Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Sylvester Stallone’

Naprawdę nie wiem, co mam napisać o tym filmie, ponieważ z jednej strony był zabawny, dostarczył mi masę frajdy i rozrywki, nie zasnąłem na nim, mimo iż był środek nocy, kiedy go oglądałem, a od strony technicznej prezentuje się wprost fenomenalnie, z drugiej jednak po seansie miałem wrażenie, że zobaczyłem tylko jakąś reklamę. Była trzecia w nocy, siedziałem w kinowym fotelu i zadawałem sobie pytanie – No dobra, to było fajne, ale gdzie jest film?

Mam z tą produkcją taki problem, że nie ma w niej fabuły, jest za to zlepek scen pokazujących widzom to, jak fajne są poszczególne postacie i jakie niepokonane, silne, nieustraszone. Poniżej będzie SPOILERowe przedstawienie punktów… filmu, więc jeśli jeszcze go nie widzieliście, a nie chcecie się dowiedzieć, co się w nim dzieje, to omińcie ten fragment tekstu.

  • Drużyna gdzieś tam w kosmosie wykorzystuje swoje zwycięstwo z pierwszej części do robienia kasy. Która kosmiczna frakcja nie chciałaby wynająć Strażników Galaktyki do ochrony własnego mienia?
  • Ponieważ bohaterowie wciąż jeszcze nie potrafią w pełni ze sobą współpracować, to wpadają w poważne tarapaty.
  • Z opresji ratuje ich broda Kurta Russella, który przychodzi i mówi do Star-Lorda: Jestem twoim ojcem… i międzygalaktycznym bogiem-Hitlerem…
    I zabiłem twoją matkę.
  • Quill musi pogodzić się z tym, że jego nowo odnaleziony ojciec jest psychopatą. Walczą w stylu pojedynków z Dragon Balla.
  • Yondu umiera, ale w sumie jest szczęśliwe zakończenie, ponieważ poświęcił się dla Petera.

Koniec sekcji SPOILERowej, możecie wrócić do czytania.

Pomiędzy te punkty powtykane są sceny, w których:
a) Yondu jest OP;
b) Rocket jest OP;
c) Baby Groot promuje zabawki;
d) Drax jest kretynem, ale uroczym w swojej głupocie;
e) Star-Lord ma problem z tym, kto tak naprawdę był jego tatą;
f) ci żółci goście zachowują się dziwacznie;
g) kosmiczni piraci dostarczają całą maaaaasę dowcipasów;

I to nie jest problem natury takiej, że – O matko, co za gówno. Nie jest to też nudne czy coś. Po prostu mam wrażenie, że James Gunn zachłysnął się wolnością twórczą, jaką studio mu zaoferowało i cały czas tylko ciśnie – Patrzcie, jaki Yondu jest super. Patrzcie teraz, jaki Rocket jest błyskotliwy. Patrzcie, jaki Baby Groot jest słodziaszny (figurki po jedyne 19,99$). Nie ma tutaj miejsca na jakieś upadki, bohaterowie są niezniszczalni, a nawet jeśli, na ten przykład, dostają się do niewoli, to szybko uciekają, robiąc przy tym rozpierduchę. Nie chce mi się tego teraz szukać, na pewno ktoś to policzył albo w najbliższej przyszłości policzy, Yondu za pomocą swojej sterowanej gwizdaniem strzały (sic!) zabija w tym filmie ze sto osób, samemu w zasadzie będąc niezniszczalnym.

Sceny z Grootem (chyba wszystkie, musiałbym obejrzeć jeszcze raz, żeby to ocenić) są męczące. Na początkowych napisach urokliwie tańczy, później, za każdym razem, gdy się pojawia, to jest podkreślane, jaki to on nie jest uroczy i słodki, i w ogóle. Nie wyskakujcie w komentarzach* z tekstami, że to miało stanowić parodię postaci będących w filmach maskotkami – moim zdaniem, jeśli taki był zamiar reżysera, to mu nie wyszło.

Nawet część dowcipów jest albo przeciągnięta, albo po prostu słaba. Na przykład ten kosmiczny pirat z głupim imieniem. Ciągną to w nieskończoność. Żart z Grootem, który nie potrafi pojąć, co ma przynieść i znosi do bohaterów śmieci, również niemiłosiernie się ciągnie. Rozwaliła mnie także scena podróży kosmicznej, kiedy postacie dokonują na pokładzie statku sekwencji kilkuset skoków (czymkolwiek by one nie były). Nauka za tym stojąca sprawia, że zaczynają się zniekształcać, oczy wychodzą im z orbit etc. Wygląda to jak w Masce albo Looney Tunes i bierze się po prostu znikąd.

Również muzyka wypada słabiej niż w pierwszej części. Awesome Mix Vol.1 po obejrzeniu filmu słuchałem w kółko, wciąż lubię sobie puścić. Tutaj nic nie zapadło mi w pamięć. Najlepsze było Fox on the Run ze zwiastuna, którego jednak nie pamiętam z filmu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ta piosenka w ogóle nie pojawia się w filmie.

***

Dwie rzeczy naprawdę mi się podobały i uważam, że w tym filmie zagrały perfekcyjnie.

Pierwsza to postać Draxa. Dave Bautista urodził się do tej roli. Jest w niej bezbłędny, wypada nawet lepiej niż w części pierwszej. Jego Drax jest bezpośredni, szczery do bólu, naiwny, żyje w swoim świecie, ale jednocześnie to naprawdę wierny kompan.

Druga rzecz, którą chcę pochwalić, to – uwaga, zaskoczenie – wątek romansowy. Podobało mi się to, jak została rozegrana relacja Petera i Gamory. Naprawdę. To jest taki typowy motyw, przebiegający zgodnie ze schematem – O, nie cierpię cię! Ja ciebie bardziej! A na końcu i tak jest: Hail to the king, baby. Podobały mi się te minisprzeczki i Gamora zgrywająca twardzielkę, tak naprawdę bojąca się otworzyć oraz finał, kiedy to w obawie przed utratą Petera, zrywa tę maskę i pokazuje, że mu na nim zależy. No bo ze strony Star-Lorda nie należy się spodziewać ukrywania czegokolwiek. Stanowią oni oczywistą parę, ale ja nie mam nic przeciwko takim przyciągającym się przeciwieństwom.

***

Tak to wygląda. Jeśli podobała się Wam część pierwsza, to pewnie już widzieliście kontynuację i macie o niej wyrobione zdanie, jeśli nie, to nie sądzę, żeby druga część przypadła Wam do gustu. Jest to więcej tego samego, tylko rozciągnięte, gdyż w miejsce fabuły James Gunn mógł powpychać te wszystkie scenki, o których pisałem w tekście.
Nie zrozumcie mnie źle – Guardians of the Galaxy vol.2 nie jest żenująco słabe ani nic z tych rzeczy. Jest jedynie fajne, nie spełnia oczekiwań, jakie w nim pokładałem.

***

*Trochę naiwnie wierzę, że tekst ten przeczyta ktoś, komu będzie się chciało komentować w ten sposób.

Jaskier

Read Full Post »

Przed Wami moje zestawienie najciekawszych, najmocniej zapadających w pamięć, no i tak ogólnie moim zdaniem najlepszych ról w 2016 roku. Pogrupowane zostały na następujące kategorie – Mała i Duża rola w filmie popcornowym. O przydzieleniu do danej kategorii decydowały głównie ilość czasu ekranowego oraz istotność dla fabuły.
Kolejność według polskiej premiery.

Zapraszam do czytania. ;)

Mała rola w filmie popcornowym

Chadwick Boseman, jako T’Challa/Czarna Pantera w filmie Civil War

Chadwick Boseman zamiast się wymądrzać i biadolić, jak to biali nie potrafią skakać nie dopuszczają czarnych do filmów, mógłby dawać więcej takich popisów jak w Civil War. Od jego postaci bije tutaj charyzma, pewność siebie, powaga i dostojność. Przez cały czas czuć, że T’Challa pochodzi z królewskiego rodu, budzi respekt wśród pozostałych bohaterów filmu. Jednocześnie jako jedyny potrafi w porę ochłonąć, odsunąć od siebie pragnienie zemsty, zastąpić je chęcią wymierzenia sprawiedliwości.

Cóż, co tu dużo mówić – po jego występie w trzeciej części Kapitana Ameryki ludzie nie mogą doczekać się solowego filmu Czarnej Pantery.

***

Karl Urban, jako doktor McCoy w filmie Star Trek Beyond

Karl Urban jest we wszystkim i gdzie się nie pojawi, tworzy oryginalną postać. Trochę jak Gary Oldman, tylko bez okresu grania łotrów w filmach science-fiction.
W nowych Star Trekach jest od samego początku, wcielając się w pokładowego lekarza na USS Enterprise.
Moim zdaniem robi najlepszą robotę spośród obsady nowej serii – pozostali aktorzy również dobrze się spisują, aczkolwiek np. wysunięci na pierwszy plan Chris Pine oraz Zachary Quinto z pewnych przyczyn, w które nie chce mi się teraz zagłębiać, zobowiązani są do duplikowania ról o wiele bardziej charyzmatycznych aktorów.
Dzięki temu popis Urbana lśni o wiele jaśniej, pozwalając mu wnieść do Gwiezdnej Wędrówki nonszalancję, sarkazm i butelkę czegoś mocniejszego.

Aha, zapomniałbym – #BringBackDREDD.

***

Jai Courtney, jako Kapitan Boomerang w filmie Suicide Squad

Jai Courtney do tej pory znany był z tego, że ma agenta cudotwórcę. Dostawał role w dużych filmach – duże role (chociażby Kyle’a Reese’a w Terminatorze: Genisys). Nigdy jednak nie dało się o nim powiedzieć czegokolwiek więcej niż – beztalencie.
W końcu jednak – ku zdziwieniu chyba wszystkich – odnalazł się w jakiejś roli. Jego interpretacja Kapitana Boomeranga, niezbyt bystrego dresiarza, szubrawca i osoby pozbawionej przyzwoitości oraz kręgosłupa moralnego była jednym z jaśniejszych punktów sponiewieranego w poprzednim wpisie Suicide Squad.

***

Benedict Wong, jako Wong w filmie Doctor Strange


Benedictowi Wongowi powierzone było trudne zadanie – Wong w komiksach jest mistrzem kung-fu, ale jednocześnie służącym Doktora Strange’a. Dosłownie służącym – parzącym herbatę i otwierającym drzwi Azjatą. Jak uciec od tego stereotypu w czasach, gdy rynek chiński nieustannie rośnie i przynosi coraz większe dochody?
Twórcy uporali się z tym problemem całkiem sprytnie, kładąc nacisk na zdolności oraz wiedzę bohatera. Dlatego też w kolejnych filmach pełnić będzie raczej rolę sojusznika i doradcy tytułowego maga.
Benedict Wong wnosi do odgrywanej postaci powagę mnicha z Dalekiego Wschodu, ale jednocześnie potrafi rzucić dobrym tekstem. Scenka, w której słucha piosenki Beyonce albo ta, w której gani Strange’a za lekkomyślnie obchodzenie się z jednym z Kamieni Nieskończoności, na pewno każdemu zapadły w pamięć

***

James Earl Jones, jako Darth Vader w filmie Rogue One: A Star Wars Story

Kto widział, ten wie, dlaczego postać Dartha Vadera zasłużyła, by znaleźć się w tym zacnym gronie. Poza tym – jak mógłbym przepuścić okazję i nie wyróżnić Jamesa Earla Jonesa. Przecież ten głos jest legendarny!

A kto nie widział, ten trąba.

***

Duża rola w filmie popcornowym

Sylvester Stallone, jako Rocky Balboa w filmie Creed

Sly w formie! Po całej serii zdobytych Złotych Malin oraz trzech częściach Niezniszczalnych, które mi niezbyt przypadły mi do gustu, wraca do roli, która otworzyła mu drzwi do salonów Hollywood i wpuściła go na czerwone dywany.
Zamiast udawać, że taplanie się w błocie i zabijanie czołgów łukiem wciąż mu wypada, Sylvester Stallone wciela się w rolę, jaka mu w pewien naturalny sposób przysługuje – mentora bohatera z nowego pokolenia.
I – no – jest w niej bezbłędny.

***

Ryan Reynolds, jako Wade Wilson/Deadpool w filmie Deadpool

Ryan Reynolds zrobił niesamowitą robotę, nie tylko grając Deadpoola, ale zaciekle przez lata walcząc o to, by film o tym antybohaterze w ogóle powstał. Po tym gwałcie na postaci, jakim był Baraka w Geneza: Wolverine, Wade Wilson zasługiwał na porządny film ze swoim udziałem. Tak się szczęśliwie złożyło, że Fox rzucił trochę drobnych i produkcja ta mogła powstać.

Rola Reynoldsa nie skończyła się po ostatnim klapsie na planie filmowym, kampania marketingowa (która notabene ostatecznie okazała się lepsza od samego filmu) powinna zostać wyróżniona i nagrodzona. A pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Reynolds.

Niesamowitą drogę przeszedł ten aktor – od dennych komedii romantycznych oraz nadziewania bułeczek miłością w Wiecznym studencie – do przenoszenia na ekran takiego bohatera, jakim jest Deadpool. I to w jakim stylu!

***

Chris Evans, jako Steve Rogers/Kapitan Ameryka w filmie Civil War

Podobną drogę przeszedł Chris Evans – od głupawych komedii o amerykańskich nastolatkach i kiepskich filmów o superbohaterach, do wcielania się w amerykańską ikonę.
Jest coś urzekającego w tym Rogersie i to nie tylko w zestawieniu z kiczowatymi wersjami z poprzednich dekad – Evans nadaje swojej postaci niezbędnej charyzmy. Potrafi zagrać człowieka z minionej epoki – wyposażonego w adamantowy kręgosłup moralny i będącego wzorem dla innych herosów zupełnie inaczej niż Superman Cavilla, chociaż ja bym bardziej winił Snydera. Podczas gdy zachwycaliśmy się, moim zdaniem zasłużenie, Downeyem i jego Tonym Starkiem, w jego cieniu zabłysnął ktoś inny – Chris Evans z ikoniczną rolą Kapitana Ameryki.
Nie wiem, jak ci ludzie to robią, ale castingi mają bezbłędne.

***

Amy Adams, jako Louise Banks w filmie Arrival


Amy Adams w filmie o próbie nawiązania kontaktu z rasą obcych.
Jak to dobrze, że aktorka ta miała okazję wykazać się w tym filmie (w innych zapewne też, ale ten widziałem), w przeciwieństwie do innej produkcji, w której rozmawia z kosmitą.
Cały ciężar filmu spoczywa na barkach Amy Adams i ta dzielnie go dźwiga, przekazując widzowi istotną lekcję o tym, jak ważna jest zdolność do komunikacji. Nie jest to rola pełna aktorskiego szarżowania czy czegoś w tym stylu, aczkolwiek zdecydowanie zapada w pamięć, a końcowy zwrot fabularny, który wywraca całe nasze rozumienie tej postaci, jej motywów i zachowań, uwidacznia nieliniowość fabuły i stanowi wisienkę na torcie.

***

Felicity Jones, jako Jyn Erso w filmie Rogue One: A Star Wars Story


Wielu zarzucało temu filmowi, że jego główna bohaterka w mgnieniu oka zmienia zdanie i od postawy: Mam w dupie całe to Imperium i całą tę waszą Rebelię, przechodzi do rzucania na prawo i lewo haseł o tym, jak to warto ginąć za dobrą sprawę.
I no niby tak – zmiana jest bardzo drastyczna i ma miejsce w krótkim czasie. Moim zdaniem jest jednak silnie umotywowana przez emocje Jyn. Po kilkunastu latach życia w nieświadomości, że jej ojciec konradwallenroduje przeciwko Imperium, dziewczyna dowiaduje się o roli, jaką ten wybitny inżynier dla siebie zaplanował. Dowiaduje się, że poświęcił swoje siły i życie, by Galaktyka była dla niej i pozostałych mieszkańców lepszym miejscem. Dla mnie jest tak jakby oczywiste, że chciała uhonorować jego postawę i zupełnie oddała się misji, której przez tak wiele lat był wierny.
Scena po wysłuchaniu wiadomości od ojca, w której Felicity Jones przekazuje pełne spektrum emocji, dowodzi słuszności mojej interpretacji jej zachowania i daje aktorce miejsce na tej liście.

***

Tak to wygląda, jeszcze tylko najlepsze filmy i będziemy to mieć za sobą. ;)

Jakie role w 2016 roku Wam najbardziej zapadły w pamięć?

Jaskier

Read Full Post »

Nie pałałem miłością do pierwszej części Stallone’owskiego projektu, dzięki któremu w jednym filmie zebrana została grupa gwiazd kina akcji lat ’80. Niezniszczalnych obejrzałem raz i stwierdziłem, że lepiej oglądać klasyki. Albowiem „klasyka rządzi”, jak powie kilkukrotnie Jason Statham w kontynuacji.

Początek drugiej części zrobił na mnie o wiele większe wrażenie niż cokolwiek, co pamiętam z pierwszego filmu. Jest akcja, specjalistyczny sprzęt, spluwy, czaderskie pojazdy rodem z mokrych snów każdego siedmioletniego fana militariów, mnóstwo wybuchów i ogólnie pojęta zajebistość w starym, dobrym amerykańskim stylu.

Niestety, czar zupełnie pryska, gdy po powrocie drużyny na własny teren, Liam Hemsworth zaczyna opowiadać o tym, jak to on nie kocha tej swojej Miley Cyrus i zadajemy sobie pytanie, skąd on się w ogóle wziął w tym filmie. Poważnie, jego rozterki i wszystkie późniejsze bezsensowne gadaniny, zupełnie nie pasują do tonu filmu. Bo brutalna prawda jest taka, że nie po to włożyliśmy płytkę do odtwarzacza.

Mam też problem z samą esencją tej produkcji. Bo kiedy strzelają, to jest ekstra, nie zastanawiam się nad sensem ich strzelania, śmieję się wręcz z tego, jak głupio wygląda. Ale kiedy przestają, to jest strasznie. Wiecie, jeśli ściśle tajne i niebezpieczne zadanie zlecone przez CIA sprowadza się do trzymania drzwi, które zamykają się same dzięki zamontowanej sprężynie, to coś tu jest nie halo.

Upchanie takiej liczby sław w jednym filmie również rodzi pewne problemy. Występ kilku z nich sprowadza się do czegoś w stylu machnięcia do widza.
– Patrzcie, jestem Jet Li. Spadam, cześć!
No i – oczywiście – wstrętne deus ex machina, które jeszcze w przypadku Chucka Norrisa przejdą, bo to Chuck Norris, czyli człowiek, który w pojedynkę rozwali oddział najemników i ich czołg (i tego typu internetowe żarty stanowią charakterystykę jego postaci w tym filmie), ale już dla takiego Arnolda nie będę miał litości. Moment, w którym uratował ekipę Stallone’a, był po prostu słabo napisany. O nagminnym odnoszeniu się do klasyków nie muszę chyba wspominać.

W Niezniszczalnych 2 świetne jest strzelanie, wszelkie potyczki i sceny akcji. Reszta jest niestrawna i raczej mało zabawna. Poza jednym jedynym dialogiem, który nawiązuje się po wskazaniu wiekowego samolotu, którym oddział ma wrócić do domu:
– Powinien być w muzeum.
– Jak my wszyscy.
Nie twierdzę, że powinniśmy zamknąć w gablotach tych aktorów i pozostać przy oglądaniu ich starych filmów, ale nowe nie powinny być – moim zdaniem – tworzone w taki sposób.

Jaskier

Read Full Post »

Sędzia Dredd, w którym główną rolę gra Sylvester Stallone.
Kurde, chyba mój ulubiony film z tym aktorem. Nie widziałem wszystkich, ale nie jestem fanem Rambo, Rocky’ego i Niezniszczalnych, więc zostało tylko kilka wartych uwagi. Kiedy je już nadrobię, to będę mógł precyzyjnie wskazać ten najlepsiejszy.

Yhm… jest sobie świat przyszłości, w którym była wielka wojna i teraz prawie cała Ameryka przypomina Tatooine, ludzie mieszkają w ogrodzonych wysokim murem metropoliach. Poza miastami mieszkają kanibale, piraci i inne tego typu indywidua. Na ulicach miast z kolei panuje anarchia i chaos. Zamieszki, strzelaniny i tego typu ekscesy są na porządku dziennym. Starają się nad tym zapanować sędziowie, którzy pełnią rolę policjantów, prokuratorów, pana Dudzika, dwunastu gniewnych ludzi i katów jednocześnie.

Jednym z takich sędziów jest właśnie Dredd (grany oczywiście przez Stallone’a). Dostał za tę rolę nominację do Złotej Maliny, ale ja sądzę, że był świetny. W tym filmie potrzebowali wielkiego gościa, który dobrze będzie wyglądał z ogromną spluwą. W dodatku Sly ma idealną wręcz szczękę do grania postaci z komiksów (bo Sędzia Dredd jest adaptacją komiksu). W hełmie wygląda fenomenalnie i jest bardziej na miejscu od Christiana Bale’a w Batmanach Nolana.
Tak, napisałem to, Sędzia Dredd ma lepiej wyglądającego bohatera od Mrocznego Rycerza.

Fabuła jest pchana do przodu przez Rico, który ucieka z więzienia z chęcią zemsty na Dreddzie i marzeniem przejęcia kontroli nad światem. Albo raczej tym, co z niego zostało.
Ale nawet te ograne już w momencie premiery filmu (1995) plany typowego filmowego antagonisty bledną przy do bólu stereotypowej charakterystyce. Jego styl bycia oparty na krzyczeniu, wrzeszczeniu, notorycznym łamaniu prawa i posiadaniu charakterystycznych kurwików w oczach ewidentnie klasyfikuje go jako czarny charakter. Jest aż nazbyt dosłownie zły. Ciężko uwierzyć, że ktoś próbował go wykorzystać do zrealizowania własnych planów. Nikt nie załapał, że to totalny świr?
I znowu, Joker w Mrocznym Rycerzu zachowywał się jak wariat i wyglądał jak wariat, ale przynajmniej mówił całkiem sensownie, gdy składał propozycję mafiozom. A i tak nie kupili jego gadki od razu. Tutaj to trochę naciągane.

Z postaci pobocznych wspomnieć trzeba o sędzi Hershey, która jest znajomą Dredda z pracy. I niepotrzebnie oraz na siłę wplecionym wątkiem miłosnym… chyba. Jeden pocałunek na końcu filmu to już wątek miłosny? Wystarczyłoby, gdyby byli po prostu kumplami z pracy. Serio.
Jest tu też bohater grany przez Roba Schneidera. I robi to, co zwykle robi bohater Roba Shneidera. Ale również wypada znośnie, nie irytuje i nawet całkiem fajnie dopasował się do sztywnego i wiernie służącemu Prawu Dredda.

Świat przedstawiony spodoba Ci się, jeśli lubisz tego typu stylistykę. Oczywiście to nie Blade Runner, twórcy mocno zboczyli w kierunku kolorowości i lekkiej kiczowatości, ale jest OK. Pomysł na sędziów jest całkiem klawy, a patrolowane przez nich ulice wyglądają wiarygodnie. Czuć wszechobecną przemoc, patologię i brud.

To, co nie do końca mi pasuje w filmie, to końcówka. Jest nieco przedobrzona. Wiąże się to z powierzeniem zbyt dużej władzy Rico, który O DZIWO! wykręca kota ogonem do góry nogami i przejmuje kontrolę nad sytuacją. Oglądałem te sceny i zastanawiałem się, czy to nie jest za dużo, jak na tego typu film akcji. Doszedłem do wniosku, że tak, mogli, co jest paradoksalne, wymyślić coś mniej skomplikowanego, Bo mamy tu Dredda zapatrzonego w Prawo i Rico, który jest obłąkany chęcią przejęcia władzy i niezbyt pasuje to do finalnych sekwencji.

Drugą rzeczą jest Długi Spacer. Gdy sędzia ma dużo lat na karku, opuszcza metropolię i udaje się na pustynię, gdzie ma szerzyć ład i porządek wśród napotkanych piratów i kanibali. Dziwne. Nie lepiej byłoby wysłać z nim kilku żołnierzy? Albo w ogóle wysyłać samych żołnierzy? Wiecie, spędzacie wiele lat na służeniu Prawu, a potem musicie udać się na coś w rodzaju wygnania. Mało sprawiedliwe.

Aczkolwiek dla miłośników kina akcji z lat ’80 to pozycja obowiązkowa. Jeśli jesteś gimbusem i chcesz przyszpanować znajomością „klasyki”, to zalicz seans Sędziego Dredda między Terminatorem i Szklaną pułapką.

Jaskier

PS Na dniach kilka słów o Dreddzie z 2012.

Read Full Post »