Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2014

Seans 47 roninówo dziwo – nie sprawił, że oplułem monitor. Czytałem dużo różnych rzeczy na temat tego filmu, głównie mało pochlebne opinie, toteż nastawiałem się na kompletną kaszanę, a tu taka niespodzianka.
Przyjrzyjmy się temu filmowi.

W gruncie rzeczy chodzi o to, że uwięziony w Macierzy Brodaty Neo wspierający w walce wszystkich czterdziestu siedmiu Japończyków, którzy przetrwali ten film z Tomem Cruise’em, zmaga się z Silver Samuraiem i czarownicą zamieniającą się w latającą szmatę, walczących po stronie Typowego Złego władcy. I tyle.

Tworzy to całkiem zgrabny miks japońskiej kultury, zwyczajów i tradycji okresu szogunatu oraz ichniejszych legend, obficie polany amerykańskim sosem. Tak mi się przynajmniej wydaje, w końcu nie jestem otaku, żeby się na tym znać, aczkolwiek na pierwszy rzut oka w ten właśnie na coś takiego ten film wygląda. Zapewne w rzeczywistości tyle ma to wspólnego z prawdziwą Japonią sprzed kilku wieków, co Herkules z grecką mitologią, ale jakie to ma znaczenie, skoro dobrze się 47 roninów ogląda?

Złote jest to, że Neo nie jest tu Prostaczkiem Wybrańcem Przeznaczenia. Właściwie wszyscy nim gardzą i mają go za nic, dopiero w obliczu zagrożenia zmuszeni są poprosić go o wsparcie. Na tej zasadzie:
– Mamy przewalone. Pomożesz nam?
– Jak trwoga, to do Neo? Już mną nie gardzicie?
– …
– Hm?
– Ta dziewczyna, którą kochasz, weźmie i umrze, jeśli nam nie pomożesz.
– Masz mój miecz.

I to jest istotne, że zwracają się do niego w ostateczności. Co więcej – nie każdy z czterdziestu siedmiu tytułowych wojowników jest do tego pomysłu nastawiony pozytywnie. Jednak, aby zachować się honorowo, chowają dumę do kieszeni swoich szlafroków. To obrazuje, do czego są gotowi Japończycy, jeśli się ich odpowiednio przyciśnie. W obronie własnej godności i dobrego imienia swojego pana zachowują się wbrew sobie.
To jest trochę dziwne, ale hej! mowa o narodzie, którego przedstawiciele wystawiają się na promieniowanie, działając dla dobra społeczności, bo i tak umrą na starość, nim rozwinie się u nich choroba popromienna.

Efekty specjalne trącą trochę plastikiem, widać, że nie jest to pierwsza liga efekciarskich filmów. Na szczęście choreografia walk daje radę. Sceny batalistyczne i potyczki są różnorodne, więc czego chcieć więcej? Fabuła trzyma się kupy i – co więcej – film nie usypia. Dotrwałem do końca, chociaż nastąpił on w środku nocy.

Występujący tu wątek miłosny opiera się na ogranych schematach (niedawno był w Wolverine’ie), aczkolwiek jest poprowadzony odpowiednio subtelnie i nie wypala dziury w mózgu.

Polecam na wieczór z czymś lekkim i nieco odmiennym od tego, co zazwyczaj rzuca nam Hollywood. ;)

Jaskier

PS Pamiętacie tę gównoburzę po ogłoszeniu, że w filmie pojawi się Zombie Boy?

Read Full Post »

Wczoraj na fanpejczu napisałem, że Hercules  jest zaskakująco w miarę przyjemny. Podtrzymuję to twierdzenie. Nie zrozumcie mnie opacznie – to zdecydowanie nie jest dobry film. Po prostu sprawił mi miłą niespodzianką, okazując się nie być totalną szmirą.

O co w nim chodzi?
Herkules podróżuje po antycznej Grecji, oferując swe najemnikowe usługi lokalnym władcom. Zlecane zadania udaje mu się wykonać dzięki niebywałej sile, wiernym kompanom oraz swej legendzie. No właśnie – legendzie. Wychodzi bowiem na jaw, że Herkules, jakiego znamy z mitów, jest wytworem bajarza, który podróżuje z nim, dopisując do swych opowieści kolejne rozdziały. Widz szybko pojmuje, jak działa system tworzenia takiej legendy, łatwo orientuje się również, po co bohaterowi jest ona potrzebna. No bo wiecie – kto chciałby stanąć do walki z synem Zeusa?
Podoba mi się sposób manipulowania mitami. W filmie została ujawniona jedynie prawda o hydrze, ale sporo frajdy sprawia domyślanie się, jak w rzeczywistości wyglądało jedenaście pozostałych prac.

Wspomniana wcześniej kompania Herkulesa to generyczna grupka w stylu Drużyny Pierścienia (co nie powinno dziwić). W jej skład wchodzą: oczekujący swojej śmierci wróżbita, Amazonka, wierny przyjaciel głównego bohatera, berserker oraz bajarz. Jak łatwo się domyśleć, każde z nich ma swoje momenty zajebistości, w gruncie rzeczy będące albo archetypicznymi zachowaniami postaci danego typu, o których wiesz, że się pojawią, albo bezczelnymi kalkami sekwencji z innych filmów (złote jest „sparodiowanie” Hana Solo). Całość w zasadzie trzyma się kupy, nie schodząc poniżej pewnego poziomu filmowości potyczek doprawionych sporą dawką ahistoryzmów.

Rock w brodzie i długich włosach wygląda tak jakoś naturalniej (nie wiem, być może to kwestia postury jaskiniowca?). Co więcej – sprawdza się w roli herosa. Nie chodzi mi jedynie o to, że chce się wierzyć, że jest w stanie zwalić człowieka z konia jednym ciosem. Okazuje się, że postać tę dręczą demony przeszłości i Johnson potrafił oddać strach z tym związany, a później bardzo ładnie wrzeszczał, gdy strach ten przerodził się we wściekłość.

O dziwo, jest w tym filmie fabuła, pewna intryga, spisek wręcz, chciałoby się rzec. Są to rzecz jasna dosyć proste schematy, ale jeden zwrot akcji mnie rzeczywiście zaskoczył, a całość w gruncie rzeczy jest satysfakcjonująca i trzyma się kupy.

Dlaczego więc nie jest to dobry film?
Jest niewyobrażalnie głupkowaty i efekciarski. W sumie nie czyni go to złym filmem. Hm…
Jest dobry do obejrzenia, jeśli lubisz głupkowate i efekciarskie kino, ale raczej nie będziesz chciał do niego wracać. Był potencjał na stworzenie filmu o powstawaniu legendy, jednak ostatecznie wyszedł typowy akcyjniak z Hollywood.

Ale czy rozsądne było spodziewanie się czegokolwiek innego?

Jaskier

PS Tak, wiem, że w mitologii Greków postać ta miała na imię Herakles.

Read Full Post »

Fala pierwszego nerdgazmu jest już za nami, więc można przyjrzeć się pierwszemu zwiastunowi Avengers: Age of Ultron.

Co mi się rzuca w oczy?

  • Scarlet Witch wygląda świetnie. Z całym szacunkiem do geekowskiego betonu, oryginalny kostium z komiksów by nie przeszedł.
  • Quicksilver „na żywo” prezentuje się troszku lepiej niż na publikowanych jakiś czas temu zdjęciach z planu. Jednakże po cienkiej Godzilli naszły mnie wątpliwości, czy Aaron Taylor-Johnson to najlepszy wybór na protagonistę.
  • Głos Ultrona! <3
  • Mam nadzieję, że Hawkeye’owie również dokucza wizyta Lokiego w jego mózgu. Naturalnie, nie musi biegać nago wokół Stonehenge, wypadałoby jednak pokazać, że miało to na niego jakiś wpływ.
  • Ponoć Stark jedynie „odkopał” czyjś projekt podczas tworzenia Ultrona. Jeśli okaże się to prawdą, to wyjdzie całkiem zgrabny kompromis. Nie wynika to, rzecz jasna, z udostępnionego materiału, przeczytałem to w komentarzach pod udostępnionym zwiastunem. Podejrzewałem, że Hank Pym w jakiś sposób będzie współodpowiedzialny za stworzenie robota, gdyż to tłumaczy sięgnięcie po tę postać już w pierwszym filmie kolejnej fazy.
  • Kapitan nie ma kretyńskiego kostiumu.
  • Wykorzystanie utworu z Pinokia współgra z przewidywaną fabułą.
  • Hulkbuster!

Reasumując, zwiastun nie zrywa beretu, w zasadzie też nie informuje nas o niczym poza tym, że film będzie o Avengers walczących z Ultronem. Z jednej strony świetnie, że nie wszystko zostało zdradzone, ale z drugiej – jak dużo zostało jeszcze do zdradzenia?
Szczegóły dotyczące genezy Ultrona.
Rola Wandy i Pietro.

Winter Soldier i Mroczny świat okazały się lepsze od swoich poprzedników.
Czy Age of Ultron też tego dokona?
Przekonamy się w maju przyszłego roku. ;)

Jaskier

Read Full Post »


Niemalże dwa lata Hachette kazało polskim czytelnikom czekać na ukazanie się kontynuacji historii z pierwszego numeru Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Tom The Amazing Spider-Man: Wyznania wpadł mi wprawdzie w łapki początkiem października, ale długo nie mogłem wygospodarować ani chwili na przeczytanie go. Udało mi się to zrobić dopiero w ubiegłym tygodniu, a zatem dzisiaj zapraszam Was do przeczytania tekstu zawierającego moją opinię o tym komiksie.

Zeszyty poprzedzające tę historię kończyły się w momencie, w którym poturbowany i śpiący po wyczerpującej walce z Morlunem Peter został nakryty jakby w negliżu przez ciocię May. Kobieta poznała sekret siostrzeńca i wyszła, nie budząc go.

Rozmowa pomiędzy tym dwojgiem, do której dochodzi w drugim zeszycie tego albumu, jest jednym z istotniejszych punktów w całej historii Spider-Mana. Pierwsza szczera rozmowa Petera i cioci May po kilkudziesięciu latach publikowania komiksów o Pająku. Jest ważna również z innego powodu – staruszka w końcu stała się pełnowymiarową postacią. Jej późniejsze działania tylko to potwierdzają – J. Michael Straczynski tchnął w nią nowe życie. Albo raczej w końcu jej dał prawdziwe życie.

Bezpośrednio obok relacji Peter-ciocia rozgrywa się wątek miłosny. Akcja ma miejsce w okresie, gdy Parker rozstał się z MJ, która wyjechała robić karierę w Kalifornii. Nie trudno się dziwić jej decyzji, skoro – jak mówi sama – wiecznie stała na drugim miejscu, za superbohaterskimi obowiązkami męża. Również w jej kwestii Straczynski zrobił wiele – w końcu w jednym z zeszytów staje się dziewczyną superherosa, która mówi, że ma dość bycia dziewczyną superherosa, dość odgrywania archetypicznej roli.

Obok tych dwóch wątków, które tak naprawdę napędzają najważniejsze wydarzenia tego albumu, funkcjonuje krótka historia z Doktorem Octopusem, który musi udowodnić, że jest posiadaczem najfajniejszych macek na całym świecie. Splata się ona (hehe) z głównymi wydarzeniami, umożliwia również wprowadzenie obowiązkowej rozwałki i strzelania laserami. Jakże przecież potrzebnych w tym gatunku.

Jest tu również wątek Shade’a – łotra o nadnaturalnych zdolnościach, którego Spidey pokonuje z pomocą Doktora Strange’a (wyobraźcie sobie, jak złote byłoby coś takiego w filmie; mam nadzieję, że chociaż MCU umożliwi nam zobaczenie czegoś w tym stylu).

Strona graficzna niestety zawodzi. W Powrocie do domu jakoś nie zwróciłem na to uwagi, ale tutaj co stronę albo i częściej pojawia się jakaś zdeformowana twarz. Strasznie coś takiego przeszkadza w cieszeniu się lekturą. Pozostałych elementów rysunków bym się nie czepiał, ale dziwnie wyglądające twarze pojawiają się zdecydowanie zbyt często. Czy w zbliżającym się World War Hulk jest tak samo?

W ramach dodatków otrzymujemy notkę o pracy Straczynskiego nad przygodami Spider-Mana, dwie strony o dziewczynach Parkera, galerię różnych wersji Doktora Octopusa oraz komplet polecanych lektur.
Gdyby nie te nieudane miejscami rysunki, których próbkę macie powyżej, byłbym stuprocentowo zadowolony z zakupu tego komiksu. A tak, to jestem w jakichś siedemdziesięciu pięciu procentach. To ważne wydarzenie w uniwersum Pająka, role cioci May i MJ zmodyfikowane, a dodatki w postaci Octopusa i Shade’a cieszą i – co najważniejsze – uzupełniają historię.
Polecam lekturę tego tomu. ;)

Jaskier

Read Full Post »

Ostatnimi czasy moja internetowa działalność ograniczała się do publikowania zdjęć jedzenia na fanpejczu na fb (więc wychodzi na to, że nisko upadłem), a działo się tak za sprawą konieczności przejścia na zupełnie odmienny model życia, o czym zostaliście przeze mnie poinformowani jakiś pierdyliard razy.

Chyba już przyzwyczaiłem się do faktu istnienia tramwajów, więc zamierzam wrócić do w miarę regularnego publikowania. W kolejce do skomentowania czeka jeden tom WKKM, napiszę też coś o obu częściach Nikczemnego mnie, mam też audiobook ze Stonki i będzie to mój pierwszy kontakt z książką w takiej formie, toteż na pewno pomyśli mi się coś ciekawego na jego temat.
W miarę możliwości postaram się nadrabiać letnie premiery (kilka filmów mi zostało – np. Guardians of the Galaxy, Jak wytresować smoka 2), a także późniejsze produkcje (czy Lucy rzeczywiście jest niewarta uwagi?). Chodzi mi też po głowie jeden tekst ku czci Michaela Baya.

Będzie ciekawie. ;)

Jaskier

Read Full Post »

Hej!
Żyję i mam się trochę dobrze, chociaż jestem 183 km od… i męczy mnie katar.

Uczelnia na pierwszy rzut oka wydaje się być przyjemnym miejscem, pomimo dalszego zawracania dupy przedmiotami, które mam w dupie i absolutnie nie są mi do szczęścia potrzebne (i nic nie poradzę na to, że po półtorej godziny ćwiczeń z mechaniki chętnie słucham tyleż samo trwającego wykładu z tego przedmiotu, a po kwadransie podstaw informatyki lub ochrony własności intelektualnej mam ochotę wyjść z sali).

Profesor doktor habilitowany inżynier kupił mnie już na pierwszym wykładzie, zaczynając go od stwierdzenia, że fizyka jest najważniejszą (a również najpiękniejszą) z nauk przyrodniczych. Każdy z Was, kto miał wątpliwą przyjemność poznać mnie osobiście, wie, że podzielam tę opinię.

Z poziomem mojej wiedzy również nie jest najgorzej. Do nadrobienia mam tylko 25090901 rzeczy, więc będę miał zajęcie na najbliższe tygodnie.
Z tego powodu będę miał zdecydowanie mniej czasu na pisanie. Że podam taki przykład – tydzień temu kupiłem The Amazing Spider-Man: Rewelacje i nie miałem do tej pory czasu przeczytać. No ale zrobię to w najbliższym czasie, z domu przywiozłem sobie album zawierający zeszyty poprzedzające tę historię, toteż najprawdopodobniej napiszę coś o obu.

Zapraszam do dania łapki mojemu fanpejczowi, gdyż obecnie w miarę regularnie wrzucam tam zdjęcia oznaczone tagiem #cojestudent. Jak na razie nie znudziło się to ani mi, ani Wam, więc będę kontynuował tę… hm… akcję.

Jaskier

PS

Read Full Post »


Jak obiecałem, ta robię – oto starcie dwóch komiksowych marek przeniesionych na wielki ekran. Oczywiście, wszystko to, co przeczytacie poniżej, jest wyłącznie moją bardzo subiektywną opinią.
Aha! będą SPOILERY.

Fabuła

Historia przedstawiona w Avengers jest niezwykle prosta – ot, znalazł się cwaniak, który za pomocą armii kosmitów chce podbić ziemię (jego planowi lepiej przyjrzymy się w następnym punkcie). W odpowiedzi na to Ziemianie wystawiają zespół superbohaterów. To wystarczy, by zagwarantować widzowi świetną rozrywkę.
Niezwykle istotne jest również to, że Avengers stanowi zwieńczenie dla szeregu poprzedzających produkcji. To JEST kontynuacja filmów o Iron Manie, Thorze oraz reszcie spółki. Co więcej – obraz tego uniwersum jest spójny. Wszyscy tam wiedzą, że kręcą adaptacje komiksów o superbohaterach i podchodzą do tego na luzie.
Nie chcę się powtarzać, toteż odsyłam do jednego z moich wcześniejszych TEKSTÓW.

Jak rzecz się ma w przypadku zwieńczenia trylogii Nolana?
Cóż, Bruce Wayne odwiesił pelerynę i od ośmiu lat zajmuje się zapuszczaniem brody oraz niewychodzeniem z domu. Gdy dowiaduje się, że ktoś ukradł mu odciski palców, wraca do świata żywych, chcąc się dowiedzieć, po co mogłyby być one komuś potrzebne.
Okazuje się, że ten ktoś potrzebował ich do odebrania Bruce’owi firmy, którą ten i tak sprytnie oddał w międzyczasie komuś innemu, a ten pierwszy ktoś podpisał cyrograf z Bane’em, który ma swój własny plan polegający na tym, żeby wysadzić Gotham w powietrze.
Nie robi tego jednak tak po prostu – dokonuje zamachu, zabijając burmistrza, więzi wszystkich policjantów, by nie mogli pilnować porządku, pod groźbą detonacji bomby zatrzymuje wszystkich mieszkańców w granicach miasta oraz uwalnia osadzonych w więzieniu przestępców. Wszystko to po to, by pokazać, że Gotham jest zepsute i zasługuje na zagładę.
To jest ten sam plan, którego realizację zakładał Ra’s al Ghul. Ale – uwaga – wtedy miasto naprawdę było zepsute i pełne szumowin. Na początku trzeciego filmu powiedziane jest, że przestępczość drastycznie zmalała. Gotham stało się całkiem przyjemnym miejscem, chcą odesłać Gordona, bo nie jest im potrzebny w sytuacji, gdy najpoważniejsze zagrożenia zostały wyeliminowane.
Najśmieszniejsze jest chyba to, że gdyby Batman zachował się jak Batman i nie dopuścił do śmierci Ra’s al Ghula w Początku, to do wydarzeń z TDKR nigdy by nie doszło.
No bo co? Że niby trzeba ponosić konsekwencje swoich błędów? Dla mnie brzmi to na nadinterpretację.
Niestety, ciężko dopatrzeć się ciągłości występującej w serii Marvela. Początek był o – nomen omen – początkach działalności Nietoperza w Gotham. Mocno poruszono również niezwykle istotny w mitologii Batmana motyw strachu. Kontynuacja to rzecz jasna spektakl Jokera, jeden wielki pokaz fajerwerków chaosu. Mroczny Rycerz wzniósł adaptacje komiksów na nowy, wyższy poziom, właściwie nie jest to film o superbohaterze sensu stricto, o wiele bardziej przypomina kryminał, w którym historia skupiona jest na psychopacie, którego ściga może i równie szalony gliniarz. Natomiast Mroczny Rycerz powstaje nie kontynuuje tego w żaden sposób, ba! Nolan coraz mocniej odziera swoje Gotham z szat „realizmu”, które stanowiły swoisty element rozpoznawczy. Nie dość, że Batman odchodzi w atomowym grzybie, to w dodatku lata ponad miastem w futurystycznym pojeździe. Niby geneza tego latadła jest w jakiś sposób wytłumaczona, ale widz wie, że to zwykłe lanie wody. Gdzie jest jakaś konsekwencja? Bo to o nią mi się rozchodzi, to nie pasuje to świata, który Nolan przedstawiał we wcześniejszych filmach.

Przeciwnik 

Pozwolę sobie kontynuować temat planu Bane’a, później przejdę do samej postaci.
Jak udowodniłem kilka zdań wyżej, karanie Gotham jest bezpodstawne oraz bezsensowne. To nie jest już to samo miasto, które trzeba spalić jak Rzym.
Gdy więc wychodzi na jaw, że powrót Ligi Cieni to bujda na resorach, a jedynym czynnikiem motywującym złoczyńców była chęć zemsty na Batmanie, jakoś specjalnie to nie dziwi. Niestety, mnie to dodatkowo mało obchodzi.
Przykre jest to, że tak ciekawie przedstawiony, kreowany na potężnego wroga, przeciwnik (takim będący w komiksach) okazje się być jedynie pionkiem.
Został tak świetnie przedstawiony – to jeden z tych złoczyńców, którzy skręcają karki swoim nieprzydatnym ludziom i potrafią porządnie skopać bohatera. Jeszcze ma ten absurdalny głos. Uważam, że był świetny, tylko jego plan zawodzi. O czym pisałem już w nominacjach do Jaskierów 2012.
Selina Kyle jest kapitalna pod każdym względem, a Talia al Ghul to porażka. Wielki zwrot akcji z jej udziałem dopełnia czary goryczy, czyni bowiem z Bane’a jej pionka (no i skąd były te seksy?).

Loki to natomiast generyczny łotr, który przez swój egoizm, pychę i zazdrość pragnie przejąc kontrolę nad ziemią. Tom Hiddleston jest w tej roli genialny.
Odsyłam do TEGO filmiku na serwisie YouTube.

Niejasności

Dlaczego szaleństwo Denta ma mieć jakikolwiek wpływ na uwolnienie skazanych?
Dlaczego Hulk rozpoczął demolkę na helicarrierze?
Dlaczego Batman musiał wziąć na siebie winę Denta?

Bohaterowie
W Avengers obserwujemy formowanie się prawdziwego zespołu z grupy najróżniejszych indywiduów. Po części za świetnością tego filmu stoi to, jak dobrze udało się przedstawić wzajemne relacje między poszczególnymi członkami tytułowej drużyny. Tutaj każdy sprawdza się w swojej roli.

Z kolei TDKR… ech. Nie cierpię Bale’a w tej roli. I to jest wina reżysera, bowiem przecież on tam jest i widzi, jak gra aktor. Po prostu takie podejście do postaci Bruce’a mnie kompletnie nie przekonuje. W dodatku, skrywając twarz za maską, w okropny sposób zmienia głos (w trzecim filmie jest najgorzej). Co więcej – robi to nawet w obecności osób, które znają jego sekretną tożsamość. Dla mnie to bardzo słaby Batman i równie słaby Wayne.
Dla równowagi pozostałe pozytywne postacie – Alfred, John Blake oraz komisarz Gordon – są super. Jest to olbrzymia zasługa aktorów – grających dwóch pierwszych bohaterów bardzo lubię, natomiast Gary Oldman to klasa sama w sobie. Potrafi totalnie utonąć w roli i tutaj również mu się to udało. Niestety, nie potrafią przysłonić słabości głównego bohatera, a zniknięcie Alfreda wcale w tym nie pomaga.

Wniosek
Można to bardzo zgrabnie podsumować – oba filmy składają się z dobrych elementów, tylko w przypadku jednego zostały dużo lepiej połączone.

***

Macie pomysł na kolejne takie starcie?
Ma to w ogóle sens?

Jaskier

Read Full Post »