Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Ryan Reynolds’

Przed Wami moje zestawienie najciekawszych, najmocniej zapadających w pamięć, no i tak ogólnie moim zdaniem najlepszych ról w 2016 roku. Pogrupowane zostały na następujące kategorie – Mała i Duża rola w filmie popcornowym. O przydzieleniu do danej kategorii decydowały głównie ilość czasu ekranowego oraz istotność dla fabuły.
Kolejność według polskiej premiery.

Zapraszam do czytania. ;)

Mała rola w filmie popcornowym

Chadwick Boseman, jako T’Challa/Czarna Pantera w filmie Civil War

Chadwick Boseman zamiast się wymądrzać i biadolić, jak to biali nie potrafią skakać nie dopuszczają czarnych do filmów, mógłby dawać więcej takich popisów jak w Civil War. Od jego postaci bije tutaj charyzma, pewność siebie, powaga i dostojność. Przez cały czas czuć, że T’Challa pochodzi z królewskiego rodu, budzi respekt wśród pozostałych bohaterów filmu. Jednocześnie jako jedyny potrafi w porę ochłonąć, odsunąć od siebie pragnienie zemsty, zastąpić je chęcią wymierzenia sprawiedliwości.

Cóż, co tu dużo mówić – po jego występie w trzeciej części Kapitana Ameryki ludzie nie mogą doczekać się solowego filmu Czarnej Pantery.

***

Karl Urban, jako doktor McCoy w filmie Star Trek Beyond

Karl Urban jest we wszystkim i gdzie się nie pojawi, tworzy oryginalną postać. Trochę jak Gary Oldman, tylko bez okresu grania łotrów w filmach science-fiction.
W nowych Star Trekach jest od samego początku, wcielając się w pokładowego lekarza na USS Enterprise.
Moim zdaniem robi najlepszą robotę spośród obsady nowej serii – pozostali aktorzy również dobrze się spisują, aczkolwiek np. wysunięci na pierwszy plan Chris Pine oraz Zachary Quinto z pewnych przyczyn, w które nie chce mi się teraz zagłębiać, zobowiązani są do duplikowania ról o wiele bardziej charyzmatycznych aktorów.
Dzięki temu popis Urbana lśni o wiele jaśniej, pozwalając mu wnieść do Gwiezdnej Wędrówki nonszalancję, sarkazm i butelkę czegoś mocniejszego.

Aha, zapomniałbym – #BringBackDREDD.

***

Jai Courtney, jako Kapitan Boomerang w filmie Suicide Squad

Jai Courtney do tej pory znany był z tego, że ma agenta cudotwórcę. Dostawał role w dużych filmach – duże role (chociażby Kyle’a Reese’a w Terminatorze: Genisys). Nigdy jednak nie dało się o nim powiedzieć czegokolwiek więcej niż – beztalencie.
W końcu jednak – ku zdziwieniu chyba wszystkich – odnalazł się w jakiejś roli. Jego interpretacja Kapitana Boomeranga, niezbyt bystrego dresiarza, szubrawca i osoby pozbawionej przyzwoitości oraz kręgosłupa moralnego była jednym z jaśniejszych punktów sponiewieranego w poprzednim wpisie Suicide Squad.

***

Benedict Wong, jako Wong w filmie Doctor Strange


Benedictowi Wongowi powierzone było trudne zadanie – Wong w komiksach jest mistrzem kung-fu, ale jednocześnie służącym Doktora Strange’a. Dosłownie służącym – parzącym herbatę i otwierającym drzwi Azjatą. Jak uciec od tego stereotypu w czasach, gdy rynek chiński nieustannie rośnie i przynosi coraz większe dochody?
Twórcy uporali się z tym problemem całkiem sprytnie, kładąc nacisk na zdolności oraz wiedzę bohatera. Dlatego też w kolejnych filmach pełnić będzie raczej rolę sojusznika i doradcy tytułowego maga.
Benedict Wong wnosi do odgrywanej postaci powagę mnicha z Dalekiego Wschodu, ale jednocześnie potrafi rzucić dobrym tekstem. Scenka, w której słucha piosenki Beyonce albo ta, w której gani Strange’a za lekkomyślnie obchodzenie się z jednym z Kamieni Nieskończoności, na pewno każdemu zapadły w pamięć

***

James Earl Jones, jako Darth Vader w filmie Rogue One: A Star Wars Story

Kto widział, ten wie, dlaczego postać Dartha Vadera zasłużyła, by znaleźć się w tym zacnym gronie. Poza tym – jak mógłbym przepuścić okazję i nie wyróżnić Jamesa Earla Jonesa. Przecież ten głos jest legendarny!

A kto nie widział, ten trąba.

***

Duża rola w filmie popcornowym

Sylvester Stallone, jako Rocky Balboa w filmie Creed

Sly w formie! Po całej serii zdobytych Złotych Malin oraz trzech częściach Niezniszczalnych, które mi niezbyt przypadły mi do gustu, wraca do roli, która otworzyła mu drzwi do salonów Hollywood i wpuściła go na czerwone dywany.
Zamiast udawać, że taplanie się w błocie i zabijanie czołgów łukiem wciąż mu wypada, Sylvester Stallone wciela się w rolę, jaka mu w pewien naturalny sposób przysługuje – mentora bohatera z nowego pokolenia.
I – no – jest w niej bezbłędny.

***

Ryan Reynolds, jako Wade Wilson/Deadpool w filmie Deadpool

Ryan Reynolds zrobił niesamowitą robotę, nie tylko grając Deadpoola, ale zaciekle przez lata walcząc o to, by film o tym antybohaterze w ogóle powstał. Po tym gwałcie na postaci, jakim był Baraka w Geneza: Wolverine, Wade Wilson zasługiwał na porządny film ze swoim udziałem. Tak się szczęśliwie złożyło, że Fox rzucił trochę drobnych i produkcja ta mogła powstać.

Rola Reynoldsa nie skończyła się po ostatnim klapsie na planie filmowym, kampania marketingowa (która notabene ostatecznie okazała się lepsza od samego filmu) powinna zostać wyróżniona i nagrodzona. A pierwsze skrzypce grał w niej właśnie Reynolds.

Niesamowitą drogę przeszedł ten aktor – od dennych komedii romantycznych oraz nadziewania bułeczek miłością w Wiecznym studencie – do przenoszenia na ekran takiego bohatera, jakim jest Deadpool. I to w jakim stylu!

***

Chris Evans, jako Steve Rogers/Kapitan Ameryka w filmie Civil War

Podobną drogę przeszedł Chris Evans – od głupawych komedii o amerykańskich nastolatkach i kiepskich filmów o superbohaterach, do wcielania się w amerykańską ikonę.
Jest coś urzekającego w tym Rogersie i to nie tylko w zestawieniu z kiczowatymi wersjami z poprzednich dekad – Evans nadaje swojej postaci niezbędnej charyzmy. Potrafi zagrać człowieka z minionej epoki – wyposażonego w adamantowy kręgosłup moralny i będącego wzorem dla innych herosów zupełnie inaczej niż Superman Cavilla, chociaż ja bym bardziej winił Snydera. Podczas gdy zachwycaliśmy się, moim zdaniem zasłużenie, Downeyem i jego Tonym Starkiem, w jego cieniu zabłysnął ktoś inny – Chris Evans z ikoniczną rolą Kapitana Ameryki.
Nie wiem, jak ci ludzie to robią, ale castingi mają bezbłędne.

***

Amy Adams, jako Louise Banks w filmie Arrival


Amy Adams w filmie o próbie nawiązania kontaktu z rasą obcych.
Jak to dobrze, że aktorka ta miała okazję wykazać się w tym filmie (w innych zapewne też, ale ten widziałem), w przeciwieństwie do innej produkcji, w której rozmawia z kosmitą.
Cały ciężar filmu spoczywa na barkach Amy Adams i ta dzielnie go dźwiga, przekazując widzowi istotną lekcję o tym, jak ważna jest zdolność do komunikacji. Nie jest to rola pełna aktorskiego szarżowania czy czegoś w tym stylu, aczkolwiek zdecydowanie zapada w pamięć, a końcowy zwrot fabularny, który wywraca całe nasze rozumienie tej postaci, jej motywów i zachowań, uwidacznia nieliniowość fabuły i stanowi wisienkę na torcie.

***

Felicity Jones, jako Jyn Erso w filmie Rogue One: A Star Wars Story


Wielu zarzucało temu filmowi, że jego główna bohaterka w mgnieniu oka zmienia zdanie i od postawy: Mam w dupie całe to Imperium i całą tę waszą Rebelię, przechodzi do rzucania na prawo i lewo haseł o tym, jak to warto ginąć za dobrą sprawę.
I no niby tak – zmiana jest bardzo drastyczna i ma miejsce w krótkim czasie. Moim zdaniem jest jednak silnie umotywowana przez emocje Jyn. Po kilkunastu latach życia w nieświadomości, że jej ojciec konradwallenroduje przeciwko Imperium, dziewczyna dowiaduje się o roli, jaką ten wybitny inżynier dla siebie zaplanował. Dowiaduje się, że poświęcił swoje siły i życie, by Galaktyka była dla niej i pozostałych mieszkańców lepszym miejscem. Dla mnie jest tak jakby oczywiste, że chciała uhonorować jego postawę i zupełnie oddała się misji, której przez tak wiele lat był wierny.
Scena po wysłuchaniu wiadomości od ojca, w której Felicity Jones przekazuje pełne spektrum emocji, dowodzi słuszności mojej interpretacji jej zachowania i daje aktorce miejsce na tej liście.

***

Tak to wygląda, jeszcze tylko najlepsze filmy i będziemy to mieć za sobą. ;)

Jakie role w 2016 roku Wam najbardziej zapadły w pamięć?

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

Nie zrozumcie mnie źle – Deadpool to naprawdę fajny film, w którym kupa rzeczy wyszła perfekcyjnie, ale… no właśnie, jest jedno wielkie, gigantyczne niczym ego Wade’a Wilsona ALE.

Jakość kampanii marketingowej tej produkcji przeszła najśmielsze oczekiwania, obfitując w niesamowicie wysokie jak na ten okres roku wyniki, pobicie kilku box office’owych rekordów (jeśli mnie pamięć nie myli, to dla filmu z kategorią R oraz premiery lutego) i takie ogólne podjaranie całego Internetu. Wszystko to dzięki Ryanowi Reynoldsowi, który naprawdę poświęcił się swojej wymarzonej roli. Przez kilka miesięcy regularnie pojawiały się informacje o tym, że aktor gdzieś tam zrobił coś w kostiumie Deadpoola. Zadziałać to mogło jedynie dzięki temu, że naprawdę mu zależało na tym filmie i jego sukcesie, a możliwość wcielenia się w tę konkretną postać była dla niego czymś więcej niż wykonaniem kolejnego zlecenia.

No i dochodzimy do tego ALE – oglądając Deadpoola w kinie, mimo iż świetnie się bawiłem i nieraz szczerze zaśmiałem, to nieustannie miałem wrażenie, że to jedynie kolejny szczebel w drabinie tej jakże miodnej kampanii marketingowej. Jak gdybym oglądał półtoragodzinny zwiastun. Wszystko chyba przez to, że trailery pokazały naprawdę dużo fabuły, pomijając jeden tylko fragment dotyczący celu krucjaty Wade’a. Historia prezentuje się bowiem w następujący sposób:

  1. Wade jest kozakiem.
  2. Wade poznaje dziewczynę, zakochują się w sobie.
  3. Wade dowiaduje się, że ma raka.
  4. Wade przyjmuje ofertę leczenia od podejrzanego typa.
  5. Wade zostaje poddany serii eksperymentów, zyskuje healing factor.
  6. Wade rusza do walki z ludźmi, którzy chcieli go wykorzystać.
  7. Wade się mocno wnerwia, gdy jego dziewczyna zostaje porwana.
  8. Wade pokonuje swojego przeciwnika.

Pod względem fabuły nie ma tutaj naprawdę nic więcej, a w dodatku wszystkiego poza tym, że Wilson wierzy, iż może znów wyglądać normalnie i dlatego ściga swoich oprawców, dowiedzieliśmy się z materiałów promocyjnych. Problemem jest to, że mimo wszystko Deadpool to nie Batman i trzeba było pokazać widowni jego genezę. Struktura filmu, który zaczyna się, gdy Wilson już od dawna wesoło bryka w czerwonym stroju i jedynie wraca w retrospekcjach do czasów sprzed przemiany oraz choroby, wskazuje na to, że scenarzyści woleliby od razu przejść do mięsa, ale że muszą wyjaśnić kilka spraw, to przynajmniej się postarają jakoś ciekawie to zaprezentować. Z drugiej strony, choć to trochę paradoksalnie zabrzmi, kolejnym argumentem, który by potwierdzał tezę o tym, że skoro już trzeba pokazać genezę postaci, to należy coś z nią zrobić, jest schematyczność przedstawionej historii. Jeśli przeanalizujecie powyższą listę, to zauważycie, że tak naprawdę to prozaiczna historia o zemście, jaką widzieliśmy już masę razy. Pokuszę się o hipotezę, że nie jest to przypadek, a próba sparodiowania wszelkiej maści origin story.

Wszystko inne, co obowiązkowo narasta wokół fabuły, jest od niej o kilka klas lepsze, ciekawsze i zabawniejsze, co bardzo dobrze wróży na przyszłość, skoro kontynuacja jest pewna, a twórcom nie będzie już ciążyła konieczność przedstawienia bohatera. Humor w filmie jest naprawdę różnorodny i mimo że sumarycznie najwięcej było dowcipów o seksie (niektóre naprawdę udane, inne nieco mniej), to jest też cała masa nawiązań do komiksów i ogólnie popkultury. Jest obowiązkowe cameo Stana Lee, ukłon w stronę obu twórców postaci, scenariusz inteligentnie wyśmiewa katorgę, jaką był proces wybłagania od studia pozwolenia na produkcję, a także punktuje wszystkie przywary filmowej serii X-Men Bryana Singera, która to została skompresowana do dwóch postaci, gdyż na więcej nie było pieniędzy.
Także więc ten aspekt stoi na naprawdę wysokim poziomie i o humor w kontynuacji jestem spokojny. Jeśli zgodnie z moimi przypuszczeniami odhaczenie genezy pozwoli scenarzystom rozwinąć skrzydła, to Deadpool 2 będzie filmem naprawdę zajebistym.

Wspomnieć chcę jeszcze o sposobie przedstawienia głównego bohatera. Wbrew powszechnej opinii, Deadpool wcale nie jest typem dowcipnisia, który rzuca na lewo i prawo żartami o seksie. To znaczy jest, ale po pierwsze primo – jak już wyżej wspomniałem – większość z nich jest naprawdę śmieszna i nie wszystkie dotyczą tej samej tematyki, a po drugie primo – wiedząc, czego Wade doświadczył, zdajemy sobie sprawę z tego, że jego poczucie humoru jest jedynym, co pozwala mu nie oszaleć.
Ryan Reynolds naprawdę się sprawdza, ale to chyba nie dziwi nikogo, gdyż to porządny aktor. Nawet w chałturach pokroju Origins: Wolverine lub Green Lantern potrafił utrzymać swój poziom, a jeśli chcecie dla odmiany dobrego filmu z tym aktorem, to polecam Kelnerów. O TU polecam. I gwoli ścisłości – oba wymienione superbohaterskie filmy w taki lub inny sposób zostają poniżone w omawianej produkcji.

Na koniec jeszcze słówko lub dwa o efektach specjalnych i scenach walki. Pierwsze są naprawdę spoko i nie czuć od nich niskiego budżetu (no bo co to jest 40mln$, nie?), te drugie są natomiast dynamiczne, kreatywne, przez co satysfakcjonujące.

***

Jeśli macie ochotę na więcej tego, co było w kampanii marketingowej, to film Wam to zaoferuje. Niestety, z pewnych przyczyn na naprawdę genialny film o Deadpoolu jeszcze trochę poczekamy, ale wierzę, że niebawem powstanie.

Aha, nie wychodźcie z kina przed końcem napisów końcowych.

Jaskier

Read Full Post »

Mnóstwo czasu upłynęło od ostatniego wpisu z tej serii, co bynajmniej nie oznacza, że ludzkość zmądrzała, stała się mniej niewyżyta seksualnie i nie szuka już równie często dziwnych stron w internetach. Najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się zajrzeć w zakładkę „frazy wyszukiwarek” na stronie statystyk. No ale skoro już się to dokonało, to zapraszam do przejrzenia listy dziwnych tekstów, dzięki którym ludzie tutaj trafiali. ;)

Pisownia oryginalna.

operacja argo spoiler jak się kończy?
I ten moment, gdy chcesz zacząć pisać, jak się kończy spoiler – bezcenne.
No jak się może kończyć film o amerykańskich służbach specjalnych? No tylko szczęśliwie – wszyscy zostają uratowani, żodyn fizycznie poważnie nie ucierpiał. Wszak z opresji wyciągał ich sam Batman.

jak narysować thora
Ja bym spróbował czegoś w tym stylu.

robert downey jr, gra o tron
Ciężko uwierzyć, że są ludzie, którzy są w stanie pomylić dwie obecnie tak silnie marki, jakimi są GoT i MCU. Zrobię to jednak dla nich i napiszę, że w tym przypadku zbieżność osób i nazwisk jest przypadkowa. Tony Stark jeszcze długo nie umrze, nie martwcie się. ;)

carteles de peliculas de terrorwill smith spadek
Aha
Tłumacz wypluwa mi – „terrorwill filmy plakaty”. Ktoś? coś?

will smith spadek
Trzeba ostrzec Jadena. Ktoś interesuje się spadkiem po jego ojcu. Chyba że Smith senior zagrał w polskim Spadku z 2005 roku. Obok Czesi z Klanu. 0_o

mity greckiew oryginale
Podziwiam. Mi zawsze wystarczała wersja Parandowskiego. Daj znać, gdy znajdziesz jakiegoś aojdę.

czy istnieje wieczny student 4
Nie, nie istnieje. Nie ma znaczenia, co powiedział Ci Twój kolega-śmieszek z ławki. Wieczny student skończył się na Kill Em All* pierwszej części, którą warto było obejrzeć głównie dla Ryana Reynoldsa. Bez niego… to po prostu kolejna głupkowata produkcja o perypetiach amerykańskiej młodzieży, która myśli za pomocą narządów rozrodczych. Z nim to niby też kolejna głupkowata produkcja o amerykańskiej młodzieży, ale Z Ryanem Reynoldsem, a ja po prostu lubię tego gościa.
Tekst o Wiecznym studencie.

sherlock i john ich miłość
Tego typu teksty nie mogą obyć się bez pytań o orientację aktorów/postaci z seriali. Do tej pory prym wiedli Dean (Ackles) i Castiel (Collins) z Supernatural. Tym razem padło na Sherlocka. To znaczy tak sądzę, że chodzi o serię BBC, nie filmy Guya Ritchie’ego.
Nie mam pojęcia, czy Holmes i Watson coś ze sobą kręcą – widziałem jedynie dwa pierwsze sezony – mam nadzieję, że nie. Bardzo mam nadzieję że nie. Podejrzewam, że jakaś fanka nietypowej przystojności Benedicta Cumberbatcha szukała fanfika, w którym postacie jego i Freemana łączy coś więcej niż dziwaczna przyjaźń. Na szczęście tutaj tego nie znalazła. I nigdy nie znajdzie. NIGDY**.

antman pochodzenie nazwiska
Ant-Man = Człowiek Mrówka
Nie ma za co.

ciepłe ciała a wiecznie żywy czym sie różnia?
Ciepłe ciała
to nieco obleśna powieść o sile prawdziwej miłości, natomiast Wiecznie żywy to całkiem przyjemny film o sile prawdziwej miłości, będący adaptacją tejże książki – akcja rozgrywa się w świecie opanowanym przez zombie, jeżeli Was to zaintrygowało, to poszukajcie na blogu, jest tekst zarówno o filmie, jak i powieści.

***

To by było na tyle w tej porcji dziwnych fraz. Nie ma szału, ale i tak jest stosunkowo dziwnie.

Nie bójcie żaby, chyba wkrótce napiszę coś o My Little Pony: Przyjaźń to magia, więc poziom dziwności na blogu będzie w normie. ;)

Jaskier

* Nie da się na Worpdressie zrobić (albo ja nie umiem) przekreślonego apostrofu – robi się przeciek: .

**Co innego historia trudnej miłości Natashy Romanoff (Johansson), Gwen Stacy (Stone), Marii Hill (Smulders) oraz Betty Ross (Tyler) – czterech zwyczajnych kobiet w świecie nadludzi – zakończona happy endem w postaci kilkugodzinnej sceny czteroosobowego. lesbijskiego seksu. Już negocjuję sprzedaż praw, by Axel Braun mógł to zekranizować.

Read Full Post »

Film ten złapałem kiedyś przypadkiem w telewizorni (chyba na TVP 2) podczas skakania po kanałach, ponieważ tam, gdzie coś oglądałem, była akurat przerwa. Nie pamiętam już, co paczyłem, ale to nie ma żadnego znaczenia. Pamiętałem natomiast scenę, w której jedna z kelnerek ubliża Reynoldsowi, przy innych pracownikach opowiadając o rozmiarze jego penisa. Mężczyzna naturalnie nie pozostaje jej dłużnym i rewanżuje się wyjawieniem szczegółów dotyczących ich parzenia się.
Tak, to film tego typu, toteż jeżeli Was nie bawią takie komedie, to niestety nie macie w Kelnerach czego szukać. Gros żartów oraz gagów dotyczy spółkowania lub golizny, aczkolwiek jest to podane w taki sposób, że nie obrzydza. Szczerze i często się śmiejąc, dotrwałem bowiem do końca seansu.

Kelnerzy, wbrew tytułowi, wcale nie jest filmem o kelnerach. Owszem, w barze podających posiłki jest zatrudnionych najwięcej, ale przez półtora godziny oglądamy perypetie całej ekipy, od kucharzy, przez pomywaczy, na tytułowych obsługujących kończąc. Dzięki sprytnemu posunięciu i umieszczeniu w fabule chłopaka rozpoczynającego pracę w jadłodajni, każda jedna linijka dialogu będąca bezczelną ekspozycją ma sens i walenie wyjaśnieniami uchodzi twórcom na sucho, gdyż wsiąkamy w tryb życia pracowników restauracji razem z nim.

No właśnie – pracownicy. Są kimś w rodzaju zdrowo pieprzniętej rodziny. Jest tu typowy dupek (Reynolds), chłopak, który chce od życia czegoś więcej, nieśmiały łamaga nieudolnie starający się poderwać dziewczynę, seksoholik, bawiący się w psychoterapeutę kucharz, dwaj pomywacze à la rodzime gimby, preferująca kobiety barmanka, nieletnia kierowniczka sali napalona na Reynoldsa (jak my wszyscy).
Ta krótka lista wcale nie zamyka panteonu barwnych bohaterów tego filmu. Jakimś cudem wszystko trzyma się kupy i każdy wątek, historię każdej z postaci śledziłem z uwagą.  Powiem więcej – uśmiech niemalże nie znikał mi z twarzy, czy to z powodu absurdalności scen, czy też dlatego, iż zdawałem sobie sprawę, że sceny te są z życia wzięte. Wiem, to paradoksalne, ale tak jest.

Polecam. Warto spędzić jeden dzień z tymi ludźmi.
Zwłaszcza jeśli lubicie Reynoldsa w roli typowego dupka.

Jaskier

Read Full Post »

Aż się zdziwiłem. Poważnie. Myślałem, że sobie ponarzekam, rzucę jakimś sucharem i polecą lajki za konformistyczne podejście.

Nie mówię, że film jest dobry, jest raczej przeciętny, oparty na schematach, które widzieliśmy setki razy, w dodatku ma raczej niespecjalne efekty specjalne, ale nie jest żenująco słaby i właściwie dałem się wciągnąć.

To adaptacja komiksowej serii, nawet mam włożony gdzieś jeden zeszyt, wygrany w konkursie, ale nie bardzo miałem czas go przeczytać, przejrzałem jedynie, to była jakaś kilkustronicowa historia. Toteż podchodziłem do tego filmu z czystym umysłem, nie nastawiając się na nic przyjemnego.

I – jak powiedziałem – nie było wybitnie superaśnie, ale całkiem znośnie już tak. Mamy więc Nicka (Reynolds), który jest policjantem, który ginie podczas akcji. Zdarza się. Po śmierci „tam na górze”  dostaje propozycję współpracy – polowania na zmarłych, którzy zostali w świecie żywych. I tu jest drobny zgrzyt, gdyż nie pamiętam, co ma dostać w zamian, ale nie ma to znaczenia w filmie, więc można się tym nie przejmować. Zostaje przydzielony szeryfowi o imieniu Roy (Bridges). I wyruszają na patrolowanie ulic Bostonu.

Gdyby ten układ nie działał, gdyby ich relacja była drętwa, to film by leżał. Całe szczęście jest inaczej i obserwowanie dwóch agentów R.I.P.D. sprawia frajdę. Przynajmniej mi sprawiało. Wiecie, to są te typowe docinki na linii mistrz-uczeń, chociaż ciężko momentami pojąć, kto jest kim w tym układzie.

Oczywiście amerykański film nie byłby amerykańskim filmem, gdyby światu nie groziła zagłada. W którymś tam momencie Nick i Roy odkrywają, co planują zrobić Umarlaki i oczywiście koniecznym staje się ich powstrzymanie. Dodatkowo jest tu jeszcze wątek żony Nicka, która musi pogodzić się z tym, co się w jej życiu porobiło i motyw zemsty. Główny bohater doskonale wie, kto stoi za jego śmiercią, potem się okazuje, że… dobra, to jego partner z tej policji dla żywych, to i tak wiadomo od początku. Potem się okazuje, że jest on także zamieszany w tę całą aferę z końcem świata. A potem to już jest szczęśliwe zakończenie.

Fabularnie nie jest to więc majstersztyk, niestety również efekty specjalne raczej zawodzą i trącą taniością. Projekty Umarlaków są zdecydowanie niezbyt wyszukane i porażają brakiem kreatywności. W zestawieniu z Pacific Rim, Avengers lub często porównywanymi (a przecież starszymi półtorej dekady) Facetami w czerni R.I.P.D. odpada w przedbiegach.
Czyli efekty specjalne w filmie, w którym obok postaci powinny stanowić główny filar podtrzymujący całość, zawodzą. Kiepsko.

W moim odczuciu całość jednak ze względu na duet Bridges-Reynolds i motyw pogodzenia się ze śmiercią nie runęła. Aczkolwiek niewykorzystany potencjał smuci niezmiernie. To mógł być naprawdę przyjemny film.
Na moją opinię zapewne wpłynęło to, że zasugerowałem się tym, co tu i tam przeczytałem. Po prostu spodziewałem się czegoś o wiele słabszego.

Masz ochotę na więcej szokujących wyznań?

Jaskier

Read Full Post »


R.I.P.D. zapowiada się na coś w stylu Facetów w czerni. Minus kosmici. I Tommy Lee Jones, i Will Smith.

Nie należę do hejterów Reynoldsa, dodatkowo uwielbiam takie klimaty, toteż jaram się jak Rzym za Nerona. Mam nadzieję, że będzie emitowany na mojej prowincji i uda mi się na niego wybrać do kina. Choć, biorąc pod uwagę zatrzęsienie potencjalnych letnich hitów, trochę w to wątpię.
Co Wy sądzicie o tym projekcie?

Jaskier

Read Full Post »

Wiecznego studenta pierwszy raz widziałem kilka lat temu w „rodzimej” stacji na „P” tradycyjnie poprzeszywanego reklamami i już wtedy zauważyłem, że coś jest z nim nie tak. Mimo dostrzegalnych gołym okiem wad wiele osób wciąż sądzi, że ten film jest warty uwagi i przezabawny, z czym się nie do końca zgadzam.

Fabuła jest prosta – Van Wilder studiuje już siódmy rok i nie zamierza kończyć – życie upływa mu na zabawie, alkoholu i dziewczynach. Jednak, co trzeba podkreślić, chłopak nie jest dupkiem. Nie zwróciłem na to uwagi za pierwszym razem, postać Reynoldsa jest pieprzonym zbawicielem – pomaga jajogłowcom, urządza zbiórki charytatywne, dodaje ducha uczelnianej drużynie koszykarskiej i wcale się tym nie chełpi. W gruncie rzeczy jest porządnym gościem, po prostu nie ma zamiaru opuszczać murów szkoły.

O jego przedłużającej się nauce dowiaduje się ojciec, który oczywiście jest całe życie zarobiony i przez to lata temu porzucił Vana i jego matkę. Uważa, że wkładanie pieniędzy w edukację syna jest bezcelowe i postanawia przestać płacić jego czesne. Wilder nie poddaje się i zaczyna zarabiać, organizując imprezy innym studentom. Do tego oczywiście mamy wątek miłosny, dziennikarka (robiąca swoje Tara Reid) uczelnianej gazety dostaje polecenie napisania artykułu o Vanie, ponieważ jest kimś w rodzaju miejscowego celebryty i każdy chciałby o nim poczytać, tak sądzę. Oczywiście jest już związana z uberpalantem, jednak w miarę rozwoju fabuły zaczyna rozumieć Wildera i na końcu są razem. To nie jest spoiler, wrzucili ich chyba na każdy plakat, więc to było do przewidzenia.

Drugim ważnym wątkiem jest historia Taj Mahal Badalandabada, asystenta Vana, studenta z wymiany pochodzącego, jak łatwo się domyśleć, z Indii, marzącego o tym, żeby w końcu przespać się z dziewczyną. Całkiem prawdopodobne, że postać ta zainspirowała twórców The Big Bang Theory, należałoby zaliczyć to jako jeden z plusów tej produkcji.

To właściwie wszystko – Van próbuje nieudolnie poderwać graną przez Reid Gwen, „śmieszne” sceny z żarcikami, jakieś nieudolne gagi, Taj rzuca wulgaryzmami, „śmieszne” sceny z żarcikami i tak w kółko. Nie uważam jednak, że ten film jest głupi, wręcz przeciwnie – mamy rozwój bohaterów, Wilder się czegoś uczy, Gwen tak samo, jest tutaj moment, w którym się dramatycznie rozstają, ale zrobiono to całkiem nieźle, nie odebrałem zachowania postaci jako bezsensownego. Niestety jak na komedię, to zbyt mało razy mnie rozbawił, raptem o kilku scenach mogę powiedzieć, że były zabawne. Uśmiechnąłem się, po raz kolejny widząc Helberga w roli znerdziałego geniusza, miałem też wrażenie, że gdzieś tam mignął mi Jesse Heiman.
Aczkolwiek w tym aspekcie film nie powala i naprawdę szkoda, bo historia nie jest głupia.
Scena z hot-dogami była obrzydliwa i odwracałem głowę od ekranu, paskudztwo.

Mówcie, co chcecie, ale ja nic przeciwko Reid nie mam. W Wiecznym studencie  była w pewien sposób urocza.

Jaskier

Read Full Post »