Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Książki’ Category


Dobrze znamy USA – wszak od pacholęctwa bombardowani jesteśmy ogromną liczbą najróżniejszych obrazów pochodzących z tego najwspanialszego na świecie kraju, ostoi demokracji i wolności. W owej krainie syropem glukozowo-fruktozowym płynącej w przydrożnych barach brodaci kierowcy ciężarówek tylko czekają, aż jakiś przybłęda im podpadnie, w małomiasteczkowych knajpach z kolei przesiadują wyżelowani chłopcy w czarnych skórzanych kurtkach, popisujący się przed różowo odzianymi dziewczętami, popijającymi Colę i pogryzającymi maczane w szejkach frytki. W szkołach łobuzy zabierają dzieciakom w okularach kanapki, w biurach każdy romansuje i nikt nie lubi szefa, biali nie potrafią skakać, a czarni to bandyci.

Słowem – doskonale znamy przedmieścia, śródmieścia i podmieścia* amerykańskich miast. Z ekranów kin i telewizorów, z kart książek i komiksów – wszystko to znamy.

Jakub Ćwiek wpadł na genialny pomysł – a może jednak nie? Może nam się tylko WYDAJE, że dobrze znamy, że wiemy co i jak, że tam na miejscu nic by nas nie zaskoczyło? Może każdy film, serial, powieść jest w pewnej części tym, czym Grease  i Stranger Things były w stu procentach? Pewną wizją, obrazem, pozowanym zdjęciem, które przekazuje jakiś fragment prawdy, ale hiperbolizuje go, przesłania nim cały obraz.
Po tym olśnieniu – które zostało zresztą opisane w pierwszym rozdziale książki – Jakub Ćwiek zrobił następny krok – podzielił się nim z innymi. Następnie zrobił coś, co wymagało nie lada determinacji i uporu – znalazł środki, namówił całą zgraję ludzi do swojego pomysłu i ruszyli. W podróż. Przez East Coast śladami popkultury, starając się dowiedzieć, jaka jest prawda o tych miejscach.

Stany Zjednoczone – nawet samo Wschodnie Wybrzeże – mocno przesiąknięte są popkulturą. Gdybyśmy spojrzeli na mapę tego rejonu wykonaną w odpowiedniej skali, to w zasadzie byłaby upstrzona miejscami dla wszelakiej maści nerdów ważnymi. Od Nowego Jorku, który sam mógłby dostarczyć materiału na niejedną tego typu książkę, przez stan Maine, gdzie mieści się dom Stephena Kinga, Filadelfię ze schodami z Rocky’ego, Senoi i tamtejsze sklepy z fantami z The Walking Dead, Atlantę i CBC, historyczny Boston etc., etc.

Przez Stany POPświadomości to podzielony na trzy części opis podróży i zwiedzania miejsc wymienionych akapit wyżej i jeszcze kilku innych.

***

Główną część stanowią fragmenty autorstwa Jakuba Ćwieka, pomysłodawcy wyprawy. W ciekawy i barwny sposób opisuje perypetie podróżujących, dzieli się przemyśleniami z kolejnych etapów podróży, a także licznymi popkulturalnymi anegdotami ze swojego życia. Moją ulubioną zdecydowanie jest ta o sklepie Disneya i zakupie sukienki z Krainy lodu.
Nad wyraz często autor dzieli się także swoimi politycznymi poglądami, w większości rozdziałów przywołując rasizm, mizoginię albo jakieś tam jeszcze inne-izmy, którym nie mam zamiaru zaprzeczać, ale uważam, że nie powinny pojawiać się w tej książce, a już na pewno nie odarte z kontekstu historycznego i społecznego oraz nie w takiej ilości.

Rozdziały Jakuba Ćwieka przeplatane są popkulturalnym przewodnikiem Bartka Czartoryskiego, krytyka filmowego i tłumacza. Krótko i rzetelnie informuje czytelników, dlaczego byli tam, gdzie byli. Wyjaśnia, dlaczego jakiś twórca jest dla kultury ważny, często podaje tytuły, z którymi warto się zapoznać. Dla kogoś, kto nie wie, co to Troma i kim jest King, z czym to się je etc., te fragmenty powinny okazać się szczególnie przydatne.

Ostatnią tekstową częścią książki jest spis relacji podsumowujących kolejne etapy podróży autorstwa publicysty Radka Teklaka. W niemal telegraficznym skrócie opisuje swoje wrażenia, smuci się, że w NY truskawki po 5$ za pudełeczko, raduje, gdy w Północnej Karolinie benzyna jest tańsza od wody. Dziwi go (czytelnika też) uprzejmość mieszkańców USA. Wnioski popkulturowe rzecz jasna również obecne.

***

Czytając pierwsze rozdziały, odnosiłem wrażenie, że projekt nie do końca wypalił. Sam autor również w pewnym momencie ubolewa nad tym, że ich podróż wygląda jak typowa wycieczka turystyczna – jadą, patrzą (ładne), robią zdjęcia, jadą dalej. Potem do mnie dotarło – to nie film, nikt niczego nie reżyserował. Nie zawsze znajdzie się podejrzany facet, który na stacji benzynowej zaoferuje podwózkę, nie zawsze zostanie się zatrzymanym przez miejscowego szeryfa.
Ale kiedy już przytrafiało się coś niesamowitego, kiedy grupka faktycznie spotykała kogoś, z kim warto było zamienić kilka słów i potem je zapisać, to o tych momentach czyta się najlepiej. Również wszelkiej maści anegdoty, wspomnienia związane na przykład z pierwszym seansem Szklanej pułapki i inne tego typu kołatające się po głowie Jakuba Ćwieka echa przeszłości wypadają bardzo dobrze. Być może dlatego, że ja również – myślę, że każdy – ma takie punkty, chwile w swoim życiu, które zapamiętał i przywołuje je z uśmiechem na ustach. W tych fragmentach pisarz jawi się jako dobry kumpel, który opowiada zacne true story, bro i aż chciałoby się czegoś takiego więcej.

Przez Stany POPświadomości można traktować również jako wstępny poradnik dla szykujących się do wycieczki po USA. Znajdują się tu informacje o tym, jak wynająć kampera, gdzie można takim pojazdem zatrzymać się na noc, jak wyglądają opłaty za przejazd komunikacją miejską, ile kosztuje prysznic na truck stopie, jak się ma cena kilograma pomidorów do ceny hamburgera, kelnerka zwracająca się do klienta per „sweetie” wcale nie kokietuje, a żeby kupić alkohol faktycznie trzeba mieć ukończone dwadzieścia jeden lat.

***

Jeśli chodzi o stronę techniczną wydania, to zdarzają się literówki oraz pojedyncze błędy stylistyczne, będące – jak sądzę – wynikiem niedoprowadzonej do końca korekty tekstu. Można jednak na to przymknąć oko, jeśli się nie jest takim gramatycznym nazistą, jakim jestem ja.

***

Przez Stany POPświadomości opisuje niezwykłą wyprawę, istną przygodę. Pozornie niemożliwy do osiągnięcia cel udaje się tej grupce szaleńców, z Jakubem Ćwiekiem na czele, zrealizować. Wizja podróży przez USA w kamperze, spanie na truck stopach, szaleństwo zakupowe w sklepach z gadżetami, Walmarty, żarcie znane tylko z filmów – to wszystko jawi się w tej książce tak atrakcyjnie, że aż przez moment pomyślałem sobie, jakby to było dobrze z własną ekipą wybrać się w taką podróż. Nawet nie po to, by zwiedzać miejscówki z filmów, co po prostu chłonąć atmosferę tego kawałka świata, który sam w sobie jest fenomenem kulturowym.

***

KSIĄŻKĘ DO RECENZJI DOSTARCZYŁO WYDAWNICTWO SQN.

*Koniecznie zamieszkałe przez zmutowane gady zaznajomione ze wschodnimi sztukami walki.

Jaskier

Read Full Post »

Assassin’s Creed: Porzuceni to piąta już książka, której akcja umiejscowiona została w świecie znanym z serii gier Ubisoftu. Nie mam pojęcia, jak się ma do swoich poprzedniczek – żadnej bowiem nie czytałem. W bliżej nieokreślonej przyszłości będę miał porównanie do następnej powieści z cyklu, gdyż brat znalazł Czarną banderę pod choinką, ale póki co mogę się odnieść jedynie do dwóch pierwszy gier francuskiego studia.

Zasadniczo zadaniem tego typu literatury (gadżetów?) jest wyciągnięcie od graczy dodatkowej porcji hajsu. No bo wystarczy sobie sprawdzić na stronie jakiegokolwiek sklepu, który ma te pozycje w swojej ofercie i naliczymy tyle samo książek, co gier. W dodatku większość podtytułów się pokrywa, a ze streszczeń wynika, że autor najzwyczajniej w świecie przepisał fabuły poszczególnych gier. I to zostało wydane. W cenie 40zł za książkę.

Powieść Bowdena wygrałem w internetowym konkursie zorganizowanym na łamach strony Zakon Assassin’s Creed dawno, dawno temu. Informacja o tym stanowiła treść jednego z pierwszych postów na moim fanpejczu, wyniki zostały ogłoszone bowiem w okolicach czasu założenia stronki. Trochę mi zeszło z przeczytaniem, grubo ponad rok, ale skoro jest okazja, to chciałbym jeszcze raz podziękować organizatorom oraz pogratulować wszystkim współzawodniczącym.

Wbijmy więc wreszcie gwóźdź programu i przejdźmy do opinii.

Niewątpliwą zaletą Porzuconych jest to, że główny bohater to Haytham Kenwey, nie jego syn Connor, którym sterujemy w AC III. Dla mnie raczej zdecydowanie mało sensu ma czytanie o wydarzeniach, które widziało się na monitorze / telewizorze*, których za pośrednictwem myszki i klawiatury/ pada* byliśmy sprawcami. Z tego powodu nie mam zamiaru sięgać po pierwsze cztery powieści tego cyklu, wolę wydać porównywalną kwotę i doświadczyć tych historii w bardziej interaktywny sposób.
Chyba że zajawki wydawcy kłamią i Renesans, Bractwo, Tajemna krucjata oraz Objawienia nie są kalkami gier.
Czytał ktoś może?

Haytham Kenwey i jego historia są dosyć ciekawe i – no rzecz jasna – niezbyt odkrywcze i świeże, jeśli chodzi o światową literaturę, ale w ramach serii już raczej tak. Ponieważ to nie jest wyszkolony już zabójca, ani młodzieniec pragnący zemsty, dołączający przy okazji do asasynów, by z czasem zostać ich przywódcą.
Wskutek intryg templariuszy Haytham w dzieciństwie traci rodzinę i zostaje wychowany na niezwykle skutecznego członka zakonu. Prócz wybitnych zdolności walki bronią białą zostają mu wpojone odwieczne zasady templariuszy, które przez długi okres jego życia jasno wyznaczają mu ścieżkę, którą powinien kroczyć. Dopiero po wielu latach dostrzega pewne wady ich filozofii i zaczyna polemizować ze swoim mentorem.

I to stanie w rozkroku między asasynami i templariuszami, prawdą i władzą, byłoby nieziemsko ciekawe, gdyby nie fakt, że w gruncie rzeczy książka przypomina kolejną grę. Główny bohater jest przerzucany z misji do misji, występują tu swoiste ekrany ładowania, można wyróżnić „filmiki”, QTE, segmenty skradankowe, kompletowanie drużyny, zbieranie ekwipunku i potyczki, które w żaden sposób nie przypominają walki z gier (niesławny blok+kontra).
Znalazło się tu – niestety – miejsce i na streszczenie przygód Connora. Do pewnego stopnia jest to usprawiedliwione, gdyż główny bohater ze względu na zajmowane stanowisko przyjmuje raporty, a działalność młodego asasyna istotnie szkodzi jego planom, więc nie dziwi, że została uwzględniona. Później los ojca i syna się splata, toteż – ponownie – obecność Connora jest w pewien sposób naturalna. Niestety, nie grałem w AC III, więc nie mogę stwierdzić, czy jest to w jakiś sposób irytujące. Zakładam jednak, że wpłynie to negatywnie na frajdę płynącą z rozgrywki.

Polecam jedynie hardcorowym fanom serii (ludziom, którzy zbierali wszystkie flagi), chociaż pewnie nikt inny i tak by po to nie planował sięgnąć. Powieść rozszerza uniwersum, daje wgląd w przeszłość Haythama oraz rozwój struktur zakonu templariuszy w Nowym Świecie.
Nie jest to wybitnie czytadło, raczej masówka. Jak kebab w Krakowskiej.

Jaskier

*Wersja dla konsolowców.

Read Full Post »

Heeeej!
Expanded Universe poszedł do śmietnika, to rzucają książki do Stonki.

Podchodząc dzisiaj do kasy, z jogurtem naturalnym, dwunastoprocentową śmietaną, pudełkiem ryżu i rożkiem waniliowo-truskawkowym w koszyku, kątem oka dostrzegłem takie cudo.

Wiecie, to całe zamieszanie sprzed około miesiąca, związane z uznaniem Expanded Universe niekanonicznym, niezmiernie mnie rozbawiło.

Nie jestem jakimś hardkortruuberfanem tego uniwersum – widziałem filmy, przeszedłem pierwszego KotOR-a, przeczytałem wszystkie dwie książki, które miała na stanie biblioteka (jedną z okresu młodości Obi-Wana, a drugą dziejącą się w trakcie inwazji Yuuzhan Vongowów), przez jakiś czas oglądałem The Clone Wars. Nic, czym można by się było chwalić w towarzystwie nerdów.

Nie czuję się źle z tym, że wydarzenia, o których słyszałem/ czytałem/ wsio ryba według jakiegoś tam ustalenia nie miały miejsca. Ponieważ – NIESPODZIANKA! – to fikcja!
Może porównanie nie ma sensu, bo skala jest zupełnie inna, ale Andrzej Sapkowski stwierdził niegdyś, iż historie tworzone przez CD Projekt RED w ich grach z Geraltem nie są kanoniczne, bo jedyny prawdziwy wiedźmin jest w jego książkach. Czy to czyni te gry gorszymi produktami? Nie sądzę.

Nie widzę przeszkód, by cieszyć się i ekscytować przygodami postaci, o których czytamy, tylko dlatego, że krawaciarze z Disney’a stwierdzili, że wygodniej im będzie napisać dalsze dzieje Odległej Galaktyki od nowa.
Jeśli te powieści są tak dobre, że tylu ludzi rozdzierało szaty z powodu wyrzucenia ich z kanonu, to lepiej uraczyć się nimi, niż adaptacjami, które z całą pewnością nie byłyby wierne i spowodowałyby jeszcze większą gównoburzę.

Toteż bardzo chętnie przeczytam, co się stało po bitwie na Ruusanie, chociaż tak naprawdę się to nie stało.

A czy Wy, moi Czytelnicy, płakaliście po EU?

Jaskier

Read Full Post »

Kontynuuję czytanie literatury przedmiotu do mojej prezentacji maturalnej.

Która zostanie wygłoszona już w ten poniedziałek. Wybaczcie, niestety nie będę w stanie załatwić Wam biletów.

Przeczytałem całą ksiażkę na dwa relaksujące razy (mowa jest o człowieku, który przeczytał Quo vadis za jednym zamachem, toteż to nic spektakularnego).

Dowiedziałem się z niej, dlaczego Batman jest lepszy od Supermana (to, że jest, było dla mnie oczywistą oczywistością, jednak dobrze mieć jakiś konkretny argument pod ręką) oraz tego, że relacje Jamesa DiGiovanna z Robinem były ściśle zawodowe.

Jeżeli kogoś nie interesują poglądy oraz koncepcje najznamienitszych filozofów Zachodu i Wschodu, to zdecydowanie nie jest to pozycja dla niego, ponieważ Batman i filozofia opiera się głównie na zderzaniu tychże z elementami życiorysu oraz charakterystyki Mrocznego Rycerza i jego sojuszników lub adwersarzy. Autorzy poszczególnych fragmentów (książka składa się z dwudziestu artykuło-esejów o popularno-naukowym charakterze) odwołują się do autorytetów swojej  „branży”, udowadniając, jak ważna jest (albo może raczej powinna być) filozofia w życiu każdego człowieka, poprzez wykazywanie, że ma ona tak silny związek nawet z fikcyjnymi postaciami. Problem niejednoznacznych moralnie decyzji, ponoszenia odpowiedzialności za własne czyny etc. dotyczy nas nawet bardziej niż komiksowych bohaterów. Bo oni w przeciwieństwie do nas nie są prawdziwi. Tak tylko przypominam.

Liczne eksperymenty myślowe zaprezentowane są w przyjazny dla laika (czytaj: Jaskra) sposób. Za wyjątkiem rozdziału jedenastego – Czy Batman mógłby być Jokerem? Ciężko było przebrnąć przez hasła typu „identyczność przedmiotów rozróżnialnych” lub „konieczność tożsamości”, co tylko stanowi potwierdzenie tezy, iż jeszcze dużo nauki przede mną.

Za to bardzo do gustu przypadły mi fragmenty dotyczące poczytalności Jokera, obowiązku ciążącym na Batmanie, jego wpływie na Robina (Robinów), relacjach z Jamesem Gordonem, Supermanem i Alfredem.
Na szczęście zajmują one większość spośród dwustu siedemdziesięciu siedmiu stron książki, więc jest co czytać.

Polecam wszystkim domorosłym filozofom oraz osobom z ciągotami do patrzenia na popkulturę w nieco mniej tradycyjny sposób.

_________________________________________________________________

Książka została u nas wydana w 2013 roku przez wydawnictwo Helion.
Cena z okładki to 34,90 zł.

Jaskier

Read Full Post »


Książka będąca zapisem rozmów Josepha Campbella i Billa Moyersa, zakupiona oraz przeczytana przeze mnie w ramach przygotowywania się do prezentacji maturalnej z języka polskiego.

Co prawda, o samym monomicie nie ma tam zbyt wiele, raptem jeden rozdział dotyczy go bezpośrednio, ale absolutnie nie żałuję przeczytania całości. Gratis dostałem bowiem mnóstwo filozoficznego roztrząsania najrozmaitszych idei, począwszy od miłości, przez samodoskonalenie, poszukiwanie szczęścia i wiele, wiele innych.
Tyle zadowolenia.

Wychodzi też na to, że jestem całkiem mądrym chłopcem*, ponieważ natrafiłem na kilka wniosków, do których doszedłem samemu jeszcze przed rozpoczęciem lektury:

  • Od celu ważniejsza jest droga doń wiodąca (czyni to samą drogę celem, cóż jest więc wtedy drogą, hę?);
  • Należy podążać za głosem serca i nie ulegać presji otoczenia;
  • Co przekłada się na robienie tego, co sprawia nam przyjemność, byśmy pod koniec nie musieli rzec: „Nigdy w całym moim życiu nie zrobiłem tego, na co miałem ochotę” (Babbitt, Sinclair Lewis);

Jest to pozycja warta zainteresowania się nią i mam wrażenie, że bardzo dobra na początek, do zapoznania się z teoriami p. Campbella, w które wgryźć będzie się można w „poważniejszych”  publikacjach, do przeczytania których zostałem zachęcony. Prosty język i stosunkowo powierzchowne potraktowanie tematu (co nie powinno dziwić – na dwustu pięćdziesięciu poruszane jest baaaaardzo dużo czasem dość luźno powiązanych ze sobą aspektów) czynią Potęgę mitu książką przystępną dla czytelnika niezaznajomionego z prądami filozoficznymi, teologią, psychologią i innymi naukami, których studiowanie kończy się za ladą w McDonaldzie.

Polecam wszystkim domorosłym filozofom. (y)

Jaskier

*Abstrahując od faktu, że jestem idiotą.

Read Full Post »

Gimby nie znajo.

Jedyną lekturą, której nie przeczytałem w całości są Syzyfowe prace. To znaczy, w trzeciej klasie gimnazjum nie czytałem prawie nic od ministra, bo byłem zajęty nadprogramowymi pozycjami na olimpiadę polonistyczną. W związku ze zmianą szkoły i różnicą w czasie omawiania kilka mnie również po prostu ominęło (Kamienie na szaniecRomeo i Julia i pewnie coś jeszcze), za to inne przerobiłem dwukrotnie.
Ale – generalnie – czytam wszystkie te książki, których innym się czytać nie chce… Co za wyjście z szafy.

Mniejsza z tym.
Już od jakiegoś czasu chodził mi po głowie pomysł na takie zestawienie, toteż zapraszam. Wszystkie cytaty pochodzą od rodzimych autorów, ponieważ jestem nacjonalistą. Kolejność mniej więcej chronologiczna.

Jan Kochanowski, O żywocie ludzkim

Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy,
Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy:
Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
Wszytko to minie, jako polna trawa;
Naśmiawszy się nam i naszym porządkom,
Wemkną nas w mieszek, jako czynią łądkom.”

Kochanowski, pomijając lamenty po śmierci córki (podczas gdy drugą tak jakby olał), na propsie.
Ta fraszka idealnie oddaje to, jak bardzo ludzie nic nie mogą, że nam się tylko wydaje, że mamy na cokolwiek wpływ. Że jesteśmy śmieszni w naszych staraniach i zabiegach, bo tak naprawdę niewiele możemy.
Pisałem o tym kiedyś. O TU.

Ignacy Krasicki, Świat zepsuty (fragment)

Wolno szaleć młodzieży, wolno starym zwodzić,
Wolno się na czas żenić, wolno i rozwodzić.
Godzi się kraść ojczyznę łatwą i powolną,
A mnie sarkać na takie bezprawia nie wolno?

Polecam całość. To dowód na to, że Krasicki byłby dzisiaj raperem. Utwór został wykorzystany podczas produkcji płyty pt. Poeci. Jeśli komuś nie przeszkadza wykonywanie poezji w ten sposób, to zapraszam do zapoznania się z innymi utworami z tego krążka.
Jest to po prostu jedno wielkie wyrażenie niezadowolenia z powodu panującej na świecie niesprawiedliwości i upadku zasad moralnych. I to w jakim stylu.

Bolesław Prus, Lalka (Rzecki podczas ustawiania wystawy sklepowej)

Głupstwo, wszystko głupstwo!… a wam, gdybyście myśleli, mogłoby się zdawać, że to jest coś wielkiego!…

Stary subiekt wygłosił tę sentencję, przyglądając się miniaturowej karuzeli. Znaczenie podobne do fraszki Kochanowskiego – figurki poruszały się dzięki sprężynom i mechanizmowi. Nie miały wpływu na swoje ruchy.

Henryk Sienkiewicz, Pan Wołodyjowski

– I powiedz jej ode mnie: Nic to!

Pan Wołodyjowski nie należy do kanonu lektur, bo Potopu się nikomu nie chce czytać, więc jaki jest sens wrzucać jeszcze więcej, skoro i tak tego nikt nie przeczyta? Ja zapoznałem się z całą Trylogią i to zdanie utkwiło mi w pamięci najmocniej. Tak, nawet mocniej od „Kończ waść, wstydu oszczędź”, którego najprawdopodobniej używasz nieprawidłowo.
Słowa pożegnania z ostatnimi żołnierzami opuszczającymi Kamieniec Podolski stanowią kondensację występującego w literaturze od samego jej poczatku motywu rozdarcia między miłość i obowiązek. Nie chcąc splamić honoru i złamać danego Bogu słowa, Wołodyjowski wybiera obowiązek.
I nie ma znaczenia, że to nieprawda, że – patrząc na to wydarzenie od strony faktów historycznych – było inaczej. Płakałem, gdy Wołodyjowski umarł.
Kaczmarski ma o tym piosenkę. To znaczy, nie o moim płakaniu, tylko o śmierci Wołodyjowskiego.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Eviva l’arte!

„i chociaż życie nasze nic niewarte:
evviva l’arte!

Faza na dekadentyzm przeszła mi jakieś trzy miesiące temu, ale wciąż uważam, że te dwa wersy są kapitalne.
Absolutnie kapitalne.

Stanisław Wyspiański, Wesele

„Miałeś, chamie, złoty róg […]

Najelegantsze „aleś zjebał”, jakie zostało wymyślone. I koniec, i kropka.
Ten cytat bez przerwy znajduje zastosowanie w życiu codziennym, bo przecież każdego dnia widzimy kogoś, komu coś się nie udało.
Wypowiedź Chochoła posłużyła również jako inspiracja do jednego z kawałków rapera o pseudonimie donGURALesko.

Bruno Jasieński, But w butonierce

Idę młody, genjalny […]”

Ta linijka jest tak genialna, że nawet ja (Jasieński był komunistą i propagatorem lekceważenia zasad poprawnej pisowni) nie potrafię jej nie docenić. Niewiarygodne, że w jednym zdaniu udało się przekazać tyle buty i buntu, tyle energii i jednocześnie streścić program futurystów.
Może to zabrzmieć niczym bluźnierstwo, ale te trzy słowa Jasieńskiego moim zdaniem lepiej oddają młodzieńczą porywczość i pragnienie buntu niż cała Oda do młodości.

Jakie są Wasze najulubieńsze cytaty o lekturowej proweniencji?

Jaskier

PS Już niebawem: Najulubieńsi celebryci z polskiego jutjuba, czyli od kogo kradnę żarty oraz 10 zagramanicznych aktorów, w stylu których chciałbym spoważnieć!

Read Full Post »

Film z Bradem Pittem nie ma absolutnie nic wspólnego z tą książką, z wyjątkiem zombie oczywiście. Równie dobrze można by powiedzieć o Zmierzchu, że jest ekranizacją Drakuli Stokera, ponieważ obecne są w nim istoty, które zostały nazwane wampirami. Poważnie, pojawienie się zombie i toczenie z nimi wojny przez ludzkość to jedyne, co łączy książkę i film.

Ciężko World War Z (albo Wojnę zombie, bo taki tytuł nosiło pierwsze wydanie) przenieść na ekran, ponieważ nie ma tradycyjnej formy prowadzenia narracji. Jest to zbiór relacji naocznych świadków tytułowego konfliktu, od pojawienia się pierwszych zainfekowanych wirusem, przez narastającą panikę, do względnego opanowania sytuacji po dziesięciu latach trwania „Wojny Z”.
Wysłannik ONZ jeździ po świecie z zadaniem sporządzenia raportu, zebrane materiały, które się do niego nie nadają, wydaje w formie książki. Znajdują się tu wspomnienia cudem ocalałych ludzi, urzędników, którzy podjęli się próby podźwignięcia zdewastowanych gospodarek i zarządzaniem odbudowywania świata, relacje żołnierzy z kilku bitew przeciwko zombiakom, a także kilka mniej spodziewanych relacji. Nie chcę psuć frajdy płynącej z lektury, bo kreatywność autora, umiejętność wymyślania postaci, których losami się przejmujemy, choć dostały raptem kilka stron, jest niewiarygodna. Ale i tak konia z rzędem temu, kto zapamiętał nazwiska tych wszystkich ludzi.

Aczkolwiek mam wrażenie, że też nie do końca o przedstawienie konkretnych przypadków chodziło. Mnogość wypowiadających się i fakt, iż pochodzą z całego świata (wziąwszy pod uwagę, że dla przeciętnego Amerykanina świat składa się w głównej mierze z USA, Chin, Rosji, Europy i Bliskiego Wschodu) dowodzą temu, że autorowi zależało na pokazaniu wpływu tej wojny na ludzkość. Także wypunktowaniu wad obecnych u niej wcześniej. Wychodzi na wierzch tępota dowódców wojskowych, którzy tytuły uzyskali w czasach Zimnej Wojny, głupota i naiwność celebrytów, zakłamanie polityków.
Osobną sprawą jest ten motyw wyłażenia na wierzch najgorszych cech ludzkich rodem z Jądra ciemności. Autor poświęca mu jednak zaskakująco mało czasu, skupia się głównie na piętnowaniu wad, wykorzystując do tego gorzki żart – konsumpcjonistyczne społeczeństwo zostaje żywcem i dosłownie pożarte etc.

Wielka pochwała dla tłumacza (Leszek Erenfeicht) za pilnowanie tego, by łatwiej było czytelnikowi uwierzyć w to, że czytamy słowa różnych ludzi. Naturalnie, jest to zasługa autora (tak mniemam), ale dobrze wiemy, że podczas przekładu można to było spieprzyć.
W słowach wypowiadających się bohaterów czuć emocje. Wielkim zaskoczeniem dla mnie było to, że niektóre relacje były wzruszające. Nie żebym płakał podczas czytania, ale zostało to napisane w taki sposób, że tym ludziom można autentycznie współczuć.

Jest tu też dużo wypowiedzi, przemówień w stylu Emmericha. Wiecie, prezydent mówiący, że trzeba podtrzymać ducha ludzkości, by przyszłość mogła zaistnieć. Tylko że tutaj, w przeciwieństwie do tych nieszczęsnych katastroficznych filmów, to działa. Ludzkość została zepchnięta na dno rozpaczy i potrzebuje zarówno energii, jak i chęci, by się od tego dna odbić.

Niektóre wydarzenia, które stanowią bezpośrednie konsekwencje zakończonej wojny, są nieco dziwne. Przykładowo – Kuba staje kwitnącym, kapitalistycznym państwem, w którym Fidel Castro pierwszy zagłosował za swoim odejściem. Chciałbym też przeczytać więcej o Rosji. Panie Brooks, proszę napisać dla mnie World War Z: Russia. W przypadku tego państwa wyłazi na wierzch niezwykle stereotypowe traktowanie narodów (podobnie z Koreą Północną). Przypięcie łatki, krzywdzącej rzecz jasna.
USA również dostaje po dupie, pisałem o tym wyżej, jednak odnosi się pewne wrażenie gloryfikacji. Wydaje mi się, że głównie dlatego, że połowa (na oko) rozdziałów dzieje się w Ameryce.

Generalnie jednak polecam tę książkę.
Zdecydowanie najlepszy zbiór relacji z wojny z zombie dostępny na rynku.

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »