Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Listopad 2015

Ten plakat zawiera więcej akcji niż cały film.

Pisanie czegokolwiek, co byłoby choćby namiastką recenzji tego kawałka kupy, mija się dzisiaj z celem. Wszyscy wiedzą, że Fantastyczna Czwórka Josha Tranka jest beznadziejna. Jednak, skoro już „film” obejrzałem, to podzielę się z Wami pewnymi wnioskami. To znaczy będę ostro krytykował kilka aspektów tej pożal się Boże produkcji i być może napiszę też coś ogólnie o filmach z superbohaterami. Właściwie zacznę od tego.

Najnowsze F4 powinni obejrzeć wszyscy narzekający na głupotę w filmach Marvel Studios. Bo oczywiste jest to, że te filmy są głupie. Na Swaroga! to adaptacje komiksów o superbohaterach. Mają wpisane w siebie to, że będą się w nich działy głupie rzeczy – niewidomy ninja, playboy-filantrop przeistaczający się w bohatera, rosyjska superbaletnica z licencją na zabijanie – o tak, dajcie mi tego więcej. To jest powód, dla którego oglądam te filmy. Dla historii ludzi z niezwykłymi zdolnościami, dokonujących niezwykłych czynów. Zdarza się popełniać tym filmom błędy, nieraz bardzo srogie, ale póki wszystko się trzyma kupy, nie rozłazi w szwach, to ja jestem kupiony.

Tu na scenę wchodzi Fantastic Four. Owszem, też jest głupie, wszak jest w nim dziesięciolatek, który zbudował w garażu działającą maszynę do teleportacji, jednakże w przeciwieństwie do dobrych lub chociaż nie-złych filmów z nadludźmi lub innymi superbohaterami, jest zupełnie rozsypane i w żadnym miejscu nie trzyma się kupy.

Wiecie, właśnie usunąłem dwa akapity, w których przybliżałem Wam fabułę tego filmidła… Największym problemem tego filmu jest to, że wizja reżysera – Josha Tranka – nie zgadzała się z życzeniami studia. Do tego stopnia, że szefostwo kazało zrobić dokrętki i przebudować połowę filmu. Pierwsza część jest bardzo – że się tak wyrażę – Trankowa. Jest tu bicie dzieci, pogarda społeczeństwa dla wybitnych jednostek etc. Coś, czego można się było spodziewać po twórcy Kroniki, którą notabene polecam. Josh Trank chciał moim zdaniem nakręcić mocno niepokojący film o tym, że supermoce wcale nie są spoko. Nie mam pojęcia, jakim cudem doszło do tego, że on i studio się nie dogadali przed rozpoczęciem zdjęć. Więc jak krawaciarze się zorientowali, co powstało, wpadli w panikę i postanowili dorobić końcówkę filmu po swojemu. Toteż do połowy, czyli momentu wizyty na Planecie Zero i nabycia niezwykłych zdolności, jest ten film Tranka, raczej słaby. Potem jest coś, co stara się naśladować te wszystkie ajronmeny, ale raczej też słabo wypada.
W efekcie dostajemy filmowe chuj wie co.

Zdarza się czasem tak, że film nie przedstawia najciekawszej historii albo scenariusz jest wręcz usiany dziurami fabularnymi i rozwiązaniami wziętymi z dupy (tak, serio o Iron Manie, o Tobie mówię). Jednakże produkcje te potrafią bronić się postaciami. Te natomiast w F4 nie istnieją.
Jasne, niby jest jakaś relacja Reeda z Benem, ale nie jest ona w żaden wiarygodny sposób przedstawiona. Ot, po prostu sobie są i Ben jest na tyle wierny, że kiedy nachlany przyjaciel dzwoni do niego w środku nocy, żeby przyjechał polecieć z nim do innego wymiaru, to ten to robi.
Nędzne próby pokazania, że niby coś między Sue i Reedem iskrzy pozostawię bez komentarza.
Wzbudzające tyle kontrowersji obsadzenie Johny’ego Storma czarnoskórym aktorem niczego tak naprawdę nie wnosi. No, poza tym, że Reed pyta Sue, czy jest adoptowana (sic!). Human Torch jest porywczy i lubi prędkość i ryzyko. I tyle.
Dziwnie to zabrzmi, ale Fantastyczna Czwórka z Jessicą Albą i Chrisem Evansem przynajmniej próbowała zrobić cokolwiek na tym polu, przedstawić tytułowy zespół. Z wiadomym skutkiem, ale przynajmniej miało to ręce i nogi.
Krótkie i krzywe, ale zawsze.

Osobną kwestią jest tutaj Victor von Doom. Kolejny raz z arcypotężnego człowieka, mistrza magii i geniusza-naukowca zrobiono klauna. Pod naciskiem internautów cofnięto zmianę nazwiska postaci, ale wciąż jest tutaj typem hakera z pretensjami do rządzących i kilkoma kompleksami, co nijak nie ma się do komiksowego pierwowzoru. Gdyby chociaż cokolwiek ciekawego zrobili z tą postacią, skoro już wywrócili ją do góry nogami – Pingwin Burtona do tej pory się broni – ale nie. Dlaczego mieliby się wysilać?
Strasznie mi szkoda tych wszystkich aktorów, którzy wystąpili w tym filmie. Tak naprawdę to nie ich wina, w końcu zmiany w scenariuszu nastąpiły w trakcie produkcji, długo po podpisaniu kontraktów.

Napisałem, że ten film jest najchamszy, gdyż nawet jeśli na jakieś kilka, czasami kilkanaście sekund pojawia się na ekranie coś fajnego (jak na przykład walka Reeda z żołnierzami w dżungli), to jest to gwałtownie urywane. Jakby film chciał nam powiedzieć, że wie, co byśmy chcieli zobaczyć, ale na złość nam nie pokaże.
To niezwykle irytujące.

Ale nawet bez tego film nie umiałby się obronić. Ciężko w ogóle nazwać toto filmem. To nieforemny zlepek scen, które może i by się do czegoś nadawały, gdyby zostały powiązane ze sobą z jakimkolwiek sensem. Kolejna porażka F4 Foxa na obu frontach – finansowym i recenzenckim – jest dowodem tego, że ludzie ci nie mają absolutnie na tę markę pomysłu, przez co potencjał ogromnej ilości postaci, ras i elementów kosmologii Marvela pozostaje wciąż niewykorzystany przez kino.

Ta kupa cuchnących odchodów pokazuje, że reżyser powinien robić film, za jaki studio mu zapłaciło, a studio powinno przed zapłaceniem zastanowić się, czy chce filmu od tego właśnie twórcy.

Jaskier

Read Full Post »

Nie dość, że bezczelnie najseksowniejszy, to jednocześnie najlepszy spośród miotu amerykańskiej stacji CW. No niby o niczym to nie świadczy, ponieważ oprócz niego oglądam/oglądałem raptem trzy inne, ale odmienność iZombie, wyrażona przez odcięcie się od standardów produkcji tego kanału – patetycznej, kretyńskiej dramy oraz tego dziwnego sposobu pisania scenariuszy na zasadzie: „Ktoś wchodzi, mówi dwa zdania, wychodzi, bo coś tam. //zapętl kilka razy.” – pozwala mi przypuszczać, że tytuł o pannie zombie jest takim jakościowym rodzynkiem w ofercie CW. Miło choć raz nie być zasypywanym jakimiś wyjętymi z dupy trójkątami miłosnymi.

No ale o co chodzi?
Główna bohaterka – Liv Moore – za namową wszystkich swoich bliskich wybrała się na imprezę z ludźmi z pracy. Wiecie, żeby się lepiej zapoznać, pracownicy szpitala postanowili wynająć łódź i urżnąć się na środku jeziora. W tym jednak przypadku zalewanie się w trupa poszło aż nazbyt dosłownie – balanga zamienia się w rzeź, rozpętuje się pożar, a jakiś agresywny typ mocno rani Liv w rękę. Ta następnie budzi się na plaży… w worku na zwłoki… łaknąc ludzkiego mózgu.

Jak łatwo się domyśleć, stawia to świat dziewczyny na głowie. Niby nie przemienia się w gnijącego, rzężącego stwora, ale jest świadoma tego, że do egzystencji potrzebuje mózgów, więc postanawia odciąć się od bliskich, by nie stanowić dla nich potencjalnego zagrożenia. Zatrudnia się jako asystentka koronera w policyjnej kostnicy, co daje jej dostęp do pożywienia bez konieczności zabijania ludzi, rozkopywania grobów lub innych typowych dla umarlaków zachowań. Ponieważ twórcy to nie idioci i zdają sobie sprawę z tego, że widzowie też nimi nie są, Liv szybko znajduje sojusznika w swoim szefie, który za punkt honoru przyjmuje odnalezienie lekarstwa na jej przypadłość.

Z jedzeniem ludzkich mózgów wiąże się pewien problem – zombie po swoim posiłku przejmuje cechy charakteru oraz niektóre wspomnienia. Naturalnie, ma to zarówno dobre, jak i złe strony – w zależności od tego, czyj mózg przyszło nam zjeść. Dzięki temu scenarzyści i wcielająca się w główną rolę Rose McIver dostają olbrzymie pole do popisu. W pewnym sensie w każdym odcinku mamy bowiem inną główną bohaterkę. Jednego razu Liv przejmuje cechy hakera, innym kobiety z wyższych sfer lub członka studenckiego bractwa. Z tego zadania wszyscy wywiązują się moim zdaniem znakomicie. Różnorodność wersji głównej bohaterki nie pozwala się nudzić, często gęsto wywołuje uśmiech na twarzy.

Jedynym schematem, jakiego nie udało się uniknąć, są rozpracowywane co odcinek sprawy wydziału zabójstw. Zawsze jest jakieś morderstwo, Liv zawsze przyjmuje cechy ofiary po zjedzeniu jej mózgu i dzięki pozyskanym wspomnieniom pomaga rozwikłać sprawę. Lecz nawet z tego twórcy wyciskają tyle, ile tylko się da – pod wpływem cudzych emocji bohaterka zmienia swoje zachowanie, czasem czegoś się uczy. Sprytnie udało się również uniknąć parodii związanej z wizjami Liv. Bo wiecie, jak tu robić w konia ludzi dookoła* przez kilkanaście odcinków? Że niby nikt nie nabierze podejrzeń odnośnie niezwykłej intuicji dziewczyny? Najlepiej nie próbować nawet iść w tę stronę i tak też zdecydowali scenarzyści. Detektyw Clive Babineaux, współpracujący na co dzień z koronerami, szybko wynajduje jedyne logiczne wyjaśnienie zdolności dziewczyny i się go trzyma.

Ale to wcale nie jest tak, że mamy do czynienia z ciągiem pojedynczych odcinków, silniej niepowiązanych ze sobą. Wręcz przeciwnie – w tle przewija się geneza zombizmu, potencjalne zagrożenie epidemią, a w końcowym efekcie apokalipsą zombie, a także najsubtelniejszy wątek romansowy, jaki ze stacji CW wydostał się na świat. Relacja Liv i narzeczonego, z którym musiała się rozstać po przemianie, nie jest w żaden sposób sztucznie nadmuchiwana. Wierzę w to, co się między nimi wyprawia, trzymałem za nich kciuki, a kiedy w końcu do nich obojga dotarł ten oklepany slogan, że miłość pozwoli im przezwyciężyć wszelkie przeciwności losu, płakałem z radości. Dlatego, że serial potrafi pokazać zachowanie ludzi, które jest autentyczne. Nie licząc zombie, ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

iZombie śledzę i śledzić będę. Nie wspomniałem jeszcze o kapitalnych nawiązaniach do popkultury, których pełno w każdym odcinku, czarnym humorze, kilku dobrze zagranych bohaterach drugoplanowych, czającej się w cieniu intrygi, która tylko czeka na to, by wyskoczyć i zaatakować widza znienacka.
Zapraszam Was do tego, byście sami to odkryli, a jeśli jesteście już po seansie, to podzielcie się wrażeniami. ;)

_____________________________________________________________

*I jednocześnie widzów, którzy niby to mają łaskawie wierzyć w totalny nieogar oraz łatwowierność funkcjonariuszy policji.

Jaskier

PS Liv Moore. <3

Read Full Post »