Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Dave Bautista’

Naprawdę nie wiem, co mam napisać o tym filmie, ponieważ z jednej strony był zabawny, dostarczył mi masę frajdy i rozrywki, nie zasnąłem na nim, mimo iż był środek nocy, kiedy go oglądałem, a od strony technicznej prezentuje się wprost fenomenalnie, z drugiej jednak po seansie miałem wrażenie, że zobaczyłem tylko jakąś reklamę. Była trzecia w nocy, siedziałem w kinowym fotelu i zadawałem sobie pytanie – No dobra, to było fajne, ale gdzie jest film?

Mam z tą produkcją taki problem, że nie ma w niej fabuły, jest za to zlepek scen pokazujących widzom to, jak fajne są poszczególne postacie i jakie niepokonane, silne, nieustraszone. Poniżej będzie SPOILERowe przedstawienie punktów… filmu, więc jeśli jeszcze go nie widzieliście, a nie chcecie się dowiedzieć, co się w nim dzieje, to omińcie ten fragment tekstu.

  • Drużyna gdzieś tam w kosmosie wykorzystuje swoje zwycięstwo z pierwszej części do robienia kasy. Która kosmiczna frakcja nie chciałaby wynająć Strażników Galaktyki do ochrony własnego mienia?
  • Ponieważ bohaterowie wciąż jeszcze nie potrafią w pełni ze sobą współpracować, to wpadają w poważne tarapaty.
  • Z opresji ratuje ich broda Kurta Russella, który przychodzi i mówi do Star-Lorda: Jestem twoim ojcem… i międzygalaktycznym bogiem-Hitlerem…
    I zabiłem twoją matkę.
  • Quill musi pogodzić się z tym, że jego nowo odnaleziony ojciec jest psychopatą. Walczą w stylu pojedynków z Dragon Balla.
  • Yondu umiera, ale w sumie jest szczęśliwe zakończenie, ponieważ poświęcił się dla Petera.

Koniec sekcji SPOILERowej, możecie wrócić do czytania.

Pomiędzy te punkty powtykane są sceny, w których:
a) Yondu jest OP;
b) Rocket jest OP;
c) Baby Groot promuje zabawki;
d) Drax jest kretynem, ale uroczym w swojej głupocie;
e) Star-Lord ma problem z tym, kto tak naprawdę był jego tatą;
f) ci żółci goście zachowują się dziwacznie;
g) kosmiczni piraci dostarczają całą maaaaasę dowcipasów;

I to nie jest problem natury takiej, że – O matko, co za gówno. Nie jest to też nudne czy coś. Po prostu mam wrażenie, że James Gunn zachłysnął się wolnością twórczą, jaką studio mu zaoferowało i cały czas tylko ciśnie – Patrzcie, jaki Yondu jest super. Patrzcie teraz, jaki Rocket jest błyskotliwy. Patrzcie, jaki Baby Groot jest słodziaszny (figurki po jedyne 19,99$). Nie ma tutaj miejsca na jakieś upadki, bohaterowie są niezniszczalni, a nawet jeśli, na ten przykład, dostają się do niewoli, to szybko uciekają, robiąc przy tym rozpierduchę. Nie chce mi się tego teraz szukać, na pewno ktoś to policzył albo w najbliższej przyszłości policzy, Yondu za pomocą swojej sterowanej gwizdaniem strzały (sic!) zabija w tym filmie ze sto osób, samemu w zasadzie będąc niezniszczalnym.

Sceny z Grootem (chyba wszystkie, musiałbym obejrzeć jeszcze raz, żeby to ocenić) są męczące. Na początkowych napisach urokliwie tańczy, później, za każdym razem, gdy się pojawia, to jest podkreślane, jaki to on nie jest uroczy i słodki, i w ogóle. Nie wyskakujcie w komentarzach* z tekstami, że to miało stanowić parodię postaci będących w filmach maskotkami – moim zdaniem, jeśli taki był zamiar reżysera, to mu nie wyszło.

Nawet część dowcipów jest albo przeciągnięta, albo po prostu słaba. Na przykład ten kosmiczny pirat z głupim imieniem. Ciągną to w nieskończoność. Żart z Grootem, który nie potrafi pojąć, co ma przynieść i znosi do bohaterów śmieci, również niemiłosiernie się ciągnie. Rozwaliła mnie także scena podróży kosmicznej, kiedy postacie dokonują na pokładzie statku sekwencji kilkuset skoków (czymkolwiek by one nie były). Nauka za tym stojąca sprawia, że zaczynają się zniekształcać, oczy wychodzą im z orbit etc. Wygląda to jak w Masce albo Looney Tunes i bierze się po prostu znikąd.

Również muzyka wypada słabiej niż w pierwszej części. Awesome Mix Vol.1 po obejrzeniu filmu słuchałem w kółko, wciąż lubię sobie puścić. Tutaj nic nie zapadło mi w pamięć. Najlepsze było Fox on the Run ze zwiastuna, którego jednak nie pamiętam z filmu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ta piosenka w ogóle nie pojawia się w filmie.

***

Dwie rzeczy naprawdę mi się podobały i uważam, że w tym filmie zagrały perfekcyjnie.

Pierwsza to postać Draxa. Dave Bautista urodził się do tej roli. Jest w niej bezbłędny, wypada nawet lepiej niż w części pierwszej. Jego Drax jest bezpośredni, szczery do bólu, naiwny, żyje w swoim świecie, ale jednocześnie to naprawdę wierny kompan.

Druga rzecz, którą chcę pochwalić, to – uwaga, zaskoczenie – wątek romansowy. Podobało mi się to, jak została rozegrana relacja Petera i Gamory. Naprawdę. To jest taki typowy motyw, przebiegający zgodnie ze schematem – O, nie cierpię cię! Ja ciebie bardziej! A na końcu i tak jest: Hail to the king, baby. Podobały mi się te minisprzeczki i Gamora zgrywająca twardzielkę, tak naprawdę bojąca się otworzyć oraz finał, kiedy to w obawie przed utratą Petera, zrywa tę maskę i pokazuje, że mu na nim zależy. No bo ze strony Star-Lorda nie należy się spodziewać ukrywania czegokolwiek. Stanowią oni oczywistą parę, ale ja nie mam nic przeciwko takim przyciągającym się przeciwieństwom.

***

Tak to wygląda. Jeśli podobała się Wam część pierwsza, to pewnie już widzieliście kontynuację i macie o niej wyrobione zdanie, jeśli nie, to nie sądzę, żeby druga część przypadła Wam do gustu. Jest to więcej tego samego, tylko rozciągnięte, gdyż w miejsce fabuły James Gunn mógł powpychać te wszystkie scenki, o których pisałem w tekście.
Nie zrozumcie mnie źle – Guardians of the Galaxy vol.2 nie jest żenująco słabe ani nic z tych rzeczy. Jest jedynie fajne, nie spełnia oczekiwań, jakie w nim pokładałem.

***

*Trochę naiwnie wierzę, że tekst ten przeczyta ktoś, komu będzie się chciało komentować w ten sposób.

Jaskier

Read Full Post »

Strażnicy Galaktyki to znakomity film, ścisła czołówka tegorocznych popcornowych produkcji, gdyby mnie ktoś pytał. A skoro to czytasz, to najwyraźniej z jakiegoś powodu interesuje Cię moje zdanie, więc kontynuuj czytanie, by rozdowiedzieć się, dlaczego film ten mi się podobał.

Z racji tego, że jest aż kilka miesięcy po premierze, to nawet jeśli nie oglądaliście filmu, znacie ogólny zarys fabuły – potoku memów i żartów nie dało się bowiem swego czasu ominąć. Anonimowi w świadomości niedzielnych miłośników komiksów bohaterzy zalali portale społecznościowe oraz stronki z wszelakiej maści i jakości dowcipasami i śmiało wkroczyli do mejnstrimu, z miejsca stając się rozpoznawalnymi na równi z dotychczasowymi tuzami MCU – Tony’m Robertem Starkiem Downeyem, najseksowniejszym mężczyzną Wszechświata Thorem lub powszechnie uwielbianym przez publikę Lokim Hiddlestonem. Jeśli jednak kogoś to ominęło (w co wątpię, gdyż będąc osobą zainteresowaną tematem, nie sposób było nie naoglądać się najróżniejszych materiałów związanych z tym filmem, ale zrozumcie mnie – też chcę rzucić żartem o „nowych”, „lepszych” Gwiezdnych wojnach) – grupka składająca się z dwóch najemników, złodzieja, zabójczyni oraz psychopaty nieogarniającego metafor ratuje kosmos. Cały.

Główną zaletą tej produkcji są bez dwóch zdań bohaterowie. Jasne, efekty specjalne (klasyczne zmiksowane z CGI – istny majstersztyk) są świetne, ważne i w ogóle, lecz my aż za dobrze wiemy, że nie potrafią zastąpić ciekawych postaci, których losy chce się śledzić i którym chętnie kibicujemy. A do grona takich należy zaliczyć tytułową ekipę. Składa się ona z porwanego pod koniec lat ’80, wychowywanego przez kosmicznych oprychów Ziemianina – Petera Quilla, wysłanej za nim zabójczyni Gamory, dwóch łowców nagród: Rocketa (zmutowanego szopa) i Groota (humanoidalnej rośliny) oraz Draxa – żyjącego pragnieniem zemsty niezbyt elokwentego osiłka. Ta piątka tworzy niesamowitą mieszaninę, co chwila wybuchającą żartem lub zabawnym dialogiem. Złote jest to, że „drużyna” formuje się z konieczności w więzieniu o zaostrzonym rygorze, gdzie znajdują się wszyscy jej członkowie. Kruchy sojusz zawiązany przede wszystkim z chciwości przeradza się we wspaniałą przyjaźń w dość, powiedzmy, naturalny sposób. Na tej zasadzie, że stopniowe zmiany w relacjach między poszczególnymi postaciami są wiarygodne, a nie dlatego, że szop pracz z karabinem i gadające drzewo wyglądają obok siebie normalnie lub zwyczajnie. Dialogi są napisane oraz zagrane naturalnie, bez krzty sztuczności (zbyt) często pojawiającej się w popcornowym kinie. Dość powiedzieć, że nawet jeśli pojawia się coś na kształt patetycznej przemowy, to jest to w jakiś kompletnie odwrotny sposób skwitowane, przez co całość wypada niewymuszenie. Tak jakby po słowach prezydenta w Dniu Niepodległości ktoś wstał i powiedział, że przecież to misja samobójcza.

Największą bolączką tej produkcji są czarne charaktery. Przyjrzyjmy się więc trzem pojawiającym się na ekranie postaciom, których marzeniem jest wysadzenie kosmosu w kosmos. Na pierwszy ogień idzie Nebula, która jest adoptowaną córką Thanosa i miszczynią walki. Jej rola sprowadza się głównie do miszczowskiego walczenia, jej cele zostają jedynie zasygnalizowane, potem wszystko się urywa. James Gunn obiecał pociągnąć jej wątek w kontynuacji. Skoro już został wymieniony, to skupmy się na nim chwilę – Thanos. Jego rola polega z kolei na siedzeniu na kosmicznym krześle i byciu groźnym. Linkowałem wczoraj filmik z kanału HISHE, tam został kapitalnie podsumowany, nie trzeba nic dodawać – miał nas jedynie nakręcić na zaplanowany na 2018 i 2019 finał trzeciej fazy, czyli Infinity War. Natomiast głównym szwarccharakterem jest Ronan Oskarżyciel, przedstawiciel rasy Kree, który jest opętany rządzą zemsty i zrobi wszystko, byleby jej dokonać, wliczając w to współpracę z Thanosem. I to tyle. Jest strasznie, okropecznie zdenerwowany, bo coś tam się kiedyś stało i chce wszystkich zabić. Dlaczego Loki wypadł lepiej od niego? Przecież można wskazać kilka łączących ich cech. Loki nie chciał anihilacji całego świata. Chciał wymierzyć policzek bratu, zdobywając Ziemię, do której Thor jest przywiązany. Dla mnie to o wiele sensowniejsze od upartego dążenia do wybicia miliardów istot, bo tak.

Jest również jeszcze jeden ważny aspekt związany z GotG – film Jamesa Gunna rozszerza MCU o kosmos, inne galaktyki etc. Następnym razem, robiąc sobie powtórkę i oglądając po raz kolejny Iron Mana 3 lub Winter Soldier, będziemy zdawać sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy sytuacja na Ziemi nie ma wpływu na losy Wszechświata. Obie części przygód Thora oraz Avengers jakoś mi tego tak dobitnie nie uświadomiły, chociaż dostrzegłem wpływ tego faktu na postać Starka. Nie mogę się doczekać, aż ujrzę miny Mścicieli, kiedy to zorientują się, że nie dość, że kosmici mogą zaatakować Ziemię, to grozi jej to również ze strony demonów oraz innego magicznego tałatajstwa.

Zdecydowanie polecam, świetnie się bawiłem podczas oglądania, co najmniej tak samo dobrze, jak ekipa tworząca film. Nie jest to produkcja bez wad, ale naprawdę ciężko wskazać jakąś tegoroczną premierę, która byłaby lepsza.

Jaskier

PS Grę słów, będącą odwołaniem do Watchmen, ukradłem od kogoś, ale nie mogę namierzyć tego bloga. Mam go w zakładkach na komputerze w domu, więc za tydzień wrzucę link.

Read Full Post »


A szkoda, bo byłby dzięki temu lepszy. Chociaż z drugiej strony – który to by już był film o zemście autorstwa p. Tarantino? Bo bez wątpienia pojawiający się motyw vendetty zostałby wysunięty przez tego reżysera na pierwszy plan.
Ale po kolei.

Już pierwsze minuty tej produkcji ukazują nam, z czym mamy do czynienia. Człowiek o żelaznych pięściach stanowi hołd dla niskobudżetowych chińskich filmów o kung-fu. Ucinanie kończyn (koniecznie połączone z eksplozją jaskrawoczerwonej juchy), walki, których uczestniczy gardzą prawem powszechnego ciążenia, teatralność niektórych postaci – takich składników należy się po tym filmie spodziewać.
Nie spędziłem co prawda dzieciństwa na oglądaniu filmideł tego typu, niekoniecznie legalnie rozprowadzanych na VHS-ach przez wszelakiej maści Bazarowych Baronów, więc podejrzewam, że tym osobom, które taki punkt na liście mogą odhaczyć, Człowiek o żelaznych pięściach spodoba się jeszcze bardziej. Bo bawiłem się może nie przednio, ale dałem radę to przetrawić i nie żałuję poświęconego na seans czasu.

Akcja kręci się wokół:
a) syna wodza klanu pragnącego pomścić śmierć ojca z rąk zdrajców;
b) czarnoskórego kowala, który pragnie wykupić ukochaną z rąk właścicielki miejscowego zamtuza;
c) tajemniczego Anglika, dziwnym trafem przybywającego do miasta w przeddzień postoju transportu cesarskiego złota;

To są nasi protagoniści i najfajniejszy z nich jest pan z podpunktu c), grany przez Russella Crowe’a, który „nie bawił się tak od obrony korony w Makau”. I ja jestem skłonny w to uwierzyć – dawno nie widziałem go takiego wyluzowanego. Rola brytyjskiego agenta w tym głupiutkim filmie musiała sprawić mu nie lada frajdę.
Niestety, reżyser i główny bohater (raper RZA), będący byłym niewolnikiem, który po ucieczce ze Stanów cudem trafił do zakonu buddystów, którzy go przygarnęli oraz wyszkolili, nie jest już tak interesujący. Sama jego przemiana w tytułowego posiadacza żelaznych dłoni nie robi szału.
Z kolei zdradzony Zen Yi jest typowym szukającym sprawiedliwości za pomocą oręża młodzieńcem. Na szczęście wymiata, jeśli chodzi o walkę wręcz lub przy pomocy noży (dosłownie wymiata), więc ciężko się go czepiać, skoro swoje zadanie spełnia.

Przeciw nim staje Klan Lwa, dowodzony przez pragnącego władzy, uroczo teatralnego Srebrnego Lwa, szefowa zamtuza oraz obdarzony niezniszczalną skórą Dave Bautista.
Najwyżej oceniam występ Bautisty, który choć nie miał zbyt wielu linijek (może pięć kwestii przez cały film), to każde jego pojawienie się na ekranie zwiastowało nadchodzące demolowanie uliczek lub pomieszczeń za pomocą rzucanych na prawo i lewo przeciwników zapaśnika.

Tym właściwie jest ten film – ciągiem scen, w których ludzie walczą w jakiś przekombinowany sposób, dewastując, co się tylko da. Historia odgrywa marginalną rolę, przede wszystkim będąc pretekstem do tych wszystkich potyczek.

Warto obejrzeć, jeśli lubicie oglądać skośnych wyrywających sobie kończyny, dekapitujących się i mordujących na inne różne sposoby.
No i widok przebranego za kowboja Russella Crowe’a, który wchodzi do burdelu żywcem wyjętego z azjatyckiej kreskówki dla dorosłych zawsze spoko.

Jaskier

Read Full Post »