Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Jennifer Lawrence’

W tym roku mamy istny maraton filmów superbohaterskich. Niestety, wypuszczone dotychczas cztery tytuły tworzą jakby sinusoidę – po rewelacyjnym Deadpoolu dostaliśmy beznadziejne Batman v Superman, potem kapitalne Civil War, a ostatnio kiepskawe X-Men: Apocalypse. Jeśli ta prawidłowość zostanie zachowana, to Żółwie Ninja, które są następne w kolejce, okażą się wielkim hitem.
To jednak jest melodia przyszłości, na razie skupmy się na tym, dlaczego nowy film o mutantach nie zachwyca.

Przede wszystkim, wyraźnie czuć zmęczenie części ekipy filmowej. Formuła Bryana Singera, który kilkanaście lat temu zapoczątkował to uniwersum i powrócił do niego w 2014 roku, wyczerpała się. Dwa lata temu Days of the Future Past było naprawdę spoko, ale tutaj już widać, że reżyser nie ma pojęcia, co należałoby dalej robić z tą marką. Próby łączenia klimatu zaszczucia, walki ludzi z mutantami, charakteryzujące pierwsze filmy z serii, z wątkami politycznymi, które wprowadził w First Class (2011) Matthew Vaughn* w przypadku Apocalypse spełzają na niczym. Singer powinien sobie odpocząć. Może niech zajmie się kręceniem nowego Supermana? Tam stołek zapewne się niebawem zwolni. Studio Fox z kolei – dzięki sukcesowi Deadpoola – powierzyć powinno tę potężną markę komuś pełnemu zapału i nowych pomysłów. Albo całej gromadce takich ktosiów.

Marką obrzydliwe zmęczona jest też Jennifer Lawrence, która podpisania kontraktu na pierdyliard filmów żałuje chyba bardziej niż umieszczenia swoich prywatnych zdjęć w chmurze**. Jej postać – zmiennokształtna Mystique – z jakiegoś powodu urosła do rangi bohaterki i idolki młodych mutantów, której plakaty wieszają sobie na ścianach, gdyż jest taka fajna i prowadząca obdarzonych genem x do wolności. Moja teoria jest taka, że Singer bardzo lubi Igrzyska śmierci i gdy Jennifer Lawrence przychodziła ze scenariuszem w jednej i komiksem w drugiej ręce, chcąc upewnić się, czy jej postać rozwija się w mającym jakikolwiek sens kierunku w kontekście poprzednich filmów lub adaptowanego materiału, to reżyser odpowiedał jej tylko Katniss, uspokój się, ludzie cię taką kochają i kazał wracać na plan.
Cóż, nikt w 2011 roku nie spodziewał się, że aktorka ta zgarnie Oscara, aż tak wielkiego sukcesu Igrzysk śmierci również nie przewidziano. Teraz wciskają jej tutaj podobną rolę i dziewczyna nie potrafi ukryć tego, że ma dość tych filmów. Łatwo byłoby wytłumaczyć podmianę, ale studio raczej nie będzie skore do zrezygnowania z możliwości wrzucenia na plakat znanej twarzy.

Zmęczony jestem ja wlekącym się od First Class romansem Xaviera i Magneto. O ile w tamtym filmie i DotFP miało to jeszcze ręce i nogi, tak tutaj przypomina to jakąś parodię. Erik kolejny raz przechodzi na stronę zła i krzyczy, że nie ma w nim już dobra, a Charles znowu krzyczy, że jest w nim człowieczeństwo, że jeszcze nie jest za późno etc. W jednym momencie wrzucają nawet migawkę ujęć z First Class – wygląda to jak w jakiejś kiepskiej komedii romantycznej, bo po przypomnieniu sobie pierwszych wspólnych chwil, Erik zmienia zdanie i już nie jest zły.

W ogóle, cały wątek Magneto jest skopany. Ukrywa się w Polsce (sic!), gdzie pracuje w jakiejś hucie, założył rodzinę – sielanka. No ale przez przypadek ratuje człowiekowi życie, na co komunistyczna władza – uprzejmie poinformowana przez hutników -urządza obławę, wysyłając milicjantów uzbrojonych w… łuki.
Po pierwsze – to absurdalne, powinni wysłać albo jakiegoś ubeka z flaszeczką, żeby go nakłonić do współpracy, albo rozpocząć zbieranie na niego materiałów, żeby go przekonać do współpracy.
Po drugie – naprawdę trzeba było czegoś takiego? To znaczy, w jakiś sposób musiał ponownie poczuć, że nie ma odwrotu od Ciemnej Strony i tylko dlatego jego żona oraz córka giną – żeby mógł być zły, bo Magneto jest zły. Tylko po co, skoro filmowa wersja nie zmierza w stronę bycia terrorystą?
Brakuje tutaj jakiejkolwiek konsekwencji w rozwoju postaci, ciągle kręcą się w kółko ze złym Magneto i Xavierem, który pomaga mu wrócić na stronę dobra. I to jest tak przykre, bo obaj panowie wcielający się w tych mutantów – tj. James McAvoy oraz Michael Fassbender – robią niesamowitą robotę i doskonale się bawią na planie. Szkoda tylko, że przez scenariuszowe głupoty i wtórność pomysłów widz nie bawi się równie dobrze w kinie.

Kolejną wadą tego filmu jest tytułowy antagonista. Ponieważ uważam to za strasznie śmieszne, to powtórzę ten żart – Apocalypse wygląda tak, jakby porucznik Bey miała dziecko ze zawataryzowanym Jake’iem Sullym. No i jest za mały. Nie chodzi jednak tylko o sam wygląd, kwestie wizualne można by było wybaczyć, gdyby jego zachowanie i plan miały sens.
Fabułę Age of Apocalypse znam jedynie poglądowo, ale walczyłem kiedyś z tym gościem i bandą jego sługusów w tej grze, toteż z grubsza wiem, o co się rozchodzi z tym złoczyńcą. Apocalypse chce wyłonić najpotężniejsze istoty, stojące ewolucyjnie najwyżej, najlepiej przystosowane do najtrudniejszych warunków i wykorzystując je, rządzić światem. Tutaj jego planem jest zburzenie wszystkiego, co wybudowali ludzie i postawienie wielgachnych piramid.
Wiąże się to z przeszłością Apocalypse’a, który kilka tysięcy lat przed Chrystusem rządził Egiptem, miał wielkie piramidy, śmiercionośnych przybocznych mutantów, ale został ograny jak dzieciak przez tych ludzi, którzy tworzyli poziomy do Tomb Rider. Podstępem potężny mutant został uwięziony pod tonami gruzu i miał już nigdy nie wrócić.
I te wydarzenia przedstawione w prologu są w zasadzie najlepszym elementem filmu zawierającym Apocalypse’a. Później tylko teleportuje się po świecie i zbiera przypadkowych mutantów, których zdolności nijak się mają do tych posiadanych przez jego Jeźdźców z prologu.
Storm jest nastolatką z Egiptu i pierwszą mutantką, na jaką wpada złoczyńca, Psylocke pojawia się na chwilę i Apocalypse od razu stwierdza, że jej moc walczenia mieczem i noszenia skąpego kostiumu czynią z niej wspaniałą wojowniczkę, biedę wątku Magneto już wyśmiałem akapit wyżej, więc został tylko Angel.
Wiecie, wątek Angela został lepiej przedstawiony w ww. grze i serialu animowanym. Utrata skrzydeł powinna być dla niego tragedią, metamorfoza w Archangela wstrząsem dla drużyny X-Men, która musiałaby zmierzyć się z dotychczasowym sprzymierzeńcem. A tutaj? No jest jakiś typek, któremu skrzydła zostają zniszczone, Apocalypse go odwiedza i robi mu nowe, metaliczne. Koniec. Po prostu dobór mutantów do tej czwórki jest tak losowy i biednie przedstawiony, że głowa mała.

Jest jeszcze masa rzeczy, które były zrobione po prostu słabo.
Zniszczenie szkoły, które powinno być naprawdę tragicznym wydarzeniem, nie robi najmniejszego wrażenia, gdyż nie czujemy żadnej więzi z jej mieszkańcami. Poza tym zostaje odbudowana pod koniec filmu, więc jej zniszczenia nie ma żadnej wagi.
Scena Quicksilvera, która polega na tym, by zrobić jeszcze raz to samo, co ostatnio, ale przeciągnąć to do tego stopnia, żeby widzowi przeszkadzało.
Pojawienie się totalnie z dupy Strykera, który porywa część mutantów, tylko po to, by po chwili uciekli z jego tajnej placówki, w której trzyma… Wolverine’a. Toteż mamy adaptację Weapon X. Taką strasznie biedną, na zasadzie: Hej, czytaliście ten komiks? Tutaj macie kilka kadrów z niego.
Efekty specjalne wypadają biednie (sic!). Ludzie mieli ból dupy przy zwiastunach, że wygląda to słabo i faktycznie widać, że ktoś tam pokpił sprawę.

***

Po tym całym narzekaniu czas na kilka słów pochwał.
Młodzi mutanci są rewelacyjni – Jean Grey, Cyclops, Nigthcrawler, Quicksilver, nawet Jubilee, która nie ma ani jednej sceny akcji i ze trzy linijki tekstu. Wreszcie w jednej scenie czułem, że oglądam film o X-Men – gdy czwórka dzieciaków wychodziła z kina i dyskutowała na temat SW. Chętnie obejrzałbym cały film o tym, jak uczniowie Xaviera chodzą do kina, urywają się z lekcji, odrabiają zadania domowe etc. Proszę, niech to się stanie, niech ktoś włoży serce w tę markę.
Aktorsko również wszystko gra – wymienieni już wcześniej James McAvoy, Michael Fassbender, ale również Nicholas Hoult (Beast), aktorzy wcielający się w nowe pokolenie mutantów – ci ludzie dają z siebie wszystko, czasem nawet mają zabawne kwestie, interakcje między nimi są zazwyczaj bezbłędne, ale cała pompatyczność historii i ta zasrana epickość wszystko psują. Po co, do cholery, skakać co dziesięć lat po przełomowych wydarzeniach?
Co będzie następne? Dark Phoenix Saga w latach ’90?

***

Nie polecam, nie jest to co prawda  film tak tragiczny, jak BvS albo to nieszczęsne ubiegłoroczne F4, aczkolwiek brak serca, wrzucanie niepotrzebnych wątków oraz postaci, odpalenie Apocalypse’a, gdy nie ma w filmowym świecie nic, na czym by nam zależało, a co mógłby zniszczyć, znudzona Jennifer Lawrence i przeciągany romans Xavier-Magneto, rujnują ten film.
Słabe efekty specjalnie mógłbym wybaczyć, słabego scenariusza, przez który marnują się ciekawi bohaterowie, nigdy.

Jaskier

*Wiedzieliście, że jego żona to Claudia Schiffer?

**Internet nie zapomina!

Read Full Post »

Jesień za pasem, powrót do szkoły za nami, ani się obejrzymy, a zbliży się Boże Narodzenie i trzeba będzie walczyć o karpia w markecie.
Nim jednak to nastąpi, przyjrzyjmy się kilku premierom zaplanowanym w naszym kraju na ostatnie cztery miesiące 2015 roku.

***

Więzień labiryntu: Próby ognia

To takie moje prywatne Igrzyska śmierci. Jak być może wiecie (a jeśli nie, zachęcam do poszukiwań, dzięki którym się dowiecie), nie przepadam za serią filmów o Katniss Everdeen. Ta trylogia YA, która zapewne jakoś tam się nazywa, ale i tak wszyscy mówią na to Więzień labiryntu, bo… Zmierzch tak zrobił pierwszy(?). Albo – jak się okazało po szybkim googlowaniu – sam autor uprościł sprawę i zatytułował swoją serię tak samo jak pierwszy tom. To naprawdę leniwe. No i właśnie ta trylogia YA również rzuca grupę nastolatków w nieprzyjazne środowisko i każe im być niezwykłymi i specjalnymi etc.
W pierwszej części, z której wrażenia zapisałem TUTAJ, grupa chłopców zamieszkuje wnętrze olbrzymiego labiryntu. Jak to w takich historiach bywa, przybywa nasz protagonista i w dwa dni rozwiązuje problem, z którym mieszkańcy osady borykali się przez kilka lat. Wydostają się z labiryntu.
I tutaj dopiero zabawa się zaczyna. Niby zdajemy sobie sprawę z tego, że to rząd jest zły i jest tam jakiś gruby przekręt, co sugeruje zakończenie oraz zwiastuny tegorocznego filmu, ale może, może jest tam jakieś trzecie dno, na koniec dnia opadnie kurtyna i okaże się, że to wszystko było mocno powalonym talentszołem.

Tu jest zwiastun:

***

The Final Girls

W temacie slasherów powiedziano już wiele, jeśli nie wszystko. Świętej pamięci Wes Craven wypunktował wszystkie ich wady i zalety w Krzyku, niemalże dwadzieścia lat temu. Jak to więc jest, że oni wciąż robią takie filmy, a mi wciąż chce się je oglądać, na dodatek polecam je Wam? A pamiętajmy, że z klasyki to ja lubię w zasadzie tylko Freddy’ego.
Otóż co jakiś czas filmowcy są w stanie wykrzesać z tego gatunku coś innego, coś nowego. Jak miało to miejsce chociażby w przypadku Domu w głębi lasu, moje zachwyty nad tym filmem znajdziecie na blogu. Tym razem ugryźli temat z innej strony – grupka nastolatków przedostaje się do świata kiczowatego, sztampowego horroru sprzed kilku dekad, w którym jedną z głównych ról grała matka Max, naszej protagonistki.
Szykuje się komedia wyśmiewająca zgrane motywy i kicz, jakim czasem dosłownie ociekały slashery w latach ’80. Bonusowym smaczkiem są oczywiście oczywiste nawiązania do serii Piątek trzynastego i aż żal, że bohaterowie nie trafiają konkretnie do tego świata. No bo wiecie, jeśli Jason dotarł swego czasu w kosmos, to dlaczego nie mogłoby się teraz w takim komediowym spin-offie okazać, że to wszystko było filmem, do którego po latach trafiła grupka fanów? Na pewno byłoby w takim posunięciu właścicieli praw autorskich więcej logiki, niż w kręceniu kolejnej odsłony cyklu, czy tam jakiegoś serialu osadzonego w wykreowanym świecie.
W każdym razie, ja zamierzam obejrzeć, choć nie jestem jednym z tych fanów, którzy umarliby twardo za Jasona.

Oto i zwiastun:

***

Steve Jobs

Nie jestem fanem urządzeń Apple, mój pierwszy kontakt z ich odtwarzaczem był istną katorgą, ale bardzo lubię filmy o nierozumianych przez otoczenie geniuszach. W dodatku owego wizjonera gra Michael Fassbender, który jest świetny i w ogóle. No i Fassbender >> Kutcher, ale nawet abstrahując od tego, ten film ma być właśnie  biografią. Produkcją wartą uwagi, przy której pracował Aaron Sorkin (autor scenariuszy do The Social Network, Ludzie honoru, a także podobającego mi się The American President), w tym przypadku adaptujący książkę W. Isaacsona, będącą efektem wielu rozmów przeprowadzonych z tytułowym magnatem rynku elektronicznych gadżetów oraz osobami z jego otoczenia. Trzymający ster tego statku – reżyser Danny Boyle (Slumdog. Milioner z ulicy, 28 dni później) – tylko utwierdza w przekonaniu, że warto wybrać się do kina.
Doborowa obsada będzie tylko dodatekiem do wyśmienitego popisu Fassbendera. Przynajmniej tak sądzę.

Oto zwiastun:

***

Makbet

Mimo iż wyniki box office tego nie potwierdzą, to coś tak czuję, że listopad tego roku będzie należał do wspomnianego akapit wyżej Michaela Fassbendera. On i Marion Cotillard zagrają bohaterów Szekspirowskiego dramatu – Makbeta i Lady Makbet. Co ciekawe, razem wystąpią również w planowanej na przyszły rok adaptacji serii gier Assassin’s Creed, w dodatku pod przewodnictwem tego samego reżysera – Justina Kurzela. Można więc zakładać, że z tej racji Makbet w jakimś stopniu będzie podobny do nadchodzącego, potencjalnego hitu i obejrzenie go pozwoli wyrobić sobie wstępną opinię na temat zdolności reżysera oraz zgraności pary aktorów. Nim jednak nastanie 2016 rok i asasyni zagoszczą na ekranach, warto moim zdaniem skupić uwagę na tej produkcji.
Ciekaw jestem, czy zorganizowane zostaną seanse dla szkół. Chyba że Szekspir wypadł już z kanonu lektur, bo za gruby dla dzisiejszej młodzieży.
Mimo że za sympatyka dzieł tego autora mnie brać nie można, to chętnie zobaczę, co udało się z tego materiału wyciągnąć. Szkoda tylko, że nasi filmowcy nie są tak chętni, by sięgać po utwory rodzimych popularnych pisarzy.

Tu macie zwiastun:

***

Victor Frankenstein
Grudzień natomiast zacznie się dla mnie w kinie dopiero z premierą najnowszej adaptacji powieści Mary Shelley. I tym razem dowiemy się, jak Igor poznał doktora Frankensteina, jak doszło do tego, że zostali przyjaciółmi i jakim cudem udało im się przeprowadzić eksperyment stworzenia życia z martwej tkanki. Niby oglądaliśmy już to kilkadziesiąt razy, ale chyba nigdy nie były to produkcje, które zakwalifikować można by jako „horror retro s-f”, a tak bym po zwiastunie zakwalifikował ten film. Lubię takie klimaty, a nie przypominam sobie, bym ostatnio miał okazję obejrzeć coś takiego, toteż cieszę się podwójnie.
No i hej! gorzej od tego filmidła z Eckhartem być nie może.

Oto i zwiastun:

***

***

Na co Wy czekacie tej jesieni?
Coś przeoczyłem? Mylę się odnośnie któregoś z filmów?
Dajcie znać w komentarzach. ;)

Jaskier

PS 500 wpisów!

Read Full Post »


Jako że w najbliższy piątek (12.12.14r.) szykuje się nam seans Kosogłosa, obejrzeliśmy wpierw W pierścieniu ognia. Tzn. ja obejrzałem pierwszy raz, a moje Słońce skorzystało z okazji i sobie odświeżyło.
Jeśli nie czytaliście mojego tekstu o pierwszym filmie z tej serii, to szczerze polecam zapoznanie się z nim przed przystąpieniem do czytania tego wpisu. KLIK

W pierścieniu ognia to film niepotrzebny.

Poważnie, fabuła to niejako powtórzenie części pierwszej – znowu są Igrzyska, znowu biorą w nich udział Katniss i Peeta. Tym razem jest jednak troszkę inaczej. Zły Brat Świętego Mikołaja wynajduje paragraf, w którym zapisane jest, że co ćwierć wieku można zorganizować Igrzyska, w których zabijać się będą trybuci wyłonieni spośród zwycięzców z poprzednich lat. Więc zamiast oglądać szlachtowanie maczetami dwunastolatków, pooglądamy mordujących się wzajemnie zawodowców.
Teoretycznie.
Twórcy skorzystali bowiem z faktu, iż SPOILER nie każdy ginie w tej części, więc „dobrej” drużynie napisali charakterystyki. I przez charakterystyki rozumiem przedstawienie kilku stereotypów – twarda dziewczyna, nerd, surfer-cwaniaczek – tego typu klimaty. Naturalnie, „zła” drużyna jest… zła i zdaniem scenarzystów jej członkowie nie potrzebują innych cech, toteż to jedyne, co na ich temat wiemy. Źli, grający na zasadach Kapitolu. Koniec. I kropka.
No i dwa tuziny tych ludzików ląduje w lesie tropikalnym i zaczyna się akcja.
Nim jednak do skomentowania jej przejdziemy, cofnijmy się nieco. Po co w ogóle organizować Igrzyska z byłymi zwycięzcami?

Złemu Bratu Świętego Mikołaja nie podoba się zachowanie Katniss. A jeszcze bardziej nie podoba mu się to, że ludzie upatrują w niej dwóch czwórek.
Podczas krajoznawczej wycieczki po całym świecie dziewczyna nie potrafiła trzymać języka za zębami i teraz wszystkim (poza nią samą, rzecz jasna) wydaje się, iż obali rząd, poprowadzi rebelię etc.
I wiecie, ja bym naprawdę wolał obejrzeć to jej (no, ich) tournée po dystryktach, życie na pokaz, granie przed kamerami. Nie musimy wracać na arenę. Tym bardziej, że film kończy się przechwyceniem dziewczyny przez rebeliantów. Ups, SPOILER. Ten film widział już chyba każdy, kto był nim zainteresowany, więc się chyba za to nie obrazicie.
Rozumiem, że władza musiała w jakiś sposób pozbyć się Katniss i chciała wykorzystać do tego Igrzyska, pokazać dziewczynę z zupełnie innej strony – łamiącą porozumienia, strzelającą w plecy sojusznikom. Ale serio? Zły Bracie Świętego Mikołaja, tego się spodziewałeś? W pierwszej części wolała umrzeć, niż grać według Twoich zasad, dlaczego coś miałoby się zmienić? No i wiem, że w końcu się okazuje, że to był spisek rebeliantów, żeby wykraść plany Gwiazdy Śmierci Katniss, aczkolwiek wydaje mi się, że można było wymyślić coś prostszego. Dużo prostszego.

I mam też taki problem z tym filmem, że dopada go syndrom Zmierzchu. Wiecie, trójkąt miłosny, Katniss nie może się zdecydować, którego ze swoich chłoptasiów kocha bardziej. Jednemu mówi, że chce z nim uciec, za drugiego chce wyjść za mąż. Po co właściwie jest w tej opowieści brat Thora*? Katniss nie musi zostawiać swojego chyba_byłego na tym ich Śląsku, żeby mizdrzenie się przed kamerami oraz przytulasy z Peetą były dla niej niezręczne. Nie widzę też w tym sensu dla historii – obalania rządu etc. Liam mógłby równie dobrze grać jej brata i miałoby to znikomy wpływ na fabułę. Ja wiem, że narzekam, ponieważ jestem brzydszy od młodszego Hemswortha, ale trójkąty miłosne utrwaliły się w literaturze setki lat temu, ten tutaj nie jest w żaden sposób odkrywczy, mam nawet wrażenie, że zaimplementowano go tylko i wyłącznie w celu zwiększenia ilości przystojnych chłopców w obsadzie.

Wracając w końcu do akcji – biegają po dżungli jakieś dwa dni, piją wodę z drzew, walczą z CGI, te klimaty. Każdy w drużynie ma jakieś supermoce. Standard.
Potem jest zakończenie i nakręcenie fanów na następną część.
I tyle

***

Inne wnioski:

Powyższa scena jest strasznie dziwna i pojawia się kompletnie z dupy, ale po chwili zastanowienia stwierdzam, że chcę zobaczyć spin-off z tą dziewczyną.
Haymitch też powinien dostać własny film.

***

Nie wiem, ja się nie jaram, jak powiedział jeden z bohaterów Igrzysk na kacu:
Nie mam zamiaru obcinać sobie jaj i wracać do siódmej klasy podstawówki.

Jaskier

*Notabene, brat najseksowniejszego mężczyzny na Ziemi.

Read Full Post »

Nie tak dawno rozpływałem się nad najnowszym filmem rozszerzającym filmowe uniwersum Marvela, po drodze był nowy The Amazing Spider-Man*, a tu na scenę wskoczyła już cała ekipa X-Men.
I to w jakim stylu !

Sezon lekkich i kolorowych filmów w pełni i ma się bardzo dobrze. :D

Jeśli śledzicie moje wpisy regularnie, to wiecie, że miałem odnośnie tej produkcji spore oczekiwania (sprawdzić można np. TU lub TU). I chyba wszystkie zostały spełnione. Naprawdę – trudno jest mi się do czegoś w tym filmie przyczepić, bardzo dobrze to o nim świadczy.

Przede wszystkim fabuła nie skupia się na postaci Wolverine’a, jak można się było obawiać przed premierą, bazując na materiałach promocyjnych. Owszem, pełni w historii ważną rolę, ale „zrobić swoje” muszą Xavier i Magneto w wersji z ’73. Pozwala to Jackmanowi po prostu być zajebistym w swojej roli, brakowało tego w filmach w całości poświęconych Rosomakowi.

Pewne wydarzenia zapoczątkowane w latach siedemdziesiątych doprowadziły do zaistnienia dystopijnej przyszłości, w której kontrolę nad światem przejęły maszyny. (Dzień jak co dzień.) Ocalali mutanci w desperackim akcie wysyłają świadomość Wolverine’a pół wieku w przeszłość do jego młodszego ciała, w celu zapobiegnięcia tragedii i wyprostowania kolein losu.

Podobała mi się metamorfoza młodego Xaviera, który utraciwszy tak wiele, wylądował na dnie, został kimś w rodzaju ćpuna, ale potrafił się odbić i stać się tym charyzmatycznym przywódcą, jakiego znamy ze starszych filmów. Wielkie brawa dla Jamesa McAvoya – zdecydowanie nie jest już panem Tumnusem.

Michael Fassbender jako Magneto jest FE-NO-ME-NAL-NY – jedynie potwierdza swoją klasę. Nie musi wrzeszczeć lub rzucać groźbami – wierzymy, że oglądamy potężnego i dumnego mutanta gotowego wiele poświęcić dla dobra swojego gatunku.
A to wcale nie było takie łatwe zadanie, zważywszy na fakt, iż za pierwszym razem wcielił się w tę postać Ian McKellen.

Pozostali członkowie x-grupy… cóż, scenarzysta postąpił rozsądnie, decydując się na krok pod tytułem „Oto X-Meni. Tak, wiemy, że są zajebiści i chcemy Wam to pokazać”.
Mam tu na myśli głównie postacie z przyszłości, które uzbrojone w moce z CGI dają czadu… chyba pierwszy raz od początku filmowej serii. Dawno już nie widziałem Ostatniego bastionu, stąd ta niepewność, ale sceny akcji z tegorocznej produkcji na pewno biją na głowę te z X-Men i X-Men 2. Zwłaszcza pierwszy film niezbyt ładnie się postarzał pod względem wizualnym.
Tutaj jest wprost rewelacyjnie – cieszyłem się jak dziecko, widząc lodowego Icemana i wykorzystanie mocy Blink podczas starcia z Sentinelami.

No właśnie – Sentinele (dla zmyły ich nazwa została przetłumaczona w kinowej wersji filmu na „Strażników”). Były odpowiedzią ludzkości na pojawienie się mutantów. Bolivar Trask (w tej roli świetny niczym w Grze o tron Peter Dinklage) zaprojektował je do tropienia i likwidowania lub chwytania osób z genem odpowiedzialnym za mutację. I – jak to bywa z takimi wynalazkami – w pewnym momencie ich program samodzielnie ewoluował, zaczęły hodować ludzi i więzić ich jaźń w świecie rządzonym przez Elronda. Czy jakoś tak.
Prototypy, czyli model z ’73 roku, wyglądają oldskulowo i to jest świetne, gdyż dzięki temu odwołują się do oryginalnych projektów z komiksów. Natomiast futurystyczne wersje, z którymi walczą mutanci w 2023 roku mają w sobie coś maszynowo-przerażającego. Nie jest to ten poziom, jaki miał metalowy szkielet T-800 lub te pływającego kałamarnico-cosie w Matrixie, ale jest blisko.

Wspomnę jeszcze o kapitalnym segmencie z Quicksilverem. Jasne, chłopak wygląda kretyńsko, ale za to jak się prezentuje na ekranie! Nie spodziewałem się, że wypadnie aż tak dobrze. Wręcz nieco zawiodłem się, że było go w filmie tak mało.

Film jest przystępny dla odbiorcy nieznającego komiksów lub choćby filmów, jest sporo ekspozycji, zwłaszcza na początku, więc nikt się nie pogubi. Jednak dużo się traci, bo nie załapie się większości żartów i odniesień, głównie do starszych filmów z serii. Spodobało mi się również puszczenie oka do miłośników s-f, jakim było nawiązanie do Terminatora**.

Wszelkie nieścisłości, które pojawiły się w uniwersum po włączeniu do niego tego filmu, trzeba znieść. Podróże w czasie mają to do siebie, że robią bałagan. I tak wszystko bardzo zacnie trzyma się kupy, Ostatni bastion według obecnej oficjalnej linii czasu nigdy się nie wydarzył… i baaardzo dobrze.
Właściwie jedyne pytanie, jakie chciałbym zadać, odnosi się do Logana i jego wstąpienia w szeregi X-Men. Mam nadzieję, że X-Men: Apocalyspse to wyjaśni.

Tak to właśnie wygląda – bohaterowie, historia, humor, sceny akcji i efekty specjalne współgrają pod batutą p. Singera perfekcyjnie. Czekam na następny film z serii, a w międzyczasie na pewno odświeżę sobie poprzednie.

A co Wy sądzicie o najnowszych X-Menach?

Jaskier

*Jeszcze go nie widziałem, więc wstrzymam się z wypowiadaniem na jego temat do premiery DVD
**To uczucie dumy, gdy tłumaczysz swojej dziewczynie, o co chodziło z książką telefoniczną.

Read Full Post »

Igrzyska śmierci, będące tak naprawdę „głodowymi igrzyskami” (ci tłumacze!), czyli wielki ubiegłoroczny hit z późniejszą laureatką Oscara J. Lawrence w roli głównej, czyli Katniss Everdeen. Kiedy to wczoraj oglądałem, wiedziałem, że już przy okazji premiery powiedziałbym, że dostanie tę statuetkę.
Ma być druga część jesienią.
Nie jaram się.

W filmie oglądamy Ziemię po jakiejś wielkiej wojnie, w której biedne kraje zbuntowały się przeciwko USA i tak się jakoś stało, że przegrały to powstanie. Doprowadziło to do utworzenia gigantycznych dystryktów i tu już rodzi się pierwszy problem. Jest ich dwanaście i teoretycznie każdy odpowiada za coś innego. Czym więc zajmują się ludzie z tego zwanego „luksus”? A „transport”? (Pozostałe to masoni, technologia, rybołówstwo, moc, leśnictwo, przemysł tekstylny, jakieś trzy zajmujące się rolnictwem i okręg górniczy, więc pewnie Śląsk). I światem rządzą najbogatsi, czyli ci, którzy wygrali wojnę. Są to ludzie pokroju Tomasza Jacykowa, którzy na swojego prezydenta wybrali Złego Brata Świętego Mikołaja. I to wciąż nie jest koniec nonsensów – panuje tam u nich taka świecka tradycja, żeby raz do roku organizować sobie popieprzone reality-show, w którym młodzi ludzie będą się nawzajem mordować.

To miałoby sens, gdyby nie to, że najczęściej uczestnikami zostają przypadkowi nastolatkowie (poza ochotnikami z luksusu i od masonów). Przedstawienie musi trwać, ale biorą w nim udział dzieci górników i rolników z przedziału wiekowego 12-18. Gdzie tu sens? Jeśli Twoi poddani lubią oglądać mordujących się ludzi, pokaż im prawdziwą walkę, nie wiem, wrzuć na arenę jakichś morderców, terrorystów, kogoś, kto rzeczywiście będzie potrafił zabijać ku uciesze tłumów.
Szlachtowanie maczetami trzynastolatków zawsze spoko.

Jak więc widzimy, sam pomysł jest debilny i nie trzyma się kupy, dodatkowo organizatorzy tego chorego programu chcą go zakończyć możliwie najszybciej. Co? Jak już musicie zabić te dzieciaki i robicie to w publicznej telewizji, to niech to faktycznie będzie widowisko, walka o życie na przeciągu tygodni. Ile to tam trwało? Trzy dni? Dzięki za dostarczenie rozrywki. 2/10…

Równie mocno rozczarowało mnie zakończenie. To znaczy rozczarowałoby, gdyby nie fakt, że zdążyłem się już dowiedzieć, że Jennifer Lawrence gra główną rolę w kontynuacji. Wolałbym, żeby oni tam zginęli.
Koniec.
Kropka.
No ale podejrzewano, że film się sprzeda, są następne książki, więc nie dało rady. Film zyskałby nieco głębi, pokazałby, że w tamtym świecie nie można niczego zmienić, że nic nie zależy od zwykłego górnika, bo nad wszystkim czuwa władza. Ale nie. Sztampowa historia miłosna zawsze spoko.

Chociaż nie do końca taka sztampowa, właściwie to zastanawiam się, jak się rozwinie. SPOILER! Na potrzeby tego całego przedstawienia główna bohaterka i chłopak z jej dystryktu musieli udawać parę. Nie, nie zaliczył. Bogate pojeby lubią patrzeć na młodzieńczą miłość skonfrontowaną z trudnymi warunkami oraz walką o przetrwanie. Taki poryty Big Brother. Wszystko byłoby dobrze, ale ten chłopak naprawdę jest zakochany w Katniss, ona natomiast zostawiła na Śląsku kawalera. Ale się porobiło.

Jennifer Lawrence najmocniej się wybija z tłumu, co nie dziwi, w końcu gra główną bohaterkę. Bryluje, tę postać da się lubić, jest twarda, w tańcu się nie pierdoli i jednocześnie nie ulega presji, i nie zmienia się w potwora. Dzięki Bogu, nie okazało się pod koniec, że tę silną dziewczynę trzeba ratować – to częsty błąd scenarzystów – pokazują niezależną, silną kobiecą postać, a na koniec „ratuj mnie, rycerzu!”. Tutaj tego nie ma. Katniss jak najbardziej na plus.

Jeszcze dwie uwagi – ten film jest za długi, a operatorowi kamery strasznie się trzęsą ręce.
Długie wyszło. Jakby co, oryginału nie znam.

Jaskier

Read Full Post »