Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Czerwiec 2013

Są wakacje, jakby ktoś się nie zorientował. Wszystkie gimbusiary pofarbowały włosy na buraczany kolor i pokazują pępki, przez co może się komuś przytrafić coś przykrego, potem będzie płakał i przeglądał strony internetowe z obrazkami ze smutnymi podpisami.

Jak zdefiniować związek na odległość, który może się wziąć i zrobić, podczas wakacyjnego wyjazdu? Związek równy jest sile łączącej dwoje ludzi – według III zasady dynamiki Newtona, gdy ciało A działa na ciało B siłą, to ciało B oddziałuje na ciało A siłą równą co do wartości i kierunku, ale o przeciwnym zwrocie (jeśli wiecie, dlaczego siły te się nie równoważą, to związek na odległość Wam nie grozi… żaden związek Wam nie grozi). Siła wyrażona jest w niutonach (N). Odległość to o wiele prostsza sprawa, to po prostu długość odcinka łączącego dwie osoby wyrażona w metrach (m). Związek na odległość równy jest niuton przez metr (N/m). Z definicji dżula (mówiącej, że 1J = 1N * 1m) wiemy, że niuton równy jest dżul przez metr (J/m). Podstawiając do wzoru, otrzymujemy: N/m = J/m / m = J/m^2 Wychodzi z tego, że związek na odległość równy jest ilości ciepła dostarczonego jednemu metrowi kwadratowemu ciała. Czyli musicie przesyłać dużo ciepła swojej drugiej połówce. Kupcie sobie termosy. Wtedy się Wam ułoży.

Jaskier

PS Zmieniłem obrazek, ponieważ zawierał błąd ortograficzny. Ten również jest niepoprawny – odległość to oczywiście wielkość fizyczna, a nie liczba. Ale nie chce mi się szukać innego.

Reklamy

Read Full Post »

Zacznę od tego, że, o ja pierdolę, co za obsada. Wymieniony już w tytule Morgan Freeman, Michael Caine, Mark Ruffalo … i ci wszyscy inni, z których poznaję jedynie tego gościa, który grał Zuckerberga. W kinie wydawało mi się, że ta ekipa jest jeszcze bardziej gwiazdorska.

Jakiś czas temu twardo postanowiłem, że nie będę oglądał zwiastuna, o którym przeczytałem. Tak jakoś, właściwie już nie pamiętam, dlaczego tak sobie ubzdurałem. Chociaż to bardzo dobrze, na wielkim (no, dużym) ekranie zrobił na mnie wrażenie, to trzeba mu oddać. Stwierdzam oficjalnie – jestem zaciekawiony. Iluzjoniści napadają na bank, wykorzystując swoje umiejętności, to może być ciekawe. Już w Ocean’s Eleven okradanie skarbca miało pewien posmak czarów, ale to były kasyna, więc się nie liczy.

Nie zobaczę w kinie, bo nie ma mnie w domu w tych trzech dniach, kiedy będzie puszczany.
Chamsko.

Jaskier

Read Full Post »

Ja już widziałem, pewnie każdy zainteresowany również, ponieważ polska premiera miała miejsce dwudziestego pierwszego, czyli tydzień temu. Jednak osobiście okazję miałem dopiero dzisiaj, toteż dzielę się z Wami moimi poseansowymi odczuciami.

Wydaje mi się przede wszystkim, że film jest mocno nierówny, nie mówię, że mi się nie podobał i ssie, po prostu niektóre momenty są wykonane lepiej od pozostałych, jedne wgniatają w fotel na sali kinowej (przy okazji, pierwszy seans w mieście zaszczyciło swoją obecnością sześć osób – słabiutko), inne wywołują jedynie uśmiech politowania. Zaczniemy od tego, co było dobre.

Podoba mi się sposób, w jaki skonstruowano fabułę. Nie mamy tutaj klasycznego pokazywania po kolei w jaki sposób bohater uczy się wykorzystywania swoich mocy, zrealizowano to w retrospekcjach, co jest bardzo dobrym pomysłem, oczywiście moim zdaniem. Po prostu w pewnych momentach cofamy się do dzieciństwa Clarka i oglądamy trudności, które nauczył się przezwyciężać, przy okazji dowiadując się, że bycie Supermanem wcale nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. Wyobraźcie sobie, że macie w klasie dzieciaka, który ma rentgenowski wzrok albo potrafi strzelać laserem z oczu. Kto chciałby się bawić z takim odmieńcem?

Po drugie, nie ma tutaj spiny i silenia się na pseudorealizm, o co można było film podejrzewać w związku z udziałem Nolana w jego produkcji. Na szczęście tak się nie stało, jeżeli na ekranie coś się dzieje, to naprawdę się dzieje, jednocześnie wyglądając bardzo dobrze. Sceny walk są świetnie zrealizowane, czego można się było spodziewać po Snyderze (myślę tu głównie u Sucker Punch), to wreszcie jest walka, jaką widzimy w komiksach i animacjach – jest rzucanie pociągiem, burzenie budynków przeciwnikiem i wgniatanie w ziemię. Postarano się, potyczkę Kal-Ela i dwóch popleczników Zoda oraz próbę powstrzymania tego tam czegoś kosmicznego zapamiętam na długo, wypadło to o wiele lepiej od finałowej walki w Iron Manie 3.

S jest również dosyć swobodny, że się tak wyrażę. Uwielbiam te wszystkie sceny, w których zadziwia ludzi swoimi zdolnościami, mówiąc, że nie jest wrogiem USA, bo wychował się w Kansas, ale mają się bawić według jego zasad, bo nie są w stanie go kontrolować. Za każdym razem jest to kapitalne.

Spodobała mi się również postać Lois Lane. Po pierwszym jej pojawieniu się na ekranie, odniosłem wrażenie, że będzie to ta wścibska postać kobieca, irytująca  przeszkadzająca bohaterowi, ostatecznie dająca się złapać i pełniąca rolę przynęty (dzięki, Samie Raimi za to, że zrobiłeś to z Kirsten Dunst, wielkie dzięki). Ale jednak nie, to sympatyczna i potrafiąca walczyć o swoje dziewczyna, kupcie mi taką. Albo dwie od razu.

Technologia z Kryptonu przywodzi mi na myśl pierwszego Obcego i tego nieszczęsnego Prometeusza, wydaje mi się nawet, że wzorowano się na Space Jockeyach, tworząc kosmiczne skafandry z dosyć charakterystycznymi maskami. W ciekawy sposób wybrnięto z obowiązkowego symbolu na klacie bohatera, pomysł bardzo dobry, podobnie z siłą i umiejętnościami Supermana, choć rozwiązanie mogłoby rodzić pewne problemy, jeśli w którejś kontynuacji trzeba będzie żonglować planetami, ale coś mi mówi, że tego się nie doczekamy.

Generał Zod nie stał się moim ulubionym złoczyńcą, ale nie jest źle. Jego poczynania w kontekście tego, czego dowiadujemy się o Kryptonie, mają sens, nawet dosyć sporo tego sensu. Nie trzeba się domyślać, o co mu chodzi, jaki jest jego cel, ani nawet dlaczego.

Co nie zagrało?
Jest na początku całkiem długa sekwencja wprowadzająca, której akcja umiejscowiona jest na Kryptonie. Wydaje mi się, że pokazano w niej zbyt wiele, nie spodziewałem się, że będzie trwała aż tyle. Pokazano wiele, a i tak wszystko zostało dokładnie wytłumaczone w trakcie filmu, głównie w końcówce, więc spokojnie spory fragment tego wprowadzenia mógł wylecieć.

Kevin Costner, który gra tutaj ziemskiego ojca Clarka bez przerwy przypomina mu o potrzebie zachowania anonimowości, o tym, że powinien ukrywać swoje moce, a być może nawet czasem NIE uratować kogoś. Właśnie, to też jest bardzo sympatyczne, S już od dziecka był bohaterem i wykorzystywał swoje umiejętności, by pomagać innym, pomimo obelg i niechęci, jaką darzyły go inne dzieci. Każdy normalny człowiek wyrósłby w takich warunkach na psychopatę. Wracając jednak do Costnera, gra tuta kogoś w stylu wujka Bena i nie do końca zrozumiałem jego zachowanie. Według jego słów S równie dobrze mógłby się nigdy nie ujawniać, czekając na „odpowiedni moment”.

Pomimo dobrego pomysłu z retrospekcjami i świetnym pokazaniem, czym S się zajmował, zanim zaczął ratować świat co tydzień (platforma wiertnicza i knajpa – świetnie pomyślane i zrealizowane sceny, pokazujące, że Clark jest bohaterem, jednak czasem bardzo trudno przychodzi mu powstrzymać się przed wybuchem agresji), to środkowa część filmu, w której Lois i Clark się poznają oparta jest o Przypadek, co jest smutne. Znajdują się w tym samym miejscy, bo Kent przez Przypadek zobaczył w telewizji, że wojsko coś znalazło, a Lois przez Przypadek zobaczyła go i postanowiła go śledzić, bo… tak jej kazało dziennikarskie sumienie, tak zgaduję.

Podsumowując, Man of Steel jest porządnym filmem science-fiction. Porusza problem bycia bohaterem, pokazuje, że czasem trzeba coś poświęcić, przez co jest nieco patetyczny (w czym pomagają mu ujęcia amerykańskiej flagi i umierający amerykańscy żołnierze), ale można na to przymknąć oko i po prostu cieszyć się z oglądania Supermana rozrywającego kajdanki na oczach całego sztabu albo siedzącego przy stole w pelerynie i rozmawiającego z Lois (parsknąłem śmiechem w tym momencie).
Solidny blockbuster.

Jaskier

Read Full Post »

No i zleciało. Nie wiadomo nawet kiedy. Raczej nie będę płakał.

Cóż, wakacje nie są powodem, dla którego miałbym sobie odpuszczać pisanie tutaj. Będą nowe teksty, co prawda w przyszłym tygodniu szykuje mi się dwutygodniowy wyjazd, ale postaram się przygotować zestaw tematycznie powiązanych wpisów na zapas, żeby nie świeciło tu pustkami, będzie dobrze.

Plany na lipiec

Jeszcze dzisiaj wieczorem lub jutro z samego rana, gdy wstanę o 11, powinna pojawić się opinia na temat najnowszego filmu z Supermanem, na który się wybieram.

Jaskier

Read Full Post »

Jutro najprawdopodobniej zaliczę seans Man of Steel (nie lubię polskiego tytułu), toteż dzisiaj, jak poprzednio w przypadku Iron Mana, notka o najsłynniejszym superbohaterze w klockowym uniwersum.


Pierwszy występ w zestawie S zaliczył w 2012 roku w ramach serii Super Heroes. Towarzyszyła mu Wonder Woman (obecna jedynie tu) i oczywiście Lex Luthor, którego figurkę dołączono również do któregoś tam wydania LEGO Batman 2: DC Super Heroes, gdzie oczywiście nie mogło zabraknąć Supermana.
Premierze najnowszego filmu towarzyszy wypuszczenie trzech bazujących na jego fabule zestawów.


Szału nie ma, ale i tak jest lepiej niż w przypadku Iron Mana. Oprócz trzech tradycyjnych zestawów na rynku pojawił się również polybag promocyjny z Jor-Elem. Teraz możesz postawić na półce własnego klockowego, brodatego Russella Crowe’a.

Opętani ludzie mieli również okazję zdobyć kilka figurek z tego uniwersum na konwentach.


Oczywiście również w tym przypadku maniacy LEGO wzięli sprawy w swoje ręce i powstało mnóstwo prac przedstawiających Supermana ratującego świat.


Lub po prostu stojącego w oczekiwaniu na okazję do ratowania świata.

Jaskier

Read Full Post »

Nie samymi komiksami człowiek żyje.

Tym razem coś od Lucasa, nie jest to jednak postać i kostium, dla którego chyba w ogóle wymyślono cosplay (podpowiem, że chodzi o księżniczkę Leię w stroju niewolnicy Jabby).

Bastila Shan jest pierwszym rycerzem Jedi, którego włączamy do naszej wesołej drużyny w Rycerzach Starej Republiki.

Z racji hipsterkości tematu to tylko dwie dziewczyny w trzech różnych kostiumach, ale nie martwcie się, nie dojdzie do sytuacji, w której będzie pięć dziewczyn w dwóch.

Jaskier

Read Full Post »

Moda na żerowanie na sukcesie Pottera wciąż trwa… jakimś cudem. Przede wszystkim – już na opublikowanym niedawno zwiastunie widać, że dubbing jest spieprzony po całości, co nie zmieniło się od części pierwszej. Którą widziałem dzisiaj.

Dlaczego nie warto iść na Morze potworów do kina?
Ponieważ pierwsza część jest głupia, infantylna, nudna, absolutnie niesubtelna w nawiązaniach do greckiej mitologii.

Jest tam taka genialna scena – główny bohater dowiaduje się, że jego matka nie żyje i wygląda to mniej więcej tak:

– Twoja matka nie żyje.
– Och.
– Ale jesteś superbohaterem! Pokażę ci zabawki, może poznasz jakąś laskę.
– Super!

Euforia trwa do momentu, w którym wychodzi na jaw, że jednak kobieta żyje. Bohaterowie formują drużynę w sposób, który widzieliśmy setki razy (nie idziecie ze mną, idziemy, nikt cię nie pyta o zdanie – nuda). W dodatku, ja nie wiem, może to wina dubbingu, Groover jest niemiłosiernie irytujący i absolutnie nieśmieszny, dryfując raczej w stronę żałosności.
Oprócz tego niemalże bez przerwy chamsko rzuca się widzowi w twarz scenami, wątkami i pomysłami, które widzieliśmy setki razy – nuda. Szajs totalny, nic dziwnego, że Brosnan zrezygnował z roli w kontynuacji.

Choć muszę przyznać, że trampki Hermesa były genialnym pomysłem. Jedynym prawidłowo zaadaptowanym motywem mitologicznym. Jako ciekawostkę można również wymienić to, że Sean Bean nie ginie w tym filmie.

Czytał ktoś oryginał?

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »