Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Green Arrow’

Zapowiedziana jakiś czas temu przez Eaglemoss kolekcja komiksów od DC ruszyła wczoraj. Wnioskując po tym, że na mojej prowincji salonik prasowy wyposażony był w wielki plakat reklamujący ją, a w środku było kilka egzemplarzy, zakładam, że nie jest to rzut próbny, mający na celu tylko wybadanie rynku. To się dzieje naprawdę – komiksy obu największych amerykańskich wydawnictw znowu są szeroko dostępne w polskich kioskach.

Jak widzicie na załączonej grafice, pierwszy numer zachęca do zakupu promocyjną ceną, kolejny (kontynuacja historii) będzie kosztował 29,99zł, następne już 39,99zł. Jest to jak najbardziej zrozumiały ruch ze strony wydawcy, wiele kolekcjonerskich serii zaczyna w ten sposób, próbując przyciągnąć potencjalnych klientów. Pierwszy numer na półce dodatkowo przyciąga uwagę gigantycznym kartonem zawierającym na odwrocie ogólnikowe informacje na temat kolekcji oraz zapowiedź kolejnych dwóch tomów, załączona jest również broszura z krótkimi opisami popularnych serii oraz lista prezentów (albo WSPANIAŁYCH PREZENTÓW!, jak to napisał wydawca) przewidzianych dla prenumeratorów. Jest też oczywiście formularz umożliwiający zamówienie takiej, a także – co mnie nieco zdziwiło – inny, dzięki któremu możemy zamówić sobie tomy w kiosku. Taki papier zastępujący tradycyjną niepisaną umowę z kioskarzem.

Po więcej informacji odsyłam na oficjalną stronę kolekcji – KLIK.

Pierwszy numer to zarazem początek historii (ciąg dalszy w kioskach już 7 września) – toteż z czytaniem się przez dwa tygodnie wstrzymam, żeby móc wchłonąć całość jednorazowo, tym bardziej, że na temat Batman: Hush wiele dobrego słyszałem.
Jednakże kilka uwag technicznych odnośnie kolekcji mam już teraz.

Po pierwsze – bardzo dobrze, że historie rozbite na dwa tomy wydawane będą jeden po drugim. W przypadku WKKM brak analogicznej sytuacji bywał dosyć uciążliwy, nieraz na kontynuację trzeba było czekać miesiącami.

Po drugie – niestety, jakość wydania pozostawia wiele do życzenia. Okładka jest powleczona takim śliskim papierem, który przy grzbiecie, gdzie jest cieńsza, może pękać. W dodatku, komiks jest klejony i już chwilę po wyjęciu z folii, jeszcze przed czytaniem, całość nieprzyjemnie „chodzi”.

Po trzecie – jeśli mówimy o nieprzyjemnościach, to farba cuchnie. Serio, normalnie uwielbiam zapach farby drukarskiej, czytanie komiksu zyskuje dzięki niemu dodatkowy smaczek, ale ten komiks pasowałoby najpierw przewietrzyć.

W ramach dodatków otrzymujemy notkę o twórcach (scenariusz napisał Jeph Loeb, a fenomenalne rysunki stworzył Jim Lee, tusz i kolory nakładali Scott Williams i Alex Sinclair), a także swego rodzaju wstęp do historii, stanowiący wyjaśnienie dla osób, które z uniwersum Batmana nie są zaznajomione. Jest tutaj także komplet sześciu okładek, a także – spory rarytas – przedruk Detective Comics #27, to jest zeszytu, w którym w 1939 roku zadebiutował Mroczny Rycerz. Wielkim atutem tej kolekcji jest fakt, że każdy album zawierał będzie tego typu dodatek (następny numer przedstawi pierwszą genezę Batmana).

***

Pierwszy i drugi numer z powodu promocyjnej ceny warto moim zdaniem nabyć. Jak napisałem, nie czytałem jeszcze, ale już same rysunki cieszą oko i zapowiadają coś ciekawego. Kolejne tomy… cóż… Moim zdaniem trzeba się zastanowić. Seria zawierała będzie sporo dubli (na chwilę obecną ponad 30%, większość z nich wydał całkiem niedawno Egmont), a biorąc pod uwagę to, że jakość wydania nie zachwyca niczym Gałkiewicza poezja Słowackiego, to według mnie nie jest zbyt kusząca oferta. Inna sprawa z tytułami, które w Polsce wydane jak dotąd nie były, no ale kto to wie, w dzisiejszych czasach komiksowego szału. W moim przypadku pewnie skończy się jak z WKKM, z której nabyłem kilka wybranych tomów.

 

Jaskier

Read Full Post »

Hej! końcówka drugiego sezonu Arrow naprawdę jest lepsza od zwieńczenia trylogii Nolana. Podstawowe założenia są podobne, niektóre sceny wręcz identyczne, co nasuwało mi myśl, że twórcy serialu do pewnego stopnia wzorowali się na filmie (może ktoś stwierdził, że warto zrobić to porządnie?), więc śmiało można powiedzieć – Arrow w wielu aspektach bije The Dark Knight Rises na głowę.
Na przykład w tym, że główny bohater nie mówi kretyńskim głosem. I nie zmienia głosu, gdy rozmawia z kimś znającym jego tożsamość.

Największą zaletą tego sezonu, który i tak rozpoczął się lepiej od poprzedniego, jest główny przeciwnik. Slade Wilson kopie tyłki. Dosłownie i w przenośni. Jest typem łotra, który ZAWSZE jest jeden krok przed bohaterem i nieustępliwie oraz bezwzględnie dąży do uczynienia piekła z życia protagonisty. Nie cofnie się przed niczym, by spełnić obietnicę, którą złożył Oliverowi na wyspie. Niesamowite jest także to, że potrafi znikąd pojawić się w bazie operacyjnej Strzały i jego ekipy, zrobić tam bałagan i zniknąć. Jak powiedziałem – ZAWSZE jeden krok przed protagonistą. Dożywotnie propsy dla wcielającego się w tę postać Manu Bennetta. Jego zachrypnięty głos robi połowę roboty.

Niezmiernie cieszy również ciągłe poszerzanie uniwersum. W tym sezonie czynnie wystąpiły już Liga Cieni oraz Suicide Squad. Z doniesień odnośnie nadchodzącej serii wynika,  że na członkowie obu tych grup powrócą. Michale Lowe (Deadshot) jest złoty w swojej roli i chce się tego cwaniaka więcej. Zwłaszcza teraz, gdy ze złoczyńcy stał się antybohaterem.

Omawiany sezon wyeliminował praktycznie każdego z członków i tak wcześniej już dziurawej rodziny Olivera. W trzecim sezonie poskutkuje to spadkiem liczby scen, w których ludzie siedzą na kanapie w wielkim salonie i rozmawiają. Zważywszy na to, że zostaną one zastąpione Ra’s al Ghulem, to nie pozostaje nic innego, jak tylko się radować.

Zakończenie sezonu drugiego oraz pierwsze doniesienia odnośnie mającego się zacząć w październiku trzeciego nastrajają optymistycznie do tego serialu.

Niebawem do Strzały dołączy Flash, a kto wie, co będzie dalej?

Jaskier

Read Full Post »

Hej! drugi sezon tego serialu jest naprawdę dużo lepsiejszy od pierwszego.
No, przynajmniej pierwsze czternaście odcinków.

Przede wszystkim, ktoś tam poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że skoro mają serial o superbohaterach, to sensowne będzie pokazanie większej ich liczby. Analogicznie z poprzebieranymi łotrami. Owszem, wciąż tu są psychopaci bez kostiumów, którym Oliver musi skopać tyłki, aczkolwiek widok zabójców-ninja oraz napakowanych „magicznymi” sterydami nadludzi jest więcej niż satysfakcjonujący. Na coś takiego czekaliśmy.

Miłosny trójkąt Oliver-Laurel-Tommy wyleciał w kosmos i już nie wróci. Cieszy mnie to niezmiernie, pozostałych widzów zapewne też. Panna Lance przestała być tak irytująca i zbędna, jak miało to miejsce w poprzednim sezonie, przejścia nieźle namieszały jej w głowie i trochę się stoczyła. Niestety, odcinek czternasty zapowiada powrót do normy. Kilkukrotnie odegrała rolę damy w opałach, co było na swój sposób urocze, nie przypominam sobie, by ten motyw był wykorzystany tu wcześniej w tak tradycyjnej formie.

Stephen Amell wciąż gra Olivera tak, jakby mu ktoś wcisnął kij w dupę. Wygląda strasznie sztucznie i zastanawiam się, dlaczego zdecydowano się na pokazanie go w taki sposób. Teraz jest już za późno, by drastycznie zmieniać jego zakres mimiki i gestów, więc musimy to po prostu przecierpieć. W końcu wytrzymaliśmy Christiana Bale’a jako Bruce’a Wayne’a, tam problem był podobny. Przynajmniej Amell lepiej robi głos superbohatera*.

Podoba mi się zbaczanie w stronę… komiksowości. To chyba dobre słowo. Jest tu od groma scen rozmowy Arrowa z policjantem na dachu, sceny trenowania ucznia (tak, Red Arrow już niebawem!) i tego typu rzeczy. Oczywiście, nikt nie jest w stanie rozpoznać w zakapturzonym jegomościu milionera i playboya, którego od roku regularnie pokazują w telewizji. Co też na swój sposób urocze. Zostało również w końcu wyjaśnione używanie farby w celu maskowania się.

Dziwnych i z dupy wziętych relacji damsko-męskich zrobiło się nagle strasznie dużo. Najwyraźniej supermocą Olivera jest uwodzenie kobiet (ale – całe szczęście – nie Felicity, której serce skradł ktoś inny i zostało zrobione to raz – nienachalnie i dwa – całkiem nieźle). Serio, jest tu tego zdecydowanie za wiele, ale z dwojga złego już wolę to, niż sytuację z sezonu pierwszego. Może oni tam mają jakiś wymóg, ci amerykańscy scenarzyści, że tego typu elementy muszą się w serialu pojawić?

Postać Roy’a Harpera jest cały czas rozwijana i rozwój ten zmierza w dość oczywistym kierunku, o czym wspomniałem kilka akapitów wyżej. Ale też jest to zrobione z wyczuciem, trochę taki Karate Kid z Hulkiem w roli Daniela. Szkoda tylko, że scenarzyści momentami zupełnie zapominają o tej postaci. Są odcinki, w których nie pojawia się ani razu, choć powinien.

Debiut Barry’ego Allena, którego można już zobaczyć w masce, również zaliczam na plus. Wydaje mi się, że gdy dojdzie do współpracy Flasha i Arrowa, będą się całkiem nieźle uzupełniać. Ollie to ten zrównoważony, chłodno kalkulujący typ, Barry natomiast to taki podekscytowany chłopak.
I – wiecie – jeśli kontynuacja Man of Steel okaże się porażką, to chciałbym zobaczyć w serialowej wersji większą liczbę superherosów. To – oczywiście – niemożliwe, ale naprawdę bym się z tego powodu nie obraził.

Czekam na następne odcinki. Spodziewajcie się jakiegoś podsumowania, kiedy już będzie po finale.

Jaskier

*Mam rację, nie? To znaczy, to Amell, tak?

Read Full Post »

Zamieszczone poniżej opowiadanie zostało dzisiaj nagrodzone w konkursie zorganizowanym o TU. Trzeba być zalogowanym użytkownikiem forum, żeby móc to przeczytać, więc za zgodą organizatora konkursu przekopiowałem swój tekst tutaj.

Zapraszam… czy coś.

*******************************************************************************
Łucznik.
Jasnowłosy mężczyzna sięgnął po strzałę. Nałożył ją na cięciwę, podniósł łuk, naciągnął go i posłał pocisk do celu. Uśmiechnął się lekko, gdy grot gładko wbił się w tarczę treningową. Ponownie sięgnął do kołczanu.
Oliver Queen.
Tym razem przez chwilę przyglądał się strzale, ważył ją w dłoni. Nagle momentalnie podrzucił ją, złapał i posłał do tarczy. Kolejny grot bez problemu wbił się w cel. To była ostatnia, doskonale o tym wiedział bez sprawdzania. Na podstawie samego ciężaru czuł, że kołczan jest pusty.
Członek Justice League.
Bez pośpiechu szedł przez salę treningową, zmierzając ku tarczy. Sterczało z niej kilka wbitych strzał, które oglądane z odpowiedniej perspektywy układały się w trójkąt. Jednak jedna z nich była dwa centymetry za nisko, przez co burzyła poczucie doskonałości. Mężczyzna zmarszczył czoło, zastanawiając się, czy w czasie walki zadecydowałoby o jego porażce.
Drzwi do sali rozsunęły się cicho, lecz wydawany przez nie przy tym odgłos był wystarczający, by zwrócić uwagę Olivera.
Przez ułamek sekundy widać było kolorową smugę ciągnącą się od drzwi do tarczy, przy której stał Oliver, by nim zdążył mrugnąć okiem, pojawił się przed nim drugi bohater.
Przybiegł Flash. Swoim zwyczajem pokręcił się wokół przez moment, wyrwał jedną z wbitych strzał i w końcu stanął, opierając się łokciem o tarczę.
– Cześć, Ollie.
– Witaj – odparł, nie przestając chować strzał do kołczanu.
Człowiek.
Wyciągnął rękę po tę trzymaną przez Flasha, ale wesołek pokręcił tylko głową i zaczął biegać, drocząc się z łucznikiem. Zrezygnowany Oliver żachnął się i skierował kroki w stronę miejsca, z którego miał zamiar kontynuować trening. Flash podążył za nim.
– Wiesz, zawsze się zastanawiałem, dlaczego wybrałeś akurat łuk – powiedział, zaczynając, będąc po prawej stronie Olivera, kończąc dwa kroki przed nim, obiegłszy go kilkukrotnie w międzyczasie.
– Wymaga precyzji w obsłudze i zmusza do ciągłego treningu w celu utrzymania poziomu.
– Ale, wiesz, ja zdążę dobiec do faceta, zanim ty choćby wyciągniesz strzałę.
– To nie szkodzi – Oliver wyciągnął, nałożył na cięciwę i posłał w kierunku tarczy.
Jak się spodziewał, Flash ja dogonił, złapał i wrócił, dumnie dzierżąc ją w dłoni.
– Widzisz? Kent też by dał radę. W ostateczności mógłby rozpuścić ja tym swoim magicznym laserowym wzrokiem.
– Nie szkodzi.
Kolejny grot bez problemu wbił się w cel.

*******************************************************************************
Po skończonym treningu i obowiązkowym prysznicu Oliver stał przy otwartych drzwiach balkonowych, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Coś zaszurało w pokoju i łucznik odwrócił się, by sprawdzić, co spowodowało hałas. Momentalnie jednak zdał sobie sprawę z tego, że dał się nabrać i spojrzał przez ramię. W drzwiach balkonu stał Batman. Długa, ciemna peleryna rozlewała się na podłodze dookoła niego.
– Dobry wieczór, Oliverze.
– Witaj, Gacku.
– Przybyłem porozmawiać.
– Nie wątpię. W innym przypadku leżałbym już skuty bat-kajdankami.
– Nie ironizuj. Sprawa jest poważna.
– W to też nie wątpię. Gdyby nie była, przysłałbyś któregoś ze swoich młodocianych pomagierów. Jak to jest, że nie zostałeś jeszcze oskarżony o pedofilię?
Batman zbył tę uwagę milczeniem.
– Wiem, czego ode mnie oczekujesz – powiedział cicho Oliver.
– Doprawdy?
– Justice League chroni świat. Ale czy tak będzie zawsze? Przyjrzyjmy się im… to znaczy nam. Wszechpotężny kosmita, zmiennokształtny Marsjanin, „człowiek” szybki do tego stopnia, że jest w stanie manipulować czasoprzestrzenią podczas poruszania się, wojownicza feministka, intergalaktyczny gliniarz podległy bandzie karzełków i władca nacjonalistycznego państewka z legend. Czy można komuś takiemu zaufać? Czy można być pewnym, że któremuś z nich potęga nie uderzy do łba?
– Jesteś jeszcze ty.
– Tak. Ale nie mam zamiaru być twoim pionkiem.
– Nie potrzebuję pionka. Potrzebuję kogoś, kto będzie miał na nich oko. Bystre oko.
– Zastanowię się nad tym jeszcze. Poza tym, kto da mi pewność, że tobie nie odbije?
– W razie czego będziesz wiedział, gdzie wpakować strzałę.
Batman wyszedł na balkon.
– Oliverze, jeszcze jedno.
– Tak?
– Nie będziesz moim pomagierem.
– Taki jesteś tego pewien?
– Tak. Jesteś za stary.

*******************************************************************************

Boshe, czemu nie moszna tu korzystać z tfardej spacji?

Klimatyczną grafikę ukradłem STĄD.

Jaskier

Read Full Post »

No to się nadziało.
Dwa ostatnie odcinki, o których nie mogłem napisać wcześniej, bo ich jeszcze wtedy nie widziałem, nie porwały mnie.

Cała ta mozolnie zapowiadana destrukcja dzielnicy biedoty wyglądała ubogo, niby to serial, więc nie powinienem się dziwić, że nie wyłożono grubych milionów na wysadzenie czegoś albo nie stworzono epickiej sceny w komputerze. Zawiodłem się na tym. Odniosłem wrażenie, że patrzę na kartonową makietę, którą poza kadrem kopie i szturcha kilka osób.

Dalej – wątek Laurel. Tu właściwie brak mi słów. Po co? Dlaczego? Czyj to był pomysł? Jak?
Nasuwają mi się jedynie pytania. Zauważyłem natomiast to, o czym pisali ludzie – jest sobie serial, nagle jakaś scena, po której spodziewasz się jakiejś bijatyki lub czegoś w tym rodzaju, a tam nie, wchodzi Laurel i rozmawia o swoich problemach z Oliverem. Kogo to obchodzi?

Thea dalej kręci z Royem, zapowiada się wprowadzenie Red Arrowa (tak, wiem, oryginalny pseudonim), może wyjdzie z tego coś ciekawego, na razie jest to dosyć sztampowa historia miłosna dwójki nastolatków – dziewczyny z dobrego domu i chłopaka z niższych sfer, z wszystkimi charakterystycznymi dla tego wątku wadami.

Zastanawia mnie zakończenie i dalsze losy drugiego łucznika. Coś mi się wydaje, że jego kwestia nie została ostatecznie rozwiązana.

Teraz czekamy na następny sezon.

Jaskier

Read Full Post »


Serial wrócił po drugiej stronie oceanu na ekrany już jakiś czas temu, ale jakoś mi to umknęło i miałem sporo do nadrobienia. Co prawda zostały mi jeszcze dwa odcinki (w tym nieemitowany jeszcze finał pierwszego sezonu), ale to nawet dobrze, będzie następny temat, więcej klików, kierowca autobusu zabije brawo.

Ten tekst powinien zostać potraktowany jako wstęp, nieudolnie tam parę spraw wyjaśniłem.
Poniżej mogą być jakieś SPOILERY, ale niekoniecznie.

Co wydarzyło się w następnych jedenastu odcinkach?

Przede wszystkim jest więcej Felicity, która jest moją ulubioną postacią w tym serialu. Stephen Amell wciąż jest jakiś dziwny, kiedy nie ma na sobie kaptura lub nie jest w retrospekcji z wyspy. Reszta także bez drastycznych zmian.

Retrospekcje są dosyć szalone i niewiarygodne, pod względem możliwości zaistnienia przedstawianych w nich sytuacji, a nie psychodelicznego charakteru, ale przecież to serial o superbohaterze z łukiem, więc jesteśmy w stanie uwierzyć w prawie wszystko.

Powraca Huntress, dzięki Bogu załatwia jedną sprawę, do której zaraz powrócę i wyjeżdża. Występ zalicza także Firefly. Ale nie jest tak spektakularną postacią, jak można się było spodziewać po rysunku z akt Batmana z Arkham Asylum.

Poznajemy też sposób na poderwanie bogatej dziewczyny – trzeba nosić czerwoną bluzę z kapturem i ukraść jej torebkę. I uratować później od napaści, co może być już nieco trudniejsze, ale przecież do odważnych świat należy. Poza tym, dla dziewczyny takiej jak Willa Holland, z tymi jej lokami, zaryzykować warto. Nawet trzeba. Najwyżej dostaniesz kosę między żebra.

Najwięcej natomiast jest… wątków miłosnych. No żesz kurwa, poważnie?
Jest ten pieprzony trójkąt miłosny Oliver – Laurel – Tommy, który jest absolutnie niepotrzebny. Naprawdę, nie wnosi nic poza samym sobą. Niby ma jakiś wpływ na relacje tych dwóch facetów, ale i bez niego mogłyby potoczyć się w ten sam sposób.

Do tego Oliver mota jeszcze z jakąś policjantką, lecą beznadziejne teksty typu:
Ostatnio facetom jedynie odczytywałam ich prawa.
Potem się sekszą i dzięki Huntress wątek zostaje rozwiązany.
Kurde, po co to całe gadanie, że Oliver wciąż kocha Laurel? Niech sobie będą wątki miłosne, niech Tommy’emu układa się z ukochaną – pokazywanie ludzi otaczających głównego bohatera jest potrzebne, podkreślacie ich obecność całkiem nieźle, ale po co ten schematyczny miłosny trójkąt? To bardzo, bardzo duży minus.

Natomiast intryga staje się powoli coraz to bardziej jasna i z nią jest naprawdę w porządku, choć odbieram wrażenie, że widzów bardziej obchodzą wydarzenia z wyspy i wolą oglądać retrospekcje. Niestety, nie ma ich wystarczająco dużo, bo mamy rozmowy Tommy’ego z Oliverem, Olivera z Laurel i Laurel z Tommy’m.
Co jeszcze? Zaczyna mnie powoli irytować to, że w niemalże każdym odcinku jakiś policjant albo gangster ma Strzałę na muszce, ale udaje mu się jednak uciec. Nie czepiam się tego, że unika kul podczas ostrzału, ale kurde, stoi kilka metrów od gościa, który celuje w niego z pistoletu. I ucieka. Jakoś. W prawie każdym odcinku.

Aczkolwiek czekam na ciąg dalszy. W mieście wciąż pozostaje mnóstwo rzeczy do zrobienia, więc materiał na scenariusz jest, Felicity jest urocza, zapewne pojawi się Red Arrow. Laurel pewnie nie umrze. I pewnie będą razem. I pewnie wkurzy to Tommy’ego.
Ech.

Pewnie za jakiś miesiąc napiszę, czy finał był dobry.

Jaskier

Read Full Post »

Od czego by tu zacząć?
Z pewnością serial wciąga, wyemitowane dotąd dziewięć trwających około czterdziestu minut odcinków obejrzałem w przeciągu kilku dni. Oczywiście, nie jest pozbawiony wad, ale spodobał mi się i czekam na kontynuację.

Pierwsze moje zetknięcie z postacią Strzały (te pseudonimy kretyńsko brzmią przełożone na język polski) miało miejsce podczas oglądania kreskówki Liga Sprawiedliwych Bez Granic, której to seans zaliczyłem na ostatnich wakacjach. Oliver dostał tam całkiem sporą rolę, w porównaniu do innych superherosów niebędących w gronie założycieli (według scenariusza kreskówki). Postać pojawiła się również w serialu Smallville i tej dziwnie narysowanej bajce na CN, której jeden odcinek widziałem i w związku z tym, że był tam Batman walczący na innej planecie z inteligentnymi gorylami, to nie mam ochoty więcej oglądać.

Zasadniczo, Strzała jest takim współczesnym Robin Hoodem, jeśli macie ochotę poczytać o jego powstaniu i pierwszych komiksach z jego udziałem, to łatwo znajdziecie to w Internecie. To są naprawdę dziwne historie i – z dzisiejszego punktu widzenia – dla kogoś, kto nie uwielbia takich klimatów to… no… no dziwne to jest i dzisiaj może mieć jedynie wartość sentymentalną, ewentualnie kolekcjonerską. Między innymi dlatego, że komiksowi superherosi wykroczyli poza pierwotne medium, świat oszalał na punkcie Batmana Tima Burtona, potem przeżył zawód… kontynuacjami, mieliśmy trylogię Spider-Man Sama Raimiego, ostatnio swoją przygodę z Mrocznym Rycerzem zakończył Christopher Nolan. Marvel produkuje kolejne filmy, tworząc w pewnym sensie osobną filmową rzeczywistość dla swoich trykociarzy. I to jest ważne, żeby pamiętać, że nie ma czegoś takiego jak prawdziwy Batman albo oryginalny Iron Man – każdy twórca dodaje coś od siebie, lekko zmienia pierwotną wersję historii, potem się robi straszny bałagan, ale mniejsza o to – skupmy się na omawianej produkcji.

Jak więc wypada Strzała w serialu produkowanym przez stację The CW?

Nie jest źle, jeśli chodzi o fabułę. Oliver Queen po katastrofie prywatnego jachtu spędził pięć lat na wyspie. Szczęśliwie w końcu odnaleźli go jacyś chińscy rybacy i umożliwili mu powrót do cywilizacji. Przez lata absencji wiele się w rodzinnym Starling City (w komiksach Star City – moim zdaniem zmiana drobna, ale była dobrym posunięciem) zmieniło. Ollie również nie jest tym samym człowiekiem, pobyt na wyspie miał wpływ na jego psychikę. Nie potrafi wieść beztroskiego życia i spędzać czasu z kumplem na podrywaniu panienek w barach.
Wrócił z planem naprawienia błędów ojca i zrobi wszystko, by ten cel osiągnąć. To jest moim zdaniem sensowna motywacja, podoba mi się też pomysł kryjówki w… specyficznym miejscu.

Oprócz tego jest tu wiele wątków pobocznych: mamy wątek Olivera-mściciela, mamy wątek jego byłej dziewczyny i jej ojca gliniarza, jest bogaty kumpel, matka i siostra, współpracownik ojca, ochroniarz i rodziny mafijne. Jest to trochę walenie stereotypami – ojciec policjant ma obsesję na punkcie złapania Strzały, rosyjscy mafiozi witają się wódką, chińscy to mistrzowie sztuk walki etc. Podoba mi się postać policjanta, choć nie jest to Gordon Gary’ego Oldmana, ale działa, ma motywy, wierzy w ideały, jest spoko.

Może nieco za szybko się o wszystkim dowiadujemy. Okazuje się, że zatonięcie jachtu nie było przypadkowe, w całą intrygę zaplątane są osoby, których byśmy o to nie podejrzewali.

Nie sposób było uniknąć wątku romansowego, Oliver spotyka się z kilkoma kobietami, ostatecznie jednak decyduje się zostać sam, no bo wiecie – musi chronić tych, na których mu zależy i takie tam brednie. Ciężar tego wątku przerzucono na kumpla, który musi dojrzeć i zmienić się, by zdobyć serce kobiety, którą kocha. To miła odmiana po tych wszystkich szarpanych między obowiązkiem i miłością Batmanach i Spider-Manach, których musieliśmy oglądać do tej pory.

Wspomnieć muszę coś na temat głównego bohatera.
Cóż, nosi zielony strój z nasuniętym na czoło kapturem i maluje sobie wokół oczu „maskę” ciemnozieloną farbą. W komiksie lub kreskówce nie czepiałbym się tego, ale tutaj? Serio? Jak to możliwe, że absolutnie nikt go nie rozpoznał, skoro pokazywali go w telewizji po jego powrocie do domu? Świetnie takie posunięcia zostały wyśmiane w produkcji Green Lantern (chociaż ogólnie film jest słaby), kiedy kobieta mówi do Hala Jordana, że widziała go nago, a niby teraz ma go nie rozpoznać, bo zasłonił fragment twarzy? Ale niech im będzie.
Strzała jest o wiele bardziej zdeterminowany od herosów, których widzieliśmy do tej pory*. Jeśli musi użyć przemocy, robi to i zabija ludzi, choć częściej dostarcza policji dowodów, pomagając wysłać przestępców za kratki. Jak sam twierdzi, nie chodzi o zemstę, ale o sprawiedliwość.
Jako Oliver jest strasznie sztywny, cały czas ma jedną smutno-zmartwioną minę i zero ekspresji. I z jakichś powodów tak tę postać kreują, bo w retrospekcjach z wyspy widać, że Stephen Amell potrafi pokazać jakiś grymas nieoznaczający niezdecydowania. W roli mściciela taka postawa się sprawdza, jako zwyczajny człowiek, który musi dbać o zachowanie tajemnicy, jest – niestety – mało przekonujący.

Sceny walki – coś, co jest ważne w filmach o superbohaterach – wypadają bardzo dobrze. Porównując je do bijatyk z Supernatural (innego serialu stacji), widzimy, że tak, to faktycznie są superbohaterowie, a nie przypadkowi goście. Być może walka jest mało wydajna(?), ale za to cholernie efektowna. Filmowcom nie pomagają żadne sztuczki z kamerą – widać wszystkie akrobacje, wymiany ciosów i uniki. I – co jest trochę śmieszne, aczkolwiek akceptowalne, wszak mamy do czynienia z bajką o superbohaterach – jeśli scenarzyści stwierdzają, że ktoś potrafi się bić, to naprawdę potrafi. Nie ma tutaj znaczenia, czy jest to członek chińskiej mafii, dziewczyna po kursie samoobrony, czy sam główny bohater – okładają się, aż miło patrzeć.

To chyba wszystko, o czym chciałem napisać. Nieco przewidywalna fabuła, świetne sceny akcji, różne ciekawe wątki – to wszystko tutaj jest. Serial warto obejrzeć, jeśli mało jest nam aktorskich produkcji z superbohaterami.

Jaskier

PS Uwielbiam tę postać.


*Aktualnie już nie, bo przecież Superman zabił Zoda. Upsi… SPOILER!

Read Full Post »