Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Neil Patrick Harris’

#blablabla

W żadnym wypadku nie należy tego wpisu postrzegać jako próby zrecenzowania któregokolwiek z wymienionych poniżej seriali – po pierwsze nie chce mi się pisać odpowiednio dużo na temat każdego z nich, a po drugie większość z nich zdążyła się już zakurzyć, więc recenzowanie ich nieco mija się z celem.
Nie żebym ja tutaj kiedykolwiek pisał jakieś poważne recenzje…

***

Luke Cage

Luke Cage to trzecia z postaci Marvela, która dostała swój własny serial na Netflixie. I… cóż – ma te same problemy, jakie miała Jessica Jones i drugi sezon Daredevila. :/

Pierwszy fragment serialu jest ekstra – kilka początkowych epizodów buduje odpowiednią atmosferę, wprowadzone są na scenę drugoplanowe postacie, które naprawdę da się lubić – detektyw Misty Knight, właściciel zakładu fryzjerskiego Pop, gangster Cottonmouth.
Wybija się zwłaszcza ten ostatni – twórcom udało się stworzyć kolejnego mafijnego bossa, który przyciąga uwagę, ma za sobą trudną przeszłość, nie lubimy go, bo jest zły, krzywdzi ludzi, ale rozumiemy, iż w pewnym sensie stał się on ofiarą środowiska, w którym przyszło mu dorastać. Jednocześnie nie jest to kopia Kingpina. Olbrzymia zasługa aktora, który odgrywa tę rolę – nagrodzonego w tym roku Oscarem za rolę w Moonlight Mahershala Aliego.

Również sceny akcji są ciekawe – w przeciwieństwie do Matta Murdocka – Luke Cage nie musi unikać kul, więc prze do przodu niczym taran, okręcając drzwi od auta wokół zbirów lub ogłuszając ich jednym potężnym ciosem. Ten aspekt serialu jest naprawdę satysfakcjonujący. Uwielbiam również te momenty, gdy bohater wpada do jakiejś dziupli, krzycząc, by bandziory oddały ukradzione mieszkańcom Harlemu fanty. To jest po prostu bezcenne.

Także ujawniana po kawałku przeszłość Luke’a jest w porządku. Wątek w więzieniu mocno trąci klimatem blaxploitation, ale to akurat bardzo pasuje do serialu, dobrze gra z poruszanymi problemami czarnoskórych mieszkańców Harlemu.

Co więc jest nie tak?
Serial jest przeciągnięty. Od pewnego momentu strasznie się dłuży i przeszkadza to jeszcze bardziej niż w Jessice Jones. Tam przynajmniej antagonista był przez cały sezon interesujący, tego Tennantowi nie można odmówić.. Tutaj Cottonmouth zostaje w pewnym momencie wymieniony na Diamondheada… albo Diamondbacka. Następuje totalny zwrot w klimacie serialu, zaczyna się istne szaleństwo, przeciwnik cytuje Biblię, ma superpancerz i superrękawice, które pozwalają mu się napierdalać na pięści z Cage’em. I takie superkule, które potrafią przebić jego skórę.
Wiadomo, że musieli wyjść z jakimś rodzajem kryptonitu, ale zrobiono to tak niezręcznie…

W dodatku przez cały sezon Luke ma ból dupy o to, że nie chce być bohaterem. Ból dupy rodem z Flasha. Chodzi i wszystkim mówi, że nie będzie bronił ludzi, że chce tylko żyć w spokoju. Wszyscy mu mówią, że powinien wykorzystywać swoje zdolności, że z wielką mocą i tak dalej, ale on wciąż powtarza swoją mantrę. To się naprawdę w pewnym momencie zrobiło nie do wytrzymania.

Jest też taki facet, który nosi okulary przeciwsłoneczne cały czas. W dzień, w nocy, na zewnątrz, w budynkach. Jest okropny. Grany na podobną nutę, co Captain Cold w Legends of Tomorrow, tylko że tam Wentworth Miller potrafił wzbudzić moją sympatię. Tutaj absolutnie nie ma mowy o czymś takim. Nawet nie pamiętam już, co się stało z tym typem.

Mam nadzieję, że Iron Fist wypadnie lepiej. Chociaż pierwsze recenzje tego nie zapowiadają. :(

***

Rick and Morty

Na Netflixie można obejrzeć pierwsze dwa sezony tej kreskówki (trzeci będzie dopiero miał premierę chyba jakoś w tym roku). Jest cudaczna, niepoprawna politycznie, przepełniona nawiązaniami do popkultury, wulgarna – uwielbiam ją.

Rick and Morty to mocno kwasowe science fiction o Ricku – dziadku-geniuszu, który zabiera swojego nieco przygłupiego wnuka – Morty’ego – na przygody dziejące się w całym Wszechświecie, a także w innych wymiarach.

Kreskówka wygląda dokładnie tak, jak na powyższej grafice – bardzo schludnie. Nie dajcie się jednak zwieść i trzymajcie dzieci z dala od niej – to serial przeznaczony wyłącznie dla dorosłych. Pod przykrywką szalonych przygód w kosmosie animacja porusza najróżniejsze tematy – społeczeństwa, odpowiedzialności za własne czyny, granic wolności jednostki, moralności, seksualności. Z tym, że robi to w bardzo specyficzny sposób – nikt tu się w tańcu nie pierdoli.

W każdym epizodzie równocześnie toczą się dwie historie. Przeważnie jedna dotyczy przygody tytułowych bohaterów, a druga dzieje się w ich domu, gdzie pozostali członkowie rodziny muszą zmierzyć się z jakimś typowym problemem wynikającym z trudności w ich wzajemnych relacjach.

Jednocześnie serial jest naprawdę zabawny. Jeśli ktoś lubi czarny humor i ceni inteligentne nawiązania do popkultury, to jest to pozycja obowiązkowa. Warto spróbować chociaż jeden odcinek. ;)

***

Wikingowie

Świat Wikingami jarał się już kilka lat temu, ja pierwsze odcinki obejrzałem dopiero w zeszłym roku, ale to Netflix dał mi teraz możliwość wciągnięcia się w ten serial dzięki łatwemu dostępowi do wersji z napisami. Na chwilę obecną jestem jakoś pod koniec drugiego sezonu, po egzekucji jarla Borga. Myślę, że powolutku sobie będę oglądał dalej.

Dla mnie to taka lepsza Gra o tron – brudny i brutalny świat, w którym jednak jest miejsce na bohatera, w przeciwieństwie do serialu HBO. Ja wolę fabułę, w której mogę śledzić losy konkretnej postaci bądź grupy i Wikingowie właśnie to mi dają, nic nie zabierając z konstrukcji świata.

Bardzo cenię rozmach realizatorski – kostiumy, charakteryzacja, tony ekwipunku oraz przedmiotów codziennego użytku, plenery, wnętrza, statki i konie – mają rozmach, skurwisyny. Ilość strać, potyczek, a nawet – nie bójmy się słów – bitew jest niesamowita. Nie spodziewałem się po serialu tak wielu scen batalistycznych. Jasne, w większości są to po prostu ludzie walczący w zwarciu, okładający się mieczami i toporami, niby nic nadzwyczajnego, aczkolwiek i tak robi wrażenie. Zwłaszcza w porównaniu z Grą o tron, gdzie w pierwszym sezonie wycięto całą bitwę.

Bardzo podoba mi się również dbanie o historyczną poprawność. Idea jarlów, sposób prowadzenia życia oraz walki, tradycje, wierzenia i zwyczaje – to wszystko mocno trzyma się kupy i zbieżne jest z informacjami, jakie można odnaleźć w literaturze.

***

Seria Niefortunnych Zdarzeń

Na temat tego serialu dużo nie będzie, gdyż widziałem tylko trzy odcinki.

Neil Patrick Harris zdaje egzamin jako diaboliczny Hrabia Olaf.

Serial dobrze oddaje dziwaczność świata przedstawionego w powieściach. Tak się składa, że przeczytałem kiedyś prawie wszystkie tomy (poza finałowym Końcem końców) i mimo iż było to naprawdę dawno, nie pamiętam już żadnych szczegółów z większości z nich, to jednak klimat absurdu został tutaj dobrze oddany. Wszystko wygląda tak, jak w jakiejś książce dla dzieci – otoczenie jest albo przesadnie kolorowe, albo szare, w dwuwyrazowych nazwach pierwsze litery przeważnie są takie same – no ma to wygląd bajki, ale sytuacja nie jest bajkowa. Dzieci stają się ofiarą nie tyle Hrabiego Olafa, co durnego systemu prawnego i głupoty urzędników, a w zasadzie wszystkich dorosłych, jakich napotykają na swojej drodze.

Serial jednak robi jedną rzecz źle – już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że jest jakaś intryga, a rodzice „sierot” żyją. Trochę za szybko.

Może się zbiorę kiedyś do obejrzenia pozostałych odcinków, wówczas napiszę coś więcej.

***

Riverdale

Riverdale to adaptacja komiksów z Archie Comics. Archetypowe postacie nastolatków ze szkoły w jakimś amerykańskim Wygwizdowie co tydzień na małym ekranie.

Serial to cudowna teen drama z wątkiem kryminalnym w tle.
Małym miasteczkiem wstrząsa zaginięcie kapitana szkolnej drużyny, co rusz wychodzą na jaw nowe fakty, rodzice i policja próbują ustalić prawdę, na pierwszym planie jest jednak codzienne życie nastolatków – pierwsze miłości, szkolne bale, trudne decyzje związane z dorastaniem – zupełnie jak HSM, tylko że zrobione dobrze. Ba! perfekcyjnie!

Głównym bohaterem jest Archie Andrews, obok niego przewija się cała masa interesujących i dobrze zagranych postaci. Mimo iż większość z nich realizuje powierzoną przez twórców rolę szkolnych archetypów, to jednak styl i klasa, z jaką młodzi aktorzy podchodzą do tego zadania, zasługuje na wszystkie Teen Choice Awards tego świata.

Nigdy nie podejrzewałem, że szkolne perypetie grupki amerykańskich nastolatków sprawią, że będę co tydzień czekał na nowy epizod.

Co tu dużo gadać – Riverdale trzeba zobaczyć. Myślę, że po zakończeniu sezonu pojawi się tutaj jakiś wpis na temat tego serialu – w Stanach emitowany jest na kanale The CW, Netflix dystrybuuje go na kraje Trzeciego Świata, w tym Polskę, dlatego też trzeba czekać na kolejne odcinki.

***

 

Co Wy polecacie z Netflixowego menu*?

*Poza Narcos, bo Narcos polecali mi już wszyscy.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

Hej, na nowych X-Menach byliśmy w prawdziwym kinie, toteż – z poślizgiem – nadrabiam tradycyjny wpis zawierający komentarz do jednego ze zwiastunów puszczonych przed filmem między reklamą banku i portalu randkowego.

***

Prawdziwe kina ssą pod względem liczby reklam emitowanych przed seansem – minęło dwadzieścia minut od przygaszenia świateł oraz uruchomienia projektora do pojawienia się loga studia, które wyprodukowało Days of Future Past. :/

***

Obejrzałem kilka innych zwiastunów i mam wrażenie, że scenarzyści „nieco” przeginają z niedwuznacznymi żartami, ale część z nich jest naprawdę zabawna (Popatrz na nasze cienie), a pozostałe żarty trzymają poziom, więc jestem zaintrygowany.

Teda swego czasu umieściłem w piątce najlepszych popcornowych filmów 2012 roku. Kilka tygodni temu zaliczyłem seans po raz drugi i moja opinia nie uległa zmianie – to świetna komedia.

Po filmie Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie oczekuję tego samego. Zestaw scenarzystów jest ten sam, zaangażowano kilku dobrych aktorów, jak choćby Liama Neesona lub Neila Patricka Harrisa, który potrafi być kimś więcej niż tylko Barney’em Stinsonem*. Charlize Theron w końcu nie gra zimnej suki, która musi uprawić seks z Murzynem, by udowodnić, że nie jest robotem. Sam MacFarlane wygląda na gościa, który dobrze się bawi, tworząc niepoprawne polityczne filmy, więc możemy być dobrej myśli.

Co sądzicie o tym filmie?

Jaskier

*Chociaż wszystko wskazuje na to, że tutaj nim będzie.

Read Full Post »

Joss Whedon jest magikiem kina rozrywkowego.
O czym już zresztą pisałem – raz i dwa.

Miałem problem z tłumaczeniem nazw własnych. Obecne w tekście mają taką formę, bo… takie jest moje widzimisię, jeśli komuś nie odpowiada, to niech się wali.

Jeśli nie widzieliście jeszcze Dr. Horrible’s Sing-Along Blog, to koniecznie nadróbcie tę zaległość. To internetowy serial stworzony w związku ze strajkiem scenarzystów w USA, wiecie, ta afera, przez którą trzeba było wstrzymać produkcję kolejnych odcinków Mody na sukces*. Whedon w warunkach niemalże garażowych i za relatywnie mały piniądz stworzył kilkadziesiąt minut programu, pokazując, że z dobrą ekipą i sprawnym kierownikiem można wyczarować coś świetnego z pomysłu, który, nie ukrywajmy, był wykorzystywany dosyć często. Bo to tylko i aż parodia historii o superbohaterach.

Głównym bohaterem jest tytułowy Doktor Horrible, początkujący geniusz zła, planujący zdobyć władzę nad światem. Marzy o dostaniu się do Złej Ligi Zła, posiada nawet przeciwnika, którym jest Kapitan Hammer. Oprócz tego prowadzi wideobloga, w którym opowiada widzom o najnowszym wynalazkach i planach.

Już samo to mogłoby wystarczyć, ale Whedon postanowił pójść ze swoją satyrą jeszcze dalej. Alter ego geniusza jest skromny i nieśmiały Billy, szaleńczo zakochany w sąsiadce widywanej jedynie w pralni – Penny. Oczywiście dochodzi w końcu do przełamania pierwszych lodów, niestety Kapitan Hammer psuje wszystko i to on zdobywa serce dziewczyny. Żeby było jeszcze zabawniej superheros jest w rzeczywistości palantem, dupkiem, egoistą i zboczeńcem.
Historia stworzona jest z trzech wątków – trójkąta miłosnego, konfliktu Doktora i Kapitana oraz dążenia naukowca do otrzymania karty członkowskiej Złej Ligi Zła. Zazębiają się i nakładają na siebie całkiem sprawnie i wszystkie trzy rozwiązują w dosyć dramatycznym finale.

Dr. Horrible’s Sing-Along Blog jest musicalem i pod tym względem również nie zawodzi. Nie widziałem wielu produkcji z tego gatunku, więc nie jestem jakimś ekspertem, ale śmiało mogę powiedzieć, że piosenki wpadają w ucho. Wykonanie także zaliczyć trzeba na plus, Neil Patrick Harris, którego kojarzycie pewnie z sitcomu How I Met Your Mother, śpiewa naprawdę fajnie. Gdzieś tam na dole będzie próbka. Felicia Day, wcielająca się w postać Penny także, natomiast Nathan Fillion, czyli Kapitan Hammer, cóż, rewelacji nie ma, ale piosenki w jego wykonaniu naprawdę brzmią jak śpiewane przez pewnego siebie megalomana, który nie dopuszcza do wiadomości tego, że może mieć jakieś wady.

Reasumując, obejrzyjcie, bo moim zdaniem warto. Ewentualnie poszukajcie piosenek i je przesłuchajcie.

Jaskier

* Powstrzymałem się od rzucenia komentarzem odnośnie poziomu scenariuszy w tej operze mydlanej. Doceńcie to.

Read Full Post »