczyć, Człowiek o żelaznych pięściach spodoba się jeszcze bardziej. Bo bawiłem się może nie przednio, ale dałem radę to przetrawić i nie żałuję poświęconego na seans czasu.

Akcja kręci się wokół:
a) syna wodza klanu pragnącego pomścić śmierć ojca z rąk zdrajców;
b) czarnoskórego kowala, który pragnie wykupić ukochaną z rąk właścicielki miejscowego zamtuza;
c) tajemniczego Anglika, dziwnym trafem przybywającego do miasta w przeddzień postoju transportu cesarskiego złota;

To są nasi protagoniści i najfajniejszy z nich jest pan z podpunktu c), grany przez Russella Crowe’a, który „nie bawił się tak od obrony korony w Makau”. I ja jestem skłonny w to uwierzyć – dawno nie widziałem go takiego wyluzowanego. Rola brytyjskiego agenta w tym głupiutkim filmie musiała sprawić mu nie lada frajdę.
Niestety, reżyser i główny bohater (raper RZA), będący byłym niewolnikiem, który po ucieczce ze Stanów cudem trafił do zakonu buddystów, którzy go przygarnęli oraz wyszkolili, nie jest już tak interesujący. Sama jego przemiana w tytułowego posiadacza żelaznych dłoni nie robi szału.
Z kolei zdradzony Zen Yi jest typowym szukającym sprawiedliwości za pomocą oręża młodzieńcem. Na szczęście wymiata, jeśli chodzi o walkę wręcz lub przy pomocy noży (dosłownie wymiata), więc ciężko się go czepiać, skoro swoje zadanie spełnia.

Przeciw nim staje Klan Lwa, dowodzony przez pragnącego władzy, uroczo teatralnego Srebrnego Lwa, szefowa zamtuza oraz obdarzony niezniszczalną skórą Dave Bautista.
Najwyżej oceniam występ Bautisty, który choć nie miał zbyt wielu linijek (może pięć kwestii przez cały film), to każde jego pojawienie się na ekranie zwiastowało nadchodzące demolowanie uliczek lub pomieszczeń za pomocą rzucanych na prawo i lewo przeciwników zapaśnika.

Tym właściwie jest ten film – ciągiem scen, w których ludzie walczą w jakiś przekombinowany sposób, dewastując, co się tylko da. Historia odgrywa marginalną rolę, przede wszystkim będąc pretekstem do tych wszystkich potyczek.

Warto obejrzeć, jeśli lubicie oglądać skośnych wyrywających sobie kończyny, dekapitujących się i mordujących na inne różne sposoby.
No i widok przebranego za kowboja Russella Crowe’a, który wchodzi do burdelu żywcem wyjętego z azjatyckiej kreskówki dla dorosłych zawsze spoko.

Jaskier

Read Full Post »


Linkowany tekst nie jest mój. Gdybym ja był jego autorem, to zastanawiałbym się w nim, jak to się stało, że Arnolda można dzisiaj zastąpić Collinem Farrellem lub Adrienem Brody’m (sic!).
To dopiero problem dzisiejszych czasów!

KLIK

Przeczytałem cały, co ostatnio (i przez „ostatnio” rozumiem okres od grudnia ubiegłego roku) zdarza mi się bardzo rzadko. Ciekaw byłem, co też kolega redaktor stwierdził.

Możecie sprawdzić sami.

Co natomiast stwierdzam ja po przeczytaniu?

Otóż, na podstawie:
JEDEN
oraz
DWA
– aktorki i dyrektorki teatrów są niewychowane, brak im ogłady i z całą pewnością nie można ich zaliczyć do grona dam.

Jaskier

Read Full Post »

Szkoła była – właściwie wciąż jest – dla mnie ważnym miejscem. To w szkole nauczyłem się wzoru na wyróżnik dwumianu kwadratowego oraz tego, że nie da się poderwać dziewczyny na układanie kostki Rubika.

A teraz koniec…

Dziwnie tak jakoś będzie obudzić się w poniedziałek ze świadomością, że nie trzeba się spieszyć na autobus.

Spieszmy się kochać szkołę, tak szybko się kończy(?).

melancholiiiiiiiiiiiiiiiiiijnie

Tradycyjnie zostałem poczęstowany książką, której najprawdopodobniej nigdy nie otworzę. Co za nonsens. Ja naprawdę wolałbym dychę. Nawet bez koperty. Łatwiej do domu donieść. I w ogóle.

Na szczęście dostałem też breloczek z logo szkoły.
Będzie zdjęcie. Kiedyś.

Więcej refleksji, i to nawet w jakiejś uporządkowanej formie, dotyczących chodzenia do liceum za jakiś czas na łamach Lesera.

Smutno tak jakoś…

A jakie są Wasze wspomnienia związane ze szkołą?

 

Jaskier

Read Full Post »

To znaczy, jakiś jeszcze jeden, o którym nie zdążyłem dotąd napisać*.

Kupiłem sobie dzisiaj ten oto periodyk, gdyż dorzucili do niego film Thor: Mroczny świat. Oczywiście, na mojej prowincji był problem z dostępem i – odwiedziwszy wczoraj kilka miejsc, w których sprzedawana jest prasa – znalazłem zero egzemplarzy. Dopiero dzisiaj skręciłem w inną uliczkę i w końcu Pani z Kiosku nie odpowiedziała – Nie przyszło.

Do sedna.

Niepokojąca jest już okładka. Chyba wszyscy się z tym zgodzą.
Półleżąc na kanapie przed telewizorem i szukając czegoś do przeczytania, musiałem złożyć gazetę tak, żeby nie zwracać uwagi innych domowników.
Ale to jeszcze nic. O czym możemy przeczytać w środku?

  • W imię poprawności politycznej Półmaraton Warszawski wygra Kenijczyk;
  • Nie lubimy Europy;
  • Rosja;
  • Ukraina;
  • Rosja-Ukraina;
  • Michał Kamiński kibicował Legii, a potem Polonii;
  • Do europarlamentu jadą celebryci;
  • Ćwiczenie na siłowni jest stresujące i sprawia, że umrzesz na depresję;
  • No jakbym zgadł!
  • Pieniądze;
  • Polityka;
  • Polityka i pieniądze;

Co było ciekawego:

  • Kabanosy w Lidlu są w promocji;
  • Świat zachodni wspomógł bolszewików finansowo;

I teraz pytanie:
Czy to ja mam wyjebane na wszystkie ważne tematy, czy też prasa zajmuje się byle czym/pisana jest w nieciekawy sposób?

 

Jaskier

*W przeciwieństwie do problemu z poczuciem humoru i dystansem do świata, powodu moich narzekań sprzed kilku miesięcy.

Read Full Post »

Gimby nie znajo.

Jedyną lekturą, której nie przeczytałem w całości są Syzyfowe prace. To znaczy, w trzeciej klasie gimnazjum nie czytałem prawie nic od ministra, bo byłem zajęty nadprogramowymi pozycjami na olimpiadę polonistyczną. W związku ze zmianą szkoły i różnicą w czasie omawiania kilka mnie również po prostu ominęło (Kamienie na szaniecRomeo i Julia i pewnie coś jeszcze), za to inne przerobiłem dwukrotnie.
Ale – generalnie – czytam wszystkie te książki, których innym się czytać nie chce… Co za wyjście z szafy.

Mniejsza z tym.
Już od jakiegoś czasu chodził mi po głowie pomysł na takie zestawienie, toteż zapraszam. Wszystkie cytaty pochodzą od rodzimych autorów, ponieważ jestem nacjonalistą. Kolejność mniej więcej chronologiczna.

Jan Kochanowski, O żywocie ludzkim

Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy,
Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy:
Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
Wszytko to minie, jako polna trawa;
Naśmiawszy się nam i naszym porządkom,
Wemkną nas w mieszek, jako czynią łądkom.”

Kochanowski, pomijając lamenty po śmierci córki (podczas gdy drugą tak jakby olał), na propsie.
Ta fraszka idealnie oddaje to, jak bardzo ludzie nic nie mogą, że nam się tylko wydaje, że mamy na cokolwiek wpływ. Że jesteśmy śmieszni w naszych staraniach i zabiegach, bo tak naprawdę niewiele możemy.
Pisałem o tym kiedyś. O TU.

Ignacy Krasicki, Świat zepsuty (fragment)

Wolno szaleć młodzieży, wolno starym zwodzić,
Wolno się na czas żenić, wolno i rozwodzić.
Godzi się kraść ojczyznę łatwą i powolną,
A mnie sarkać na takie bezprawia nie wolno?

Polecam całość. To dowód na to, że Krasicki byłby dzisiaj raperem. Utwór został wykorzystany podczas produkcji płyty pt. Poeci. Jeśli komuś nie przeszkadza wykonywanie poezji w ten sposób, to zapraszam do zapoznania się z innymi utworami z tego krążka.
Jest to po prostu jedno wielkie wyrażenie niezadowolenia z powodu panującej na świecie niesprawiedliwości i upadku zasad moralnych. I to w jakim stylu.

Bolesław Prus, Lalka (Rzecki podczas ustawiania wystawy sklepowej)

Głupstwo, wszystko głupstwo!… a wam, gdybyście myśleli, mogłoby się zdawać, że to jest coś wielkiego!…

Stary subiekt wygłosił tę sentencję, przyglądając się miniaturowej karuzeli. Znaczenie podobne do fraszki Kochanowskiego – figurki poruszały się dzięki sprężynom i mechanizmowi. Nie miały wpływu na swoje ruchy.

Henryk Sienkiewicz, Pan Wołodyjowski

– I powiedz jej ode mnie: Nic to!

Pan Wołodyjowski nie należy do kanonu lektur, bo Potopu się nikomu nie chce czytać, więc jaki jest sens wrzucać jeszcze więcej, skoro i tak tego nikt nie przeczyta? Ja zapoznałem się z całą Trylogią i to zdanie utkwiło mi w pamięci najmocniej. Tak, nawet mocniej od „Kończ waść, wstydu oszczędź”, którego najprawdopodobniej używasz nieprawidłowo.
Słowa pożegnania z ostatnimi żołnierzami opuszczającymi Kamieniec Podolski stanowią kondensację występującego w literaturze od samego jej poczatku motywu rozdarcia między miłość i obowiązek. Nie chcąc splamić honoru i złamać danego Bogu słowa, Wołodyjowski wybiera obowiązek.
I nie ma znaczenia, że to nieprawda, że – patrząc na to wydarzenie od strony faktów historycznych – było inaczej. Płakałem, gdy Wołodyjowski umarł.
Kaczmarski ma o tym piosenkę. To znaczy, nie o moim płakaniu, tylko o śmierci Wołodyjowskiego.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Eviva l’arte!

„i chociaż życie nasze nic niewarte:
evviva l’arte!

Faza na dekadentyzm przeszła mi jakieś trzy miesiące temu, ale wciąż uważam, że te dwa wersy są kapitalne.
Absolutnie kapitalne.

Stanisław Wyspiański, Wesele

„Miałeś, chamie, złoty róg […]

Najelegantsze „aleś zjebał”, jakie zostało wymyślone. I koniec, i kropka.
Ten cytat bez przerwy znajduje zastosowanie w życiu codziennym, bo przecież każdego dnia widzimy kogoś, komu coś się nie udało.
Wypowiedź Chochoła posłużyła również jako inspiracja do jednego z kawałków rapera o pseudonimie donGURALesko.

Bruno Jasieński, But w butonierce

Idę młody, genjalny […]”

Ta linijka jest tak genialna, że nawet ja (Jasieński był komunistą i propagatorem lekceważenia zasad poprawnej pisowni) nie potrafię jej nie docenić. Niewiarygodne, że w jednym zdaniu udało się przekazać tyle buty i buntu, tyle energii i jednocześnie streścić program futurystów.
Może to zabrzmieć niczym bluźnierstwo, ale te trzy słowa Jasieńskiego moim zdaniem lepiej oddają młodzieńczą porywczość i pragnienie buntu niż cała Oda do młodości.

Jakie są Wasze najulubieńsze cytaty o lekturowej proweniencji?

Jaskier

PS Już niebawem: Najulubieńsi celebryci z polskiego jutjuba, czyli od kogo kradnę żarty oraz 10 zagramanicznych aktorów, w stylu których chciałbym spoważnieć!

Read Full Post »

Older Posts »