Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2014

Nigdy więcej adaptacji Sparksa – wspólnie zgodnie stwierdziliśmy po obejrzeniu filmu pod tytułem Wciąż ją kocham.

Chcecie dowiedzieć się, dlaczego? Przeczytajcie!

Może to dziwne, ale ten film nie był moim pierwszym zetknięciem z twórczością czytanego głównie przez gimnazjalistki amerykańskiego pisarza. Do gimnazjum uczęszczałem bowiem w okresie rozkwitu zmierzchomanii, ale przed eksplozją popularności tfurczości pani E. L. James w naszym pięknym kraju. Toteż część koleżanek zaczytywała się w powieściach Nicholasa Sparksa i dzięki temu niezawodnemu źródłu dowiedziałem się, że ktoś taki istnieje. Ba! potrafiłbym nawet wskazać jego półkę w szkolnej bibliotece.
Jednak pierwszy kontakt sensu stricto nastąpił dopiero na wakacjach w 2012 roku, kiedy to wypatrzyłem egzemplarz właśnie Wciąż ją kocham na stoliku jednej z koleżanek na obozie (pozdrawiam Agatę). Przeczytawszy pierwsze trzy rozdziały, stwierdziłem, że to jakieś gunwo dla dziewczyn, dałem sobie spokój, odłożyłem książkę i wyszedłem z pokoju, nie budząc lokatorek.
Jeśli się nad tym zastanowicie, to jest to naprawdę dziwne.

***

No i widzicie, teraz siedzę nad klawiaturą po obejrzeniu adaptacji. Kurde, wiem, że wybitnie nie stanowię widowni dla tego typu filmów, ale nie paczyłem go sam i nie byłem jedyną znużoną seansem osobą w pokoju.

To jest taka historia w stylu: Co by było, gdyby Channing Tatum nie dostał się do G.I. Joe, tylko znalazł sobie dziewczynę. I zakochują się w sobie w stylu zakochiwania się w sobie z animacji Disney’a z końca ubiegłego wieku… co sam Disney wyśmiał przy okazji Krainy lodu, to tak nawiasem mówiąc. Potem jest tragedia, bo on musi szerzyć demokrację i wiarę w amerykański sen na całym świecie w ramach bycia komandosem, z kolei ona studiuje pedagogikę – czy coś w ten deseń – i trudno im znieść rozłąkę. No i dramat. Wszyscy płaczą, wysyłają sobie listy, są śmiertelnie chorzy, takie tam rzeczy.

Właściwie z tego morza płynnego łajna wyławiam pamięcią tylko jeden moment, który oceniam pozytywnie. Ojciec Tatuma jest umierający i te ich ostatnie chwile razem przedstawione są w naprawdę wzruszający sposób. Sceny te stanowią jednak jakieś pięć procent filmu, więc absolutnie nie są w stanie go uratować.

_______________________________________________________________

To jedyny film, jaki oglądałem, w którym jest tak mało strzelania, choć głównym bohaterem jest amerykański żołnierz. To smutne.

_______________________________________________________________

Wciąż ją kocham jest niebywale nudnym filmem, po czterdziestu minutach miałem go szczerze dość, a przed nami była jeszcze ponad godzina oglądania.
Ja rozumiem, że pewne grupy społeczne odczuwają potrzebę obejrzenia tego typu filmideł w celu uwierzenia, że miłość istnieje. Brutalna prawda natomiast jest taka, że z podobnych powodów faceci oglądają porno.
Idźcie obejrzeć Don Jon.
Filmy… żadnego rodzaju… nie mogą zastępować życia, które od czasu do czasu jest do dupy, bo tak już po prostu w życiu jest. I jeżeli JA muszę to komuś tłumaczyć, to z tym kimś jest naprawdę źle.

Jaskier

Read Full Post »

Hej, na nowych X-Menach byliśmy w prawdziwym kinie, toteż – z poślizgiem – nadrabiam tradycyjny wpis zawierający komentarz do jednego ze zwiastunów puszczonych przed filmem między reklamą banku i portalu randkowego.

***

Prawdziwe kina ssą pod względem liczby reklam emitowanych przed seansem – minęło dwadzieścia minut od przygaszenia świateł oraz uruchomienia projektora do pojawienia się loga studia, które wyprodukowało Days of Future Past. :/

***

Obejrzałem kilka innych zwiastunów i mam wrażenie, że scenarzyści „nieco” przeginają z niedwuznacznymi żartami, ale część z nich jest naprawdę zabawna (Popatrz na nasze cienie), a pozostałe żarty trzymają poziom, więc jestem zaintrygowany.

Teda swego czasu umieściłem w piątce najlepszych popcornowych filmów 2012 roku. Kilka tygodni temu zaliczyłem seans po raz drugi i moja opinia nie uległa zmianie – to świetna komedia.

Po filmie Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie oczekuję tego samego. Zestaw scenarzystów jest ten sam, zaangażowano kilku dobrych aktorów, jak choćby Liama Neesona lub Neila Patricka Harrisa, który potrafi być kimś więcej niż tylko Barney’em Stinsonem*. Charlize Theron w końcu nie gra zimnej suki, która musi uprawić seks z Murzynem, by udowodnić, że nie jest robotem. Sam MacFarlane wygląda na gościa, który dobrze się bawi, tworząc niepoprawne polityczne filmy, więc możemy być dobrej myśli.

Co sądzicie o tym filmie?

Jaskier

*Chociaż wszystko wskazuje na to, że tutaj nim będzie.

Read Full Post »

Liczba ludzi, którzy mnie lubią na facebooku właśnie osiągnęła setkę. Ale super! To niemalże trzy razy więcej niż mam znajomych!

Stwierdzam jednak, że wcale Was, moi Czytelnicy, nie widać na fanpejczu (poza kilkoma chlubnymi wyjątkami). To nieco dołujące, bo niby jesteście, ale jakby Was nie było.

Toteż pytam – czego oczekujecie?
Co chcielibyście zobaczyć, przeczytać?
Co będziecie komentować?
Albo może inaczej – co skłoniło Was do dania kciuka?

Na sugestie i pomysły czekam przez wszystkie godziny.

Dziękuję, że jesteście i chce się Wam to dziadostwo czytać. :)

Jaskier

PS Wkład wszystkich osób niepłynących z falą i nieposiadających konta na fb również doceniam i im również szczerze i gorąco dziękuję.

Read Full Post »

Z fanpejczowych statystyk wynika, że coś się ewidentnie popieprzyło.
Albo mnie unikacie, to o cztery punkty procentowe mniej prawdopodobne, aczkolwiek wspomnieć wypada.

Toteż – jeśli macie ochotę na śledzenie moich przemyśleń również na facebooku – uczyńcie ten jeden prosty krok, a życie stanie się piękniejsze.

Pojawiają się tam różne fajne rzeczy: linki do tekstów innych blogerów, sarkastycznie skomentowane linki do artykułów na portalach, ujawniające głupotę redaktorów, śmieszne obrazki, a przecież to bardzo ważny kawałek Internetu, wczoraj przeprowadziłem nawet relację na żywo z seansu Ostatniej krucjaty.

Także więc wszystkim chętnym przypominam, że fanpejcz stanowi w pewnym sensie uzupełnienie tego bloga, jak również najprostszy sposób na śledzenie wpisów pojawiających się tutaj.

Do później.
Czy jakoś tak.

Jaskier

*Choć wcale nie musi.

Read Full Post »

Nie tak dawno rozpływałem się nad najnowszym filmem rozszerzającym filmowe uniwersum Marvela, po drodze był nowy The Amazing Spider-Man*, a tu na scenę wskoczyła już cała ekipa X-Men.
I to w jakim stylu !

Sezon lekkich i kolorowych filmów w pełni i ma się bardzo dobrze. :D

Jeśli śledzicie moje wpisy regularnie, to wiecie, że miałem odnośnie tej produkcji spore oczekiwania (sprawdzić można np. TU lub TU). I chyba wszystkie zostały spełnione. Naprawdę – trudno jest mi się do czegoś w tym filmie przyczepić, bardzo dobrze to o nim świadczy.

Przede wszystkim fabuła nie skupia się na postaci Wolverine’a, jak można się było obawiać przed premierą, bazując na materiałach promocyjnych. Owszem, pełni w historii ważną rolę, ale „zrobić swoje” muszą Xavier i Magneto w wersji z ’73. Pozwala to Jackmanowi po prostu być zajebistym w swojej roli, brakowało tego w filmach w całości poświęconych Rosomakowi.

Pewne wydarzenia zapoczątkowane w latach siedemdziesiątych doprowadziły do zaistnienia dystopijnej przyszłości, w której kontrolę nad światem przejęły maszyny. (Dzień jak co dzień.) Ocalali mutanci w desperackim akcie wysyłają świadomość Wolverine’a pół wieku w przeszłość do jego młodszego ciała, w celu zapobiegnięcia tragedii i wyprostowania kolein losu.

Podobała mi się metamorfoza młodego Xaviera, który utraciwszy tak wiele, wylądował na dnie, został kimś w rodzaju ćpuna, ale potrafił się odbić i stać się tym charyzmatycznym przywódcą, jakiego znamy ze starszych filmów. Wielkie brawa dla Jamesa McAvoya – zdecydowanie nie jest już panem Tumnusem.

Michael Fassbender jako Magneto jest FE-NO-ME-NAL-NY – jedynie potwierdza swoją klasę. Nie musi wrzeszczeć lub rzucać groźbami – wierzymy, że oglądamy potężnego i dumnego mutanta gotowego wiele poświęcić dla dobra swojego gatunku.
A to wcale nie było takie łatwe zadanie, zważywszy na fakt, iż za pierwszym razem wcielił się w tę postać Ian McKellen.

Pozostali członkowie x-grupy… cóż, scenarzysta postąpił rozsądnie, decydując się na krok pod tytułem „Oto X-Meni. Tak, wiemy, że są zajebiści i chcemy Wam to pokazać”.
Mam tu na myśli głównie postacie z przyszłości, które uzbrojone w moce z CGI dają czadu… chyba pierwszy raz od początku filmowej serii. Dawno już nie widziałem Ostatniego bastionu, stąd ta niepewność, ale sceny akcji z tegorocznej produkcji na pewno biją na głowę te z X-Men i X-Men 2. Zwłaszcza pierwszy film niezbyt ładnie się postarzał pod względem wizualnym.
Tutaj jest wprost rewelacyjnie – cieszyłem się jak dziecko, widząc lodowego Icemana i wykorzystanie mocy Blink podczas starcia z Sentinelami.

No właśnie – Sentinele (dla zmyły ich nazwa została przetłumaczona w kinowej wersji filmu na „Strażników”). Były odpowiedzią ludzkości na pojawienie się mutantów. Bolivar Trask (w tej roli świetny niczym w Grze o tron Peter Dinklage) zaprojektował je do tropienia i likwidowania lub chwytania osób z genem odpowiedzialnym za mutację. I – jak to bywa z takimi wynalazkami – w pewnym momencie ich program samodzielnie ewoluował, zaczęły hodować ludzi i więzić ich jaźń w świecie rządzonym przez Elronda. Czy jakoś tak.
Prototypy, czyli model z ’73 roku, wyglądają oldskulowo i to jest świetne, gdyż dzięki temu odwołują się do oryginalnych projektów z komiksów. Natomiast futurystyczne wersje, z którymi walczą mutanci w 2023 roku mają w sobie coś maszynowo-przerażającego. Nie jest to ten poziom, jaki miał metalowy szkielet T-800 lub te pływającego kałamarnico-cosie w Matrixie, ale jest blisko.

Wspomnę jeszcze o kapitalnym segmencie z Quicksilverem. Jasne, chłopak wygląda kretyńsko, ale za to jak się prezentuje na ekranie! Nie spodziewałem się, że wypadnie aż tak dobrze. Wręcz nieco zawiodłem się, że było go w filmie tak mało.

Film jest przystępny dla odbiorcy nieznającego komiksów lub choćby filmów, jest sporo ekspozycji, zwłaszcza na początku, więc nikt się nie pogubi. Jednak dużo się traci, bo nie załapie się większości żartów i odniesień, głównie do starszych filmów z serii. Spodobało mi się również puszczenie oka do miłośników s-f, jakim było nawiązanie do Terminatora**.

Wszelkie nieścisłości, które pojawiły się w uniwersum po włączeniu do niego tego filmu, trzeba znieść. Podróże w czasie mają to do siebie, że robią bałagan. I tak wszystko bardzo zacnie trzyma się kupy, Ostatni bastion według obecnej oficjalnej linii czasu nigdy się nie wydarzył… i baaardzo dobrze.
Właściwie jedyne pytanie, jakie chciałbym zadać, odnosi się do Logana i jego wstąpienia w szeregi X-Men. Mam nadzieję, że X-Men: Apocalyspse to wyjaśni.

Tak to właśnie wygląda – bohaterowie, historia, humor, sceny akcji i efekty specjalne współgrają pod batutą p. Singera perfekcyjnie. Czekam na następny film z serii, a w międzyczasie na pewno odświeżę sobie poprzednie.

A co Wy sądzicie o najnowszych X-Menach?

Jaskier

*Jeszcze go nie widziałem, więc wstrzymam się z wypowiadaniem na jego temat do premiery DVD
**To uczucie dumy, gdy tłumaczysz swojej dziewczynie, o co chodziło z książką telefoniczną.

Read Full Post »

Ja, Frankenstein to jeden z tych gównianych filmów, w których bohaterowie zachowują się jak idioci, przez co wcale nie chcemy im kibicować, a rozwój wydarzeń w ogóle nas nie obchodzi.

Dla przykładu:
Pani Naukowiec jakaś_tam telefifonuje do swojego kolegi po fachu, by umówić się na spotkanie. Widz zdaje sobie sprawę z tego, że nie skończy się to dla niej dobrze, bo ten mem aż prosi się o wstawienie do filmu. Co więcej, zostaje ona POINFORMOWANA przez inną postać, że to niebezpieczne.
I – naturalnie – idzie i zostaje porwana. :/

Tego typu sytuacje, polegające na tym, że dzieje się coś idiotycznego, ponieważ scenarzysta jest leniwym kretynem i nie potrafił w inny sposób popchnąć historii dalej, powtarzają się w filmie notorycznie, męczą, nudzą i sprawiają, że nie chce się go oglądać.

A o czym w ogóle jest ten film?
Ano jest sobie stwór Frankensteina, są demony w gumowych maskach, będące odrzutami z kastingu na Orków, są gargulce, w które wcielają się m.in. dubler Sama Worthington ze Starcia tytanów i Éowina. No i Adam, bo tak właśnie został ochrzczony stwór (czujecie ten SYMBOLIZM?!), ma posłużyć demonom w roli Wunderwaffe i będzie koniec świata lub coś w ten deseń. Misją gargulców jest powstrzymanie ich. Tyle.
Niby jest tu coś jeszcze o odnajdywaniu duszy przez Adama, ale to brednie są jakieś.

W rolę demonicznego księcia demonów Naberiusa wciela się oczywisty czarny charakter – Bill Nighy. I jest oczywistym czarnym charakterem. Aż dziw bierze, że był w stanie wkręcić całemu sztabowi naukowców, że ich praca posłuży dobru ludzkości. Jakim cudem ktoś z doktoratem mógł łyknąć jego pokrętne tłumaczenia? Nie mam pojęcia.

Czy w tym filmidle jest coś dobrego?
Cóż:
– Podczas pojedynku na pałki przynajmniej próbują się trafić, w przeciwieństwie do walki na miecze świetlne w Mrocznym widmie.
– Aaron Eckhart robi całkiem fajny głos Batmana. A już na pewno lepszy niż Bale.
– Nie trwa ponad dwóch godzin.

Tanie i miałkie filmidło, niewarte poświęcenia mu czasu. Nawet efekty specjalne nie zachwycają, a fabuła jest denna i jej rozwój jest możliwy wyłącznie dlatego, że bohaterowie to idioci podejmujący irracjonalne decyzje.
Odradzam, omijać szerokim łukiem.

Jaskier

Read Full Post »

Widziałem, jest bardzo fajnie. :)

Na początku roku, po obejrzeniu trailera przed seansem drugiej części Hobbita, napisałem kilka zdań o tym filmie. Narzekałem wtedy nieco na wyraźne odejście od oryginału, ale – już po obejrzeniu – stwierdzam, że wyszło to tej produkcji na dobre. Nie mówię, że film z ’87 jest zły. Jest po prostu inny – zmieniły się standardy, twórcy dysponowali większym budżetem i innymi środkami, więc nie powinniśmy się dziwić, że skonstruowali zupełnie innego robo-gliniarza.

Głównym bohaterem jest Alex Murphy – niezwykle zawzięty na bandziorów policjant z Detroit. I – co jest bardzo fajne – to właśnie wskutek zapalczywości, z jaką chce zwalczać przestępczość, skutkującej nieprzestrzeganiem przepisów, dochodzi do tego, że musi zostać poddany zabiegowi połączenia go z maszyną. Połączenia do takiego stopnia, że nawet Darth Vader powiedziałby, że to chore.

Scenarzysta nie wyrzucił do śmietnika jego rodziny, zupełnie inaczej niż w filmie z ’87, gdzie Murphy wszedł do swojego byłego domu, obejrzał pozostawione graty, machnął ręką i stwierdził, że to zostało za nim. Żona oraz syn stanowią nierozerwalną część nowszej historii, udało się jednocześnie uniknąć miałkości, która żenowałaby widza. Konflikt między programem i budzącymi się emocjami przedstawiony jest w naturalny sposób i przykuwa do ekranu.

Silny nacisk położony jest na delikatną granicę między człowiekiem i maszyną, po której nieustannie balansuje Murphy, a przecież o to w tym filmie chodzi – pokazanie cyborga i zadanie pytania, jaka część jego natury w nim przeważa. Dlatego źli goście w tej produkcji mówią do niego – Jesteś robotem. Kontrastuje to z tęskniącą za nim rodziną i tworzy swego rodzaju dramę.

Świetne jest też to, że Murphy staje się marionetką i firma, która olbrzymie zyski upatruje we wprowadzeniu robotów do służby w szeregach policji w Stanach Zjednoczonych, bezwzględnie wykorzystuje go do zrealizowania tego celu. Jest to w pewnym sensie zwrócenie uwagi na sposoby i zakres manipulacji, jakich dopuszczają się wielkie korporacje.

Aktorsko prym wiedzie Gary Oldman, wcielający się w lekarza i naukowca odpowiedzialnego za powołanie RoboCopa do życia. I – jak to w przypadku tego pana bywa – przesiąka rolą do tego stopnia, iż momentami można zapomnieć, że to ten sam człowiek, który był Draculą, Zorgiem i Gordonem. Pola nie ustępuje  Samuel L. Jackson, któremu przypadła w udziale rola prezentera telewizyjnego, popierającego plany wprowadzenia robotów na ulice. Obawiałem się przez moment, że dostał tylko kilka linijek, które powędrowały do zwiastuna i robią za wstęp do filmu, na szczęście pokazał się potem jeszcze kilkukrotnie. Michael Keaton, czyli emerytowany Bruce Wayne, sprawdza się w roli prezesa korporacji lobbującej za używaniem robotów przez policję. Niespodziewanie przekonałem się, że Jackie Earle Haley nie gra bandziora, którego RoboCop zatrzymuje podczas rutynowej akcji. Bardzo miła niespodziewanka.

Z takim drugim planem ciężko się dziwić, że Joel Kinnaman wypada przeciętnie. Rzecz jasna robi ten robotowy głos i porusza się wystarczająco niepłynnie, byśmy uwierzyli, że składa się niemalże z samych metalowych części, i to jest fajne, ale pod względem gry raczej nie zapada w pamięć.

Podsumowując, miło było obejrzeć unowocześnioną wersję RoboCopa.
Czasy, w których żyjemy, odcisnęły wyraźne piętno na tej postaci i jej historii – manipulowanie opinią publiczną, forsowanie ustaw, które zapewnią zyski konkretnym przedsiębiorstwom, rola mediów w kształtowaniu nastrojów społecznych – to wszystko tu jest.
Jednocześnie niezmieniony pozostał motyw dobrego gliniarza, który musi samodzielnie posprzątać bałagan w swoim mieście.

Czego chcieć więcej?

***

Na zakończenie utwór, który znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu.
U mnie w oryginalnym wykonaniu. Miłego słuchania i oglądania. ;)

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »