Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Marzec 2016

Tak naprawdę, to nie siedemnaście, no ale skoro już się daliście nabić w butelkę, kliknęliście w ten jakże zachęcający tytuł, to zapraszam do przeczytania całości. Mam nadzieję, że nie pożałujecie.

Zacznijmy więc od tego, kim jest pan, o którym mowa w tytule? Otóż Zack Snyder* jest reżyserem. Bywa także scenarzystą filmowym, ale na tym polu jego dokonania są o wiele skromniejsze. Wygląda tak:

Robi bardzo fajne filmy. I celowo użyłem tutaj słowa fajne, gdyż co do ich jakości można by się długo spierać. No ale grunt, że mnie się większość podoba, w końcu to mój tekst, na moim blogu. Określiłbym go jako Michaela Baya, którego filmy da się oglądać i nawet sprawia to przyjemność. Tylko że… no właśnie, nie jest to jakiś wybitny tytuł albo hasło, które można by rozdawać na naklejkach i twórcy nosiliby je z dumą, przypięte do kurtek niczym odznaki dzielnego pacjenta. Ale cóż ja mam począć, skoro tak właśnie odbieram twórczość pana Snydera?

IMDb podaje siedem jego pełnometrażowych filmów, które już doczekały się premiery:
Świt żywych trupów
300
Watchmen: Strażnicy
Legendy sowiego królestwa
Sucker Punch
Człowiek ze Stali
Batman v Superman
Z tej grupy nie widziałem tylko tej animacji o sowach i BvS, na który się wybieram jutro, toteż pomijając te dwa tytuły, prześledźmy dokonania pana Snydera.

Świt żywych trupów pamiętam najsłabiej, gdyż widziałem go tylko raz kilka lat temu w telewizorni. Jest to film – co za szok – o apokalipsie zombie, będący remake’iem tytułu z 1978, w którym grupa ocalałych barykaduje się w centrum handlowym. Wizualnie jest paskudny, czyli bardzo dobrze, w końcu to film o żywych trupach. Wzorem innych z gatunku nie kończy się dobrze.

300 lubię, nawet bardzo, chociaż doskonale świadom jestem jego wad i to nie tylko tych w kwestiach historycznych, na których to temat wysłuchałem raz w gimnazjum wykładu pana od historii. Podoba mi się to, z jaką pompatycznością, a jednocześnie bardzo kiczowato nakręcona została adaptacja komiksu o Spartanach spod Termopil. Warto też dodać, że te dziesięć lat temu poleganie na komputerze i nasranie filtrami były dla mnie czymś nowym.
Trzeba także pamiętać, że kolejne podejście producentów 300 do tematyki, powiedzmy, antycznej Grecji, tym razem już bez Snydera na pokładzie, okazało się totalną porażką. Immortals to śmierdząca kupa i pozostaje zapytać – czy zabrakło trzymającego nad wszystkim pieczy Snydera, czy solidnego materiału źródłowego?
A, łapcie to – w Immortals Superman walczy z Hyperionem. :P

Watchmen to chyba najlepszy z dotychczas wyreżyserowanych przez Zacka Snydera filmów. Równocześnie jest to bardzo mocny kandydat do miana najlepszej produkcji o superbohaterach. Poczytajcie internety, pełno jest tam takich opinii, nawet sam byłem podobnego zdania. Czemu byłem? Gdzie jest haczyk?
Czytaliście Watchmen?
Nie?
To przeczytajcie. Warto.
Zack Snyder przeczytał, zachwycił się i stwierdził, że musi zrobić z tego film. Niestety, jak to u niego bywa, przekopiował kadry bezpośrednio z komiksu na klatki filmowe, a część materiału musiał wyciąć, by zmieścić się w i tak długaśnym czasie seansu.
No i jest, taka laurka dla dzieła Moore’a. Wielka, świecąca strzałka informująca, żeby przeczytać komiks. Ma naprawdę mocne elementy – napisy początkowe, które nosem wciągają te ciągnące się w nieskończoność sieci ze Spider-Mana Raimiego albo tę dziwaczną sekwencję z X-Men Singera. Osobiście uwielbiam również postać Rorschacha.
Także w sumie jest to najlepszy film wyreżyserowany przez Snydera, ale głównie dzięki temu, że jak długo jest w stanie, trzyma się pierwowzoru.

Ten film byłby ekstra, gdyby nie to, że jest mocno powalony. No bo ponoć było tak, że ankieta wykazała, co się męskim młodzieżom podoba najbardziej i co by takie młodzieże chciały oglądać. Nie licząc golizny, no bo wiadomo – #PG13.
I w tym filmie jest wszystko – robo-samuraje, pruscy zombie, mechy, orkowie, smok, walki na miecze, strzelanie oraz miłe dla oka dziewczęta.
Tylko że ubrane jest to wszystko w incepcjopodobny gównobełkot o wizji w wizji, żeby uciec od prawdziwego świata, w którym przez splot nieszczęśliwych wypadków główna bohaterka ma zostać poddana zabiegowi lobotomii. Przez Poe Damerona obdarzonego alfonskim wąsikiem.
Dlatego wyobraża sobie, że zamiast w szpitalu psychiatrycznym, jest w dziwnym burdelu… w którym tańczy dla klientów… hipnotyzuje ich tym tańcem, a sama wyobraża sobie, że w tym samym czasie przeżywa te wszystkie przygody, o których była mowa akapit wyżej.
Na tym etapie doskonale widać, jaki jest problem pana Zacka Snydera – no umie kręcić różnorodne sceny akcji i najwyraźniej sam ma z tego sporą frajdę, ale jest potrzeba, by ktoś go pilnował. Jak dziecko, które może podczas zabawy popsuć którąś z zabawek albo nabałaganić i nie posprzątać po sobie.

Niby po premierze nie zmieszałem tego filmu z błotem, ale jako start dla filmowego uniwersum nie bardzo się nadaje. Bo dzisiaj – kilka lat po premierze – naprawdę niewiele pamiętam. Przydługawy wstęp, dziwaczną postawę Costnera, Russela Crowe’a z kołkiem w dupie, przerysowanego Zoda, jego dziwaczny plan. I masę rozwałki. I wciąż uważam, że była wykonana porządnie, choć było jej zdecydowanie zbyt dużo. Bardzo spoko była ta końcowa scena ze strąceniem szpiegowskiego satelity, ale ona nijak się miała do tonu całego filmu.
Przykre, że nie udało się już wtedy zbudować potężnej marki, wszak Superman naprawdę zasługuje na porządny film.

***

Podsumowując to do kupy, ciężko nazwać Zacka Snydera wizjonerem. Na pewno jest zdolny i ma potencjał, ale jego zapał do rozwalania rzeczy na ekranie trzeba ostudzać. I wytłumaczyć mu, że czasem warto używać kolorów. Naprawdę lubię jego filmy, te sprzed Man of Steel, ale poza Watchmen, to bardziej w kategoriach guilty pleasure, mając świadomość tego, że są tylko fajne.

***

Jeszcze jedno, ale tym razem odnośnie aktorów:
Warner, ogarnij się i nie wkładaj tym ludziom kołka do dupy. Wystarczy, że Christian Bale wypadł, jak wypadł w roli Wayne/Batmana. To świetny aktor, a u Nolana zagrał tak mdło i beznamiętnie, jak Stephen Amell w Arrow. W CW główne role dostają modele bielizny męskiej, więc ciężko się czepiać, ale od flagowych produkcji studia przecież można czegoś wymagać.
A teraz to samo dzieje się z Cavillem. Zrobił taką niesamowitą robotę w Kryptonim U.N.C.L.E., że czapki z głów, a tu mu każą zaciskać zęby i robić groźne miny przez dwie i pół godziny. Zupełnie jakby aktor przed wejściem na plan tych filmów musiał zostawić część swojego talentu w garderobie.

***

Na film idę jutro do Bonarki w Krakowie, seans o 17:00. Jeśli któraś z Was zechce, będę się podpisywał na piersiach.
Oby jednak nie było to takie gówno, jak wszyscy mówią.

***

*Nie mylić ze Scottem Snyderem, utalentowanym scenarzystą komiksowym, ostatnio autorem serii Batman, wcześniej Amerykańskiego wampira.

Jaskier

PS Konia z rzędem temu, kto będzie wiedział, dlaczego Snyder został przedstawiony jako Człowiek-Mikser.

Read Full Post »

Tekst zawiera obraźliwie gargantuiczną ilość SPOILERÓW.

Początek tego sezonu jest rewelacyjny niczym cała pierwsza seria. Po obejrzeniu czterech odcinków już sobie w głowie układałem tekst o tym, jak to poprawiono błędy poprzedniego serialu (Jessica Jones) i dorównano pierwszemu sezonowi. Jednak Daredevil liczył odcinków trzynaście, nie cztery…

Jak wspomniałem, zaczyna się naprawdę mocno – w Hell’s Kitchen pojawia się nowy gracz. Członkowie gangów są brutalnie mordowani przez nieznanych sprawców. Ataki są niezwykle skuteczne i wymierzane precyzyjne. Matt, po godzinach pilnujący dzielnicy w pięknym bordowym wdzianku, rozpoczyna śledztwo mające na celu rozpracowanie nowego przeciwnika. I przez śledztwo rozumiem bieganie w środku nocy po mieście i tłuczenie opryszków w nadziei na to, że któryś z nich sypnie. Oczywiście, w pewnym momencie wychodzi na jaw, że to nie cała armia, lecz tylko (aż?) jeden człowiek i Murdock postanawia zrobić wszystko, żeby go powstrzymać.

Ten fragment, swoisty pojedynek dwóch przekozackich gości, jest fenomenalny. Jest to w znacznej mierze zasługa Punishera (Jon Bernthal), który z jednej strony jest skuteczny w mordowaniu niczym Terminator, a jednocześnie ma sztywny kręgosłup moralny i skrywa straszliwą historię. Dzięki temu, że na jego przedstawienie można było wykorzystać kilka godzinnych odcinków, wypada o wiele lepiej niż jego filmowi poprzednicy. Gdy myślę o Punisherze, to z jednej strony przerażające jest to, że jest żywą maszyną do zabijania, z drugiej jednak jest w jego postrzeganiu świata coś pozwalającego go zrozumieć. Bernthal jest takim właśnie Frankiem Castle. Czapki (czy tam turbany) z głów.

Obejrzyjcie więc pierwsze cztery odcinki, a nie pożałujecie. Tym bardziej, że można to zrobić za darmo i jednocześnie legalnie. Wystarczy wykorzystać darmowy miesiąc subskrypcji, zakładając konto na Netflixie, po obejrzeniu je zdezaktywować. Miesiąc to aż nadto na raptem cztery godziny do obejrzenia.

W kolejnym odcinku przeskakujemy do innej tematyki – pojawia się Elektra i już się cieszyłem, że zejdziemy na mocno komiksowe tory, że będą walki z ninja i inne tego typu atrakcje, ale wszystko się jakoś dziwnie rozłazi. Gdyby mi ktoś dwa tygodnie temu powiedział, że to napiszę, to bym go srodze wyśmiał – Daredevil robi się jakby serialem stacji CW. To znaczy na wskroś przesiąka ich najokropniejszymi wadami. Nagle Matt postanawia być męczennikiem, oddalić się od przyjaciół, niby coś komuś obiecuje, ale zawala, pojawia się jakiś totalnie z dupy wzięty trójkąt miłosny. Chodzi, narzeka, jak to mu ciężko, jakie to ma brzemię do noszenia, ale z nikim nie może się nim podzielić, jęczy, że nikt go nie rozumie.
Ja się pytam – dlaczego?

Niby wchodzi na scenę rzeczony wątek Hand i są ninja, nawet jeden ninja-zombie, ale co z tego, skoro sprowadza się on do tego, że dowiadują się, że coś tam i biegną do jakiegoś budynku, gdzie rozwalają całą armię typowych pomagierów, poziom zaliczony, więc można iść do doków czy gdzieś tam i bić kolejne moby.
Ja się pytam – dlaczego?

W dodatku wychodzi nagle Stick i zaczyna opowiadać, jak to on walczy w odwiecznej wojnie z Hand, a Elektra to ich tajna uber-broń i koniecznie trzeba ją zabić, by nie wpadła w ich ręce, bo wtedy ninja zapanują nad całym światem.
I to jest takie… nieangażujące.

Na szczęście przed porzyganiem się z nudów chronią nas inne wątki – rozpoczyna się proces Punishera, kancelaria Nelson & Murdock podejmuje się jego obrony. Dzięki temu mamy okazję dokładniej poznać Franka, jego historię oraz przyczyny wypowiedzenia przez niego wojny przestępczości zorganizowanej. Dodatkowo, Karen Page angażuje się w dziennikarskie śledztwo mające na celu przedstawienie światu prawdy na temat Punishera.

Niby jest więc coś w tej drugiej części sezonu, aczkolwiek postawa Matta Murdocka oraz dziwaczne podejście do wątku Hand sprawiają, że czekanie na dobre sceny (lub po prostu coś interesującego) przypomina grzebanie w gównie w celu znalezienia rodzynek. No może nie w gównie, ale świadomość tego, jak dobry by był ten sezon, gdyby dotarł do mety w takim stylu, w jakim wystartował, sprawia przykrość.
Dużo przykrości.
Nawet rozwiązanie wątku Punishera, kiedy to staje oko w oko z człowiekiem odpowiedzialnym za śmierć jego rodziny, pozostawia sporo do życzenia, że już nie wspomnę o finałowej walce z armią ninja. Byłem przygotowany na epickie starcie pomiędzy członkami Hand, a trójką bohaterów – Elektrą, Daredevilem i Punisherem, czekam, no ma się zacząć, sprawdzam, ile czasu zostało, a tam piętnaście minut.

Ewidentnie zabrakło pomysłu na to, co zrobić, gdy Punisher zostanie aresztowany, wrzucili te głupoty i ciągnęli bez sensu przez kilka godzin, a na koniec zabrakło im czasu na porządny finał. Jest mi przykro, że tak się stało.

***

Mam nadzieję, że następnym razem wszystko zostanie poukładane i porządnie rozplanowane, ponieważ naprawdę szkoda tego potencjału, jaki te historie w rękach tej stacji mają. Obejrzyjcie sobie pierwsze pięć odcinków i jeśli poczujecie, że chcecie się dowiedzieć co dalej, no to więcej zachęcać Was nie muszę. Musicie się jednak liczyć z tym, że nie znajdziecie tutaj odpowiedzi na każde pytanie albo zakończenia wszystkich wątków. I to chyba jest najbardziej frustrujące – że druga część tego sezonu póki co prowadzi donikąd, stanowi tylko zapowiedź kolejnej serii, a trwa aż osiem godzin.

 

Jaskier

Read Full Post »

Film popcornowy:

Max Mad: Fury Road

reż. George Miller

George Miller w zasadzie już na samym początku sezonu letnich hitów w minionym roku poprzeczkę zawiesił tak wysoko, że nikomu nie udało się nad nią przeskoczyć. Mimo iż Mad Max: Na drodze gniewu to film o pościgu samochodowym po pustyni tam i z powrotem, to był on tak soczysty, naładowany akcją, kolorowy, że oglądany w kinie w środku nocy skutecznie powstrzymywał od zaśnięcia.
Można się czepiać tego, że dostajemy za mało informacji o tym świecie, ale jak się nad tym zastanowić, to tak samo musiał się czuć tytułowy bohater, wrzucony przypadkiem w sam środek rewolty przeciwko tyranowi i armii jego wyznawców.
Zdecydowanie to rozrywka na najwyższym poziomie.

***

Jurassic World

reż. Colin Trevorrow

Początkowo, czytając informacje o planach wprowadzania dinozaurzych hybryd, sądziłem, że to nie może wyjść. No i trochę miałem rację, gdyż koniec końców otrzymaliśmy blockbuster klasy B. To znaczy – naókofcy stwarzają w parku rozrywki potwora, który wymyka się spod kontroli i zaczyna mordować, wojsko chce położyć ręce na niebezpiecznej „broni”, mamy twardego, męskiego bohatera, damulkę, która biega po dżungli w butach na obcasach, jakieś dzieciaki, które nikogo nie obchodzą etc. Cóż, taka konwencja.
Ale kiedy film robi coś, czego jeszcze w serii nie było, to naprawdę mu to wychodzi. Jak w tej scenie ataku pterozaurów na centrum albo w laboratorium, gdzie dr Wu tłumaczy, że wszystkie stworzenia w parku są mutantami, albo we wspaniałej kulminacyjnej walce, dla której naprawdę warto przecierpieć niedostatki fabularne.
Uwielbiam oryginalny Park Jurajski, a ten film, mimo iż sporo gorszy, to i tak o kilka długości wygrywa z częścią drugą i trzecią.

***

Ant-Man

reż. Peyton Reed

Filmy o zmniejszaniu cieszą się złą sławą. Na palcach jednej ręki można wyliczyć te, które się naprawdę udały. Między innymi na tej podstawie wielu ludzi uważało (albo wciąż uważa), że produkcja o Ant-Manie nie mogła się udać. Nie zdają sobie sprawy z tego, że po drodze film borykał się z różnymi problemami – zmianą reżysera, przepisywaniem scenariusza. W ogóle. Po prostu są zdania, że taki superbohater nie ma sensu. Jakże bardzo się mylą…
Ant-Man jest świeży, zabawny, inny od pozostałych produkcji z MCU, a jednocześnie czuć, że historia umiejscowiona jest w tym samym świecie, co przygody Iron Mana oraz reszty Mścicieli. No i ja po cichu liczę, że zaowocuje w przyszłości jakimś szpiegowskim filmem o czasach Zimnej Wojny, kiedy to coś na kształt pierwszego składu Avengers otrzymało misję wykradzenia informacji z Moskwy. Skoro pierwszy Ant-Man oraz Wasp już wtedy działali, to wystarczy im dorzucić jeszcze ze dwie osoby z przebogatej kartoteki Marvela i można wysłać ich na misję do ZSRR.
No ale póki co to takie moje myślenie życzeniowe. Na razie mamy Ant-Mana, Scott Lang pojawi się w Civil War, a w planach jest już kontynuacja. Szach-mat, sceptycy.

***

Kryptonim U.N.C.L.E.

reż Guy Ritchie

Guy Ritchie wziął w swoje ręce materiał źródłowy z poprzedniej epoki i zrobił z niego współczesne, rozrywkowe dzieło sztuki. Mimo iż dawno nikt nie robił na poważnie niepoważnego filmu o szpiegach, to wszystko zagrało perfekcyjnie. Żeby było śmieszniej, główni bohaterowie grani są przez aktorów, którzy w 2013 roku wcielili się w popularne postacie w filmach, które okazały się klapami. Kto by się spodziewał, że Henry „Superman” Cavill i ten gostek nie-Depp z The Lone Ranger mają w sobie taki potencjał i w dodatku stworzą naprawdę świetny duet szpiegów?
Jeśli jeszcze nie widzieliście, to czym prędzej tę zaległość nadróbcie. Nowy James Bond najprawdopodobniej długo jeszcze nic tak dobrego nie zaoferuje, a fani starszych odsłon serii o agencie Jej Królewskiej Mości powinni być zachwyceni tym, co Krytponim U.N.C.L.E. w sobie ma – klasę 007, starcie zachodniej i radzieckiej myśli szpiegowskiej, wykradanie broni jądrowej i szalonego Niemca-nazistę.

***

Marsjanin

reż. Ridley Scott

Ridley Scott w końcu zrobił porządny film. Tak powinni reklamować Marsjanina.
Po latach Robinhoodów i Prometeuszy wreszcie coś od tego – utalentowanego przecież – reżysera, co nie budzi zażenowania i zapada w pamięć nie tylko marnym poziomem fabuły. Bo nie oszukujmy się, filmy Ridleya Scott zawsze wyglądają pięknie, jest na przykład jednym z tych ludzi, którzy wciąż wiedzą, jak powinno wyglądać WIDOWISKO historyczne (Exodus), technicznie produkcje, za które jest odpowiedzialny, zapięte są na ostatni guzik (Prometeusz), ale naprawdę mocno brakowało w nich sensownej fabuły.
No i wreszcie mamy Marsjanina. Wprawdzie uważam, że obsypanie go nominacjami do Oscarów było nieco przesadzone i na wyrost, ale to naprawdę dobry film. Mimo iż można się spodziewać przebiegu fabuły i szczęśliwego zakończenia, to seans jest naprawdę satysfakcjonujący. Matt Damon jest super, jego bohater jest pomysłowy, nie poddaje się uparcie dąży do celu w sytuacji, w której wiele osób by się załamało. Jest to Robinson Crusoe na miarę naszych czasów.
Jeśli nie widzieliście, to koniecznie nadróbcie.

***

Uf, w końcu się udało zamknąć poprzedni rok.
Pewnie już dawno zdążyło Was to przestać obchodzić, ale naprawdę chciałem napisać to podsumowanie. Tym bardziej, że o dwóch z pięciu obecnych na tej liście filmów nie miałem jeszcze okazji nic napisać.
Oby ten rok był bardziej owocny w teksty.

***

Bilety na piątkowy seans Batman v Superman już kupione i mam nadzieję, że uda mi się do tego czasu coś napisać o Daredevilu. Nadróbcie, bo będzie spoilerowo. :P

Jaskier

Read Full Post »

Mam zaszczyt hurtem zaprezentować Wam najlepszych z najlepszych anno Domini 2015 w trzech kategoriach: Mała rola w filmie popcornowym, Duża rola w filmie popcornowym oraz Film popcornowy. Oto – co prawda spóźnione, ale przecież lepiej późno niż wcale – nominacje do Jaskierów 2015.

***

Mała rola w filmie popcornowym:

Colin Firth za rolę Harry’ego Harta w filmie Kingsmen

Najbardziej brytyjski ze wszystkich Brytyjczyków, urodzony, by grać dżentelmena, Colin Firth ląduje na tej liście za rolę tajnego agenta-mentora, który musi przekazać pałeczkę następnemu pokoleniu szpiegów. W czasach, gdy Bonda gra Daniel Craig, dobrze, że wciąż są tam gdzieś fani agentów zakutych w szyte na miarę garnitury, którzy muszą stawić czoła kiczowatym złoczyńcom, próbującym przejąć kontrolę nad światem.
Colin Firth idealnie spełnia powierzone mu zadanie. Ciężko wyobrazić sobie, by ktoś inny mógł walczyć ze złem z taką klasą i nienagannym akcentem.
Kliknij, by poczytać więcej.

***

Jeremy Renner za rolę Hawkeye’a w filmie Avengers: Age of Ultron

Hawkeye sportretowany w MCU przez Jeremy’ego Rennera w Age of Ultron w końcu stał się tym, kim powinien być od początku – w świecie półbogów, kosmitów, mutantów i superżołnierzy stanowi nośnik normalności, z którym widzowi najłatwiej się utożsamić. Pałęta się z tym swoim łukiem i strzałami, ale świadomy tego, że nie do końca pasuje do drużyny, w której przyszło mu walczyć. Jednocześnie w całej tej swojej śmieszności, która przeniesiona jest z komiksowego pierwowzoru, stanowi dla Avengers kotwicę. Jego normalność wnosi do ekipy pierwiastek czysto ludzki.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Nicholas Hoult za rolę Nuxa w filmie Mad Max Fury Road

Jak łatwo sobie wyobrazić, Mad Max pojawi się jeszcze na tej liście. Dla samego Nicholasa Houlta nie jest to natomiast pierwsze przyznane przeze mnie wyróżnienie. Kilka lat temu zagrał zombie w komedio-horrorze pt. Wiecznie żywy. Tym razem George Miller powierzył mu rolę fanatycznego wojownika, poddanego lokalnego watażki. Aktor kolejny raz przeszedł transformację fizyczną (w serii X-Men również spędza kupę czasu na fotelu u charakteryzatora), co powoli staje się jego znakiem rozpoznawczym.
No ale na ponowne wyróżnienie zasłużył sobie czymś innym – to w zasadzie jedyna postać, która w filmie ewoluuje, przechodzi jakąś przemianę i aktor z powierzonego mu przez reżysera zadania się wywiązał. Gdy Nux orientuje się, że Wieczny Joe jest tak naprawdę despotycznym tyranem, rozpoczyna się jego ścieżka na Jasną Stronę Mocy.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Kate Blanchet za rolę Macochy w filmie Kopciuszek


A tu być może zaskoczenie, bo nic na blogu na temat tego filmu się nie pojawiło. Więc w telegraficznym skrócie – czy sześćdziesiąt pięć lat po premierze animowanej wersji Kopciuszka można coś jeszcze z tego wycisnąć? Czy robienie aktorskich wersji każdej z Księżniczek Disneya ma sens?
Cóż, na pewno nie w postaci musicalu, w którym jest więcej tekstu śpiewanego niż w Nędznikach, ale próbować warto. Co prawda rzeczony Kopciuszek Kennetha Branagha fabularnie niewiele nowego ma do zaoferowania, aczkolwiek wygląda wprost przepięknie. Nominacje za kostiumy i scenografię posypały się ze wszystkich stron i mimo iż ostatecznie Oscara w tej kategorii wygrał Mad Max, to nie można pod tym względem nowej inkarnacji klasycznej opowieści niczego odmówić.
Jest jednak jeszcze coś poza sukniami i landszaftami, co wyszło – antagonistka. Zła macocha grana przez Cate Blanchett jest przesiąknięta złem do szpiku kości i zrobi wszystko nie tyle po to, by sobie i córkom zapewnić komfortowe życie, ale wyłącznie w celu uprzykrzenia go Kopciuszkowi. Aktorka wręcz rozkoszuje się tym, jak okrutna oraz niesprawiedliwa jest jej bohaterka i mimo że nie sposó jej kibicować, to musi na widzu zrobić wrażenie.

***

Harrison Ford za rolę Hana Solo w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Ostatnie z pięciu nazwisk w tej kategorii należy do legendy popcornowego kina. Pomimo sporych niedociągnięć filmu i według mnie kontrowersyjnych fabularnych decyzji, nie potrafię wyobrazić sobie tej listy bez zawarcia na niej Harrisona Forda, wracającego do roli gwiezdnego przemytnika i awanturnika, która niegdyś otworzyła mu na oścież drzwi do kariery.
W Przebudzeniu Mocy daje popis i wcale nie widzimy na ekranie podstarzałego aktora, a wiekowego bohatera, ściganego przez demony przeszłości. Już za sam fakt podejścia do roli na poważnie należą się brawa.
Kliknij, by przeczytać więcej.

***

To nie jest tekst sponsorowany, po prostu uważam, że Majonez Kielecki to najlepszy majonez we Wszechświecie.

***

Duża rola w filmie popcornowym:

Charlize Theron za rolę Furiosy w filmie Mad Max: Fury Road

Piątkę najlepszych aktorów w minionym roku otwiera w moim plebiscycie Charlize Theron. Tym razem jej występ w zmartwychwstałej marce sprzed lat nie ogranicza się do seksu z Idrisem Elbą (pamiętacie o jej postaci z Prometeusza coś więcej?), ba! w zasadzie Furiosa jest główniejszą bohaterką niż tytułowy Max. Pewna grupa ludzi w internetach nawet zaczęła się rzucać o to, że film miał zbyt feministyczny wydźwięk, ale ja się z tym zgodzić nie mogę. To znaczy – ja absolutnie nie neguję tego, że aktorka kradnie szoł Tomowy Hardy’emu, nie widzę jednak powodu, by nie mogło tak być. Nie ma ani krzty sztuczności albo wciskania widzowi czegokolwiek siłą w uczynieniu z kobiety głównego bohatera filmu akcji. Na pewno nie w takim wydaniu.
No i hej, aktorka dała sobie ogolić głowę i amputować rękę, więc podważanie kozackości jej postaci naprawdę mija się z celem.

***

Seth MacFarlane za rolę Teda w filmie Ted 2

Czy można tu zostać wyróżnionym za dubbingowanie postaci? Jak widać tak.
Seth MacFarlane po potknięciu, jakim przed rokiem był jego komediowy western, wrócił z kontynuacją filmu, który w 2012 szturmem wziął kina. Pomimo że Ted 2 finansowego sukcesu swojego poprzednika nie pobił, ani nawet nie był bliski wyrównania go, to ja poza jednym mocnym zgrzytem (gdzie się podziała Mila Kunis?!) zostałem kupiony, a wszystko to za sprawą przeklinającego, palącego zioło pluszowego misia. Umówmy się, ten koncept to komediowe złoto, a postawienie go w sytuacji, w której musi udowodnić, że zasługuje na traktowanie jako pełnoprawny obywatel, zdaje egzamin. Dlatego stwierdzam, że pomysłodawca i użyczający głosu twórca zasługuje na wyróżnienie.
Kliknij, by przeczytać więcej na temat tego filmu.

***

Paul Rudd za rolę Scotta Langa w filmie Ant-Man

Co się dzieje, gdy angaż w filmie Marvela dostanie grubawy komik?
Studio robi z niego gwiazdę kina akcji, jednocześnie nie marnując komediowego potencjału aktora.
Paula Rudda widziałem wcześniej w jednym filmie (o tym) i kiedy uświadomiłem sobie, że to ten gość ma grać życiowego nieudacznika, który zyskuje supermoce oraz szansę na stanie się superbohaterem, to wiedziałem, że wszyscy to kupią.
Po prostu jest coś takiego w tym aktorze, że fatłapowatość granych przez niego bohaterów jest niezwykle autentyczna. Scott Lang jest dupkiem dla większości ludzi, ale szczerze kocha córeczkę i potrafi wykazać się lojalnością wobec przyjaciół, dzięki czemu wnosi do marki, jaką jest MCU, nowy pierwiastek.
Kliknij, by przeczytać więcej o tym filmie.

***

Henry Cavill za rolę Napoleona Solo w filmie Kryptonim U.N.C.L.E.

O tej produkcji również nie miałem dotychczas okazji napisać. O filmie będzie więcej niżej, tu natomiast skupię się na postaci granej przez Henry’ego Cavilla, ponieważ jest w niej coś intrygującego. Otóż, w przeciwieństwie do innej ostatnio popularnej roli w blockbusterze, tutaj rzeczywiście coś gra. Nie rozumiem, dlaczego decyzyjni ludzie w Warner Brothers podjęli taką dziwaczną decyzję i wypompowali z jego interpretacji Supermana jakiekolwiek emocje. Najwyraźniej oni już tak mają (patrz – Christian Bale w roli Bruce’a Wayne’a/Batmana).
No ale o tym jeszcze popiszemy za miesiąc, tu chcę pochwalić tego aktora, ponieważ daje niewiarygodny popis. Po premierze Kingsman nie sądziłem, że 2015 przyniesie jeszcze jakiś dobry film o szpiegach, a tu taka niespodzianka. Napoleon Solo to – wprawdzie amerykański – ale Bond, jakiego potrzebujemy i na jakiego zasłużyliśmy.

***

Adam Driver za rolę Kylo Rena w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Nie stałem się fanem Przebudzenia Mocy, ale postaci i roli Adama Drivera będę bronił zawsze i wszędzie. Na początku, świeżo po pierwszym seansie, podobnie jak cała masa ludzi w Internecie, sądziłem, że takie podejście do Sitha jest głupie, ale potem mnie olśniło – to właśnie o to chodziło, żeby pokazać takiego emo-dzieciaka, którego największym marzeniem jest stanie się koszmarem i postrachem całej Galaktyki. Nie wie, jak się do tego zabrać, ma wątpliwości, czy sobie da radę, ale zżera go ta chora ambicja i pragnienie dorównania legendarnym postaciom. W zasadzie jest to Sith idealny do tego filmu – gdyby naprawdę chcieli zrobić Dartha Vadera dwa, to aktor, reżyser oraz scenarzyści musieliby zmierzyć się z tymi samymi rozterkami, z jakimi zmaga się Kylo Ren. Zewsząd otacza go presja, bo wszyscy chcą, by był groźny i zły do szpiku kości, on sam tego pragnie bardziej niż ktokolwiek inny, ale nie do końca sobie radzi z powierzonym zadaniem.

***

Tak oto wygląda moje podsumowanie 2015 roku w kinie rozrywkowym. Jeśli chodzi o same role, rzecz jasna. Jest mi wstyd i przykro, że takie opóźnienie, no ale#studia #praca. Nie mam siły i niestety czasu robić jakiegoś finału dla aktorów, wszyscy byli naprawdę ekstra. Na dniach powinien ukazać się jeszcze tekst z samymi filmami, potem przejdziemy do bieżących spraw – przeczytałem pierwszy polski numer Deadpoola, obejrzałem drugi sezon Daredevila, więc będę miał o czym pisać, a co za tym idzie – Wy będziecie mieli co czytać.

Jaskier

Read Full Post »