Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Styczeń 2014

Panie Liam Neeson, dlaczego? Dlaczego Pan się na to godzi?

Widziałem tylko pierwszą część, porwałem ją kiedyś z koszyka z przecenionymi płytami DVD. Jest świetna – uczciwy film akcji z fabułą rodem z minionej epoki, którą wszyscy lubimy za jej głupkowatość i efektowność, ale zmodyfikowany odpowiednio do obecnych czasów.
O jakości tego filmu i ilości frajdy, jaką sprawia oglądanie go, świadczy to, że już stał się kultowy. Za ten stan rzeczy odpowiedzialny jest w głównej mierze Liam Neeson, który gra głównego bohatera, byłego agenta służb specjalnych, speca od ratowania uprowadzonych osób, który przez cały film próbuje odbić porwaną przez Albańczyków córkę. I robi to w zajebisty sposób.
Tę produkcję umieściłbym w czołówce filmów akcji 2008 roku.

Natomiast w przypadku kontynuacji… już na plakat nie mieli pomysłu i zerżnęli ten z pierwszej części. Nie widziałem tego filmu, ale wiadomo, że to jeden z tych przypadków, gdy sequel powstaje na siłę, wskutek niespodziewanego sukcesu poprzednika. Nawet zarobił 150mln $ więcej, ale… to nie ma sensu.

W pierwszej części córka Neesona została porwana, przyjechał więc do Francji, narobił bałaganu, postrzelał sobie do Albańczyków, uratował ją – koniec historii. Nie ma ciągu dalszego. Nie powinno być.

A teraz mają kręcić jeszcze część trzecią.

Niechaj za komentarz posłużą słowa użytkownika Filmwebu o nicku grochol:
„teraz Liam porwie samego siebie i odbije :D”

Jaskier

Read Full Post »

Film z Bradem Pittem nie ma absolutnie nic wspólnego z tą książką, z wyjątkiem zombie oczywiście. Równie dobrze można by powiedzieć o Zmierzchu, że jest ekranizacją Drakuli Stokera, ponieważ obecne są w nim istoty, które zostały nazwane wampirami. Poważnie, pojawienie się zombie i toczenie z nimi wojny przez ludzkość to jedyne, co łączy książkę i film.

Ciężko World War Z (albo Wojnę zombie, bo taki tytuł nosiło pierwsze wydanie) przenieść na ekran, ponieważ nie ma tradycyjnej formy prowadzenia narracji. Jest to zbiór relacji naocznych świadków tytułowego konfliktu, od pojawienia się pierwszych zainfekowanych wirusem, przez narastającą panikę, do względnego opanowania sytuacji po dziesięciu latach trwania „Wojny Z”.
Wysłannik ONZ jeździ po świecie z zadaniem sporządzenia raportu, zebrane materiały, które się do niego nie nadają, wydaje w formie książki. Znajdują się tu wspomnienia cudem ocalałych ludzi, urzędników, którzy podjęli się próby podźwignięcia zdewastowanych gospodarek i zarządzaniem odbudowywania świata, relacje żołnierzy z kilku bitew przeciwko zombiakom, a także kilka mniej spodziewanych relacji. Nie chcę psuć frajdy płynącej z lektury, bo kreatywność autora, umiejętność wymyślania postaci, których losami się przejmujemy, choć dostały raptem kilka stron, jest niewiarygodna. Ale i tak konia z rzędem temu, kto zapamiętał nazwiska tych wszystkich ludzi.

Aczkolwiek mam wrażenie, że też nie do końca o przedstawienie konkretnych przypadków chodziło. Mnogość wypowiadających się i fakt, iż pochodzą z całego świata (wziąwszy pod uwagę, że dla przeciętnego Amerykanina świat składa się w głównej mierze z USA, Chin, Rosji, Europy i Bliskiego Wschodu) dowodzą temu, że autorowi zależało na pokazaniu wpływu tej wojny na ludzkość. Także wypunktowaniu wad obecnych u niej wcześniej. Wychodzi na wierzch tępota dowódców wojskowych, którzy tytuły uzyskali w czasach Zimnej Wojny, głupota i naiwność celebrytów, zakłamanie polityków.
Osobną sprawą jest ten motyw wyłażenia na wierzch najgorszych cech ludzkich rodem z Jądra ciemności. Autor poświęca mu jednak zaskakująco mało czasu, skupia się głównie na piętnowaniu wad, wykorzystując do tego gorzki żart – konsumpcjonistyczne społeczeństwo zostaje żywcem i dosłownie pożarte etc.

Wielka pochwała dla tłumacza (Leszek Erenfeicht) za pilnowanie tego, by łatwiej było czytelnikowi uwierzyć w to, że czytamy słowa różnych ludzi. Naturalnie, jest to zasługa autora (tak mniemam), ale dobrze wiemy, że podczas przekładu można to było spieprzyć.
W słowach wypowiadających się bohaterów czuć emocje. Wielkim zaskoczeniem dla mnie było to, że niektóre relacje były wzruszające. Nie żebym płakał podczas czytania, ale zostało to napisane w taki sposób, że tym ludziom można autentycznie współczuć.

Jest tu też dużo wypowiedzi, przemówień w stylu Emmericha. Wiecie, prezydent mówiący, że trzeba podtrzymać ducha ludzkości, by przyszłość mogła zaistnieć. Tylko że tutaj, w przeciwieństwie do tych nieszczęsnych katastroficznych filmów, to działa. Ludzkość została zepchnięta na dno rozpaczy i potrzebuje zarówno energii, jak i chęci, by się od tego dna odbić.

Niektóre wydarzenia, które stanowią bezpośrednie konsekwencje zakończonej wojny, są nieco dziwne. Przykładowo – Kuba staje kwitnącym, kapitalistycznym państwem, w którym Fidel Castro pierwszy zagłosował za swoim odejściem. Chciałbym też przeczytać więcej o Rosji. Panie Brooks, proszę napisać dla mnie World War Z: Russia. W przypadku tego państwa wyłazi na wierzch niezwykle stereotypowe traktowanie narodów (podobnie z Koreą Północną). Przypięcie łatki, krzywdzącej rzecz jasna.
USA również dostaje po dupie, pisałem o tym wyżej, jednak odnosi się pewne wrażenie gloryfikacji. Wydaje mi się, że głównie dlatego, że połowa (na oko) rozdziałów dzieje się w Ameryce.

Generalnie jednak polecam tę książkę.
Zdecydowanie najlepszy zbiór relacji z wojny z zombie dostępny na rynku.

Jaskier

Read Full Post »

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz

Do premiery zostało nieco ponad dwa miesiące, zdążyłem nawet trochę napisać na temat tej produkcji, przy okazji emisji zwiastuna w październiku. Postać nie cieszy się w Polsce zbyt wielką popularnością, co jakoś szczególnie nie dziwi, ponieważ to ożywiona amerykańska propaganda z czasów II wojny światowej. Ma jednak potencjał i Marvel powinien go wykorzystać w filmach.
Właściwie teraz, patrząc m.in. na datę premiery, która oddalona jest od lata, związanego nierozerwalnie z głośnymi, kolorowymi produkcjami, zaczynam mieć nadzieję na to, że jednak Zimowy Żołnierz okaże się filmem szpiegowskim. Miałoby to więcej sensu od kolejnego naszpikowanego efektami szczeladła.
Nie?
Liczę też na to, że Rogers rozwinie się jako postać. Elegancko wyszło z Thorem, w tym przypadku również możemy liczyć na to, że dostaniemy bohatera w pełni ukształtowanego przez wydarzenia z wcześniejszych filmów.

The Amazing Spider-Man 2

Pierwsza część podobała mi się, choć z biegiem czasu dostrzegam w niej coraz więcej głupot oraz elementów, które nie powinny się tam pojawić. Aczkolwiek wciąż lubię film Webba bardziej od trylogii Raimiego. Wysoce prawdopodobne, że przed premierą TASM2 napiszę wreszcie tekst o starszych filmach z Pająkiem, bo tak jakby to kiedyś zapowiedziałem. Więc trzymajcie kciuki i nie obgryźcie paznokci z niecierpliwości.
Mam pewne obawy odnośnie tegorocznej produkcji, zresztą jak większość widzów. Znowu bowiem ładują do filmu trzech przeciwników i mnożą zapowiedzi kolejnych. Ostatnio nie skończyło się to za dobrze, bo po prostu nie ma czasu na odpowiednie zaprezentowanie tylu łotrów. Spider-Man 3 poległ między innymi z tego właśnie powodu – film nie pomieścił wszystkiego, co twórcy (a również krawaciarze) do niego wepchnęli.
Fabuła nie jest z gumy – jak powiedział Andrzej Sapkowski.
Całe szczęście wciąż jest Gwen.
Będę płakał na jej śmierci.

X-Men: Days of Future Past

To jest znowu film o Wolverine’ie. Dlaczego to jest znowu film o tej postaci?
Tak jakby te trzy ostatnie o nim były dobre. Albo fajne.
Istnieje duża szansa na to, że będzie to coś wspaniałego. Chociażby obsada – ujrzenie tych wszystkich aktorów w jednym filmie powinno być przeżyciem samym w sobie.
Tylko znowu wszystko rozbija się o scenariusz. Postaci, które muszą dostać odpowiednią ilość czasu jest multum i trzeba trzymać kciuki za to, by całość nie zawaliła się pod ciężarem bohaterów, łączących ich relacji, wątków i motywów. Dochodzi do tego również problem ze spójnością świata przedstawionego, ponieważ ta produkcja ma połączyć trylogię X-Men z Pierwszą klasą. Oby Singer wiedział, na co się pisał i nieścisłości, które na pewno się pojawią, były marginalne.
No i daliby wreszcie spokój temu Rosomakowi. W komiksie, z którego czerpie scenariusz tego filmu, Logan nie gra głównej roli. I w wielu innych przygodach mutantów też, więc możliwe jest opowiedzenie historii, w której nie jest pierwszoplanową postacią. Czego dowodem jest Pierwsza klasa.

Strażnicy galaktyki

Koncept tak szalony, że albo okaże się przebojem, albo totalną klapą.
Grupa kosmicznych policjantów, w skład której wchodzą szop gadający głosem Bradley’a Coopera i człowiek-drzewo – jestem zaintrygowany i ciekaw rezultatu. Nie rozumiem ludzi, którzy marnują czas, wielokrotnie zarzucając Strażnikom galaktyki infantylizm i takie tam inne.
Jeśli nie lubicie takich klimatów i poinformowaliście już o tym świat (abstrahując od tego, że świat ma wasze zdanie w dupie), to po co robicie to więcej razy? Idźcie, przeczytajcie jakąś książkę. Albo cokolwiek.

Jest tego niby jeszcze trochę, ale kontynuacja Avengers, filmy z trzeciej fazy oraz Batman vs Superman to odległe wydarzenia, na które przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Nawet nie bardzo byłoby o czym mówić, gdyż na razie mamy do czynienia głównie ze spekulacjami. Więc dajmy sobie spokój, lepiej  zaczekać na… cokolwiek.
Gdybym miał coś na szybko powiedzieć, to chyba tylko tyle, że Michael Douglas może być fajnym retro-superbohaterem na emeryturze, no i beka z DC, że nie umie się ogarnąć ze swoimi filmami.

Jaskier

Read Full Post »

Nie bardzo wiem, jak napisać coś więcej na temat tego filmu, nie zdradzając fabuły, toteż powiem tylko, że polecam, bo dochodzi tu do jawnego wyśmiania konwencji komedii romantycznej i to ona jest właśnie suką, którą reżyser, scenarzysta i pierwszoplanowy aktor w jednym radzi nam walić.
Niżej będą SPOILERY, czujcie się ostrzeżeni.

Don Jon jest filmem o problemach dotykających młodych ludzi we współczesnym świecie. Poważnie, zwiastun, o którym pisałem w maju, zapowiadał coś zupełnie innego, dopiero w trakcie seansu orientujemy się, że scenarzysta zasadził tym wszystkich durnym kliszom potężnego kopa w dupę i wysłał je do kąta. Nieźle.

Problemem Jona – jak łatwo się domyśleć – jest uzależnienie od pornografii, które wypaczyło mu umysł do tego stopnia, że po seksie zostawia dziewczynę w łóżku, by dodatkowo zażyć wirtualnej miłości ze starannie wyselekcjonowaną panienką.
Z kolei Barbara (Johansson) jest oderwaną od rzeczywistości koneserką mdłych romansideł, które wyrobiły u niej zdegenerowany obraz idealnego mężczyzny.
Oboje chcą od życia czegoś, co tak naprawdę nie istnieje, gdyż idealne są tylko modele matematyczne*. Żadne z nich nie potrafi odróżnić fikcji od rzeczywistości i właśnie to rodzi konflikty w ich związku.
Ostatecznie jedynie Jon wyciąga lekcję, Barbara natomiast pozostaje tą samą tępą, egoistyczną francą, którą się okazała być.
Jaki płynie z tego morał?
Zawsze kasuj historię przeglądarki. Chyba.
Pasuje. Nie?
Jon kończy szczęśliwie, zrywa z tym durnym nałogiem i ewoluuje jako postać. Na tym polega różnica między tym filmem i większością komedii romantycznych, w których bohaterowie się przypadkiem poznają, zakochują od pierwszego wejrzenia, pierwszy raz całują, kłócą się i rozstają, wracają do siebie, biorą ślub i odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.

Ciekawe jest również podkreślenie monotonii życia Jona. Kręci się ono wokół siłowni, klubów, gdzie podrywa dziewczyny, obiadów u rodziny, z którą łączą go naprawdę kiepskie stosunki i cotygodniowych wizyt w kościele, gdzie regularnie się spowiada. Zostało to zrealizowane bardzo elegancko i jednocześnie nie odbiera niezbędnego czasu właściwej części filmu, czyli opowiadanej historii.

Jest całkiem zabawny, sceny z kumplami nie porażają nieautentycznością. Łatwo wyobrazić sobie, że faceci w klubie rozmawiają w taki sposób. Rodzina Jona jest przyjemnie stereotypowa, ten zapatrzony w telewizor ojciec, marząca o wnukach matka i przyczepiona do telefonu siostra to bardzo ciekawy koncept. Nietrudno zgadnąć, że zachowanie głównego bohatera oraz jego styl życia wynikają z braku odpowiednich wzorców.

Zdecydowanie najlepsza komedia romantyczna z Josephem Gordonem-Levittem i Scarlett Johansson w 2013 roku.

Są nawet cycki.
Ale niedużo i nie Scarlett.

Jaskier

*I podobno Matthew Anderson.

Read Full Post »

Jak na człowieka, który wierzył, że świat zaczyna się w nurtach Gangesu, kończy za Cieśniną Gibraltarską, a w jego centrum jest Jerozolima, Dante był całkiem bystry. Między innymi, świetnie udowadnia, że Sapkowski miał rację, wkładając w usta Jaskra poniższe twierdzenie:
– My, poeci, musimy znać się na wszystkim […] W przeciwnym razie kompromitowalibyśmy się, pisząc.
(opowiadanie Kraniec świata, tom Ostatnie życzenie)

Boska Komedia jest bowiem przelanym na papier obrazem średniowiecznego świata. I to nie tylko w kwestii konstrukcji kolejnych miejsc pobytu dusz zmarłych, które – z tego, co zrozumiałem – zainspirowane były starszymi tekstami, Summa theologiae św. Tomasza, chociażby. Nie sposób również nie dostrzec kopiowania pomysłów z antycznych źródeł – Syzyf toczący swój kamień i cały znany z greckiej mitologii Tartar idealnie wpasowałyby się w pierwszą część poematu.
Florencki poeta wiele pisze również na temat średniowiecznej teologii, filozofii, geografii i astronomii, często poświęcając tym zagadnieniom większą część danej pieśni. Dzięki temu można potraktować ten utwór jako podsumowanie epoki, w której powstał (a pamiętajmy, że do którejkolwiek z umownych dat końca średniowiecza brakuje ponad stu lat). Dodatkowo dostrzec tu można pierwsze przebłyski nadchodzącego renesansu – chociażby jawną krytykę duchowieństwa i wręcz żądanie reform w Kościele.
Obok tego jest zobrazowanie całej ówczesnej Italii, która – według słów poety – zatraca się w grzechach i wypluwa na świat kolejnych degeneratów. To także, wraz z powracającą krytyką papiestwa i cesarstwa – filarów czternastowiecznej Europy, udowadnia, że Dante był żywo zainteresowany polityką i pragnął poprawy świata, w którym żył.

Z tego powodu czerpanie perwersyjnej wręcz przyjemności z opisów, nomen omen, dantejskich scen jest nie na miejscu. To nie o to chodziło, żeby podniecić grupę degeneratów, która cieszyć się będzie, czytając opisy mąk, których doświadczają grzesznicy w Piekle.

Owszem, efekt zastraszenia okropnymi wizjami Piekła istnieje, ale nie dajmy się zwariować, byle ciura w czternastym wieku nie potrafił czytać i też ciężko mi sobie wyobrazić, że ktoś wykorzystałby napisany językiem pastuchów i kupców poemat w trakcie kazania. No nie. Jeszcze sto lat później wysyłano na stos ludzi za to, że chcieli tłumaczyć Biblię.

Zamiast licytować, który rodzaj grzeszników doświadcza najokrutniejszej kary, warto by było raczej skupić się na innych aspektach utworu.

Duch, co z natury swej na miłość leci,
Do każdej rzeczy przyjemnej się skłania,
Skoro w nim lubość chęć do lotu wznieci.
Wasza pojętność bierze cel kochania
Z rzeczywistości; tu ziemska uroda
W kształtach powabnych duszy się odsłania.
Czyściec, Pieśń XVIII

Dante na propsie.

Jaskier

Read Full Post »

Co sprytniejsi i bardziej uważni czytelnicy zauważą to sami. Jako że jesteście moimi czytelnikami, zakładam, że wszyscy jesteście bardziej niż mniej bystrzy, toteż słowa te kieruję do osób, które z jakiegoś powodu trafiły tutaj zupełnie przypadkowo.

Zgłosiłem mój prywatny kawałek Internetu do konkursu o tytuł Bloga Roku. Stąd dodatkowe okienko, tam po prawo. Tylko nie wysyłajcie SMS-ów. Naprawdę.
Wyślijcie lepiej jakimś dzieciom. One tego potrzebują bardziej ode mnie.

Dlaczego?
To znaczy, nie dlaczego nie macie głosować SMS-ami, tylko dlaczego postanowiłem wziąć udział?
Bo mogę?
Bo nic mnie to nie kosztuje?
Bo liczę na to, że dzięki temu trafi tu choć jedna osoba?

No i Ktoś mi wczoraj powiedział, że to coś w sam raz dla mnie.

Jaskier

Read Full Post »

To nie jest wcale tak, że się rozleniwiłem.

Tłumaczyłem się już na fanpejczu, toteż tylko przypomnę, że musiałem na jakąś studniówkę iść do szkoły (zgodnie ze świecką, szkolną tradycją, wraz z kolegą współredaktorem, poczyniłem tekst, w którym oceniamy poszczególne elementy tego balu, jeśli ktoś ma ochotę, to zapraszam).

Dzisiaj rano nie było prądu. Ponieważ niefajne warunki pogodowe doprowadziły do uszkodzenia linii przesyłowych. Nie było Internetu i takie tam. Kiedyś dojdzie do poważnej awarii, której nie będzie się dało naprawić i nasza cywilizacja przestanie istnieć. Będziemy walczyć o pożywienie i dostęp do zasobów wody pitnej. Inwestujcie w złoto, bo zginiecie.
Zostaną tylko Amisze, Aborygeni, Pigmeje, Papuasi i ci wszyscy inni ludzie, których w telewizji pokazuje p. Wojciech Cejrowski.
Bo człowiek jest prochem i niczem.
I też wodą – 60%.
Ksiądz Piotr był słaby z biologii najwyraźniej.

Nie było tego prądu, więc wziąłem się za czytanie. Przeczytałem Piekło Dantego. Znaczy się nie całe, bo nawet wydanie Zakładu Narodowego im. Ossolińskich nie jest kompletne, w przypadku kilku pieśni trzeba się zadowolić streszczeniem. Doczytałbym w wersji elektronicznej w Internecie, no ale nie było prądu. Nieco dziwne, że do zapoznania się z całością utworu potrzeba elektroniki, chociaż książka leży na półce. Gdzie jest sens?

Właśnie – książka.
Mam już World War Z i przeczytam po Boskiej Komedii, spodziewajcie się więc jakiegoś wpisu na ten temat.

Wybaczcie chaotyczną formę.

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »