Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Star Wars’

Oscary rozdane, czas rozdać najważniejsze Jaskiery.
Oto, moim skromnym zdaniem, pięć najlepszych rozrywkowych filmów 2016 roku. :D

Kolejność według daty polskiej premiery.

***

Ave, Cezar!, reż. Joel Coen, Ethan Coen

Ave, Cezar! idealnie chwyta pewne wyobrażenie o Hollywood i przerabia je na język filmowy. Jedna wytwórnia i jeden człowiek, który jest za wszystko odpowiedzialny, tysiące spraw, których musi upilnować i dopiąć na ostatni guzik.
Josh Brolin wywiązuje się z powierzonej mu roli fenomenalnie, a i drugiemu planowi nie można nic zarzucić. Mimo iż konkretne role to pewne znajome stereotypy, to zostały rozpisane i zagrane bardzo elegancko.
Film jednak przede wszystkim wygląda niesamowicie – różnorodne plany zdjęciowe, scenografia, kostiumy z epoki, a wszystko starannie uchwycone okiem kamery.
Polecam. ;)

Po więcej zapraszam do mojego tekstu, który powstał ponad rok temu: KLIK.

***

Kapitan Ameryka: Civil War, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Kolejny film na tej liście jest zgoła odmienny – dynamiczny, pełen akcji i humoru, ale jednocześnie potrafiący zatrzymać się, dać bohaterom czas na porozmawianie, widzom na złapanie oddechu. W finale w odpowiedni sposób uderza w cięższy ton, nie popadając przy tym w zbędny i nudny patos.
Nie sposób nie zauważyć, że sukces tej produkcji w lwiej części gwarantowany jest przez to, że to niejako kolejna część serii. Znamy te postaci od lat, widzieliśmy ich rozwój i zmiany ich relacji, dzięki temu doskonale rozumiemy, kto jest kim i dlaczego opowiada się po którejś ze stron.
Jednocześnie Civil War stanowiło bardzo dobre wprowadzenie dla nowych postaci – Black Panthera i Spider-Mana. Kto wcześniej czekał na film o królu Wakandy przebranym za czarnego kota?

Jeśli na Infinity War Marvel naszykuje coś jeszcze lepszego (wszak dopiero to będzie zwieńczeniem trzech faz MCU), to nie wiem, jak taką porcję wrażeń wytrzymam, nie mdlejąc w kinowym fotelu.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Zwierzogród, reż. Byron Howard, Rich Moore

Jedyny film na tej liście, którego w ciągu roku szerzej nie omawiałem na moim blogasku. Za to od czasu premiery zdążyłem obejrzeć go w dwóch wersjach językowych. :P
W minionych latach produkcje Disneya nie były jakoś szokująco dobre, jasne, ciężko się doczepić do Krainy lodu czy coś, ale moim zdaniem ostatni naprawdę dobry Disney był w 2012 roku (Ralph Demolka). Zwierzogród robi robotę.
Jest tutaj mnóstwo ciekawych, dobrze zrealizowanych pomysłów. Sposób, w jaki skonstruowano tytułowe miasto, jest niesamowity, powinni zrobić jakiś animowany serial na DisneyXD o pracy policji i pokazywać, pokazywać tej kreatywności jak najwięcej.
Żarty są świetne i różnorodne, chociaż w głównej mierze opierają się na cechach zwyczajowo przypisywanych poszczególnym gatunkom zwierząt – leniwce są powolne, króliki mają dużo potomstwa etc. Oklepane, ale w tym przypadku jakoś tak magicznie działa.
Morał jest w porządku, mimo iż po prostu to banalne hasełko o tym, że nie wolno oceniać innych pochopnie, że ludzie zwierzęta się zmieniają. Proste, aczkolwiek podane w odpowiedni sposób.

Niestety, mogę porównać tylko z Moaną, więc nie wiem, czy Oscar jest w pełni zasłużony, czy pozostałe produkcje nie okazałyby się moim zdaniem jeszcze lepsze. Na pewno Zwierzogród jest lepszy od Moany.

Podsumowując – bardzo, bardzo dobra animacja, nadaje się zarówno dla maluchów, jak i dorosłych. 8/10, polecam.

***

Arrival, reż. Denis Villeneuve

Arrival pojawiło się znikąd. To nie film superbohaterski, nie ma wielkich robotów, ani choćby nawet spektakularnych wybuchów w CGI. Za to posiada kosmitów oraz – przeciwnie niż wiele innych produkcji – scenariusz zawierający fabułę. Autentycznie wciągającą, klimatyczną, zaskakującą fabułę.
Film porusza istotną kwestię tego, jak ważna jest komunikacja – w zasadzie cały jest o tym, że różni ludzie, z różnych stron świata na jakiś sposób próbują porozumieć się z obcymi, dowiedzieć się, dlaczego przybyli. Jednocześnie pokazuje, że pomimo braku tak drastycznych różnic, jak między ludźmi, a heptopodami, poszczególne kraje nie są w stanie dogadać się i w stu procentach współpracować.

Cały czas jest to także świeży i doskonały film o przybyciu obcych.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Rogue One, reż. Gareth Edwards


Brudne i brutalne – Gwiezdne wojny, na jakie czekałem. The Force Awakens nie spełnił nadziei, jakie w nim pokładałem, ale Rogue One dał mi za to jeszcze więcej.

Oczywiste jest to, że filmy wchodzące w skład głównej sagi pewnych granic przekraczać nie mogą – muszą iść utartymi ścieżkami, podążać bezpiecznymi szlakami Kina Nowej Przygody. Miejsce na eksperymenty, różnej maści skoki w bok pojawiło się na szczęście w nowo powstałym fragmencie Expanded Universe, produkcjach z nagłówkiem A Star Wars Story, których to pierwszym przedstawicielem był Rogue One.
Jest to film inny od znanych nam Star Warsów, lecz jednocześnie mocno osadzony w stylistyce, a także świecie Odległej Galaktyki. Czuć, że wydarzenia z tego filmy dzieją się za rogiem, na zapleczu tego świata.
W mojej opinii są to najlepsze Gwiezdne wojny od czasów Imperium kontratakuje.

Po więcej zapraszam do mojego tekstu: KLIK.

***

Uff, w końcu podsumowanie minionego roku za nami.

Co według Was wypadło najlepiej? Zapraszam do komentowania. ;)

Jaskier

PS Pozwolę sobie jeszcze zamieścić adnotację o tym, czego nie udało mi się zobaczyć w minionym roku, a na co miałem ochotę wybrać się do kina:

Zmartwychwstały
Kung Fu Panda 3
Łowca i Królowa Lodu
Gdzie jest Dory?
Księga dżungli
Tarzan: Legenda
Ghostbusters

Reklamy

Read Full Post »

Ostrzeżenie: tekst zawiera duże ilości SPOILERÓW.

Gdy siedziałem w kinie i pojawiło się logo Lucasfilm, po nim tytuł, charakterystyczny przesuwający się tekst, a z głośników zabrzmiała genialna muzyka Johna Williamsa, to poczułem to coś. Wspaniałe uczucie oglądania Gwiezdnych wojen na sali kinowej towarzyszyło mi przez pewien czas projekcji, jednakże w pewnym momencie coś pękło, przestało grać. Nowe starłarsy od Disneya nie okazały się spektakularną, artystyczną klapą, ale gdzieś się coś po drodze pogubiło i mimo naprawdę mocnych, wybornych pod względem klimatu scen, trochę się zawiodłem, a powtórny seans jedynie mnie w tym przekonaniu potwierdził. Po prostu te wszystkie zasłyszane pochwały pod adresem tej produkcji odbiły mi się czkawką. Przebudzenie Mocy odebrałem jedynie jako prolog, przystawkę do nadchodzącego dania głównego. Niestety – przystawkę składającą się w sporej części z odgrzewanego kotleta.

Bo o czym jest ten film? Na pustynnej planecie (ale nie-Tatooine) nie-Rebeliant przed złapaniem przez nie-Imperium przekazuje nie-RD-D2 informację, od której zależą dalsze losy wojny. Droid trafia w ręce Rey, która z jednej strony chciałaby odlecieć daleko od tej kuli piachu, ale z drugiej strony coś ją tu trzyma. Dziwnym zbiegiem okoliczności w samym środku konfliktu ląduje Han Solo, tym razem z racji powagi wynikającej z wieku przyjmujący rolę mentora dziewczyny, odwiedzają kantynę pełną podejrzanych typów, a potem to już jest odtwarzanie scen z Nowej nadziei. No i super, elementy dodane, które nie stanowią powtórzenia schematów fabularnych z Oryginalnej Trylogii wypadają na tyle dobrze, że zestawienie ich z tak wieloma kopiami pomysłów ze starszych filmów budzi we mnie spory niesmak. Jakby zabrakło dobrych pomysłów na zrobienie całego filmu i z tego powodu doszło do recyklingu. Przez to, zamiast rozwijać postacie i ich wątki, twórcy skupiają uwagę na ciągłym puszczaniu oka do fanów. Myślcie sobie, co chcecie, ale pod względem pomysłów nawet Mroczne widmo próbowało być czymś nowym. W przypadku tego filmu J.J. Abrams zatrzymał się w pół drogi, tworząc produkcję, która jest bardzo mocno przesiąknięta gwiezdnowojennym klimatem, ale jednocześnie aż za bardzo widać, że jest tworzona przez fanów. Wiecie – John Boyega przynoszący na plan filmowy figurkę Hana Solo, żeby wydębić od p. Forda podpis, potem ekscytujący się podczas oglądania zwiastuna, na którym dobywa miecza świetlnego – to wszystko jest bardzo spoko, ale podczas oglądania filmu miałem wrażenie, że zaraz grany przez niego Finn poprosi Hana Solo o autograf. To samo dotyczy Daisy Ridley, która gra Rey. Gdy dziewczyna orientuje się, że leci Sokołem Millenium, to dość naturalne, że sprawia jej to masę frajdy. Gdy dopytuje, czy ten statek pokonał trasę na Kessel w czternaście parseków*, a Han Solo ją poprawia, że w dwanaście – to niesamowicie gra, ale potem jest zdecydowanie przeciągnięte. Jakby Rey dostawała nerdgazmu od samego siedzenie w fotelu drugiego pilota.

W ogóle z Rey jest taki problem, że jest przedobrzona. W Nowej nadziei Luke ledwo dawał sobie radę z odbijaniem strzałów latającej na sznurku kulki, zbyt wiele nie walczył, na dobrą sprawę dopiero podczas ataku na Gwiazdę Śmierci wykazał silny związek z Mocą. Tutaj Rey wymiata. I początkowo było to na swój sposób urocze, gdy na przykład mówi Finnowi, że potrafi uciekać nietrzymana za rękę lub rozprawia się z przeciwnikami, nim ten zdąża jej przyjść z pomocą. Ale z czasem robi się tego tyle, że zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że nic nie może jej zagrozić. Jest niezniszczalna. Nawet wtedy, gdy zostaje złapana, to po chwili udaje się jej uciec. Ciężko wyobrazić sobie jakiś poważny problem w jej przyszłości, przez co trudno traktować tę postać na poważnie. Zahacza o parodię bohatera, tak jak Squirrel Girl w Marevlu.
Po Internecie hula teoria, według której jej potęga oraz łatwość w posługiwaniu się Mocą, związane są z treningiem Jedi, który odbyła w dzieciństwie, a który dla bezpieczeństwa został wymazany z pamięci, ale to prowadzi do kolejnej, naprawdę dużej wady filmu.

Przebudzenie Mocy jest tak naprawdę jedynie wstępem do fabuły. Jak jakiś komiks wydany na kilka tygodni przed premierą.
Historiozofia tej części nie trzyma się kupy i tak naprawdę ma jeden cel – upodobnić uniwersum do tego ze Starej Trylogii. Mija trzydzieści lat od śmierci Imperatora, istnieje jakaś tam Republika, ale główni bohaterowie Jasnej Strony skupieni są wokół organizacji o nazwie Resistance. Po drugiej stronie barykady stoi złowieszczy First Orderktóry jakimś cudem technologicznie oraz ekonomicznie przewyższa Imperium. Wiadomo, że na drugi dzień po śmierci Imperatora nie nastał w całej galaktyce czas pokoju i miłości, ale – jak na moje – przez trzydzieści lat nowo ukształtowana Republika powinna spokojnie stać się dominującą siłą. Tym bardziej absurdalne jest to, że First Order był w tym czasie w stanie przerobić jakąś planetę w gigantyczną broń, która zasysa energię z gwiazdy i może strzelać na drugi koniec galaktyki. I nie chodzi mi o fizyczny absurd tego pomysłu, po prostu głupie jest dla mnie to, że przez te lata Republika nie rozprawiła się z niedobitkami Imperium, pozwoliła im urosnąć w siłę na tyle, by stanowiły zagrożenie. Na dodatek zamiast normalnie walczyć z First Order, to bawi się w jakieś podchody i formuje organizację militarną. Co stało za tym pomysłem? Nostalgia za czasami Rebelii? To się kupy nie trzyma. O ile odwoływanie się do Imperium jako potężnego tworu politycznego, którego chwała powinna powrócić, ma sens po tej złej stronie, to nie widzę powodu, by Republika po otrzymaniu pierwszej informacji o Bothan o budowie trzeciej (sic!) Gwiazdy Śmierci nie zebrała flotylli i nie poleciała rozgonić tego całego towarzystwa, zamiast bawić się w partyzantów i latać kilkoma myśliwcami jak za starych dobrych czasów.

I właśnie ta nieszczęsna kolejna Gwiazda Śmierci. Jedynym celem jej istnienia było wysadzenia kilku planet, na których urzędowała Republika, by przywrócić status quo znany ze Starej Trylogii. Jak gdyby trzydzieści lat konstruowania struktur państwowych, politycznych spisków oraz intryg, sojuszy oraz zdrad, nagle krzyknęło w trwodze i nagle ucichło. Smutna prawda jest taka, że Przebudzenie Mocy wykasowało to wszystko, by ustawić ponownie sytuację, w której jakiś tam ruch oporu stawia czoła wyższemu porządkowi narzucanemu całej galaktyce przez przedstawicieli Ciemnej Strony Mocy.
Zamiast rozwijać historię, to jedynie przygotowuje pod nią grunt. To odnalezienie Luke’a Skywalkera powinno być osią fabuły tego filmu. Został wciśnięty do ostatniej sceny, żeby pokazać fanom, że wciąż żyje. Taka tania zagrywka rodem z Power Rangers, tylko że tam na następny odcinek czekało się tydzień, a nie dwa lata. Przebudzenie Mocy nie jest samodzielnym filmem i to jest cholernie przykre.

Film cierpi również na niedorozwinięcie postaci. O ile o Rey można coś powiedzieć, to Finn jest zagadką. Ot, był szkolony na szturmowca, ale podczas pierwszej misji doznał szoku i stwierdził, że chce sam decydować o swoim losie. I potem zakochał się w dziewczynie. Jego życiorys „nieco” przypomina losy Disneyowskich księżniczek z lat ’80. I przez „nieco” rozumiem bardzo dużo. Na dobrą sprawę nie ma tam jednak nic więcej.

Jeszcze bardziej zaniedbany przez scenarzystów jest Poe Dameron, pojawiający się na ekranie na początku i już mamy wrażenie, że on i Finn będą przygodować wspólnie, ale potem się okazuje, że jednak nie, gdyż dzielny pilot umiera i były szturmowiec jest skazany na to, by radzić sobie samodzielnie. Ale potem się okazuje, że jednak nie i Poe bohatersko powraca w całkiem fajnej scenie bitwy, by następnie stać się tym pilotem, który niszczy trzecią Gwiazdę Śmierci. I nie ma absolutnie nic więcej na jego temat – jest cwaniakiem i jest świetnym pilotem, tyle.

Jednak mistrzem (w zasadzie mistrzynią) braku rozwoju jest Kapitan Phasma. To ta dowódczyni szturmowców w srebrnej zrobi, obecna w kampanii reklamowej, przedstawiana w niej jako Bobba Fett tej trylogii, prawdziwa twardzielka, która radzi sobie w zdominowanym przez mężczyzn świecie. Pojawia się w filmie trzy razy i ani razu nie strzela, nie robi nic niesamowitego, w dodatku zostaje upokorzona poprzez wrzucenie do zsypu na śmieci. Można by ją zastąpić dowolnym kapitanem i nic by to w fabule nie zmieniło.

***

Czy jest więc w tym filmie coś dobrego? Oczywiście.
Nim jednak przejdę do największej zalety Przebudzenia Mocy, czegoś naprawdę świeżego w uniwersum SW, to pochwalę kilka innych kwestii.

Film wygląda obłędnie, przepięknie. Kombinacja praktycznych efektów specjalnych oraz stosowanego ze smakiem CGI daje niesamowity efekt. Mało który film potrafi dobrze to zrobić, Jurrasic World kulał przede wszystkim na tym polu. Tutaj wszystko jest niesamowicie plastyczne, aż chciałoby się wyjąć kawałek scenografii z ekranu, postawić na półce. Czuć, że to wszystko było wokół aktorów na planie. Miła odmiana po wszechobecnym greenscreenie z prequeli.

Humor jest bardzo dobry, nie ma tu mowy o dennych żartach o kupie. BB-8 sprawdza się w powierzonej mu roli maskotki tej części. Nie dziwię się, że internety go pokochały.

Wbrew pewnym obawom, Harrison Ford wcale nie zagrał swojej roli na odczepnego. Han Solo to w tym filmie ten sam cwaniaczek, jakiego poznaliśmy kilka dekad temu. Oglądanie tego aktora po raz ostatni w roli kosmicznego przemytnika było wielką frajdą. A tak, ostatni raz, bo Han Solo umiera w tym filmie. I jest to bardzo istotne dla następnej postaci.

Kylo Ren aka Ben Solo, mordując swojego ojca, ostatecznie zwraca się w kierunku Ciemnej Strony. Początkowo sądziłem, że ta postać to porażka. No bo wiecie, ziomeczek marzący o tym, by być jak Darth Vader, ubierający się na czarno, noszący maskę, by upodobnić się do swojego idola, a w istocie będący pod tą maską emo. Jednak im dłużej o tym myślałem, tym coraz bardziej zaczynałem dostrzegać zalety konstrukcji tego bohatera. Takiego czegoś jeszcze nie było – młody człowiek kuszony przez Ciemną Moc, rozdarty wewnętrznie, niestabilny emocjonalnie. Jest! wreszcie coś nowego. Kylo Ren jest także jedyną postacią w filmie, która faktycznie ma do podjęcia decyzję, jakiś dylemat, przez co ciekawi jesteśmy dalszych jego losów. Dlaczego o pozostałych nie można tak napisać? Co kierowało scenerzystą?

***

Niesamowite, ale wyszedłem z kina rozczarowany. Na pewno są tu godne zapamiętania sceny, ładne pożegnanie Harrisona Forda z rolą Hana, ale… ja czekam na coś nowego i mam nadzieję, że się doczekam.

Zbyt wiele dobrego przeczytałem na temat tego filmu przed premierą, przez co spodziewałem się czegoś naprawdę przełomowego, a brutalna prawda jest taka, że Przebudzenie Mocy jest filmem przeciętnym, który miał przypomnieć smak Starej Trylogii. Problem w tym, że ja takiego przypomnienia nie potrzebowałem, bo dzięki grom i serialom animowanym bez przerwy zdawałem sobie sprawę z tego, że to uniwersum i ci bohaterowie mają niesamowity potencjał.

 Jaskier

*Parsek jest jednostką długości, a nie czasu. Biblioteka Ossus podaje, że istotnie chodziło o odległość, do jakiej Han Solo był w stanie skrócić trasę, ale w niektórych źródłach można znaleźć przerobioną wersję tego dialogu, w której pojawiają się tajemnicze standardowe jednostki czasu. Osobiście jestem zwolennikiem pierwotnej wersji i dorobionej do niej ideologii. Niezwykle podoba mi się koncept przemytników ryzykujących wciągnięciem ich statku w czarną dziurę.

Read Full Post »

Kurz po gwiezdnowojennej zawierusze jeszcze nie opadł (i nie ma zamiaru opadać, w tym tygodniu Epizod VII stanie się najlepiej zarabiającym filmem w USA, koło wtorku zrzuci z tego podium Avatara). Czekając na swój seans, który ostatecznie się rozmnożył i kino odwiedziłem dwukrotnie, odświeżyłem sobie trzy stare, kiczowate filmy o walce dobra ze złem. Jasnej Strony Mocy z Ciemną. I mimo iż wydawało mi się, że lecą na statusie produkcji kultowych, urastając do nietykalnej rangi świętości dzięki kupowatości prequeli, to muszę przyznać, iż Nowa nadzieja, Imperium kontratakuje i Powrót Jedi wciąż trzymają się bardzo dobrze. Absolutnie nie są nieskazitelne, zwłaszcza trzeci z nich, ale to niezaprzeczalnie genialnie wyglądające, klimatyczne filmy, które zasłużyły sobie na status, jakim się cieszą.

Ciężko napisać coś sensownego na temat tej serii, co wniosłoby cokolwiek nowego do dyskusji, w końcu ludzie pisali książki i prace naukowe dotyczące Gwiezdnych wojen.

Nowa nadzieja jest prostym filmem o wojnie w kosmosie, w środku której ląduje Prostaczek Wybraniec Przeznaczenia pod postacią Luke’a Skywalkera. Odnajduje mentora, przeżywa niezwykłe przygody, wsławia się odwagą, odkrywa w sobie niezwykłe zdolności. Może się to wydawać oklepane, bo jest, nawet w 1977 roku było, gdyż mimo osadzenia akcji w odległej galaktyce, stylistycznie znacznie bliżej jest SW do fantasy niż science-fiction. Lucas garściami czerpał z legend, podań oraz mitów całego świata i wyszło to serii na dobre, gdyż właśnie dzięki temu zyskała niesamowity klimat. No bo niby są te kosmiczne statki, Gwiazda Śmierci, która może zmieść planetę z… powierzchni kosmosu, ale przecież obok tego funkcjonuje ubrany na czarno łotr, który potrafi włada mistyczną Mocą. Dzięki temu położono podwaliny pod ogromne uniwersum, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie*.
Można narzekać, że Gwiazdę Śmierci da się tak łatwo zniszczyć, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że była zabawką Wielkiego Moffa Tarkina, który był z niej strasznie dumny, wręcz przepełniony pychą. Nie przyszło mu do głowy, że Rebelia może zaatakować za pomocą eskadry myśliwców i bombowców. No i bez pomocy Mocy Luke nigdy by nie trafił w tę dziurę prowadzącą do głównego reaktora, imperialne myśliwce wykosiły sporo spośród atakujących i zapewne X-Wing Skywalkera również zostałby zestrzelony, gdyby z pomocą nie nadleciał Han Solo. Dlatego argument dotyczący zbyt prostego zniszczenia tej stacji kosmicznej można uznać za obalony. Przynajmniej moim zdaniem.

Imperium kontratakuje to film powszechnie uważany za najlepszy w serii. Ciężko się z tym nie zgodzić, jest niesamowicie inny od swojego poprzednika, a jednocześnie widać, że to dalsze losy tych samych bohaterów. Luke rozwija się, poznaje kolejne aspekty Mocy, w tym zagrożenie pokusą Ciemnej Strony, relacja Hana Solo i Lei ewoluuje w stronę, jaką podejrzewaliśmy od pierwszego spotkania tych dwojga bohaterów, dostajemy sporo nowych planet, rewelacyjną scenę bitwy na pokrytej lodem Hoth, zrealizowaną przy pomocy modeli, no i pierwszy pojedynek na miecze świetlne Dartha Vadera z Luke’iem. No i ten pojedynek – jako finał filmu – robi robotę. Nie chodzi tylko o to wielokrotnie cytowane ujawnienie tajemnicy Anakina Skywalkera. Przedtem Vader zmasakrował Luke’a. Ciemna Strona Mocy dominuje, chłopak zdaje sobie sprawę z tego, że musi się wycofać lub jej ulec i wtedy pierwszy raz się jej opiera.

Powrót Jedi moim zdaniem kuleje najbardziej, gdyż najpierw jest ta przeciągnięta do trzydziestu minut akcja u Jabby, a potem się okazuje, że Imperium tworzy kolejną Gwiazdę Śmierci, w dodatku nie kupuję zwycięstwa Ewoków. Rozumiem – chodziło o starcie prymitywnej cywilizacji z technologicznie rozwiniętą, ale dla mnie to przegięcie, że kilka miśków uzbrojonych w dzidy i łuki wygrywa z opancerzonymi pojazdami i blasterami.
Jeśli chodzi o pierwsze pół godziny, to jaki dokładnie był plan? Najpierw Lando infiltruje pałac Jabby. Luke później wysyła droidy z prośbą o uwolnienie Hana. Następnie przybywa Leia w przebraniu łowcy nagród i dopiero na końcu Hutta odwiedza Luke. Który zostaje rzucony potworowi na pożarcie, zabija go, lecz zostaje schwytany i ponownie pojawia się inny stwór, w którego trzewiach bohaterowie mają być strawieni. A na koniec okazuje się, że i tak są w stanie skopać tyłki wszystkim przydupasom gangstera. Tego jest aż za dużo.
Nie jestem też fanem Ewoków, którzy z palcem w nosie rozwalają siły Imperium. Podobno to miały być Wookie, ale Lucas się połapał, że ta rasa jest są zaznajomiona z technologią i dlatego zostali zminiaturyzowani do formy pluszowych niedźwiadków. No i widzicie mi wcale nie chodzi o to, że w SW nie ma miejsca na takich kosmitów. Tylko to już zakrawa na jakąś parodię – widok szturmowców i AT-ST gromionych za pomocą patyków i kamieni. To jest wręcz niesprawiedliwe dla Imperium i pokazuje je w kiepskim świetle. No bo goście biorą się za budowę stacji kosmicznych rozmiarów księżyca, a nie potrafią poradzić sobie z bandą dzikusów? Serio? No i czy oni naprawdę się niczego nie uczą? Do drugiej Gwiazdy Śmierci też da się wlecieć i ją tak prosto rozwalić?**
Można to jednak wybaczyć dzięki finałowemu starciu Luke’a z Ciemną Stroną Mocy, która nie dość, że ma przewagę liczebną, bo reprezentują ją Darth Vader oraz Imperator, to na dodatek Skywalker na dobrą sprawę nie przeszedł prawdziwego szkolenia. Te wszystkie emocje – gdy ulega gniewowi, bo Vader mówi, że po zabiciu go odnajdzie jego siostrę i ją wyszkoli na Sitha, gdy widzi, że jego ojciec także ma robotyczną protezę ręki, gdy ostatecznie opiera się Ciemnej Stronie Mocy, mówiąc Imperatorowi, że jest rycerzem Jedi, jak jego ojciec przed nim – MAJSTERSZTYK. Niby nie chciałem się znęcać na prequelami, ale ta jedna sekwencja zawiera więcej esencji Gwiezdnych wojen niż wszystkie trzy filmy. Starcie Jasnej Strony z Ciemną, relacja uczeń-mistrz, miłość, nienawiść – finał Powrotu Jedi jest tym wszystkim przesiąknięty.

Summa summarum, Stara Trylogia to wciąż aktualna, piękna historia o walce dobra ze złem. Niezwykle klasyczna, lecz na swoje czasy nowatorska, wszak czterdzieści lat temu postawiła kino do góry nogami. Śmiało można powiedzieć, że Star Wars jest pewnym ukoronowaniem dokonań ludzkości w sferze opowiadania historii, bowiem jest to tak pojemny świat, że można w nim pomieścić wszystko.

No i ta wspaniała ścieżka dźwiękowa p. Johna Williamsa.

____________________________________________________________

Co do tych nieszczęsnych poprawek – sporo z nich jest przesadzona. Dewbacki szturmowców, teledysk w pałacu Jabby, ogrom zbędnych stworów lub droidów CGI w tle. Momentami to wygląda tak, jakby na obrazie renesansowego artysty ktoś dorysował markerem penisa.

Jaskier

*Patrz mój tekst o The Clone Wars.

**Poczekajcie na to, co sądzę o Starkillerze. Nie, nie TYM.

Read Full Post »

Pamiętacie ten lament internetów, gdy Disney kupił markę Gwiezdne wojny?
Albo potem ten ból dupy o wykasowanie z kanonu EU, co sprowadzało się do tego, że przyszedł ktoś i powiedział ludziom, że rzeczy, które się nigdy nie wydarzyły, naprawdę nigdy się nie wydarzyły?

Ja pamiętam i dalej mam trochę beki z ludzi, którym się wydawało, że taki transfer okaże się dla tej marki gwoździem do trumny. Ponieważ – jak można się przekonać, wchodząc do dowolnego marketu – Gwiezdne wojny już dawno nie miały się tak dobrze. W zasadzie nie pamiętam, żeby kiedykolwiek miały się lepiej. Przynajmniej u nas.

Disney nie po to wpakował miliardy dolarów w SW, żeby kurzyło się na półce, stąd decyzja o uznaniu EU niekanonicznym, gdyż łatwiej jest tworzyć, nie mając na sobie bagażu kilkudziesięciu lat różnej maści narośli. Marvel zupełnym przypadkiem również jest obecnie częścią koncernu Disney, toteż grzechem byłoby w takim układzie niezaczęcie pisania komiksów. I jasne, wcześniej też były nieustannie przez Dark Horse* wydawane historie obrazkowe ze świata SW, ale jakoś nie było o nich przesadnie głośno. Obecna sytuacja dowodzi, iż filmy istotnie napędzają sprzedaż komiksów oraz że EU jest fajne, ale najbardziej esencjonalne i napędzające sprzedaż są postacie z Oryginalnej Trylogii.
Darth Vader, Boba Fett oraz Han Solo są obrośnięci kultem niczym Jabba tłuszczem, a dodatkowe przedstawienie przemiany Luke’a z chłopaka z prowincji w rycerza Jedi z prawdziwego zdarzenia nikomu nie zaszkodzi.

Mniej więcej tym zajmują się wydawane obecnie tytuły – kilka jest poświęconych konkretnym postaciom i jeden główny, zatytułowany po prostu Star Wars. Z nim miałem się już okazję zapoznać, albowiem Egmont wydał we wrześniu album zbierający pierwsze sześć zeszytów. Dzisiaj po sporej obsuwie do sprzedaży trafił numer drugi Star Wars Komiks, w którym przeczytamy sześć zeszytów serii Darth Vader. No ale jego jeszcze nie przeczytałem, więc sorry, Winetou, napiszę o tym innym razem. Albo i nie.

Za Star Wars odpowiedzialni są Jason Aaron (scenariusz) oraz John Cassaday. Nazwisko tego pierwszego być może obiło się wam ostatnio o uszy, ale spokojnie, tutaj nikt nie zmienia płci. I teraz się zastanawiam, w przypadku której postaci byłoby to najdziwniejsze… chyba Chewbacci. John Cassaday to natomiast rysownik znany m.in. z serii współtworzonej z Jossem Whedonem – Astonishing X-Men. Wiele to mówi na temat tego, czego możemy spodziewać się po ilustracjach tutaj.

Akcja tych pierwszych sześciu zeszytów rozgrywa się krótko po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci i zawiera zamkniętą historię cwanego ataku Rebelii na fabrykę Imperium, swoiste posłowie do tego wydarzenia i zaczątki kolejnych przygód. Powiedziałbym, że jest to rozegrane w bardzo gwiezdnowojennym stylu.
To znaczy – Han Solo niechętnie współpracuje z Rebelią, tak naprawdę skrycie licząc, że między nim i Leią coś zaiskrzy, ale w gruncie rzeczy jest poczciwym gościem, który tylko czasem strzela pierwszy. Księżniczka ewidentnie nie jest mu dłużna i widać, że też czuje do niego miętę. Jest między nimi chemia. Luke wciąż jest oszołomiony tym, że wczoraj hodował wodę na farmie, a dzisiaj ma ratować galaktykę i chce się czegoś więcej o swojej misji dowiedzieć. Darth Vader jest pieprzonym Darthem Vaderem, a Boba Fett z kolei kradnie szoł krótkim występem w roli – no cóż – łowcy nagród wynajętego przez Imperium. Uwielbiam też to, jak bardzo C-3PO okazuje się być nieprzydatny.
Duet Aaron-Cassaday daje radę w odtwarzaniu klimatu Oryginalnej trylogii. Panowie czują te postacie, prowadzenie ich wychodzi im niezwykle zgrabnie.

Widzimy więc, że twórcy machają do nas, mówiąc: Pamiętacie OT? My wiemy, za co ją polubiliście. Chodźcie, mamy tu tego więcej. Jeżeli tak mają wyglądać te komiksy, to bardzo chętnie będę je kupował i czytał. Jak już napisałem – od dziś w kioskach jest dostępny Darth Vader, natomiast już 9 lutego ma wyjść Princess Leia. Nie spodziewałem się, że Egmont będzie u nas wydawał aż tyle serii, ale jestem jak najbardziej za, jeśli wszystkie będą trzymać taki poziom.

***

Komentarz odnośnie komiksów w kioskach:

Super sprawa, tym bardziej w takiej formie. Widzicie, ludzie mają straszny ból dupy o to, że komiksy w Polsce są sprzedawane przede wszystkim w grubaśnych albumach, najczęściej w twardej oprawie i na jakimś lepszym papierze. Problemem zaporowym wydaje się być tutaj cena, ale  – niespodzianka! – tutaj nie ma i nie może być związku liniowego – jeżeli zawierający x zeszytów album kosztuje y zł, to jeden zeszyt w kiosku nie kosztowałby y/x zł. O wiele lepiej, gdy wychodzą wydania zbiorcze – jak Star Wars lub Marvel NOW!, które ruszyło na wakacjach. Jasne, linia Nowe DC ma dosyć zaporowe ceny, ale w sieci bez problemu można znaleźć sklepy, w których bez czekania na jakąś promocję można kupić te komiksy za 70% kwoty z okładki.
Gdyby nagle wszystko było wydawane w formacie i cenie Star Wars, to kupowałbym znacznie więcej, ale trzeba pamiętać, że decyzja nie zależy wyłącznie od polskiego wydawcy. Rozwiązaniem jest nabywanie tego, co jest dostępne, bo przecież tam nikt nie ma misji dostarczania komiksów czytelnikom – to jest biznes. Ruch w tym segmencie na polskim rynku spowodowany jest popularnością filmów, z powodu których coraz więcej ludzi sięga po komiksy. Dystrybutorzy dostrzegają to i widząc szansę na zarobek, próbują wdrożyć nowe pomysły. Tylko od odbiorcy zależy, co się będzie działo dalej.

***

Jako bonus – ciekawostka ortograficzna:

Po angielsku piszemy Star Wars, natomiast po polsku Gwiezdne wojny. Pamiętajcie o tym. Nie zmyślam.

Jaskier

*Notabene, w Polsce odpowiedzialny za dystrybucję był Egmont i po zmianach oraz restarcie tytułu wciąż jest, więc można śmiało rzec, że to taki PSL wśród wydawców.

Read Full Post »

Heeeej!
Expanded Universe poszedł do śmietnika, to rzucają książki do Stonki.

Podchodząc dzisiaj do kasy, z jogurtem naturalnym, dwunastoprocentową śmietaną, pudełkiem ryżu i rożkiem waniliowo-truskawkowym w koszyku, kątem oka dostrzegłem takie cudo.

Wiecie, to całe zamieszanie sprzed około miesiąca, związane z uznaniem Expanded Universe niekanonicznym, niezmiernie mnie rozbawiło.

Nie jestem jakimś hardkortruuberfanem tego uniwersum – widziałem filmy, przeszedłem pierwszego KotOR-a, przeczytałem wszystkie dwie książki, które miała na stanie biblioteka (jedną z okresu młodości Obi-Wana, a drugą dziejącą się w trakcie inwazji Yuuzhan Vongowów), przez jakiś czas oglądałem The Clone Wars. Nic, czym można by się było chwalić w towarzystwie nerdów.

Nie czuję się źle z tym, że wydarzenia, o których słyszałem/ czytałem/ wsio ryba według jakiegoś tam ustalenia nie miały miejsca. Ponieważ – NIESPODZIANKA! – to fikcja!
Może porównanie nie ma sensu, bo skala jest zupełnie inna, ale Andrzej Sapkowski stwierdził niegdyś, iż historie tworzone przez CD Projekt RED w ich grach z Geraltem nie są kanoniczne, bo jedyny prawdziwy wiedźmin jest w jego książkach. Czy to czyni te gry gorszymi produktami? Nie sądzę.

Nie widzę przeszkód, by cieszyć się i ekscytować przygodami postaci, o których czytamy, tylko dlatego, że krawaciarze z Disney’a stwierdzili, że wygodniej im będzie napisać dalsze dzieje Odległej Galaktyki od nowa.
Jeśli te powieści są tak dobre, że tylu ludzi rozdzierało szaty z powodu wyrzucenia ich z kanonu, to lepiej uraczyć się nimi, niż adaptacjami, które z całą pewnością nie byłyby wierne i spowodowałyby jeszcze większą gównoburzę.

Toteż bardzo chętnie przeczytam, co się stało po bitwie na Ruusanie, chociaż tak naprawdę się to nie stało.

A czy Wy, moi Czytelnicy, płakaliście po EU?

Jaskier

Read Full Post »

Uściślijmy coś – ja wciąż się czuję dzieckiem. Dosyć mocno, co nie powinno dziwić, zważywszy na fakt, że w moim pokoju najwięcej jest pudełek, pudełeczek i szufladek z LEGO.
Jednak był taki okres w moim niezbyt ciekawym i ogólnie żenującym życiu, który różnił się od tego, który sobie jest teraz. Skończył się tak pi razy drzwi jesienią anno Domini 2009, więc filmy, o których będzie mowa, widziałem dużo wcześniej, kiedy miałem pięć lub sześć lat. To znaczy większość, niektóre obejrzałem później.
Możecie to potraktować jako coś w rodzaju Top 10 filmów, które widziałem wtedy i wciąż mi się podobają. Ułożenie niekoniecznie odpowiada temu, że któryś z tych filmów lubię bardziej, po prostu w jakiejś kolejności musiałem je przedstawić.
Sprzedawanie się w Internecie, ale będzie klików.

Od dzisiaj każdorazowe wytłumaczenie tępemu dwunastolatkowi, że się nie zna, bo jest tępym i niedojrzałym mentalnie dwunastoletnim szczylem mam prawnie usankcjonowane, mogę kupić w sklepie alkohol i nie kłamię, gdy klikam tak, mam ukończony 18. rok życia.

Ace Ventura: Psi detektyw
Jim Carrey jest tym typem aktora, którego albo się nie cierpi, albo bardzo się ceni. Jak łatwo się domyślić, należę do tej drugiej grupy i najprawdopodobniej odpowiada za to właśnie ten film i jego kontynuacja.
Zawsze podobało mi się pajacowanie głównego bohatera, w postaci zwariowanego genialnego detektywa Carrey świetnie się odnalazł. Ciężko wyobrazić sobie kogoś innego w tej roli.
Niestety ktoś wpadł na pomysł nakręcenia filmu o synu Ace’a. Ech… Na szczęście wciąż możemy cieszyć się dwoma oryginalnymi produkcjami.

Wyspa skarbów

Widziałem późniejsze adaptacje powieści Stevensona (m.in. kosmiczną wersję Disneya i niemiecką, nie oglądajcie tej niemieckiej) i żadna nie przypadła mi do gustu do tego stopnia, co ta z 1990 roku. Przepiękne plenery i porywająca, wartka akcja. Dowód na to, że film o piratach może być świetny bez chodzących szkieletów i ludzi-ośmiornic. W dodatku głównego bohatera gra Bale, a nie Bloom.
No i dzięki tej produkcji zapoznałem się z oryginałem.

Mali żołnierze
Film o zabawkach, które ożywają, bo „genialni” twórcy użyli do produkcji wojskowej technologii. Plastykowi żołnierze wychodzą z pudełek z zamiarem urządzenia rzezi swoim pokracznym wrogom, oczywiście w konflikt wplątują się ludzie. Mi ogląda się to przyjemniej od Transformers.
Co prawda ludzie w tym filmie troszkę za łatwo kupują fakt, że zabawki ożyły, ale sekwencje uzbrajania się komandosów w narzędzia, scyzoryki i artylerię zmontowaną ze zszywaczy, pił motorowych i kosiarek wciąż bardzo mi się podobają. W tle jest jeszcze wątek chłopaka-sieroty, głównego bohatera, nierozumianego przez rodziców i beznadziejnie zakochanego w uroczej sąsiadce. I, niespodzianka! na końcu są parą.
Uwielbiałem ten film do tego stopnia, że przynosiłem go z wypożyczalni kilka razy. Dzisiaj mam w związku z tym pewną teorię.
No i jest tu muzyka Led Zeppelin. I Spice Girls.

Kto wrobił Królika Rogera

Komedia kryminalna, w której detektyw rozwiązuje sprawę tytułowego bohatera kreskówki. W tym filmie wszystko jest świetne, nawet dzisiaj ogląda się go z przyjemnością. Bohaterów da się lubić, detektyw Valiant się czegoś uczy, animacja wciąż trzyma poziom (w końcu był Oscar za efekty specjalne), czarny charakter jest przyjemnie karykaturalny, a Charles Fleischer robi niesamowitą robotę, dubbingując Rogera. Poza tym w tej produkcji pojawia się masa kultowych postaci z kreskówek.
Bije na głowę inne filmy, w których obok aktorów grają postacie z kreskówek.

Batman
Film będący w czołówce adaptacji komiksów o Mrocznym Rycerzu i adaptacji komiksów w ogóle. Świetny Keaton, genialny Nicholson, do tego kultowa już dziś ścieżka dźwiękowa Danny’ego Elfmana. Zresztą, każdy go przecież widział. Dzięki temu filmowi nagle okazało się, że historyjki o facetach w rajtuzach wcale nie muszą być tylko dla dzieci. Oczywiście, gdyby nie powstał, znalazłby się inny, który przetarłby szlak dla filmów o superbohaterach, jednak to głównie jemu zawdzięczamy rozkwit filmów superbohaterskich.
KLIK

Powrót do przyszłości
Kolejny banał na tej liście, lepiej przywyknijcie. Świetne trzy filmy, interesujący bohaterowie, których przygody chce się śledzić. Zedcydowanie Spielberg wie, jak się robi kino rozrywkowe.

Gwiezdne wojny
Dzisiaj widzę, że Nowa Trylogia nie umywa się do starszych filmów (Anakin jako beksa? lepiej jest przedstawiony w serialu animowanym; no i Jar-Jar).
Gwiezdne wojny wciąż mają silny wpływ na popkulturę, swego czasu wpłynęły również na sposób kręcenia filmów (to między innymi dla tej serii ukuto termin Kino Nowej Przygody). Same w sobie niewiele różniły się od tego, czym było kino science fiction przed ich pojawieniem się (tylko w odpowiednim powiększeniu), ale sukces sagi Lucasa wpłynął na rozwój tego gatunku (bo hej! wszyscy chcieli mieć filmy o kosmosie).
Jednocześnie to rodzaj baśni, historii o walce Dobra ze Złem, która została jedynie osadzona w futurystycznych realiach. Coś pięknego.

Park jurajski
Zakatowałem kasetę, na której miałem nagrany ten film, w międzyczasie wybłagałem wypożyczenie kontynuacji w wersji z napisami, choć jeszcze nie potrafiłem czytać. Wciąż jest świetny, o czym można się było przekonać w tym roku w kinie, gdyż z okazji okrągłej rocznicy zrobiono wersję czyde.
Więcej o niej i filmie jako takim TU.

Władca Pierścieni

Filmy, na które ludzie czekali latami.
Dla mnie były bramką do fantasy jako gatunku. Pamiętam, że zobaczyłem scenę narady u Elronda i zapytałem Tatę, co ogląda, a on odpowiedział, że pewnie mi się nie spodoba. To było VHS-owe wydanie Drużyny Pierścienia. Miałem wtedy sześć lub siedem lat i jeszcze nie do końca ogarniałem, więc na ostatniej scenie dziwiłem się, że jeszcze nie wygrali.
Niesamowita, epicka, trwająca ponad jedenaście godzin przygoda. Dla mnie ważna również dlatego, że od niej zaczęła się fascynacja magicznymi światami, elfami, smokami i całą resztą.

Indiana Jones

Kiedy byłem dzieckiem… takim mniejszym… to chciałem być archeologiem. Oczywiście za sprawą Indiany Jonesa. Seria ta na długie lata uczyniła Harrisona Forda moim ulubionym aktorem. Znam te filmy na pamięć, ale wciąż oglądanie ich daje masę frajdy. Jeśli będzie kiedyś jakaś lista w stylu Top 17 postaci z filmów, to Indy powalczy o podium.
Niestety czwarta część miała kosmitów i zdecydowanie za dużo efektów robionych na kompióterze. I LaBeoufa. Nie wpłynęło to jednak na postrzeganie poprzednich filmów.

Cóż, to koniec. W sensie tego zestawienia.
Postanowiłem streścić się do dziesięciu filmów. Na jutro planuję podobną listę, tym razem książek, które wtedy odgrywały istotniejszą rolę, czytałem więcej, dzięki temu, że nie miałem Internetu. Albo inaczej, czytałem więcej książek. Potem chciałbym jeszcze napisać obszerniejsze zestawienie obejmujące pozostałe dziwne rzeczy, w tym seriale, gry, zabawki i mody(?), którym masowo ulegały dzieciaki z mojego bloku, w tym oczywiście ja.
Dlaczego?
Bo mogę. Bo gdzieś tam jest już piąta. Bo być może pozwoli to czytelnikowi lepiej zrozumieć, czym się kieruję, pisząc o tym wszystkim, o czym tutaj piszę.

Także więc do jutra.

Jaskier

Read Full Post »