Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Avengers’

Po pierwszym seansie Spider-Man: Homecoming wyszedłem z kina z myślą: „Bardzo fajny, zdecydowanie najlepszy jak dotąd film o Pająku”. Nie sądziłem, by był przełomowy dla produkcji superbohaterskich i może byłem nawet lekko zawiedziony tym, że to po prostu bardzo fajny film. W tym sensie, że nic ponad to. Coś* jednak kazało mi wybrać się na kolejny seans. Po drugim obejrzeniu filmu uważam, że jest naprawdę świetny – moja opinia od „fajny” podskoczyła do „CHCĘ WIĘCEJ FILMÓW ZE SPAJDERMENEM!1!!11!!”

Tym razem postawiono na aktora, który faktycznie wygląda na nastolatka. Tom Holland jest co prawda tylko rok młodszy ode mnie, aczkolwiek w przeciwieństwie do Tobey Maguire’a albo Andrew Garfielda, czy też całej masy innych pełnoletnich aktorów, którzy na przestrzeni lat wcielali się w licealistów, łatwo można uwierzyć, że grany przez niego bohater faktycznie ma piętnaście lat. W sumie to naprawdę jego wiek mnie zdziwił, gdy przed chwilą sprawdziłem go w Internecie.
No ale – nie chodzi tylko o aparycję aktora. O wiele bardziej liczą się przecież umiejętności i tych Hollandowi zdecydowanie nie brakuje. Jego wersja Petera Parkera to trochę ciapa, nieśmiały, acz niezwykle inteligenty i uzdolniony chłopak, który ma urocze, typowo licealne problemy w życiu prywatnym, codziennie czeka na ostatni szkolny dzwonek, by móc założyć kostium i ruszyć na patrolowanie swojej dzielnicy. Tom Holland potrafi oddać zarówno nieporadność i niepewność Parkera, jak i jego ekscytację z możliwości walki ze złem i pomagania ludziom.

Peter zakłada maskę w ramach współpracy ze Tonym Starkiem, który po wydarzeniach z Civil War pozwolił chłopakowi zachować kostium. Parker nakręcony tamtą misją rwie się do akcji, ale brutalna nowojorska rzeczywistość powoli ściąga go na ziemię – zamiast walczyć z superprzestępcami, kosmitami albo wielkimi robotami, zajmuje się drobnymi kradzieżami, pomaga turystom odnaleźć drogę, czyli – jakby to ująć alegorycznie – ściąga koty z drzew.

Wszystko zmienia się, gdy trafia na trop gangu zajmującego się handlem bronią wzmocnioną za pomocą superzłomu, który wala się po ulicach po każdej superbohaterskiej nawalance. Niepomny na przestrogi Starka, chłopak postanawia zająć się tym na własną rękę, udowadniając swoją wartość, chcąc potwierdzić, że zasługuje na miano bohatera i miejsce w zespole Avengers. Niestety, brak doświadczenia sprawia, że nawala, Stark traci do niego zaufanie, a i sam Peter zaczyna chyba powątpiewać we własne możliwości.
Mimo to bohaterska natura i potrzeba czynienia dobra biorą górę i gdy sytuacja tego wymaga, chłopak postanawia stanąć do walki z łotrem. Bez zaawansowanego kostiumu, uzbrojony jedynie we własne zdolności, spryt i prototypowe wyrzutnie sieci** staje naprzeciw bezwzględnego złoczyńcy i niemal ginie. Wtedy coś w nim pęka. Bo widzicie – przez cały film, w każdej ze scen akcji Peter gada jak najęty. Rzuca sucharami, komentuje, dodając sobie w ten sposób animuszu. Tutaj jednak, gdy wydaje mu się, że przegrał, że jego przeciwnik zatryumfował, a jemu grozi śmierć, zaczyna wołać o pomoc, płakać. Gdy jednak pojmuje, że jest zdany wyłącznie na siebie, zbiera siły i udaje mu się wydostać spod gruzu. To jest najważniejsza i jedna z lepszych scen w filmie – pokazuje, że Peter się czegoś nauczył – że jest jest prawdziwym bohaterem, że stał się dojrzalszy.

Dlatego finał, który jest ciemny i bardzo dynamiczny, chaotyczny, wypada nieco słabawo. Jesteśmy po najważniejszym momencie i na końcu doczepione jest obowiązkowe mordobicie.

Głównym złoczyńcą filmu jest Adrian Toomes, szef gangu zajmującego się wytwarzaniem i handlem bronią ulepszoną supertechnologią. Mam z tą postacią pewien problem – z jednej strony kreowany jest na ojca rodziny, człowieka, który zszedł na złą ścieżką tylko po to, by zapewnić byt rodzinie po tym, jak został oszukany przez możnych tego świata na potężny hajs. Z drugiej natomiast strony jest pieprzonym psychopatą – gdy stracił cierpliwość do jednego z podwładnych, to go rozwalił, postanawia zabić Pająka za mieszanie w jego biznesie, zaślepia go żądza bogactwa, tłucze jakiegoś przypadkowego zioma, który akurat stał na jego drodze.
Odczuwam niekonsekwencję w kreowaniu tej postaci, ale przeżywający renesans kariery Micheal Keaton daje z siebie w tej roli wszystko i jego charyzma sprawia, że w trakcie seansu zapomina się dwóch twarzach granego przez niego łotra. Poza tym, to jest niesamowite, co się przez ostatnie kilka lat dzieje z tym aktorem. Jego powrót do pierwszej ligi odbył się w takim stylu, że głowa mała. W pierwszej chwili aż było go żal do roli „tylko” Vulture’a, ale chyba mają co do tej postaci jakieś plany na przyszłość.

Bogatą przyszłość i przeszłość ma również inna postać pojawiająca się w tym filmie – Tony Stark. To jest w ogóle kosmos, jak potężnie bohater grany przez Roberta Downeya Jr. został rozwinięty na przestrzeni – nie bójmy się słów – dekady. Droga filmowego Starka od playboya-przemysłowca do playboya-superbohatera zasługuje na osobny, obszerny wpis. Może w 2018 z okazji dziesiątej rocznicy premiery Iron Mana
No ale Homecoming. Uprzedzając pytania i piętnując ból dupy sprzed premiery – wbrew zwiastunom i całej kampanii marketingowej, Tony’ego wcale nie ma aż tak dużo w tym filmie. To NIE jest Iron Man 4: Spider-Man: Homecoming.
Stark pełni tutaj ojcowsko-mentorską rolę wobec Petera. Tylko że tak naprawdę on sam potrzebuje tej relacji o wiele bardziej niż Parker. Z racji własnej trudnej historii z ojcem i tego, że czuł się przez niego niedoceniany (do czego jest odniesienie w tym filmie, ale wiemy to również z poprzednich), ma potrzebę bycia dla kogoś wzorem i oparciem, jakiego sam w młodości pragnął. I upatrzył sobie Petera do roli podopiecznego. Z tym że Stark nie bardzo umie w relacje międzyludzkie, dlatego miota się od chwalenia do karcenia, najpierw daje chłopakowi kostium, instaluje w nim pierdyliard ukrytych opcji, potem z powodu samowolki mu go zabiera, żeby na koniec stwierdzić, że Peter tego właśnie potrzebował, by nauczyć się własnej wartości.
Ostatecznie jednak to właśnie Spider-Man podejmuje dojrzałą decyzję, pokazując, że jest bohaterem i mimo iż będzie działał na małą skalę, trzymał się ziemi, pomagał maluczkim, to będzie to robił samodzielnie, będzie stał na własnych nogach, a to jest właśnie to coś, czego potrzebuje… przynajmniej przez pewien czas.

***

Warto wspomnieć jeszcze o kilku postaciach:
„Dodatkowi” łotrzy, którzy budzili niepokój przed premierą, okazali się być tylko tłem. Shocker to w gruncie rzeczy losowy rabuś, który akurat ma rękawicę. Jest to więc Shocker idealny. Tinkerer to tylko grubasek, który zajmuje się produkcją sprzętu. Nie widzimy go inaczej jak tylko w warsztacie, gdzie projektuje i buduje ekwipunek.

Ciocia May wypada bardzo dobrze (hehe). Martwi się o Petera i z dość zrozumiałych powodów może być przewrażliwiona i zbyt łatwo wpadać w panikę, ale kiedy trzeba, to rzuca wszystko, żeby pomóc chłopakowi.

Potężny ból dupy był także o Flasha, który tutaj nie jest łobuzem-sportowcem, tylko pozorem. Początkowo miałem wątpliwości, ale już po pierwszym obejrzeniu filmu stwierdziłem, że taka postawa ma w obecnych czasach o wiele więcej wspólnego z dokuczaniem w liceum niż bycie osiłkiem i kradzież drobnych młodszym uczniom albo spuszczanie im głowy w kiblu. Jestem w stanie uwierzyć, że bogaty, chamski typek z wybujałym ego potrafi zajść za skórę nawet bardziej niż przekonany o własnej wyższości kapitan szkolnej drużyny.

Obiekt westchnień Petera – czyli Liz – jest właśnie taka, jaka powinna być. To starsza wcześniej urodzona koleżanka ze szkoły, w której chłopak jest zakochany. Szkolna klasyka. Dodatkowo – jest ratowana tylko raz i to nie w finale, a cały film nie kręci się wokół tego, czy Peter ma z nią być, czy ma być Spider-Manem. Więc miłosny wątek jest na swoim miejscu – jest dość istotny dla Petera, no bo chłopak ma piętnaście lat, a dziewczynie, w której jest zadurzony nie jest obojętny, ale film nie robi z tego megadramy i nie opiera na tym całego swojego ciężaru, jak robiły wszystkie poprzednie produkcje ze Spider-Manem.

Inna dziewczyna – Michelle  – grana przez Zendayę, co do której zarzuty wyglądały tak, że ktoś wyprodukowany przez Disney Channel jest totalnym dnem, pełni w filmie raczej marginalną rolę. Moja dziewczyna zwróciła mi po seansie uwagę, że ból dupy przed premierą nie miał sensu, bo prawie tej postaci nie ma. Jasne, należy do tej samej paczki co Peter, ale raczej trzyma się na uboczu. Więc tutaj została tylko wprowadzona i najprawdopodobniej jej rola zostanie rozwinięta w kontynuacjach. Czy natomiast stanie się tutejszą wersją MJ? Może. Nie wiem. Naprawdę było jej na tyle mało, że ciężko prorokować. Na pewno wypada na plus, wbrew pochopnym opiniom sprzed premiery.

***

To naprawdę jest film o Spider-Manie, na jakie czekaliśmy i na jaki zasługujemy. Sam Spider-Man zasługiwał na taki film. Nie ma tutaj miłosnej dramy, nie ma wałkowania genezy (żadnych retrospekcji!), humor, dowcipasy i sceny akcji są idealnie zrównoważone z emocjonalnymi momentami.
Przede wszystkim jednak bohater przechodzi jakąś drogę – od niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania i udowodnienia wszystkim i sobie własnej wartości do nieco dojrzalszej wersji niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania. Biorąc pod uwagę to, że MCU jest projektem długoterminowym, nie mogę się doczekać, dokąd Petera zaprowadzi droga, na której pierwszy krok uczynił w tym filmie.

***

*Być może to, że na pierwszy spóźniłem się piętnaście minut i ominęło mnie całe wprowadzenie.
**Uwielbiam projekt tego własnoręcznie stworzonego kostiumu i niezmiernie się cieszę, że pojawił się w filmie.

Jaskier

PS Kto Was bardziej ucieszył – Pepper Potts czy Mac Gargan?

Read Full Post »

O! jakże przewrotny jest tytuł tego wpisu. Nie przeczytałem bowiem wszystkich tomów wydanych dotąd w Polsce przez Egmont. Ba! póki co nie udało mi się nawet zaliczyć chociaż po jednym tomie z każdej z proponowanych serii. Dlatego też przepraszam wszystkich, którzy dali się nabrać i kliknęli, licząc na jakiś wielgachny przegląd kilkudziesięciu wydanych dotąd albumów.
Tego tutaj nie znajdziecie, za to będzie można przeczytać, co sądzę na temat tego, co albo kupiłem, albo udało mi się wypożyczyć w krakowskiej Artetece.

***

***

All-New X-Men 1-2-3

Gdy pojawiła się informacja o starcie Marvel NOW! w Polsce – a to było ze dwa lata temu – stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli zdecyduję się na jedną, góra dwie serie i je będę regularnie kupować i czytać.
Ponieważ wiele osób w internetach polecało, mój wybór w pierwszej kolejności padł na historię klasycznych X-Men, przeniesionych w czasie w celu… nie wiem. Chyba żeby obecny Scott Summers a.k.a. Cyclops zobaczył młodszego siebie, wiernego ideałom i nawrócił się z obranej ścieżki bycia Winkelriedem mutantów.
Wyrwani ze szkolnych, beztroskich lat młodości mutanci stają twarzą w twarz ze swoimi starszymi wersjami, rozczarowując się obrazem tego, kim w tej linii czasowej się stali.

Było to narysowane bardzo ładnie, ale fabuła i postacie mnie kompletnie nie porwały. Zupełnie. Te młodzieżowe dramy o to, kto się w kim kocha albo co się stało z moim życiem?! były męczące, a ciągły ból dupy każdego z piątki mutantów przeniesionych w czasie sprawił, że po trzech tomach stwierdziłem, że odpuszczam czytanie tej serii.
Zdaje się, że ostatnio wyszedł kolejny tom, ale po tych trzech naprawdę nie mam ochoty na więcej.

Uncanny X-Men 1-2
Jest to seria komplementarna wobec tej z akapitu powyżej. Część wydarzeń mających w nich miejsce się pokrywa, zmienia się jedynie perspektywa – przedstawione są oczami członków przeciwnego zespołu. W innych przypadkach akcja się rozjeżdża i w Uncanny X-Men śledzimy poczynania dorosłego Cyclopsa, który jest teraz Wrogiem Ludzkości Numer Jeden i razem z Magneto i Emmą Frost prowadzi własną szkołę, podróżuje po świecie, zbierając do niej uczniów.

W tej serii też się nie zakochałem. Zaprezentowane w niej młode pokolenie mutantów miałem w dupie. Ale to tak totalnie. Pamiętam z nich tylko jedną dziewczynę, która umiała na pewnym ograniczonym obszarze stworzyć bańkę czasu. Poza tym pamiętam, że Cyclops (ten dorosły) miał ból dupy o to, że wszyscy mieli do niego ból dupy o to, że zabił Xaviera.

Wolverine and the X-Men 1-3
Tę serię czytałem wyrywczo, wypożyczając to, co akurat było dostępne w bibliotece. Ogólnie rzecz ujmując, jest to historia zupełnie nowego pokolenia mutantów, dla których Wolverine, Beast, a nawet Kitty Pryde to stare dziady.
Od pierwszego numeru totalnie się odbiłem. Zawarta w nim była historia jakiegoś cyrku, którego szef był potworem Frankensteina (sic!) i opanował umysły kadry pedagogicznej czyli Storm, Logana, Beasta etc. i młodzi mutanci musieli coś z tym zrobić. W ogóle mi to nie podeszło.
Do serii wróciłem jakiś czas później, gdyż musiałem dopchać limit trzech wypożyczanych komiksów, a akurat na półce stał trzeci numer. I to było naprawdę świetne. Dwoje młodych mutantów udało się – bez wiedzy nauczycieli – na misję infiltracji szkoły dla superzłoczyńców prowadzonej przez Hellfire Club. Tylko teraz Hellfire Club to najwyraźniej takie cool dzieciaki z bogatych domów, które ogólnie gardzą wszystkimi innymi. Ten koncept bardzo mi się spodobał, na pewno do serii wrócę. Niedawno został wydany czwarty tom.

Avengers 1
W przypadku tego komiksu mam chyba najbardziej mieszane uczucia.

Jest to kosmiczne mambo-dżambo, jakich pełno w komiksach, angażujące najpotężniejszą drużynę ziemskich bohaterów, w dodatku ściągające na listę jej członków postacie z najdalszych części uniwersum Marvela, stawiające tych wszystkich bohaterów naprzeciw międzygalaktycznych quasi-bogów.
Pierwszy tom jest jednak ewidentnie zaledwie wstępem do jakiejś dużo większej historii, a mimo iż już w nim nasza cywilizacja ociera się o zagładę, to czuć w powietrzu, że przy nadciągających wydarzeniach te próby morfowania ziemskiej flory i fauny, jakie tutaj następują, będą wyglądać niczym rabowanie banku przez Shockera, którego Spidey powstrzymuje w czwartek na długiej przerwie.

The Superior Spider-Man 1
Ten komiks mam przeczytany najświeżej, że się tak wyrażę, gdyż wypożyczyłem go dwa tygodnie temu. Jest to wstęp do historii, która chyba już w tym roku doczeka się finału (w sensie zostanie u nas wydany ostatni tom), opowiadającej o Superior Spider-Manie, czyli Doktorze Octopusie w młodym, silnym ciele Petera Parkera.
To może wydawać się strasznie głupie, ale historia naprawdę przypadła mi do gustu. Octopus oczywiście planował przejąć ciało i moce Pająka, żeby robić różne złowieszcze rzeczy, nie wziął jednak pod uwagę tego, że wchodzenie do głowy kogoś, kto stracił tak wiele bliskich osób i z tego powodu cierpi, i ma poczucie winy, nie może nie odbić się bez echa na psychice nowego właściciela ciała.
Scena, w której Peter, uwięziony w okaleczonym, sponiewieranym ciele Octopusa, umierając, przekazuje mu swoją mantrę, czyli hasło o wielkiej mocy i wielkiej odpowiedzialności, napisana jest w naprawdę poruszający sposób. I w ogóle przez cały czas miałem takie uczucie, że to, co się dzieje, jest niesprawiedliwe i że łotr powinien w końcu przegrać. Mimo iż wiedziałem, że tak się nie stanie. Kibicowałem Peterowi (prawdziwemu Peterowi), wiedząc, że tym razem mu się nie uda. Z czymś takim spotkałem się wcześniej tylko w przypadku Titanica. Za każdym razem trzymam kciuki za DiCaprio…
Będę wypatrywał na bibliotecznej półce kolejnych numerów, a kto wie – może sobie sprawię całą serię? Czwarty tom swego czasu wygrałem w konkursie na yt, ale czekam z czytaniem, dopóki nie zaliczę poprzednich.

Deadpool 1-2-3

O Deadpoolu zdążyłem już napisać na blogu, dokładnie o dwóch pierwszych tomach, możecie kliknąć w link i tam sprawdzić, co o nich sądzę. Wciąż uważam, że Łowca dusz wypada o wiele lepiej od Martwych prezydentów, gdyż ten drugi (chronologicznie pierwszy :P ) jest bardziej śmieszkowy. W pierwszym tomie mniej jest zgłębiania chorej psychiki głównego bohatera, który tak naprawdę śmiechem, żartami maskuje swoje problemy i psychiczny ból, jakiego doświadcza.
Dobry, zły i brzydki idzie jeszcze o krok… albo i dziesięć dalej, przedstawiając tytułowego najemnika z zupełnie innej perspektywy. W przeciwieństwie do memów, w pewnej mierze także filmu, ta inkarnacja Deadpoola jest o wiele poważniejsza. Jasne, jest tu sporo komedii, ale jednocześnie naprawdę duża dawka tragedii.

Tomy czwarty i piąty leżą na półce, jeszcze zafoliowane, a szósty czeka na odebranie. Nie mam kiedy do nich usiąść, żeby móc przeczytać. :(

Thor: God of Thunder 1-2

Dwa pierwsze tomy serii God of Thunder tworzą zamkniętą opowieść o starciu Thora ze śmiertelnym wrogiem wszystkich kosmicznych bóstw. Autor Jason Aaron rozciągnął akcję w przestrzeni kosmicznej, a także czasie, gdyż w finale opowieści do walki ramię w ramię stają trzy wersje Gromowładnego. Młody i buńczuczny wojownik, niegodny jeszcze Mjolnira, potężny Avenger, bohater najbliższy filmowej wersji, a także wiekowy król Asgardu z odległej przyszłości. Ich wątki rozpoczynają się w różnych okresach i miejscach kosmosu, by spleść się razem w ostatecznym starciu.

Możliwość poznania różnych wersji bohatera, świadomość tego, że to faktycznie jest ta sama postać, tylko na różnych etapach rozwoju, przypadła mi do gustu. Jest to komiks opowiadający historię Thora, której wciąż brakuje w MCU – mroczną, pesymistyczną, ale jednocześnie naładowaną nieprzeszkadzającym w niczym patosem. Łatwo by było popaść w śmieszność, ale scenarzysta potrafił rozładować napięcie w odpowiednim momencie tak, by całość zagrała.

Miss Marvel 1

Na wydanie tego komiksu w Polsce czekała masa osób. Zebrał niesamowicie pozytywne recenzje zagramanicą i wcale się temu nie dziwię.
Główna bohaterka, należąca do rasy Inhumans Kamala Khan, przechodzi terrigenezę, zyskuje moc zmieniania kształtu swojego ciała i wydawać by się mogło, że jej marzenia się spełniają. Przyjmuje dawny pseudonim swojej idolki i zamierza ratować świat.

Największą zaletą komiksu jest aspekt życia codziennego Kamali. Pochodzi ona bowiem z pakistańskiej rodziny, więc w przeciwieństwie do rówieśników nie może chodzić na imprezy, nie może spotykać się z chłopakami, a gdy coś nabroi, rodzice wysyłają ją na rozmowę do imama. Ona nie do końca się z tym identyfikuje, swojego pobożnego brata uważa za wariata, a rodziców – mimo iż szanuje i kocha – nie bardzo rozumie i uważa, że nie mają do niej zaufania i na nic jej nie pozwalają. Jest to klasyczny przykład konfliktu międzypokoleniowego, przez co aspekt odmiennej kultury – mimo iż prominentny – do jakościowej analizy nie jest potrzebny. Po prostu poddana hormonom nastoletnia dziewczyna, która od życia chciałaby czegoś innego niż to, co ma na co dzień, nagle dostaje moce. Nie dziwię się, że Kamalę często porównuje się do Petera Parkera, który przez wiele lat na siłę był trzymany w liceum, żeby dla kolejnych pokoleń komiksowych nerdów mógł stanowić odskocznię od klasówek, zrzędzących rodziców i domowych obowiązków.

Hawkeye 1

Kolejna seria, która spotkała się w USA z naprawdę pozytywnym przyjęciem, zawitała dwa miesiące temu również i do Polski. Głównym bohaterem jest Clint Barton, na co dzień latający w kosmos lub strzelający z łuku do superzłoczyńców członek Avengers, po godzinach samotny stróż i obrońca bloku, w którym mieszka.

Cóż, te fragmenty z Clintem w cywilu, gdy tłucze dresów albo ucieka autem przed dresami, strzelając do nich z łuku, albo idzie z  rannym psem do weterynarza, są naprawdę świetne.
Niestety, spora część to historia o misji odzyskania taśmy, na której nagrano Bartona likwidującego terrorystę. No bo wiecie – gdyby w łapy jakiegoś superłotra wpadło nagranie z członkiem Avengers dopuszczającym się podczas misji morderstwa, wywołałoby to międzynarodowy skandal. Wciąż ta część historii była o wiele bardziej angażująca i ciekawa, i ogólnie lepsza od wymienionych wcześniej All-New X-Men, jednak nie tego się spodziewałem.
W dodatku na końcu albumu znajduje się jeszcze jeden zeszyt z zupełnie innej historii. Aż wezmę komiks i sprawdzę, co to było… Tak, dobrze pamiętałem, to zeszyt serii Young Avengers Presents. Zamieszczony tutaj został, by przybliżyć czytelnikom relację Clinta Bartona z Kate Bishop, również występująca pod pseudonimem Hawkeye, pojawiającą się w serii Matta Fractiona.

Myślę, że ta seria z większą ilością numerów bardziej przypadnie mi do gustu.

***

Z czystym sumieniem mogę polecić DeadpoolaMiss Marvel, Superior Spider-ManaThora.
Co do reszty… cóż, naprawdę liczę na rozkręcenie się Hawkeye’a.

Co Wy sądzicie o tej inicjatywie wydawniczej Egmontu?
Który z komiksów z Marvel NOW! przypadł Wam najbardziej do gustu?
Może czekacie na jakiś komiks, który w Polsce jeszcze nie został wydany?

Dajcie znać w komentarzach.

Jaskier

Read Full Post »

Króciutki wpis na szybko, ponieważ nie chcę, żeby mi moje wrażenia bezpowrotnie zginęły z fejsika.

Z jednej strony mam wrażenie, że z tłem jest coś nie halo, przypomina statyczne, malowane pejzaże często gęsto wykorzystywane w produkcjach sprzed kilku dziesięcioleci. Powiedzcie mi jednak, co za chory człowiek nagrałby coś takiego, puścił w jakimś brazylijskim kinie i nakręcił później kiepską kamerką?

To byłaby kapitalna reklama. Gdyby w ten sposób próbować sprzedawać Pepsi, Colę albo inną Fantę. Miliony ludzie przesyłających sobie takie wideo, obwieszających nim fanpejcze, wrzucających na blogi, kopiujących na kanały na yt. No ale tutaj nie ma żadnego logotypu, Spidey nie bierze na zakończenie orzeźwiającego łyku.

Może oceniam jakość tej króciutkiej sceny przez pryzmat komentarzy autorstwa ludzi pewnych, że mamy do czynienia ze sprytną podróbką? A może jednak moje oczy się nie mylą i panorama miasta z górującą nad nią Avengers Tower faktycznie odstaje od tego, czego spodziewać się można po ludziach nominowanych do Oscara w kategorii najlepszych efektów specjalnych? Po prostu mieli poważne ograniczenia czasowe (gdy informacja o kooperacji Marvela i Sony i włączeniu Pająka do MCU została ujawniona, Age of Ultron był już praktycznie gotowy)?

Być może wieczorem zostaną opublikowane zdjęcia z kanciapy jakiegoś informatyka, który wyrenderował ten klip w czeluściach swojej piwnicy, lecz póki co – coś czuję, że to jednak jest scena z nadchodzącej produkcji Marvela.

W każdym razie – nawet jeśli to czyjś dowcip, to mam nadzieję, że ta wersja filmowego Spider-Mana pójdzie w takim właśnie kierunku. Żartującego herosa ubranego w kolorowy kostium. ;)

Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

Jaskier

Read Full Post »


Jak obiecałem, ta robię – oto starcie dwóch komiksowych marek przeniesionych na wielki ekran. Oczywiście, wszystko to, co przeczytacie poniżej, jest wyłącznie moją bardzo subiektywną opinią.
Aha! będą SPOILERY.

Fabuła

Historia przedstawiona w Avengers jest niezwykle prosta – ot, znalazł się cwaniak, który za pomocą armii kosmitów chce podbić ziemię (jego planowi lepiej przyjrzymy się w następnym punkcie). W odpowiedzi na to Ziemianie wystawiają zespół superbohaterów. To wystarczy, by zagwarantować widzowi świetną rozrywkę.
Niezwykle istotne jest również to, że Avengers stanowi zwieńczenie dla szeregu poprzedzających produkcji. To JEST kontynuacja filmów o Iron Manie, Thorze oraz reszcie spółki. Co więcej – obraz tego uniwersum jest spójny. Wszyscy tam wiedzą, że kręcą adaptacje komiksów o superbohaterach i podchodzą do tego na luzie.
Nie chcę się powtarzać, toteż odsyłam do jednego z moich wcześniejszych TEKSTÓW.

Jak rzecz się ma w przypadku zwieńczenia trylogii Nolana?
Cóż, Bruce Wayne odwiesił pelerynę i od ośmiu lat zajmuje się zapuszczaniem brody oraz niewychodzeniem z domu. Gdy dowiaduje się, że ktoś ukradł mu odciski palców, wraca do świata żywych, chcąc się dowiedzieć, po co mogłyby być one komuś potrzebne.
Okazuje się, że ten ktoś potrzebował ich do odebrania Bruce’owi firmy, którą ten i tak sprytnie oddał w międzyczasie komuś innemu, a ten pierwszy ktoś podpisał cyrograf z Bane’em, który ma swój własny plan polegający na tym, żeby wysadzić Gotham w powietrze.
Nie robi tego jednak tak po prostu – dokonuje zamachu, zabijając burmistrza, więzi wszystkich policjantów, by nie mogli pilnować porządku, pod groźbą detonacji bomby zatrzymuje wszystkich mieszkańców w granicach miasta oraz uwalnia osadzonych w więzieniu przestępców. Wszystko to po to, by pokazać, że Gotham jest zepsute i zasługuje na zagładę.
To jest ten sam plan, którego realizację zakładał Ra’s al Ghul. Ale – uwaga – wtedy miasto naprawdę było zepsute i pełne szumowin. Na początku trzeciego filmu powiedziane jest, że przestępczość drastycznie zmalała. Gotham stało się całkiem przyjemnym miejscem, chcą odesłać Gordona, bo nie jest im potrzebny w sytuacji, gdy najpoważniejsze zagrożenia zostały wyeliminowane.
Najśmieszniejsze jest chyba to, że gdyby Batman zachował się jak Batman i nie dopuścił do śmierci Ra’s al Ghula w Początku, to do wydarzeń z TDKR nigdy by nie doszło.
No bo co? Że niby trzeba ponosić konsekwencje swoich błędów? Dla mnie brzmi to na nadinterpretację.
Niestety, ciężko dopatrzeć się ciągłości występującej w serii Marvela. Początek był o – nomen omen – początkach działalności Nietoperza w Gotham. Mocno poruszono również niezwykle istotny w mitologii Batmana motyw strachu. Kontynuacja to rzecz jasna spektakl Jokera, jeden wielki pokaz fajerwerków chaosu. Mroczny Rycerz wzniósł adaptacje komiksów na nowy, wyższy poziom, właściwie nie jest to film o superbohaterze sensu stricto, o wiele bardziej przypomina kryminał, w którym historia skupiona jest na psychopacie, którego ściga może i równie szalony gliniarz. Natomiast Mroczny Rycerz powstaje nie kontynuuje tego w żaden sposób, ba! Nolan coraz mocniej odziera swoje Gotham z szat „realizmu”, które stanowiły swoisty element rozpoznawczy. Nie dość, że Batman odchodzi w atomowym grzybie, to w dodatku lata ponad miastem w futurystycznym pojeździe. Niby geneza tego latadła jest w jakiś sposób wytłumaczona, ale widz wie, że to zwykłe lanie wody. Gdzie jest jakaś konsekwencja? Bo to o nią mi się rozchodzi, to nie pasuje to świata, który Nolan przedstawiał we wcześniejszych filmach.

Przeciwnik 

Pozwolę sobie kontynuować temat planu Bane’a, później przejdę do samej postaci.
Jak udowodniłem kilka zdań wyżej, karanie Gotham jest bezpodstawne oraz bezsensowne. To nie jest już to samo miasto, które trzeba spalić jak Rzym.
Gdy więc wychodzi na jaw, że powrót Ligi Cieni to bujda na resorach, a jedynym czynnikiem motywującym złoczyńców była chęć zemsty na Batmanie, jakoś specjalnie to nie dziwi. Niestety, mnie to dodatkowo mało obchodzi.
Przykre jest to, że tak ciekawie przedstawiony, kreowany na potężnego wroga, przeciwnik (takim będący w komiksach) okazje się być jedynie pionkiem.
Został tak świetnie przedstawiony – to jeden z tych złoczyńców, którzy skręcają karki swoim nieprzydatnym ludziom i potrafią porządnie skopać bohatera. Jeszcze ma ten absurdalny głos. Uważam, że był świetny, tylko jego plan zawodzi. O czym pisałem już w nominacjach do Jaskierów 2012.
Selina Kyle jest kapitalna pod każdym względem, a Talia al Ghul to porażka. Wielki zwrot akcji z jej udziałem dopełnia czary goryczy, czyni bowiem z Bane’a jej pionka (no i skąd były te seksy?).

Loki to natomiast generyczny łotr, który przez swój egoizm, pychę i zazdrość pragnie przejąc kontrolę nad ziemią. Tom Hiddleston jest w tej roli genialny.
Odsyłam do TEGO filmiku na serwisie YouTube.

Niejasności

Dlaczego szaleństwo Denta ma mieć jakikolwiek wpływ na uwolnienie skazanych?
Dlaczego Hulk rozpoczął demolkę na helicarrierze?
Dlaczego Batman musiał wziąć na siebie winę Denta?

Bohaterowie
W Avengers obserwujemy formowanie się prawdziwego zespołu z grupy najróżniejszych indywiduów. Po części za świetnością tego filmu stoi to, jak dobrze udało się przedstawić wzajemne relacje między poszczególnymi członkami tytułowej drużyny. Tutaj każdy sprawdza się w swojej roli.

Z kolei TDKR… ech. Nie cierpię Bale’a w tej roli. I to jest wina reżysera, bowiem przecież on tam jest i widzi, jak gra aktor. Po prostu takie podejście do postaci Bruce’a mnie kompletnie nie przekonuje. W dodatku, skrywając twarz za maską, w okropny sposób zmienia głos (w trzecim filmie jest najgorzej). Co więcej – robi to nawet w obecności osób, które znają jego sekretną tożsamość. Dla mnie to bardzo słaby Batman i równie słaby Wayne.
Dla równowagi pozostałe pozytywne postacie – Alfred, John Blake oraz komisarz Gordon – są super. Jest to olbrzymia zasługa aktorów – grających dwóch pierwszych bohaterów bardzo lubię, natomiast Gary Oldman to klasa sama w sobie. Potrafi totalnie utonąć w roli i tutaj również mu się to udało. Niestety, nie potrafią przysłonić słabości głównego bohatera, a zniknięcie Alfreda wcale w tym nie pomaga.

Wniosek
Można to bardzo zgrabnie podsumować – oba filmy składają się z dobrych elementów, tylko w przypadku jednego zostały dużo lepiej połączone.

***

Macie pomysł na kolejne takie starcie?
Ma to w ogóle sens?

Jaskier

Read Full Post »

To trochę dziwne i bezsensowne z mojej strony, pisać o filmach, które wszyscy widzieli i każdy zdążył omówić, ale z racji zbliżającej się w Polsce premiery filmu Iron Man 3 (piszę to 4 maja, mając nadzieję, że się nie spóźnię) i startu fazy drugiej, czuję się usprawiedliwiony. Niżej znajdziecie krótkie omówienie każdej produkcji z osobna. Skupiłem się na wypunktowaniu tego, co mi się najbardziej rzuciło w oczy, wymienię zarówno plusy i minusy każdego z sześciu filmów. Wątpię, by to Was obchodziło, ale mam taki kaprys, mogę i nikt mi nie zabroni. 
God bless the Internet.

Iron Man

Najlepszy solowy film pierwszej fazy. Moim zdaniem, chociaż zauważyłem, że nie jestem w tej opinii osamotniony. W internetach są jeszcze inni rozsądni ludzie, no coś takiego.
Przede wszystkim genialny popis Roberta Downey’a Jr. Spośród wszystkich innych Człowieków Żelazków, których widziałem w różnych adaptacjach, jego interpretacja jest najlepsza. Ponownie – moim zdaniem, ale poważnie, czy jest tam ktoś, kogo takie połączenie arogancji, cwaniactwa i pewności siebie nie powala na kolana? A jeżeli tak, to ile takich osób jest? Siedem? Oprócz niego świetną robotę odwalają Gwyneth Paltrow (Pepper), Terrence Howard (Rhodey) i Jeff Bridges (Stane). Do tego mamy niegłupi scenariusz oraz uczciwie napisane dialogi.
Muszę też stwierdzić, że film jest odpowiednio wyważony, mamy sekwencje zabawne, mamy strzelanie do terrorystów, mamy ucieczkę przed myśliwcami, ale był także jeden wzruszający moment i nie mówię o śmierci Yinsena. Scena ataku na Gulmirę i próba rozdzielenia ojca od rodziny zawsze na mnie działa, ale to może dlatego, że jestem zbyt sentymentalny.
Ogólnie, bardzo dobra produkcja, warta polecenia na miły wieczór z kinem akcji.

Incredible Hulk

Ten Hulk jest w zasadzie historią miłosną z dodanym wątkiem świra pragnącego potęgi. Cała reszta – strzelanie, helikoptery i czołgi stanowią jedynie tło dla love story w stylu King Konga, czasem zbyt dosłownie w stylu King Konga. Wolałbym raczej coś mocniej czerpiącego z noweli Doktor Jekyll i pan Hyde. Ten bohater został stworzony w oparciu o dwie wymienione historie, niestety zdecydowano się na skupienie się na wątkach zaczerpniętych wyłącznie z pierwszej.
Norton w roli Bannera jest jakiś dziwny. Nie widać po nim, że jest genialnym naukowcem. Być może przez to, że za duży ciężar położono na ten jego trudny do zdefiniowania związek z Betty Ross, którą gra Liv Tyler, która oczywiście musiała pojawić się w zasnutych mgłą retrospekcjach. Ze scen z ich udziałem najbardziej podobała mi się ta, w której Bruce mówi Betty, że zna dobre techniki panowania nad gniewem. Szyderczo-zabawne. Spoko jest również ta, w której Banner odmawia założenia jaskrawofioletowych spodni dresowych, będących oczywistym nawiązaniem do komiksów, gdzie Hulk biegał w takich właśnie, niezwykle wytrzymałych gatkach.
Cieszy drobna rola Lou Ferrigno, który oprócz podkładania głosu Hulkowi wciela się w strażnika na uczelni. Miłe puszczenie oka do fanów.
Tak jakoś jeszcze zwróciłem uwagę na to, że efekty są słabe. Hulk i Abomination wyglądają na wyciągniętych z gry wideo. Trochę słabo, biorąc pod uwagę fakt, że to jest największa atrakcja tego filmu.
Ogólnie raczej odradzam, dużo utartych frazesów, schematyczny i dosyć przewidywalny.

Iron Man 2

Film niemalże tak dobry, jak część pierwsza – Downey wciąż w formie, do tego większą rolę dostał Samuel L. Jackson, ich rozmowa w barze z pączkami jest bezcenna. Na plus zaliczyć należy też pojawienie się Scarlett Johansson – agentki Romanoff oraz Mickey Rourke’a, który chyba urodził się po to, żeby grać ludzi złych i brzydkich. Sam Rockwell w roli nieudolnego konkurenta Starka marzącego o wpływach, bogactwie i sławie także wypada dobrze.
Dlaczego więc uważam, że film jest słabszy od poprzednika?
Po pierwsze, Don Cheadle nie przemawia do mnie w ogóle jako Rhodey, a jego żarty nie są zabawne. Nie wiem, czego skutkiem była zmiana aktora, ale była błędem.
Po drugie, scena na przyjęciu urodzinowym Tony’ego. Dla mnie jest to poziom scen z mhocznym Peterem z trzeciej części Spider-Mana. Żenujące i zbędne.
I po trzecie, walka finałowa. Niby to zakończenie jest rozwleczone i ciągnie się pewnie jakiś kwadrans, ale ostateczna potyczka z Whiplashem pozostawia wiele do życzenia, bo sama w sobie trwa zaledwie kilka minut.
Pomimo wymienionych wad uważam, że druga część przygód Człowieka Żelazka wypada dobrze na tle pozostałych solowych filmów. Zdecydowanie polecam – jest Stark, który przeżywa tutaj poważne rozterki, jest Fury, który nie pojawia się w tak dużej roli aż do Avengers i Rourke, na którego zawsze się dobrze patrzy i do tego tak świetnie udaje słabą znajomość angielskiego.
A, jest jeszcze Scarlett Johansson w obcisłym czarnym kombinezonie. To może być koronny argument, żeby film obejrzeć.

Thor

Fabuła jest prosta i znamy ją na pamięć z niezliczonej ilości innych filmów. Najpierw Thor jest egoistycznym dupkiem, potem zostaje za to ukarany, potem się uczy, jak być dobrym, a potem jest szczęśliwe zakończenie. Oklepane i moim zdaniem metamorfoza głównego bohatera nastąpiła zbyt skokowo.
Co jest w tym filmie dobre? Natalie Portman w roli sympatycznej pani od fizyki – gdzie się takie kupuje? Wziąłbym ze cztery, rozwiązywalibyśmy razem zadania. Hemsworth dobrany bardzo dobrze, kawał chłopa z niego, rzeczywiście wygląda na nordyckiego boga piorunów, Skarsgård (z takim nazwiskiem zrobił w Ameryce karierę, brawa dla gościa) jest ciekawą postacią, Anthony Hopkins, nie wiem, jak to jest możliwe, że się znalazł w tym filmie, ale również na plus. No i Tom Hiddleston w roli Lokiego to prawdziwy mistrz intryg, jeśli spodziewaliście się tego, co stało się na końcu, to gratuluję, jesteście nieźli.
Wizualnie też jest dobrze, kostiumy, gdy akcja ma miejsce na Ziemi, wyglądają „nieco” kiczowato, ale w Asgardzie się sprawdzają. Sama mityczno-kosmiczna kraina wykonana została dosyć oryginalnie, nie ma się wrażenia, że to Władca Pierścieni w Odległej Galaktyce. Podoba mi się też podejście do tego całego mistycyzmu, coś z niego zostaje, niby to kosmici z innego wymiaru, ale nutka czystego fantasy gdzieś tam pobrzmiewa.
Przy okazji tego filmu powstało straszne zamieszanie o postać Heimdalla, którego zagrał Idris Elba. Chodziło o to, że jest czarny. Wielkie mi halo, dlaczego Hogun wygląda jak Chińczyk, a nie jak Mongoł czy Tatar, moim zdaniem z tym jest problem.
W sumie – prosta historia o rywalizacji braci, do tego oklepany schemat dostawania nauczki od życia, plus przyjemny do oglądania wątek romansowy, tak można krótko opisać ten film. Nie jest źle, widziałem go już jakieś cztery razy i chyba zaczynam się do niego przekonywać.
I w końcu agenci S.H.I.E.L.D. coś robią. Kradną sprzęt, materiały i wyniki badań naukowcom. Nasi bohaterowie.

Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie

Czyli jak alianci wygrali drugą wojnę dzięki pomocy żydowskich naukowców, którzy uciekli z Niemiec przed represjami.
Podobają mi się wynalazki Hydry – niesamowity klimat, choć diametralnie różny od tego, co można było zobaczyć w komiksach o Hellboy’u. Jednocześnie ten film zgrabnie splata świat Thora i fabułę Avengers. To właśnie za to lubię tę serię – każda produkcja opowiada o czym innym, ale umiejętnie są ze sobą połączone. Dobre jest też to, że porzucili układ Kapitan – Bucky znany z oryginału. Bardziej przypominał relację między Batmanem i Robinem. To, co pokazali, jest zdrowsze i nie budzi skojarzeń z pedofilami.
Budzenie skojarzeń z pedofilami jest złe.
Fajne jest również to, że niejako naśmiewają się z samych komiksów, Kapitan na scenie, z tymi skrzydełkami przy masce – odpowiednie podejście do ilości kiczu zawartej w oryginale. Z szacunkiem i jednocześnie dystansem.
Obsada – Evans znacznie przypakował do roli i gra poprawnie, fircykowaty Dominic Cooper w roli Howarda Starka się sprawdza, wygląda na staromodną wersję Tony’ego, bożyszcze nerdów, czyli Hugo Weaving w roli demonicznego, opętanego rządzą boskiej mocy Red Skulla wypada bardzo dobrze, do tego Hayley Atwell w roli agentki Carter i Sebastian Stan jako Bucky. Zastanawia mnie natomiast, jakim cudem w tym filmie pojawia się Tommy Lee Jones. Wiem, że jakieś piętnaście lat wcześniej zagrał w o wiele głupszym filmie – Batman Forever, ale, kurde, jak to jest możliwe? Marvel nie płaci za dużo aktorom, nawet tym pierwszoplanowym, więc nie mogło chodzić o pieniądze. Czyżby Tommy Lee Jones został gwiazdą światowego formatu, zagrał te wszystkie poważne postacie, dostał Oscara za rolę Gerarda z Ściganym, mając nadzieję, że dostanie kiedyś możliwość wystąpienia w filmie o superbohaterach? W każdym razie tutaj wypada świetnie.
Historia jest raczej prościutka, nic skomplikowanego, ale ogląda się przyjemnie. Na wieczór z kinem superbohaterskim się nadaje, dodatkowo czuć w nim, choć tylko trochę, klimat filmu wojennego.

Avengers

Najlepszy film pierwszej fazy. Zagrało w nim absolutnie wszystko – scenariusz jest prosty, nie pogubimy się, oglądając Mścicieli, ale historia naprawdę jest OK., do tego satysfakcjonujące dialogi, które potrafią rozbawić.
Jeśli chodzi o aktorstwo, to ponownie dostajemy Downey’a, Samuel L. Jackson ma całkiem sporą rolę, Mark Ruffalo (Norton wyleciał) wypada świetnie w roli Bannera, geniusza z potworem schowanym wewnątrz, no i Tom Hiddleston, który wyśmienicie gra typowego komiksowego łotra. Cała reszta aktorów również się dobrze spisuje, nie chce mi się ich tutaj wszystkich wymieniać, sprawdźcie na Filmwebie.
Więcej o Avengers w mojej recenzji.

Podsumowując, żaden z tych filmów nie jest okropny, kilku aktorów swoimi rolami z pewnością zapisze się w fandomie komiksowym. Ogląda się to znacznie lepiej, niż podobne produkcje powstałe ostatnimi czasy (Michael Bay może Whedonowi buty czyścić). Pozostaje nam tylko czekać na następne filmy, polska premiera Iron Mana 3 już jutro, a jesienią Thor: Mroczny świat.

Jaskier

PS Część plakatów jest stąd. Polecam.

Read Full Post »

UWAGA SPOILERY ODNOŚNIE FABUŁY AVENGERS!

Właściwie to jeden spoiler. Agent Coulson wziął i umarł w tym filmie. Albo raczej wziął i został zabity.

Nie byłoby w związku z tym żadnej awantury, gdyby nie fakt, że ma się pojawić w serialu o S.H.I.E.L.D. Na stronie pełnej mądrych ludzi od komiksów i adaptacji przeczytałem trochę o tym projekcie. Dobre jest to, że pieczę nad nim trzyma Joss Whedon oraz to, że pojawi się Coulson, który miotał się tam w tle prawie wszystkich nowych filmów Marvela i naprawdę dał się polubić widzom.
Jako taka obecność tej postaci w tym serialu nie dziwi, nie zdziwiłbym się, gdyby został napisany, żeby pokazać więcej Coulsona. Na pewno nie będzie Samuela L. Jacksona i Scarlett Johansson, nawet Jeremy’ego Rennera, a pojawić się musi ktoś z filmowej obsady, bo w ten sposób to działa, inaczej nie zarobią, tamtych nie są w stanie opłacić, więc zatrudnili Gregga.

Początkowo zakładano, że serial zostanie umiejscowiony na osi czasu wcześniej niż Avengers, bo Coulson został tam wzięty i zabity, a pojawia się tutaj. Potem się okazało, że jednak nie, że wydarzenia będą miały miejsce po filmie.
I się zaczęło – mnóstwo zasadniczo z dupy wziętych teorii o wskrzeszaniu, pewnie na każdy znany z komiksów sposób.
Jakie jest moje zdanie? Według mnie on tam jednak nie umarł i Fury po prostu wkręcił wała bohaterom, żeby uratowali świat. Tak jakoś łatwiej przychodzi mi uwierzyć w to, że superszpieg celowo oszukuje innych, niż w teorię o robocie zbudowanym przez robota zbudowanego z kolei przez naukowca, który potrafi manipulować swoim rozmiarem. To znaczy nie neguję istnienia Ant-Mana, nawet chciałbym go zobaczyć w filmie (2016?), ale wymyślanie teraz, że dusza agenta została przeniesiona do Visiona, to gruba przesada.

Sam serial, no nie wiem, takie Z Archiwum X? Oby. Oby nie Łowcy koszmarów. Dobrze by było, gdyby od czasu do czasu pokazali jakiegoś mniej znanego łotra. I żeby Jackson dał się namówić ($) na granie choćby samym głosem.
Dużo gdybania. Za dużo. Chociaż Whedon ogarniający ten bałagan pozwala myśleć optymistycznie.

Jaskier

Read Full Post »

Pierwszym w historii internetów filmem, który zdobywa Jaskiera w kategorii Film popcornowy zostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>
Avengers w reżyserii Jossa Whedona.

Właściwie nie jestem w stanie przyczepić się do czegokolwiek w tym filmie. Jest dobrze zagrany, ma prościutki, ale niegłupi scenariusz, każdy z bohaterów dostał odpowiednią ilość czasu na ekranie, są tu również cieszące oko efekty. No i Tom Hiddleston, który ponownie wcielił się w rolę asgardzkiego bożka kłamstw – Lokiego. Tę postać aż chce się oglądać.
Trzeba było się naprawdę postarać, żeby zbalansować postacie, by rzeczywiście powstał film o grupie superbohaterów. Oczywiście po części możliwe to było dzięki wcześniejszym adaptacjom komiksów o poszczególnych herosach, umożliwiło to rozpoczęcie akcji już w pierwszych minutach, zamiast ciągnięcia ekspozycji lub wywołania u widza efektu WTF? związanego ze zbyt dużą ilością wątków i postaci.
Marvel zaryzykował z filmowym uniwersum i wyszło mu to na dobre, dostaliśmy kilka niezłych filmów, jeden świetny, a w przyszłości czają się już kontynuacje. Pozostaje nam jedynie czekać na kolejne odsłony serii i cieszyć się nimi, dopóki będą utrzymywały poziom.

No i jest tu Scarlett Johansson, ale to prawie nie zaważyło na ocenie.

<Przerwa na reklamy>

Kontynuując, Jaskiera w kategorii Aktor w filmie popcornowym dostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>

Martin Freeman za rolę Bilba Bagginsa w filmie Hobbit: Niezwykła podróż Petera Jacksona.


Nie będę się powtarzał, bo już wielokrotnie pisałem o tym, że podobała mi się gra tego pana i sama postać hobbita wykreowana na potrzeby filmu. Naprawdę można go polubić, chociaż za niziołkami w ekranizacji Władcy Pierścieni nigdy specjalnie nie przepadałem .

Cóż, tak to właśnie wygląda, następne Jaskiery za jakiś rok, oby nam dobrych filmów i ról nie zabrakło.

Recenzja Avengers
Recenzja Hobbita

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »