Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Hawkeye’

O! jakże przewrotny jest tytuł tego wpisu. Nie przeczytałem bowiem wszystkich tomów wydanych dotąd w Polsce przez Egmont. Ba! póki co nie udało mi się nawet zaliczyć chociaż po jednym tomie z każdej z proponowanych serii. Dlatego też przepraszam wszystkich, którzy dali się nabrać i kliknęli, licząc na jakiś wielgachny przegląd kilkudziesięciu wydanych dotąd albumów.
Tego tutaj nie znajdziecie, za to będzie można przeczytać, co sądzę na temat tego, co albo kupiłem, albo udało mi się wypożyczyć w krakowskiej Artetece.

***

***

All-New X-Men 1-2-3

Gdy pojawiła się informacja o starcie Marvel NOW! w Polsce – a to było ze dwa lata temu – stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli zdecyduję się na jedną, góra dwie serie i je będę regularnie kupować i czytać.
Ponieważ wiele osób w internetach polecało, mój wybór w pierwszej kolejności padł na historię klasycznych X-Men, przeniesionych w czasie w celu… nie wiem. Chyba żeby obecny Scott Summers a.k.a. Cyclops zobaczył młodszego siebie, wiernego ideałom i nawrócił się z obranej ścieżki bycia Winkelriedem mutantów.
Wyrwani ze szkolnych, beztroskich lat młodości mutanci stają twarzą w twarz ze swoimi starszymi wersjami, rozczarowując się obrazem tego, kim w tej linii czasowej się stali.

Było to narysowane bardzo ładnie, ale fabuła i postacie mnie kompletnie nie porwały. Zupełnie. Te młodzieżowe dramy o to, kto się w kim kocha albo co się stało z moim życiem?! były męczące, a ciągły ból dupy każdego z piątki mutantów przeniesionych w czasie sprawił, że po trzech tomach stwierdziłem, że odpuszczam czytanie tej serii.
Zdaje się, że ostatnio wyszedł kolejny tom, ale po tych trzech naprawdę nie mam ochoty na więcej.

Uncanny X-Men 1-2
Jest to seria komplementarna wobec tej z akapitu powyżej. Część wydarzeń mających w nich miejsce się pokrywa, zmienia się jedynie perspektywa – przedstawione są oczami członków przeciwnego zespołu. W innych przypadkach akcja się rozjeżdża i w Uncanny X-Men śledzimy poczynania dorosłego Cyclopsa, który jest teraz Wrogiem Ludzkości Numer Jeden i razem z Magneto i Emmą Frost prowadzi własną szkołę, podróżuje po świecie, zbierając do niej uczniów.

W tej serii też się nie zakochałem. Zaprezentowane w niej młode pokolenie mutantów miałem w dupie. Ale to tak totalnie. Pamiętam z nich tylko jedną dziewczynę, która umiała na pewnym ograniczonym obszarze stworzyć bańkę czasu. Poza tym pamiętam, że Cyclops (ten dorosły) miał ból dupy o to, że wszyscy mieli do niego ból dupy o to, że zabił Xaviera.

Wolverine and the X-Men 1-3
Tę serię czytałem wyrywczo, wypożyczając to, co akurat było dostępne w bibliotece. Ogólnie rzecz ujmując, jest to historia zupełnie nowego pokolenia mutantów, dla których Wolverine, Beast, a nawet Kitty Pryde to stare dziady.
Od pierwszego numeru totalnie się odbiłem. Zawarta w nim była historia jakiegoś cyrku, którego szef był potworem Frankensteina (sic!) i opanował umysły kadry pedagogicznej czyli Storm, Logana, Beasta etc. i młodzi mutanci musieli coś z tym zrobić. W ogóle mi to nie podeszło.
Do serii wróciłem jakiś czas później, gdyż musiałem dopchać limit trzech wypożyczanych komiksów, a akurat na półce stał trzeci numer. I to było naprawdę świetne. Dwoje młodych mutantów udało się – bez wiedzy nauczycieli – na misję infiltracji szkoły dla superzłoczyńców prowadzonej przez Hellfire Club. Tylko teraz Hellfire Club to najwyraźniej takie cool dzieciaki z bogatych domów, które ogólnie gardzą wszystkimi innymi. Ten koncept bardzo mi się spodobał, na pewno do serii wrócę. Niedawno został wydany czwarty tom.

Avengers 1
W przypadku tego komiksu mam chyba najbardziej mieszane uczucia.

Jest to kosmiczne mambo-dżambo, jakich pełno w komiksach, angażujące najpotężniejszą drużynę ziemskich bohaterów, w dodatku ściągające na listę jej członków postacie z najdalszych części uniwersum Marvela, stawiające tych wszystkich bohaterów naprzeciw międzygalaktycznych quasi-bogów.
Pierwszy tom jest jednak ewidentnie zaledwie wstępem do jakiejś dużo większej historii, a mimo iż już w nim nasza cywilizacja ociera się o zagładę, to czuć w powietrzu, że przy nadciągających wydarzeniach te próby morfowania ziemskiej flory i fauny, jakie tutaj następują, będą wyglądać niczym rabowanie banku przez Shockera, którego Spidey powstrzymuje w czwartek na długiej przerwie.

The Superior Spider-Man 1
Ten komiks mam przeczytany najświeżej, że się tak wyrażę, gdyż wypożyczyłem go dwa tygodnie temu. Jest to wstęp do historii, która chyba już w tym roku doczeka się finału (w sensie zostanie u nas wydany ostatni tom), opowiadającej o Superior Spider-Manie, czyli Doktorze Octopusie w młodym, silnym ciele Petera Parkera.
To może wydawać się strasznie głupie, ale historia naprawdę przypadła mi do gustu. Octopus oczywiście planował przejąć ciało i moce Pająka, żeby robić różne złowieszcze rzeczy, nie wziął jednak pod uwagę tego, że wchodzenie do głowy kogoś, kto stracił tak wiele bliskich osób i z tego powodu cierpi, i ma poczucie winy, nie może nie odbić się bez echa na psychice nowego właściciela ciała.
Scena, w której Peter, uwięziony w okaleczonym, sponiewieranym ciele Octopusa, umierając, przekazuje mu swoją mantrę, czyli hasło o wielkiej mocy i wielkiej odpowiedzialności, napisana jest w naprawdę poruszający sposób. I w ogóle przez cały czas miałem takie uczucie, że to, co się dzieje, jest niesprawiedliwe i że łotr powinien w końcu przegrać. Mimo iż wiedziałem, że tak się nie stanie. Kibicowałem Peterowi (prawdziwemu Peterowi), wiedząc, że tym razem mu się nie uda. Z czymś takim spotkałem się wcześniej tylko w przypadku Titanica. Za każdym razem trzymam kciuki za DiCaprio…
Będę wypatrywał na bibliotecznej półce kolejnych numerów, a kto wie – może sobie sprawię całą serię? Czwarty tom swego czasu wygrałem w konkursie na yt, ale czekam z czytaniem, dopóki nie zaliczę poprzednich.

Deadpool 1-2-3

O Deadpoolu zdążyłem już napisać na blogu, dokładnie o dwóch pierwszych tomach, możecie kliknąć w link i tam sprawdzić, co o nich sądzę. Wciąż uważam, że Łowca dusz wypada o wiele lepiej od Martwych prezydentów, gdyż ten drugi (chronologicznie pierwszy :P ) jest bardziej śmieszkowy. W pierwszym tomie mniej jest zgłębiania chorej psychiki głównego bohatera, który tak naprawdę śmiechem, żartami maskuje swoje problemy i psychiczny ból, jakiego doświadcza.
Dobry, zły i brzydki idzie jeszcze o krok… albo i dziesięć dalej, przedstawiając tytułowego najemnika z zupełnie innej perspektywy. W przeciwieństwie do memów, w pewnej mierze także filmu, ta inkarnacja Deadpoola jest o wiele poważniejsza. Jasne, jest tu sporo komedii, ale jednocześnie naprawdę duża dawka tragedii.

Tomy czwarty i piąty leżą na półce, jeszcze zafoliowane, a szósty czeka na odebranie. Nie mam kiedy do nich usiąść, żeby móc przeczytać. :(

Thor: God of Thunder 1-2

Dwa pierwsze tomy serii God of Thunder tworzą zamkniętą opowieść o starciu Thora ze śmiertelnym wrogiem wszystkich kosmicznych bóstw. Autor Jason Aaron rozciągnął akcję w przestrzeni kosmicznej, a także czasie, gdyż w finale opowieści do walki ramię w ramię stają trzy wersje Gromowładnego. Młody i buńczuczny wojownik, niegodny jeszcze Mjolnira, potężny Avenger, bohater najbliższy filmowej wersji, a także wiekowy król Asgardu z odległej przyszłości. Ich wątki rozpoczynają się w różnych okresach i miejscach kosmosu, by spleść się razem w ostatecznym starciu.

Możliwość poznania różnych wersji bohatera, świadomość tego, że to faktycznie jest ta sama postać, tylko na różnych etapach rozwoju, przypadła mi do gustu. Jest to komiks opowiadający historię Thora, której wciąż brakuje w MCU – mroczną, pesymistyczną, ale jednocześnie naładowaną nieprzeszkadzającym w niczym patosem. Łatwo by było popaść w śmieszność, ale scenarzysta potrafił rozładować napięcie w odpowiednim momencie tak, by całość zagrała.

Miss Marvel 1

Na wydanie tego komiksu w Polsce czekała masa osób. Zebrał niesamowicie pozytywne recenzje zagramanicą i wcale się temu nie dziwię.
Główna bohaterka, należąca do rasy Inhumans Kamala Khan, przechodzi terrigenezę, zyskuje moc zmieniania kształtu swojego ciała i wydawać by się mogło, że jej marzenia się spełniają. Przyjmuje dawny pseudonim swojej idolki i zamierza ratować świat.

Największą zaletą komiksu jest aspekt życia codziennego Kamali. Pochodzi ona bowiem z pakistańskiej rodziny, więc w przeciwieństwie do rówieśników nie może chodzić na imprezy, nie może spotykać się z chłopakami, a gdy coś nabroi, rodzice wysyłają ją na rozmowę do imama. Ona nie do końca się z tym identyfikuje, swojego pobożnego brata uważa za wariata, a rodziców – mimo iż szanuje i kocha – nie bardzo rozumie i uważa, że nie mają do niej zaufania i na nic jej nie pozwalają. Jest to klasyczny przykład konfliktu międzypokoleniowego, przez co aspekt odmiennej kultury – mimo iż prominentny – do jakościowej analizy nie jest potrzebny. Po prostu poddana hormonom nastoletnia dziewczyna, która od życia chciałaby czegoś innego niż to, co ma na co dzień, nagle dostaje moce. Nie dziwię się, że Kamalę często porównuje się do Petera Parkera, który przez wiele lat na siłę był trzymany w liceum, żeby dla kolejnych pokoleń komiksowych nerdów mógł stanowić odskocznię od klasówek, zrzędzących rodziców i domowych obowiązków.

Hawkeye 1

Kolejna seria, która spotkała się w USA z naprawdę pozytywnym przyjęciem, zawitała dwa miesiące temu również i do Polski. Głównym bohaterem jest Clint Barton, na co dzień latający w kosmos lub strzelający z łuku do superzłoczyńców członek Avengers, po godzinach samotny stróż i obrońca bloku, w którym mieszka.

Cóż, te fragmenty z Clintem w cywilu, gdy tłucze dresów albo ucieka autem przed dresami, strzelając do nich z łuku, albo idzie z  rannym psem do weterynarza, są naprawdę świetne.
Niestety, spora część to historia o misji odzyskania taśmy, na której nagrano Bartona likwidującego terrorystę. No bo wiecie – gdyby w łapy jakiegoś superłotra wpadło nagranie z członkiem Avengers dopuszczającym się podczas misji morderstwa, wywołałoby to międzynarodowy skandal. Wciąż ta część historii była o wiele bardziej angażująca i ciekawa, i ogólnie lepsza od wymienionych wcześniej All-New X-Men, jednak nie tego się spodziewałem.
W dodatku na końcu albumu znajduje się jeszcze jeden zeszyt z zupełnie innej historii. Aż wezmę komiks i sprawdzę, co to było… Tak, dobrze pamiętałem, to zeszyt serii Young Avengers Presents. Zamieszczony tutaj został, by przybliżyć czytelnikom relację Clinta Bartona z Kate Bishop, również występująca pod pseudonimem Hawkeye, pojawiającą się w serii Matta Fractiona.

Myślę, że ta seria z większą ilością numerów bardziej przypadnie mi do gustu.

***

Z czystym sumieniem mogę polecić DeadpoolaMiss Marvel, Superior Spider-ManaThora.
Co do reszty… cóż, naprawdę liczę na rozkręcenie się Hawkeye’a.

Co Wy sądzicie o tej inicjatywie wydawniczej Egmontu?
Który z komiksów z Marvel NOW! przypadł Wam najbardziej do gustu?
Może czekacie na jakiś komiks, który w Polsce jeszcze nie został wydany?

Dajcie znać w komentarzach.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

okladka-600
USA pięćdziesiąt lat po wielkiej wojnie, w której polegli niemalże wszyscy herosi, władzę przejęli łotrzy. Niedobitki niegdysiejszych superbohaterów ledwo wiążą koniec z końcem, parając się najróżniejszymi zajęciami, byleby przeżyć w okrutnym, rządzonym prawem silniejszego świecie.
Jednym z takich pariasów jest były członek X-Men, Logan, z wszelkich sił starający się odciąć od awanturniczej przeszłości. Wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat sprawiły, iż od tamtej nocy nie wysunął swoich szponów, wyrzekł się swej natury. Najdzikszy z podopiecznych Xaviera przeistoczył się w ubogiego farmera, głowę rodziny mieszkającej na spalonych słońcem równinach Kalifornii.
Nie będzie łatwo przekonać go do tego, by ponownie stanął do walki ze złem oraz niesprawiedliwością.

Mark Millar oraz Steve McNiven stworzyli niesamowitą wizję świata za kilkadziesiąt lat. Jak każda w komiksach, tak i ta przyszłość nie jest za wesoła. Dzięki genialnemu planowi połączenia sił, superprzestępcy wygrali i podzielili kraj między siebie. Rządy ich odciskają piętno na wyglądzie poszczególnych regionów. Od farm, za dzierżawę których trzeba słono płacić, przez miasta pod rozkazami szefów gangów, pałętające się po pustkowiach dinozaury i przebudowany na modłę III Rzeszy Waszyngton, gdzie w Białym Domu zasiada Red Skull – aż chciałoby się zobaczyć, jak wyglądają rejony kraju, do których nie zawitaliśmy wraz z Loganem i Hawkeye’em.
Moja ulubiona miejscówka to Hammer Falls w Nevadzie, miejsce ostatecznej bitwy, która przypieczętowała klęskę bohaterów. Łatwo się domyśleć, jaki artefakt, świadectwo lepszych czasów, tam spoczywa.

Towarzysząc dwóm byłym Mścicielom, poznajemy realia na poły postapokaliptycznej przyszłości, a także kulisy wydarzeń, które do niej doprowadziły. W pewnym momencie Logan decyduje się w końcu wyznać Bartonowi, co wydarzyło się tej feralnej nocy, gdy ostatni raz wysunął szpony. Co go wtedy złamało.

Niezbyt rozsądna decyzja jednego z łotrów doprowadza do ponownego złamania. Tym razem w drugą stronę. Wolverine powraca, co sygnalizuje zajmujący dwie strony napis „SNIKT”, będący onomatopeją, jednoznacznie wskazujący, iż Rosomak szykuje się do sprawienia komuś lania.
A jako że przez ostatnie pół wieku wcale nie było lekko, to znaczy, że zbierający się w nim do tej pory gniew zostanie wreszcie wyładowany.

Nikt tu się nie pieści i jeśli ktoś wpada pod szpony Wolverine’a, to nie wyjdzie spod nich cały. Gdy już się nie powstrzymuje, Logan jest śmiercionośny niczym w swoich najlepszych latach. Dlatego tytułowy „staruszek” nabiera w pewnym momencie nieco ironicznego wydźwięku.
Sceny akcji są odpowiednio brutalne, przesadzone w takim komiksowym tonie – no i świetnie, po to sięgam po pozycję z Rosomakiem na okładce. Superaśne rysunki tylko dopełniają ideału.

Materiały dodatkowe to komplet alternatywnych okładek, galeria szkiców oraz posłowie od autora scenariusza.

Świetna oprawa graficzna, niesamowity klimat, uczciwe mordobicie, szybkie tempo akcji, hektolitry posoki i Logan odjeżdżający na koniu w stronę zachodzącego słońca – czy muszę pisać, że warto?

Jaskier

PS Millar jest trochę dziwny, bo w tym komiksie są: zawiązki kazirodcze, a córka Spider-Mana to była żona Hawkeye’a. No i są tu też kanibale.
Jak tu nie lubić tego komiksu?

Read Full Post »

Fala pierwszego nerdgazmu jest już za nami, więc można przyjrzeć się pierwszemu zwiastunowi Avengers: Age of Ultron.

Co mi się rzuca w oczy?

  • Scarlet Witch wygląda świetnie. Z całym szacunkiem do geekowskiego betonu, oryginalny kostium z komiksów by nie przeszedł.
  • Quicksilver „na żywo” prezentuje się troszku lepiej niż na publikowanych jakiś czas temu zdjęciach z planu. Jednakże po cienkiej Godzilli naszły mnie wątpliwości, czy Aaron Taylor-Johnson to najlepszy wybór na protagonistę.
  • Głos Ultrona! <3
  • Mam nadzieję, że Hawkeye’owie również dokucza wizyta Lokiego w jego mózgu. Naturalnie, nie musi biegać nago wokół Stonehenge, wypadałoby jednak pokazać, że miało to na niego jakiś wpływ.
  • Ponoć Stark jedynie „odkopał” czyjś projekt podczas tworzenia Ultrona. Jeśli okaże się to prawdą, to wyjdzie całkiem zgrabny kompromis. Nie wynika to, rzecz jasna, z udostępnionego materiału, przeczytałem to w komentarzach pod udostępnionym zwiastunem. Podejrzewałem, że Hank Pym w jakiś sposób będzie współodpowiedzialny za stworzenie robota, gdyż to tłumaczy sięgnięcie po tę postać już w pierwszym filmie kolejnej fazy.
  • Kapitan nie ma kretyńskiego kostiumu.
  • Wykorzystanie utworu z Pinokia współgra z przewidywaną fabułą.
  • Hulkbuster!

Reasumując, zwiastun nie zrywa beretu, w zasadzie też nie informuje nas o niczym poza tym, że film będzie o Avengers walczących z Ultronem. Z jednej strony świetnie, że nie wszystko zostało zdradzone, ale z drugiej – jak dużo zostało jeszcze do zdradzenia?
Szczegóły dotyczące genezy Ultrona.
Rola Wandy i Pietro.

Winter Soldier i Mroczny świat okazały się lepsze od swoich poprzedników.
Czy Age of Ultron też tego dokona?
Przekonamy się w maju przyszłego roku. ;)

Jaskier

Read Full Post »

Tak, oglądam kreskówki, nie znając komiksów od deski to deski, więc, jeśli wpadnie tu oddział komiksowej milicji i będzie miał ochotę na teksty w stylu „Ej, Kapitan Ameryka nie jadł tam cheeseburgera z frytkami, tylko podwójnego hamburgera i skrzydełka z kurczaka, a tak w ogóle, to jesteś głupi, bo oglądasz bajki dla dzieci, zamiast czytać oryginalne komiksy z lat ’40”, to może je sobie darować. Brak dokładnej znajomości komiksów nie przeszkodził mi w pozytywnym przyjęciu Avengers, więc nie jest też wymagana podczas oglądania kreskówki dla dzieci. Bo Earth’s Mightiest Heroes jest kreskówką dla dzieci i to widać, co jednak jej nie pogrąża, ba! ogląda się ją całkiem przyjemnie.

Pierwszy sezon zaczyna się, o dziwo, wprowadzeniem – poznajemy poszczególne postacie w poświęconych im odcinkach, dostajemy też pierwsze fragmenty fabuły. Autorzy scenariusza czerpią z komiksów i to widać. Całość trzyma się kupy, bo stoi za nią kilkadziesiąt lat publikowania najróżniejszych historii i nie ma się wrażenia, że coś jest z dupy wzięte. To znaczy, jeżeli pojawia się kosmita z przyszłości, który chce przejąć władzę nad światem, żeby zapobiec zniszczeniu swojej rzeczywistości, czy coś w tym stylu (prawdziwy przykład), to znajduje to poparcie czymś we wcześniejszych odcinkach, inwazja ta ma również wpływ na dalsze losy Ziemi. Właściwie nie zdarzyło się, żeby scenarzysta wrzucił jakiś zapychacz tylko po to, by wyrobić się z ilością odcinków i to jest fajne.

Mściciele w baaardzo disneyowskiej wersji.

Bohaterowie, czyli to, co jest najważniejsze, wypadają bardzo dobrze.  Dwadzieścia sześć odcinków pierwszego sezonu, który już obejrzałem, czyli ponad osiem godzin, w których rozłożono wątki poszczególnych postaci, pozwalają widzowi poznać każdą postać i zrozumieć jej motywacje.

Odcinki, w których Mściciele walczą z niezniszczalnymi kosmitami albo ich robotami są raczej słabsze, o wiele lepiej ogląda się te, w których chodzi o coś więcej niż tylko lasery (w ogóle za dużo tu laserów). Słabe są też projekty kosmicznych robotów, przypomina mi to, co rysowałem w podstawówce – obecnie nie wydaje mi się, żeby wysoko rozwinięte cywilizacje kosmiczne budowały roboty poruszające się na krabich odnóżach albo posiadające macki. Zdecydowanie za dużo jest też miotania postaciami, rzucania nimi o ściany, wgniatania w ziemię. Sama jednak historia, postacie i łączące je relacje się bronią, choć oczywiście kreskówka stanowi jedynie wstęp do świata komiksu.

Problem jest też z tłumaczeniem, głównie nazw własnych – pseudonimów, nazwisk. Na przykład nazwisko szefa S.H.I.E.L.D. nie podlega deklinacji, przetłumaczono natomiast pseudonim Clinta Bartona, czyli Hawkeye’a. Chyba jest to jedyne przetłumaczone imię bohatera i naprawdę dziwnie słucha się „Sokole Oko” i „Wasp” występujących w jednym zdaniu. Co do głosów bohaterów, to aktorzy dubbingujący powtarzają się zbyt często i doszło do sytuacji, w której dwie postacie rozmawiają i słychać, że to ten sam facet siedzi przed mikrofonem. I jeszcze Czarna Wdowa, nie wiem, czyj to był pomysł, ale mówi z takim niby-rosyjskim akcentem.

Kreska to nie majstersztyk.

Humor jest zaskakująco przyzwoity, odpowiednio wyważono postacie dowcipkujące i patetyczne. Nawet nie chodzi tylko o same dialogi, które nie bawią do łez i nie sprawiają, że tarzasz się po podłodze, ale nie są też żałosne, a o same sytuacje. W jednym odcinku widzimy pływającego w basenie Hulka. Nie wiem, na ile to jest zgodne z komiksem, ale mnie rozbawiło.

Co więcej? Podobał mi się wątek Czarnej Wdowy, choć przewidywałem, że rozwinie się w takim kierunku. Rozwinie, bo nie został zakończony w pierwszym sezonie. Do tego większość postaci należy zaliczyć in plus, humor, gagi – kreskówka stanowi niezobowiązującą rozrywkę, choć nie jest w stanie zastąpić komiksów. Do tego podoba się dzieciakom, więc czego więcej od niej chcieć?

Jaskier

PS Ma być „zastąpiona” i „kontynuowana” przez Avengers Assemble. Szkoda.

Read Full Post »