Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Gry’ Category


Kolejna wystawa zdążyła już zostać rozłożona, pierwsi zwiedzający mieli już okazję ją zobaczyć, a ja wciąż nie napisałem o poprzedniej. A było EKSTRA!

Stowarzyszenie Zbudujmy To, którego od lutego tego roku jestem członkiem, zapewniło jeden z punktów programu podczas tegorocznej edycji nerdowskiej imprezy Pixel Heaven. Na kilkudziesięciu metrach kwadratowych zaprezentowaliśmy odwiedzającym nasze modele w tym: makietę miasteczka Zbudujcowa, bitewniakową wersję futurystycznej wersji Odsieczy Wiedeńskiej (gdzie stały moje konstrukcje), tor GBC i całą masę innych modeli oraz dioram. Zainteresowanych odsyłam do filmu z wystawy nakręconego przez Sariela:

Poniżej znajdziecie coś w stylu relacji z tego wydarzenia. Z mojej perspektywy, czyli osoby, która uczestniczyła w konwencie przede wszystkim jako wystawca. Nie mam zamiaru ukrywać, że do Warszawy pojechałem głównie w celach klockowo-towarzyskich, a cała otoczka związana z oldskulowymi grami i sprzętem, mimo iż przyjemna i potrafiąca zaangażować, stała na dalszym planie.
Raport w miarę na żywo prowadziłem na moim fanpejczu, skąd część wpisów zostanie przekopiowana do tego tekstu.

***

DZIEŃ PIERWSZY – Czwartek

W zasadzie nie był to dla mnie jeszcze w pełni konwentowy dzień – do południa byłem półtora godziny na uczelni, potem przed wyjazdem zdążyłem skończyć sprawozdanie na laboratorium, ale z kronikarskiego obowiązku odnotować wypada, że z Krakowa wystartowaliśmy wieczorem i na miejsce dotarliśmy krótko po północy.

***

DZIEŃ DRUGI – Piątek

Rano pobudka, śniadanie, mycie zębów i spacerek do stacji metra, skąd mieliśmy dotrzeć bezpośrednio na teren imprezy. Po drodze do metra cyknąłem fotkę najbardziej rozpoznawalnego budynku Warszawy.

I cóż – faktycznie mają metro w Warszawie. Legendy nie kłamią.

Jak się okazuje, mają nawet półtora metrów.

Już w budynku MZA dołączyłem do rozkładania klocków. Spora część wystawy była już przygotowana, chłopaki się naprawdę postarali.


Zdjęcia makiety w jakiejś ludzkiej jakości znajdziecie w galerii Servatora – KLIK.
Galerie pozostałych współautorów wiedniowej makiety:
BH’s
Glaz
Goldsun
Jaskier (czyli ja :P)
Kris Kelvin
Zgrredek

Jak pisałem na fejsbuku, musieliśmy jechać do docelowego hotelu, zameldować się, zostawić walizki i wrócić. I tu miejsce na humorystyczną wstawkę.
Ponieważ w tym samym hotelu nocowała w tym samym czasie jakaś młodzieżowa reprezentacja klubu gimnastycznego, pan z recepcji wziął nas za jej członków. Także spoko, niechodzenie na WF najwidoczniej nie zostawiło skutków ubocznych. Gdy już wyjaśniliśmy, że jednak nie, nie jesteśmy gimnastykami, ani nawet trenerami gimnastyki i dostaliśmy klucze, to z kolei pani z recepcji strzeliła z grubej rury, mówiąc, że zakładali, że nasza rezerwacja – dla grupy – dotyczyła gości weselnych. W sumie jak to teraz piszę, to już nie wydaje się takie śmieszne, ale wtedy autentycznie skisłem.

Po powrocie na imprezę (szczęśliwie identyfikator odebrałem wcześniej, wychodząc – po 15 do rejestracji była już kolejka) poplątałem się chwilę wokół ekspozycji i o 16 zaczął się mój dyżur. Na czym polegał? No cóż, odwiedzający nie zdają sobie sprawy z tego, iż niektóre modele trzymają się na tak zwane zagęszczone powietrze, a część osób przyprowadza zawsze ciekawskie dzieci. Jeśli kiedyś będziecie na tego typu wystawie, to – proszę – pamiętajcie, że NIE wolno dotykać modeli. Nie wolno podnosić samolotów, nie wolno kręcić antenami stacji badawczej, nie wolno przestawiać figurek na makiecie. Z naszej strony nie jest to żadna nieuprzejmość czy coś. Po prostu – jeśli każdy by chciał sobie czegoś dotknąć, to po chwili znaczna część ekspozycji byłaby uszkodzona. I tak musiałem naprawiać autko, zabierać dzieciom pochwycone minifigurki i podczepiać zbudowane jakąś kosmiczną techniką koła samolotu.

Po trzech godzinach bicia po łapach skończyłem dyżur i mogłem połazić po terenie imprezy. Niestety, jeszcze nie wiedziałem, że na poustawianych pod ścianami flipperach można pograć za friko, więc po prostu łaziłem, rozglądając się po różnych stoiskach. Zaszedłem na komiksy i podłubałem trochę w kartonach, ale okazało się, że nie było pierwszego numeru Moon Knighta z Marvel NOW!, więc koniec końców nic nie wziąłem.

Figurki przy stanowisku tej firmy przykuły moją uwagę, więc przystanąłem, żeby zapytać, jak je robią. No i się okazało, że wykonują projekty modeli w komputerze, potem drukują na drukarkach 3D. Usłyszawszy ceny, stwierdziłem, że dorabianie elementów do klocków mija się z celem, ale pan ze stanowiska propsował moje figurki z LEGO, więc niech mają reklamę.

Czekałem na pierwszy z punktów programu i w zasadzie jedyny, na którym mi tak naprawdę zależało – o 20 na Main Stage’u miał się odbyć pokaz tajwańskiego filmu klasy Z, Lady Terminator, z prowadzonym na żywo, improwizowanym dubbingiem. Emisja w ramach VHS Hell, którego istnienie obiło mi się już kiedyś o uszy, i którego byłem bardzo ciekaw. O dziwo, faktycznie pewne sceny w filmie przywodzą na myśl Terminatora, ale całość ma jakieś absurdalne, mistyczno-seksualne podłoże. Morduje na ekranie nie robot z przyszłości, ale opętana przez chutliwego ducha młoda pani archeolog… albo antropolog. Jeszcze bardziej o dziwo, improwizowane dialogi potrafił w niektórych momentach rzeczywiście rozbawić. Nie pamiętam, jak nazywał się pan, który „miał w ręku piwo zamiast listy dialogowej”, ale odwalił kawał dobrej roboty.

Mimo iż było już grubo po 21, to dzień się jeszcze nie skończył, na wieczór mieliśmy zaplanowaną integrację w jadłodajni Blue Cactus.

*pomnika

Jak widać na załączonym obrazku, w drodze do restauracji w pewnym momencie poszedłem na skrzyżowaniu niewłaściwą ulicą i zaszedłem aż za Belweder.

Jedzenie było spoko, Cola dawno mi tak nie smakowała i nie wiem, czy to kwestia cytrusa nadzianego na szklankę, czy tego, że cały dzień był intensywny.

Aha – ponieważ siedzieliśmy niemalże do zamknięcia, to mogliśmy zaobserwować klasyczny obrazek – barman polerował szklanki, rozmawiając z kokietującą go samotną, siedzącą przy barze dziewczyną. Nie powiem, trzymałem za niego kciuki.

***

DZIEŃ TRZECI – Sobota

Pobudka o podobnej porze – 8 – naprawdę syte śniadanie w hotelu i jazda na konwent. Od 10 dyżur, dotarliśmy chwilę wcześniej, ale flippery były jeszcze pogaszone – smutnazabaface.

Za to stoisko z koszulkami i innymi duperelami było otwarte. Jak tylko zobaczyłem ten nadruk, stwierdziłem, że muszę ją mieć. Niestety, nie pamiętam, jak się nazywał sklep, w którym ją kupiłem, a na terenie imprezy były ze trzy. W każdym razie – był to ten koło stoiska z komiksami.

BUT MAGIC IS HERESY – głosi dalsza część napisu na koszulce

Poniżej seria zdjęć modeli, które szczególnie zwróciły moją uwagę.

Na makiecie miasteczka umieszczone były liczne scenki z postaciami z popkultury – dwie szczególnie mnie urzekły. Obie autorstwa Tyborta.

Druga rozwaliła mnie jeszcze bardziej. Mimo iż postacie nie są oddane w stu procentach, a dałoby się je wykonać lepiej, to jednak bez problemów rozpoznałem bohaterów animowanego serialu Wodogrzmoty Małe.

Mario mój i Thietmaiera. Nieskromnie się pochwalę, że w zorganizowanym konkursie moja figurka zajęła trzecie miejsce. Jako nagrodę otrzymam Bellę.

Miecz Geralta kolegów i koleżanki z Politechniki Rzeszowskiej.

Tutaj klockowa wersja Pac-Mana. Zapamiętajcie.

Fragment makiety Fallout. Szyld zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie.

Po obleceniu naszej wystawy ruszyłem na podbój konwentu. Udało mi się sporo pograć na flipperze. Straciłem poczucie czasu, bo kiedy już się do jednego dopchałem, to prztykałem jakieś czterdzieści minut. Przez dłuższą chwilę na sąsiednim (Judge Dredd) grał Kris Kelvin. Także spotkanie z celebrytą przy okazji wizyty w Warszawie mam zaliczone. :D

Flippery to było jednak małe piwo w porównaniu do stojących w sąsiednim pomieszczeniu starych telewizorów z podpiętymi konsolami, na których można było popykać w kultowe gry. Do Mario nie udało mi się dopchać, za to w Pac-Mana całkiem sporo pograłem. Jak na pierwszy raz trzymania w ręku joysticka od Atari, to uważam, że poszło mi całkiem nieźle. Zwłaszcza za drugim razem.

 

Nie udało mi się załapać na testowanie VR-u w tej grze, w której wszystko jest białe, poza przeciwnikami, którzy są pomarańczowoczerwonożółci. Mieli stoisko obok naszej wystawy. Za to założyłem gogle przy innym stoisku, gdzie odbywała się prezentacja gry w strzelanie. Chodziło się po jakichś dokach/magazynie i strzelało z karabinu. Strasznie dziwne uczucie, gdy obraz się porusza, jakbyśmy rzeczywiście szli, za co odpowiada gałka analogowa, a jednocześnie czujemy, że nogi się nam nie ruszają. Po kilku minutach spędzonych w wirtualnej rzeczywistości zaczęło mi się kręcić w głowie.

Tak się skończył trzeci dzień konwentowania. Na zdjęciu powyżej widać większą część mojego dziennego posiłku. Poza tym zjadłem jeszcze paczkę ciastek i rano śniadanie w hotelowej restauracji. Jakoś się nie skusiłem na ofertę food trucków, które parkowały przed budynkiem.

***

DZIEŃ CZWARTY – Niedziela

Ponownie – pobudka z rana, bo plan dnia napięty niczym leginsy na dupie grubej dziewczyny. Zaplanowaną mieliśmy wizytę w LEGO Store w Galerii Mokotów.

Jak widać, byliśmy na miejscu przed czasem i musieliśmy czekać kwadrans. 12:50 musieliśmy już być na Dworcu, więc trzeba się było sprężać. Na szczęście poszło gładko, kubek ładowało się szybko, a i wybór figurek się zbytnio nie rozwlekł.

Jeśli ktoś nie wie – w oficjalnych sklepach LEGO klocki można kupować na kubki, wybierając z dostępnego asortymentu elementów. Jest jedna zasada – kubek musi się zamknąć. Ten, który widzicie na zdjęciu, kosztuje 89,99zł, zmieściłem w nim przeszło 500 bricków 2×1 i jeszcze ponad 200 innych elementów. Średnio 0,11zł za klocek. O aktualny stan ścianki można pytać na fanpejczu sklepu.
Minifigi z kolei kosztują 44,99zł i działa to tak, że z puli elementów wybiera się po trzy: nogi, torsy, główki, włosy/czapki, akcesoria i w ten sposób składa trzy figurki. Tutaj pod względem ceny już nie jest tak różowo, aczkolwiek dużo zależy od klocków, jakie uda się znaleźć – czasem trafiają się prawdziwe perełki.

Już bez dalszych przygód wróciliśmy, wymeldowaliśmy się z hotelu, dotarliśmy na Dworzec i załadowaliśmy się do pociągu. Sama podróż przebiegła naprawdę klawo – z Warszawy do Krakowa pociąg jechał nieco ponad dwie godziny. I dali pół litra wody w cenie biletu, także więc bajka.

***

Cóż, tak to właśnie wyglądało. Ja się zakochałem w tym klimacie, na pewno wybiorę się na kolejne wystawy naszego Stowarzyszenia. Jedna obecnie trwa, również odbywa się w Warszawie, ja niestety muszę się uczyć, ale Was zapraszam. Jeśli tylko macie możliwość, to wybierzcie się na Warsaw Comic Con – my tam jesteśmy. ;)

Chciałbym podziękować kolegom ze Stowarzyszenia – Toltomei, który był tym drugim, kiedy pisałem w tym wpisie „my” oraz Innosowi za ogarnianie na miejscu, przewóz mnie i moich fantów. Podziękowania należą się również niezrzeszonym kolegom – Jahoo i gmkkk, również za transport samochodowy mnie lub klocków oraz za możliwość pogadania z kimś o wspólnej pasji.
Dziękuję współautorom naszej makiety bitewnej, których wymieniłem już wcześniej oraz wszystkim innym uczestnikom wystawy, zwłaszcza jetboyowi za trzymanie pieczy nad wszystkim.

Bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się Was poznać inaczej niż przez forum, Wy LEGO-we świry,

Jaskier, też LEGO-wy świr.

 

 

 

 

PS Załączam zdjęcie figurek, które kupiłem w LEGO Store.

Read Full Post »

Na początek zdjęcie, które z prędkością fali dźwiękowej złowieszczego śmiechu obiegło wczoraj Internet.

Jared Leto ucharakteryzowany na Jokera. Tak jakby, gdyż na zdjęciach zdjęć (sic!) widać, że jego ostateczny wygląd będzie się nieco różnił od tutaj zaprezentowanego.

No i cóż – ludzie strasznie narzekają na brak całkowicie białej skóry, zdeformowania twarzy w upiornym uśmiechu oraz srebrne zęby*. Najwyraźniej zapomnieli, że kilka lat temu świat zachwycił się koślawo umalowanym Heathem Ledgerem z zieloną farbką na włosach. Przypominam, że według mnie śp. Ledger nie otrzymał Oscara za to, że umarł, ale faktycznie zasłużył, totalnie wsiąkając w rolę psychopaty, jaką mu powierzono. Na ekranie nie widziałem aktora, nie czułem, że Ledger gra Jokera. On się nim stał – w Mrocznym Rycerzu widziałem Klauniego Księcia Zbrodni, który zstąpił z kart komiksów do naszego świata.
Co prawda przed premierą filmu Nolana – i jeszcze długo po – nie miałem stałego dostępu do Internetu, ale wierzę na słowo ludziom, którzy pamiętają i przy różnych okazjach wspominają gównoburze towarzyszące decyzji obsadzenia roli kultowego nemezis Batmana chłopakiem z Zakochanej złośnicy**.

Scena pierwszej konfrontacji Jokera z mafią Gotham. <3

Mimo iż początkowo wydawało się to niemożliwe, to wciąż trwają kłótnie o to, kto był lepszy Jokerem – Ledger czy Nicholson?

No właśnie – Jack Nicholson i jego interpretacja tego złoczyńcy. Według mnie był świetny, doskonale dopełniający obraz świata przedstawionego w przerysowanej wersji Tima Burtona. Jest jednak jedno „ALE” – to Jack Nicholson w roli Jokera. Chyba nie można sobie wyobrazić kogoś lepszego na to miejsce w ówczesnych czasach, lecz jest to aktor tak bardzo ociekający zajebistością, że przesiąka ona przez zielone włosy, białą skórę i fioletowy garnitur, ujawniając, co się pod nimi kryje. Z tego też powodu w moim prywatnym rankingu filmowych Jokerów Ledger wygrywa z Nicholsonem.
Jest też tutaj jeden mały zgrzyt z tą postacią – odarcie pana J. z aury tajemniczości. W dodatku w tej wersji to on okazuje się być mordercą rodziców Bruce’a. Zbędne skomplikowanie, które może by tak nie wadziło, gdyby nie plany kontynuacji, gdyby Batman pozostał samodzielnym filmem. Wraz ze śmiercią Jokera krucjata Batmana dopełniła się. W pewnym sensie. Pozostawienie błazna przy życiu, wykorzystanie go w Powrocie… byłoby rozsądniejsze, no ale wiemy, jak się to potoczyło, a obrany przez reżysera kierunek poskutkował odebraniem mu stanowiska i przekreśleniem planów na trzecią część.

Pan Jack Nicholson był aż za dobry do tej roli.

Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednym panu, który w najpopularniejszego komiksowego błazna wcielał się na przestrzeni dwadziestu lat. Śmiech Marka Hamilla bez wątpienia jest niepodrabialny i śmiało można rzec, że wyraża więcej niż tysiąc słów:

Fragment z telefonem robi za mój dzwonek. Ludzie się dziwnie patrzą za każdym razem, gdy ktoś do mnie dzwoni, a ja mam niewyciszone dźwięki.

Potwierdzeniem uwielbienia dla pracy strun głosowych tego aktora niech będzie rejwach w internetach rozpoczęty po ogłoszeniu, że zakończył przygodę z Jokerem, nie udzieli mu głosu w Arkham Origins.

***

Podsumowanie jest takie, że nie ma sensu skreślać tej wersji Jokera już na starcie. To w ogóle zabawne, że po okresie euforii i „omujboszeletodarade”, jedno zdjęcie potrafiło wszystko przekreślić. Mówienie, że ta wersja nie dorówna poprzednim jest już kompletną paranoją. Tym bardziej, że to samo powtarzano przed premierą TDK. O wiele bardziej mnie martwi to, że do Suicide Squad pakują tyle postaci i obiecują, że każda odegra znaczącą rolę. Może wyjść z tego niestrawny miszmasz, ale nawet jeśli tak będzie, to coś mi mówi, że akurat Leto da radę.
Chociaż to może dla tego, że aż za bardzo lubię filmowych psychopatów.

Jaskier

*Ale muszę przyznać, że niektóre memy śmieszne. Zwłaszcza ten z wytatuowanym Bruce’em. :D

**Prywatnie nic mi to nie mówi, gdyż prócz TDK z tym aktorem widziałem jedynie Nieustraszonych braci Grimm oraz Tajemnicę Brokeback Mountain.

Read Full Post »

Czujcie się uroczyście zaproszeni na relację z grania w grę, na którą swego czasu miliony wydały miliony, a teraz można ją mieć za darmo ze wszystkimi dodatkami i pakietami akcesoriów, o ile dobrze zrozumiałem.

Dowiedzmy się wspólnie, czy granie w symulację życia wciąż jest fajne, chociaż mam już swoje własne, bardzo sympatyczne życie!

Podejrzewam, że nie uda się zaliczyć wszystkich atrakcji, skupimy się głównie na tworzeniu idealnej rodziny i jej idealnego domu na zalanych słońcem przedmieściach.
Później przyjdzie czas na zapoznanie się z nowościami z dodatków od Własnego biznesu wzwyż, ponieważ w kolejne nie grałem w ogóle.
Będzie fajnie. ;)

Relacja rozpocznie się jutro w godzinach popołudniowo-wieczornych i zostanie przeprowadzona na fanpejczu.
Nie jest sponsorowana.
Chyba żeby komuś zależało, to mogę przesłać dane do przelewu. Ewentualnie adres, na który można przysyłać gotówkę lub jakieś granty.

 Jaskier

*nie do końca

Read Full Post »

Najnowszym problemem branżowych mediów jest nieobecność żeńskich postaci w trybie kooperacji w AC: Unity.

Chciałbym mieć takie problemy.

Tak jakby przejście na nową generację konsol i wykorzystanie ich możliwości nie było najważniejsze w kontekście tej części serii.

Z jednej strony narzeka się na infantylne traktowanie postaci kobiet w grach (oraz innych produktach kultury masowej), z drugiej pięć tysięcy ludzi podpisało petycję odnośnie wprowadzenia ich do najnowszej odsłony serii.
I dlaczego mam wrażenie, że spora część z tych pięciu tysięcy to sfrustrowani faceci, którzy chcieliby popatrzeć na asasynkę (tak, nie ma takiego wyrazu) podążającą za rozkazem ich pada?

A poza tym – poważnie ktoś wierzy, że nie będzie DLC, które umożliwi pogranie ladacznicą w wersji multiplayer? Ludzie, to przecież Ubisoft. :D

______________________________________________________________

Temat ten poruszałem już dwukrotnie, bo chwytliwy, bo (patrz tagi).
KLIK oraz KLIK.

Jaskier

Read Full Post »

Nowy Wiedźmin. A ja jeszcze w drugą część nie grałem.
Wygląda ślicznie i mam tu na myśli – oczywiście – stronę graficzną.
Natomiast sama walka prezentuje się nieco chaotycznie. Taka siekanina rodem z jakiegoś h’n’s albo japońskich produkcji o facetach z olbrzymimi mieczami.

Nie widzi mi się również  „tryb detektywa”, z którego korzystamy podczas tropienia. Przez niego odnajdywanie potworów, czy co będziemy śledzić, nie będzie stanowiło wyzwania. Po prostu pójdziemy w stronę wskazaną przez grę.

Kusza też nie za bardzo. Aczkolwiek rozumiem powód, dla którego została umieszczona w grze.

Za to miasto wygląda fenomenalnie. Aż chciałoby się już dzisiaj po nim połazić, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście gra jest tak złożona oraz daje tyle możliwości, co obiecują twórcy. Jeżeli ich słowa nie są rzucane na wiatr i rzeczywiście będzie można pobyć wiedźminem, to wybaczę im ten pokraczny model walki.

Klimat wręcz wycieka z tych filmików, toteż czekamy na następne i na samą premierę gry, która została zapowiedziana na luty 2015 roku.

Materiały – KLIK, KLIK, KLIK.

Assassin’s Creed: Unity

Rokrocznie odgrzewany kotlet od Ubisoftu również i tym razem prezentuje się całkiem ciekawie. Rozumiem przez to powrót do dużego miasta i w interesujące czasy. Można było przewidzieć, że rewolucja francuska otrzyma poświęconą sobie część tego tasiemca, częściej ludzie w swoich życzeniolistach wymieniali jedynie któryś z krajów Dalekiego Wschodu (swoją drogą, przedstawiciele Ubisoftu upierają się, że nie umieszczą rozgrywki w Japonii, gdyż byłaby to gra o ninja; ciekawe, jak długo wytrzymają w tym postanowieniu?).

Na czoło w wyścigu o największą innowację w tej części serii, wykorzystywaną do jej promowania, jest tryb kooperacji, który będzie dostępny w kampanii. Nie sposób jednak nie zgodzić się z głosami graczy, którzy zauważają, iż trudno byłoby znaleźć trzech kompanionów do wspólnego przejścia całego trybu fabularnego. Po krótkiej gównoburzy, jaką dało się zaobserwować na forach, obawy zostały rozwiane i dowiedzieliśmy się, że tryb kooperacji owszem będzie, ale nie w całej kampanii. I wilk syty, i owca cała.

Co do samej mechaniki, to nie ma sensu się oszukiwać, bo raczej zdecydowanie nie nastąpi żaden przełom. Wiecie, walka wciąż będzie polegać na kontrowaniu, te sprawy. Duży plus za możliwość penetrowania budynków.

Materiały: KLIK, KLIK, KLIK.

Totalnie nie czuję tej bat-zbroi. ;(
Tak samo bat-czołgu, w który transformuje się Batmobil. Mam nadzieję, że tego typu potyczek nie będzie zbyt wiele.

Możliwość przemieszczania się po olbrzymim Gotham City z wykorzystaniem wszystkich zdolności Mrocznego Rycerza i arsenału bat-gadżetów zapowiada się na nieziemską frajdę. Ludzie będą pewnie po prostu patrolować ulice, żeby sobie trochę pobatmanować pod osłoną nocy. O ile będzie co na tych ulicach robić. Aczkolwiek to się raczej rozumie samo przez się.

Strach na wróble głównym przeciwnikiem! <3

Materiały: KLIK.

_______________________________________________________________________

To by było na tyle odnośnie rzeczy, które mnie zaintrygowały. Jeśli chcecie poczytać o tym branżowym wydarzeniu więcej, to polecam TEN oraz TEN tekst zamieszczone na blogu (Ł)Okiem Gracza.

Jaskier

PS Rozbawił mnie jeszcze zwiastun Dead Island 2, ale w tę grę pewnie nie zagram w ciągu najbliższych dziesięciu lat, toteż ograniczę się do wrzucenia tutaj rzeczonego filmiku.

Read Full Post »

Obecnie gram sobie w Dawn of War II, gdzie wśród obcych, za pomocą bolterów i mieczy łańcuchowych, szerzę ład i porządek w imię Imperatora. Na spisanie wrażeń z rozgrywki przyjdzie czas (mam już dostępną ostatnią misję, ale chcę skompletować jeszcze ekwipunek dla moich chłopaków, więc zejdzie mi jeszcze kilka dni). Dzisiaj dostaniecie natomiast niezwykłą szansę na dowiedzenie się, co mnie skusiło do kupienia spośród rzuconych do Stonki gier właśnie produkcji Relica.

Po prostu mnóstwo godzin przegrałem w pierwszą część.

Jestem dumnym i usatysfakcjonowanym posiadaczem egzemplarza wydania gry widocznego powyżej.

 _______________________________________________________________

Zanim zacznę – nie czuję się kompetentny, by pisać o uniwersum sensu stricto, więc jeśli odczuwacie taką potrzebę, to wesprzyjcie się Internetem.

_______________________________________________________________

Warhammer 40,000: Dawn of War bez zainstalowanych dodatków daje nam możliwość pokierowania czterema spośród ras znanych z wersji figurkowej – Orkami, Eldarami, siłami Chaosu oraz Kosmicznymi Marines.
Jednak w kampanii dla jednego gracza podowodzimy jedynie oddziałami Krwawych Kruków, których zadaniem jest wsparcie obrony planety Tartarus. Fabuła stanowi bardzo dobre wprowadzenie do tego uniwersum – poznajemy wszystkie dostępne frakcje i kierujące nimi motywy. Eldarzy to prastara rasa gardząca niższymi formami, Orkowie to brutalna banda ćwierćmózgów żyjąca jedynie w celu prowadzenia wojny, siły Chaosu stanowią personifikację obaw Twojej mamy odnośnie sekt, Kosmiczni Marines to z kolei oddani Imperatorowi superkomandosi miażdżący każdego napotkanego obcego lub heretyka.
Na potrzeby kampanii studio stworzyło wspomniany wcześniej zakon Krwawych Kruków. Nie wiem na pewno, ale zakładam, że miało to na celu umożliwienie dowolnego pisania fabuły, bez zwracania uwagi na fakty dotyczące konkretnych ugrupowań spisane przez Games Workshop.
Oprócz wyżynania zastępów obcych w rytm wesołego brzęczenia mieczy łańcuchowych, które to pokazuje, jakie z Kosmicznych Marines są chojraki, dostajemy również coś w stylu kuszenia Ciemną Stroną Mocy. Super, iż pokazali również ten aspekt bycia w zakonie.

_______________________________________________________________

Dodatek zatytułowany Winter Assault zwiększa grono dostępnych frakcji o nową – Gwardię Imperialną – i jako pierwszy daje nam możliwość wyboru, kim chcemy grać w kampanii. Choć też nie do końca, ponieważ wybieramy między niezbyt trwałymi i wynikającymi z konieczności sojuszami. Po jednej stronie barykady stoją Gwardziści i Eldarzy, po drugiej Orkowie i siły Chaosu. W trakcie rozgrywki z łatwością dostrzegamy, jak niewiele brakuje, by delikatna umowa została naruszona i niedawni sojusznicy skoczyli sobie do gardeł.

Siły Gwardii Imperialnej przypominają najzwyklejsze wojska z naszego świata – to niezliczone oddziały piechurów wspierane przez pancerne dywizje i artylerię. Ze względu na swoją liczebność, sposób dbania o morale (Odstrzelić jednego żołnierza, żeby inni ochotniej walczyli? Żaden problem!), a także środowisko debiutu (skuty lodem księżyc), kojarzą się z Armią Czerwoną.

Rozszerzenie wprowadza również wodza Orków – Gorgutza Wyrwiczerepa, pisałem o nim TUTAJ.

_______________________________________________________________

Dark Crusade, czyli kolejne rozszerzenie wprowadziło sporo zmian. W pewnym sensie zniknęła fabularyzowana kampania, co jest dosyć niefajne.

Otóż tym razem możemy wybrać, którą z siedmiu już frakcji chcemy pokierować. Po zdecydowaniu, którą armią będziemy walczyć, trafiamy na planetę Kronus podzieloną na prowincje. Celem gry jest zajęcie tych, w których przeciwnicy zorganizowali sobie główne bazy.

Nowymi rasami są Nekroni i Dominium Tau.
Jak łatwo się domyślić, ci pierwsi to tacy kosmiczni nieumarli, tylko zamiast kości i zgniłych mięśni zbudowani są z metalu.
Dominium Tau to z kolei gwiezdni komuniści latający po kosmosie i szerzący ideę Większego Dobra. Ich taktyka polega na odwiedzeniu planety i zaproponowaniu jej mieszkańcom przyłączenia się i wspólnego szerzenia ich ideologii. W innym wypadku wykorzystują swoją wysoce rozwiniętą technologię do anihilacji.
W imię Większego Dobra, rzecz jasna.

Napisałem o braku kampanii sensu stricto, ponieważ większość misji ma formę zwykłej potyczki, w której musimy znaleźć i zniszczyć wszyściutkie jednostki oraz budynki przeciwnika. Co jest dosyć słabe, albowiem nie tego się oczekuje po kampanii w RTS-ie. Zdecydowanie brakuje możliwości zabawy w dyplomatę, choć jest to logicznie wytłumaczone przez reguły rządzące 41. millenium.

Przez całą rozgrywkę towarzyszy nam dowódca, którego wygląd lub opis skusił nas do wybrania konkretnej frakcji. Dzięki postępom w kampanii zyskujemy możliwość uzbrojenia go w lepszy sprzęt, zwiększający jego możliwości na polu bitwy. Niestety brak tu jakiejkolwiek większej RPG-owatości i rozwoju naszego bohatera.

_______________________________________________________________

Soulstorm idzie o krok dalej i tym razem walka toczy się w całym systemie planetarnym, chociaż prowincji wcale nie jest dużo więcej (planety nie są tak gęsto podzielone, a księżyce to pojedyncze plansze).

Autorzy oddali do dyspozycji kolejne dwie frakcje: Siostry Bitwy i Mrocznych Eldarów.
Pierwsze są w pewnym sensie żeńskim odpowiednikiem Kosmicznych Marines, tylko są jeszcze bardziej ślepo posłuszne Imperatorowi. Z kolei Mroczni Eldarzy to zdegenerowani Eldarzy (gdyby ktoś nie załapał – to kosmiczne wersje elfów). Ogólnie rzecz ujmując – grupa alfonsów, łowców niewolników i piratów.

Wielkim novum w tym dodatku miały być pojazdy latające, które ze względu na ograniczenia ilości machin w naszej armii, raczej się nie przydadzą. Co prawda nie grałem zbyt długo w ten dodatek, ale nigdy nie wypracowałem strategii wykorzystującej latadła.
#niematojakLemanRuss

_______________________________________________________________

Każdy dodatek wprowadza do gry nowe jednostki dla każdej z frakcji, ale jeśli potrzebujecie konkretów, to znajdźcie w internetach, bo nie mam ochoty i nie czuję się kompetentny, by pisać o detalach.

_______________________________________________________________

Tym, co odróżnia Dawn of War od innych RTS-ów, w których marnowałem czas, jest narzucenie tempa rozgrywki przez mechanikę. Tutaj nie można okopać się w bazie i czekać z karabinami gotowymi do strzału, bo przeciwnik wykorzysta przewagę uzyskaną dzięki kontrolowanemu terenowi (przejęcie kluczowych punktów na mapie przyspiesza zdobywanie rekwizycji, za którą szkolimy oddziały) i pokona nas, wykorzystując przewagę liczebną.
Nowością jest także sam kształt oddziałów. Grupkę wybiegającą z koszar należy uzupełnić o kolejnych żołnierzy. Można to robić również w trakcie walki, co momentami sprowadza potyczkę do sprawdzania, kto szybciej będzie mógł zastępować poległych nowymi rekrutami. Co czasami dziwnie wygląda.

Generalnie polecam, spędziłem przy tej grze mnóstwo godzin. Teraz pakiet można dostać za grosze, więc jeśli szukacie czegoś takiego, to koniecznie sprawdźcie, bo warto. ;)

Jaskier

Read Full Post »

Heeeej!
Expanded Universe poszedł do śmietnika, to rzucają książki do Stonki.

Podchodząc dzisiaj do kasy, z jogurtem naturalnym, dwunastoprocentową śmietaną, pudełkiem ryżu i rożkiem waniliowo-truskawkowym w koszyku, kątem oka dostrzegłem takie cudo.

Wiecie, to całe zamieszanie sprzed około miesiąca, związane z uznaniem Expanded Universe niekanonicznym, niezmiernie mnie rozbawiło.

Nie jestem jakimś hardkortruuberfanem tego uniwersum – widziałem filmy, przeszedłem pierwszego KotOR-a, przeczytałem wszystkie dwie książki, które miała na stanie biblioteka (jedną z okresu młodości Obi-Wana, a drugą dziejącą się w trakcie inwazji Yuuzhan Vongowów), przez jakiś czas oglądałem The Clone Wars. Nic, czym można by się było chwalić w towarzystwie nerdów.

Nie czuję się źle z tym, że wydarzenia, o których słyszałem/ czytałem/ wsio ryba według jakiegoś tam ustalenia nie miały miejsca. Ponieważ – NIESPODZIANKA! – to fikcja!
Może porównanie nie ma sensu, bo skala jest zupełnie inna, ale Andrzej Sapkowski stwierdził niegdyś, iż historie tworzone przez CD Projekt RED w ich grach z Geraltem nie są kanoniczne, bo jedyny prawdziwy wiedźmin jest w jego książkach. Czy to czyni te gry gorszymi produktami? Nie sądzę.

Nie widzę przeszkód, by cieszyć się i ekscytować przygodami postaci, o których czytamy, tylko dlatego, że krawaciarze z Disney’a stwierdzili, że wygodniej im będzie napisać dalsze dzieje Odległej Galaktyki od nowa.
Jeśli te powieści są tak dobre, że tylu ludzi rozdzierało szaty z powodu wyrzucenia ich z kanonu, to lepiej uraczyć się nimi, niż adaptacjami, które z całą pewnością nie byłyby wierne i spowodowałyby jeszcze większą gównoburzę.

Toteż bardzo chętnie przeczytam, co się stało po bitwie na Ruusanie, chociaż tak naprawdę się to nie stało.

A czy Wy, moi Czytelnicy, płakaliście po EU?

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »