Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Michael Fassbender’

Oto przed Wami szybki przegląd zwiastunów filmów, które rzuciły mi się w oczy podczas przeglądania jutuba. Nie wszystkie są świeże, ale wydaje mi się, że tematu żadnej z tych produkcji jeszcze tutaj nie poruszałem, więc – że zacytuję klasyka – jak było, to sorry. Jeśli z kolei nie było, to zapraszam do dyskusji i wyrażania własnej opinii.
Kolejność według daty premiery.

***

Assassin’s Creed (styczeń)

Serii Assassin’s Creed nie darzę jakimś szczególnym uczuciem. Jeśli śledzicie bloga wystarczająco długo, to wiecie, że grałem jedynie w dwie pierwsze części, przy czym druga niemiłosiernie mi się przeciągnęła, bo mi bez przerwy wypadało coś w stylu konieczności przeczytania Innego świata* do szkoły… życie było wtedy prostsze.
Mam w planach ogranie także kontynuacji, miło by było doczłapać chociaż do końca wątku Ezio, ale to póki co pieśń przyszłości. Na chwilę obecną moje granie ogranicza się do Sapera na zajęciach z AutoCADA.
Film od ujawnienia pierwszych informacji wzbudził moje zainteresowanie. Pozytywne zainteresowanie, że się tak wyrażę. Niektórzy ludzie mają ból dupy o to, że fabuła nie będzie przedstawiać wydarzeń z którejś z odsłon serii. Zapewne te same osoby narzekają na odstępstwa do komiksowego pierwowzoru w przypadku filmowego Civil War. Takie podejście jest durne, bo esencją rozgrywki było skakanie po dachach i świadomość tego, że bierzemy udział w odwiecznej wojnie pomiędzy dwoma potężnymi ugrupowaniami. Sama historia – zwłaszcza w pierwszej części – była dość prosta, a przez większość czasu wykonywało się te same misje poboczne.
Film skupi się na innym okresie historycznym, innym asasynie, innym oddziale Abstergo – i bardzo dobrze. Po pierwsze – nikt nie będzie się czepiał, że zmieniono coś, co było w grze, a jednocześnie znajomość gry nie będzie konieczna do pełnego cieszenia się produkcją. Warcraft MI się podobał, bo znam to uniwersum, ogólnie jednak był finansową porażką. Po drugie – filmowy Assassin’s Creed będzie stanowił uzupełnienie, rozwinięcie marki. Trochę to meta, ale zastanówcie się – jeśli Abstergo w uniwersum gier zaczęło wydawać… gry oparte na życiorysach asasynów, to czy produkcja filmów nie byłaby następnym, naturalnym krokiem?
Strona wizualna nie powinna zawieść – w zwiastunach charakteryzacja, kostiumy oraz scenografia wyglądają świetnie, z kolei choreografia walka albo przemieszczania się po dachach średniowiecznej Hiszpanii jednoznacznie przywodzi na myśl pierwowzór. No i można liczyć na to, że w końcu dostaniemy Asasyna, w którym AI przeciwników będzie poprawione i blok+kontra przestanie być najwydajniejszym sposobem prowadzenia walki.
Aktorsko film także zapowiada się zacnie – obok mojego ulubionego Niemca wystąpi Jeremy Irons, a także Marion Cotillard, której może nie darzę jakąś wielką sympatią, ale zdobyte nagrody i regularne nominacje to mimo wszystko wciąż pewien wyznacznik jakości. No i też zwróćcie uwagę na to, że zaangażowanie głośnych przecież nazwisk stanowi niemałą nobilitację dla tego filmu.
Być może Assassin’s Creed zapoczątkuje erę filmowych adaptacji gier wideo. Reszta świata przekona się w grudniu, a my w styczniu, ponieważ dystrybutor uznał, że nie ma co się siłować ze SW. Tak sądzę.

***

The Great Wall (styczeń)

Pamiętacie taki film z Kijanu Rivsem będącym samurajem? Cóż, ponownie to robią.
Tym razem nie z Neo, ale z Bourne’em, który po powrocie z Marsa najwyraźniej postanowił cofnąć się w czasie i uratować ludzkość przed atakiem krwiożerczych potworów. Dla mnie to nawet lepiej.
Zdecydowanie na plus w przypadku tego filmu jest to, że jest koprodukcji chińsko-amerykańskiej. Chiny to gigantyczny rynek, który potrafił ostatnimi laty uratować finansową dupę niejednego akcyjniaka zza oceanu, ale trzeba pamiętać, że nie tylko ogląda się tam zagramaniczne filmy, ale także produkuje własne. Wiadomo, że są dziwaczne, ale jest w nich pewien niepowtarzalny urok.
Nieco drażliwą kwestią jest tutaj angaż Matta Damona do głównej roli i w ogóle robienie tego klasycznego motywu białego człowieka ratującego odległą krainę. Nie oszukujmy się jednak – gdyby grali tu sami Chińczycy, to raz, że nie byłoby szans na obejrzenie tego filmu w polskich kinach i dwa – mimo wszystko, niespecjalnie by mi na tym zależało. Azjaci produkują rocznie masę filmów fantasy, ostatnio nawet informacje o nich przenikają do zachodniej prasy. Matt Damon będzie dla mnie świetnym punktem odniesienia, skoro jest przybyszem z zewnątrz i – tak jak widz – nie ma pojęcia o tym, z czym przyjdzie się mu zmierzyć.
No i wiecie – kreatury, chińscy, średniowieczni Power Rangers, rozmach bitew, pomysłowe scenografie – takie rzeczy są fajne i mi ich w filmach ostatnio brakuje.
No i Willem Dafoe z brodą – zawsze na propsie. ;)

***

Logan (marzec)


Logan to świeżynka w tym zestawieniu, co może i wręcz powinno dziwić, a nawet niepokoić, skoro premiera już za kilka miesięcy. Ba! kilka tygodni temu nie znaliśmy nawet tytułu(!) tego filmu, nie mówiąc nic o fabule, postaciach etc. No ale wreszcie ukazał się zwiastun – całkiem w porządku w przeciwieństwie do tego, co zazwyczaj pokazuje marketingowy dział Fox w kwestii mutantów – i się nieco dowiedzieliśmy.
Cóż, niby zwiastun pozwala mieć nadzieję na to, że film będzie dobry, aczkolwiek dotychczasowe solowe produkcje z Wolverine’em albo ssały pałę, albo były do bólu przeciętne i nudne. Mowa rzecz jasna o X-Men Geneza: Wolverine oraz Wolverine. Ten pierwszy jest tak zły, że wszyscy (poza twórcami Deadpoola, którzy z niego śmieszkowali) udają, że nie istniał, a drugi przez większość czasu był wtórny, sztampowy i bez wyrazu, by w trzecim akcie zrobić kurwę z logiki, wyciągając healing factor z Logana, wrzucając kobietę-kobrę, Silver Starscreama i piłowanie adamantowych szponów.
Fakt, że na reżyserskim stołku zasiada ponownie (pierwszy raz w 2013 roku) James Mangold, także nie napawa optymizmem.
Niby można się łudzić, że sukces Deadpoola otworzył włodarzom Foxa oczy, ale czy jest sens ponownie pokładać nadzieję w zespole, który już raz zawiódł i studio, które tyle razy pokpiło sprawę? Zmiany związane ze zwiększeniem wolności artystycznej mogłyby teoretycznie wywołać opóźnienia w kampanii marketingowej, ale przecież po Suicide Squad wiemy, jak się kończy gwałtowne mieszanie w filmie.
Przekonamy się w kinie już w marcu.
Sam zwiastun natomiast pokazuje jakiś quasi-postapokaliptyczny świat, nieco wzorowany na Old Man Logan, głównego bohatera zmęczonego życiem. Pojawi się X-23 – jako mała dziewczynka, toteż zapewne film skończy się przerzuceniem jej w czasie do lat osiemdziesiątych, by mogła uzupełnić drużynę młodych mutantów. Chyba. Kto tam teraz wie tego Foxa?

***

Kong: Wyspa Czaszki (marzec)

Ten film pokazuje, jak olbrzymie jest MCU. No bo obczajcie to – Loki i Carol Danvers lecą w jakimś tajemniczym celu na Wyspę Czaszki, a na oku ma ich Nick Fury, dla niepoznaki bez pirackiej opaski na twarzy. Ale śmieszki na bok.
King Kong to jedna z prawdziwych twarzy popkultury. Co prawda jest to twarz włochata, ale bez dwóch zdań rozpoznawalna, charakterystyczna i kojarzona. Gdy została stworzona ponad osiemdziesiąt lat temu, pozwoliła twórcom pokazać inny świat – dziką dżunglę, zamieszkałą przez, wydawać by się mogło, dawno wymarłe bestie. Pomysłowość w tworzeniu efektów specjalnych a także upór, jaki towarzyszył poklatkowemu ożywianiu gigantycznego goryla i dinozaurów, zasługują na wszelkie słowa uznania** i łezkę w oku, nostalgiczny wyraz tęsknoty za pewną epoką, która bezpowrotnie minęła.
W 2005 pewien brodacz z brzuszkiem z Nowej Zelandii zrealizował swoje dziecięce marzenie o wyreżyserowaniu własnej wersji King Konga. Peter Jackson, ponieważ naturalnie o nim mowa, był wówczas, że się tak wyrażę, na fali, po gargantuicznym sukcesie, jaki odniosła jego trylogia Władca Pierścieni. Ponieważ dostarczył wytwórni kilka wagonów wyładowanych dolarami, to łaskawie pozwolono mu zrobić to, o czym marzył. Moim zdaniem film był w porządku.
Dlaczego wracają do tematu wielkiego goryla teraz?
Dobre pytanie.
Taką naturalną odpowiedzią wydaje się być stwierdzenie, że Hollywood nie ma już pomysłów, że zaczyna zjadać własny ogon, ale ja tak jakoś naiwnie wierzę, że może coś się za tym pomysłem kryje.
Chociaż najprawdopodobniej podczas jednej z suto zakrapianych imprez, gdy już gościom znudziło się patrzenie na to, jak Brian Singer gwałci i podtapia jakiegoś piętnastolatka w basenie, ktoś rzucił, że fajnie by było pojechać do jakiegoś ciepłego kraju, a ktoś inny stwierdził, żeby wkręcić, że robimy nowego King Konga, jak już następnego dnia wytrzeźwieli, to było za późno na odwoływanie tego – pojechali.
Duże nazwiska – Tom Hiddleston, Brie Larson, Samuel L. Jackson, John Goodman – gwarantują, że chociaż aktorstwo będzie stało na wysokim poziomie. (Swoją drogą, Jackson występuje teraz wszędzie.) Nawet jeśli aktorzy zebrali się, żeby dobrze pobawić się na planie, to spoko – fajnie się ogląda ludzi, którzy lubią swoją pracę.
A jeśli przy okazji powstanie dobry film przygodowy – to tym lepiej. Ja na pewno sprawdzę.

***

Power Rangers (marzec)


Gdy byłem dzieciakiem, kilka rzeczy było super – pokemony, dinozaury i te takie lodowe pałeczki, które kupowaliśmy po 30 groszy w sklepie w tunelu w bloku obok. Super byli także Power Rangers, których oglądałem namiętniej niż Dragon Balla. Seans był obowiązkowym punktem każdej soboty i niedzieli, skompletowanie figurek było manią, a zbudowanie zordów z LEGO powodem do dumy. Później, gdy już chodziłem do szkoły, jakoś tak przestały lecieć na Polsacie, a że mieliśmy tylko siedem kanałów, to nie było mowy o oglądaniu na jakimś Disney XD.
Co nie zmienia faktu, że wciąż mam wielki sentyment do tej głupiutkiej serii, nawet mimo iż od Mighty Morphin w zeszłe wakacje odbiłem się już w trakcie pierwszego odcinka. Swoją drogą, fajnie by było zbudować jakieś porządne zordy z LEGO…

Na zwiastunie wygląda to na połączenie The Breakfest Club z Kroniką. Jeżeli uda im się jakoś wpleść w to kiczowatość z serialu, to będę kupiony. Ba! na seansie będę płakał ze szczęścia. Mamy teraz taki okres w kinie popcornowym, że grupka nastolatków, którzy walczą przy pomocy kosmicznej technologii z magicznymi potworami, to nie jest coś, czego twórcy się boją, na co producenci nie chcieliby wyłożyć pieniędzy i mam nadzieję, że wyjdzie im to na dobre. I nam, widzom, także.
Poza tym – Zordonem ma być Bryan Cranston, a Elizabeth Banks Ritą Repulsą (sic!).
Czekam na ten film i liczę na to, że odświeży nieco ten dosyć zakurzony materiał.

***

A co do tytułu tego wpisu – niby większość z tych filmów ma mieć polską premierę w marcu, Power Rangers nawet już w trakcie oficjalnej kalendarzowej wiosny, ale nie oszukujmy się – będzie padał śnieg, piździało jak w kieleckiem, więc „zima” o wiele lepiej pasuje.

Jaskier

*Co zrobiłem w czterech posiedzeniach i uważam to za sukces.

**Na wszelkie słowa uznania zasługuje również autor scenariusza i reżyser – Merian C. Cooper, amerykański lotnik, bohater wojny polsko-bolszewickiej, wielki przyjaciel Polski i Polaków.

Read Full Post »

W tym roku mamy istny maraton filmów superbohaterskich. Niestety, wypuszczone dotychczas cztery tytuły tworzą jakby sinusoidę – po rewelacyjnym Deadpoolu dostaliśmy beznadziejne Batman v Superman, potem kapitalne Civil War, a ostatnio kiepskawe X-Men: Apocalypse. Jeśli ta prawidłowość zostanie zachowana, to Żółwie Ninja, które są następne w kolejce, okażą się wielkim hitem.
To jednak jest melodia przyszłości, na razie skupmy się na tym, dlaczego nowy film o mutantach nie zachwyca.

Przede wszystkim, wyraźnie czuć zmęczenie części ekipy filmowej. Formuła Bryana Singera, który kilkanaście lat temu zapoczątkował to uniwersum i powrócił do niego w 2014 roku, wyczerpała się. Dwa lata temu Days of the Future Past było naprawdę spoko, ale tutaj już widać, że reżyser nie ma pojęcia, co należałoby dalej robić z tą marką. Próby łączenia klimatu zaszczucia, walki ludzi z mutantami, charakteryzujące pierwsze filmy z serii, z wątkami politycznymi, które wprowadził w First Class (2011) Matthew Vaughn* w przypadku Apocalypse spełzają na niczym. Singer powinien sobie odpocząć. Może niech zajmie się kręceniem nowego Supermana? Tam stołek zapewne się niebawem zwolni. Studio Fox z kolei – dzięki sukcesowi Deadpoola – powierzyć powinno tę potężną markę komuś pełnemu zapału i nowych pomysłów. Albo całej gromadce takich ktosiów.

Marką obrzydliwe zmęczona jest też Jennifer Lawrence, która podpisania kontraktu na pierdyliard filmów żałuje chyba bardziej niż umieszczenia swoich prywatnych zdjęć w chmurze**. Jej postać – zmiennokształtna Mystique – z jakiegoś powodu urosła do rangi bohaterki i idolki młodych mutantów, której plakaty wieszają sobie na ścianach, gdyż jest taka fajna i prowadząca obdarzonych genem x do wolności. Moja teoria jest taka, że Singer bardzo lubi Igrzyska śmierci i gdy Jennifer Lawrence przychodziła ze scenariuszem w jednej i komiksem w drugiej ręce, chcąc upewnić się, czy jej postać rozwija się w mającym jakikolwiek sens kierunku w kontekście poprzednich filmów lub adaptowanego materiału, to reżyser odpowiedał jej tylko Katniss, uspokój się, ludzie cię taką kochają i kazał wracać na plan.
Cóż, nikt w 2011 roku nie spodziewał się, że aktorka ta zgarnie Oscara, aż tak wielkiego sukcesu Igrzysk śmierci również nie przewidziano. Teraz wciskają jej tutaj podobną rolę i dziewczyna nie potrafi ukryć tego, że ma dość tych filmów. Łatwo byłoby wytłumaczyć podmianę, ale studio raczej nie będzie skore do zrezygnowania z możliwości wrzucenia na plakat znanej twarzy.

Zmęczony jestem ja wlekącym się od First Class romansem Xaviera i Magneto. O ile w tamtym filmie i DotFP miało to jeszcze ręce i nogi, tak tutaj przypomina to jakąś parodię. Erik kolejny raz przechodzi na stronę zła i krzyczy, że nie ma w nim już dobra, a Charles znowu krzyczy, że jest w nim człowieczeństwo, że jeszcze nie jest za późno etc. W jednym momencie wrzucają nawet migawkę ujęć z First Class – wygląda to jak w jakiejś kiepskiej komedii romantycznej, bo po przypomnieniu sobie pierwszych wspólnych chwil, Erik zmienia zdanie i już nie jest zły.

W ogóle, cały wątek Magneto jest skopany. Ukrywa się w Polsce (sic!), gdzie pracuje w jakiejś hucie, założył rodzinę – sielanka. No ale przez przypadek ratuje człowiekowi życie, na co komunistyczna władza – uprzejmie poinformowana przez hutników -urządza obławę, wysyłając milicjantów uzbrojonych w… łuki.
Po pierwsze – to absurdalne, powinni wysłać albo jakiegoś ubeka z flaszeczką, żeby go nakłonić do współpracy, albo rozpocząć zbieranie na niego materiałów, żeby go przekonać do współpracy.
Po drugie – naprawdę trzeba było czegoś takiego? To znaczy, w jakiś sposób musiał ponownie poczuć, że nie ma odwrotu od Ciemnej Strony i tylko dlatego jego żona oraz córka giną – żeby mógł być zły, bo Magneto jest zły. Tylko po co, skoro filmowa wersja nie zmierza w stronę bycia terrorystą?
Brakuje tutaj jakiejkolwiek konsekwencji w rozwoju postaci, ciągle kręcą się w kółko ze złym Magneto i Xavierem, który pomaga mu wrócić na stronę dobra. I to jest tak przykre, bo obaj panowie wcielający się w tych mutantów – tj. James McAvoy oraz Michael Fassbender – robią niesamowitą robotę i doskonale się bawią na planie. Szkoda tylko, że przez scenariuszowe głupoty i wtórność pomysłów widz nie bawi się równie dobrze w kinie.

Kolejną wadą tego filmu jest tytułowy antagonista. Ponieważ uważam to za strasznie śmieszne, to powtórzę ten żart – Apocalypse wygląda tak, jakby porucznik Bey miała dziecko ze zawataryzowanym Jake’iem Sullym. No i jest za mały. Nie chodzi jednak tylko o sam wygląd, kwestie wizualne można by było wybaczyć, gdyby jego zachowanie i plan miały sens.
Fabułę Age of Apocalypse znam jedynie poglądowo, ale walczyłem kiedyś z tym gościem i bandą jego sługusów w tej grze, toteż z grubsza wiem, o co się rozchodzi z tym złoczyńcą. Apocalypse chce wyłonić najpotężniejsze istoty, stojące ewolucyjnie najwyżej, najlepiej przystosowane do najtrudniejszych warunków i wykorzystując je, rządzić światem. Tutaj jego planem jest zburzenie wszystkiego, co wybudowali ludzie i postawienie wielgachnych piramid.
Wiąże się to z przeszłością Apocalypse’a, który kilka tysięcy lat przed Chrystusem rządził Egiptem, miał wielkie piramidy, śmiercionośnych przybocznych mutantów, ale został ograny jak dzieciak przez tych ludzi, którzy tworzyli poziomy do Tomb Rider. Podstępem potężny mutant został uwięziony pod tonami gruzu i miał już nigdy nie wrócić.
I te wydarzenia przedstawione w prologu są w zasadzie najlepszym elementem filmu zawierającym Apocalypse’a. Później tylko teleportuje się po świecie i zbiera przypadkowych mutantów, których zdolności nijak się mają do tych posiadanych przez jego Jeźdźców z prologu.
Storm jest nastolatką z Egiptu i pierwszą mutantką, na jaką wpada złoczyńca, Psylocke pojawia się na chwilę i Apocalypse od razu stwierdza, że jej moc walczenia mieczem i noszenia skąpego kostiumu czynią z niej wspaniałą wojowniczkę, biedę wątku Magneto już wyśmiałem akapit wyżej, więc został tylko Angel.
Wiecie, wątek Angela został lepiej przedstawiony w ww. grze i serialu animowanym. Utrata skrzydeł powinna być dla niego tragedią, metamorfoza w Archangela wstrząsem dla drużyny X-Men, która musiałaby zmierzyć się z dotychczasowym sprzymierzeńcem. A tutaj? No jest jakiś typek, któremu skrzydła zostają zniszczone, Apocalypse go odwiedza i robi mu nowe, metaliczne. Koniec. Po prostu dobór mutantów do tej czwórki jest tak losowy i biednie przedstawiony, że głowa mała.

Jest jeszcze masa rzeczy, które były zrobione po prostu słabo.
Zniszczenie szkoły, które powinno być naprawdę tragicznym wydarzeniem, nie robi najmniejszego wrażenia, gdyż nie czujemy żadnej więzi z jej mieszkańcami. Poza tym zostaje odbudowana pod koniec filmu, więc jej zniszczenia nie ma żadnej wagi.
Scena Quicksilvera, która polega na tym, by zrobić jeszcze raz to samo, co ostatnio, ale przeciągnąć to do tego stopnia, żeby widzowi przeszkadzało.
Pojawienie się totalnie z dupy Strykera, który porywa część mutantów, tylko po to, by po chwili uciekli z jego tajnej placówki, w której trzyma… Wolverine’a. Toteż mamy adaptację Weapon X. Taką strasznie biedną, na zasadzie: Hej, czytaliście ten komiks? Tutaj macie kilka kadrów z niego.
Efekty specjalne wypadają biednie (sic!). Ludzie mieli ból dupy przy zwiastunach, że wygląda to słabo i faktycznie widać, że ktoś tam pokpił sprawę.

***

Po tym całym narzekaniu czas na kilka słów pochwał.
Młodzi mutanci są rewelacyjni – Jean Grey, Cyclops, Nigthcrawler, Quicksilver, nawet Jubilee, która nie ma ani jednej sceny akcji i ze trzy linijki tekstu. Wreszcie w jednej scenie czułem, że oglądam film o X-Men – gdy czwórka dzieciaków wychodziła z kina i dyskutowała na temat SW. Chętnie obejrzałbym cały film o tym, jak uczniowie Xaviera chodzą do kina, urywają się z lekcji, odrabiają zadania domowe etc. Proszę, niech to się stanie, niech ktoś włoży serce w tę markę.
Aktorsko również wszystko gra – wymienieni już wcześniej James McAvoy, Michael Fassbender, ale również Nicholas Hoult (Beast), aktorzy wcielający się w nowe pokolenie mutantów – ci ludzie dają z siebie wszystko, czasem nawet mają zabawne kwestie, interakcje między nimi są zazwyczaj bezbłędne, ale cała pompatyczność historii i ta zasrana epickość wszystko psują. Po co, do cholery, skakać co dziesięć lat po przełomowych wydarzeniach?
Co będzie następne? Dark Phoenix Saga w latach ’90?

***

Nie polecam, nie jest to co prawda  film tak tragiczny, jak BvS albo to nieszczęsne ubiegłoroczne F4, aczkolwiek brak serca, wrzucanie niepotrzebnych wątków oraz postaci, odpalenie Apocalypse’a, gdy nie ma w filmowym świecie nic, na czym by nam zależało, a co mógłby zniszczyć, znudzona Jennifer Lawrence i przeciągany romans Xavier-Magneto, rujnują ten film.
Słabe efekty specjalnie mógłbym wybaczyć, słabego scenariusza, przez który marnują się ciekawi bohaterowie, nigdy.

Jaskier

*Wiedzieliście, że jego żona to Claudia Schiffer?

**Internet nie zapomina!

Read Full Post »

Jesień za pasem, powrót do szkoły za nami, ani się obejrzymy, a zbliży się Boże Narodzenie i trzeba będzie walczyć o karpia w markecie.
Nim jednak to nastąpi, przyjrzyjmy się kilku premierom zaplanowanym w naszym kraju na ostatnie cztery miesiące 2015 roku.

***

Więzień labiryntu: Próby ognia

To takie moje prywatne Igrzyska śmierci. Jak być może wiecie (a jeśli nie, zachęcam do poszukiwań, dzięki którym się dowiecie), nie przepadam za serią filmów o Katniss Everdeen. Ta trylogia YA, która zapewne jakoś tam się nazywa, ale i tak wszyscy mówią na to Więzień labiryntu, bo… Zmierzch tak zrobił pierwszy(?). Albo – jak się okazało po szybkim googlowaniu – sam autor uprościł sprawę i zatytułował swoją serię tak samo jak pierwszy tom. To naprawdę leniwe. No i właśnie ta trylogia YA również rzuca grupę nastolatków w nieprzyjazne środowisko i każe im być niezwykłymi i specjalnymi etc.
W pierwszej części, z której wrażenia zapisałem TUTAJ, grupa chłopców zamieszkuje wnętrze olbrzymiego labiryntu. Jak to w takich historiach bywa, przybywa nasz protagonista i w dwa dni rozwiązuje problem, z którym mieszkańcy osady borykali się przez kilka lat. Wydostają się z labiryntu.
I tutaj dopiero zabawa się zaczyna. Niby zdajemy sobie sprawę z tego, że to rząd jest zły i jest tam jakiś gruby przekręt, co sugeruje zakończenie oraz zwiastuny tegorocznego filmu, ale może, może jest tam jakieś trzecie dno, na koniec dnia opadnie kurtyna i okaże się, że to wszystko było mocno powalonym talentszołem.

Tu jest zwiastun:

***

The Final Girls

W temacie slasherów powiedziano już wiele, jeśli nie wszystko. Świętej pamięci Wes Craven wypunktował wszystkie ich wady i zalety w Krzyku, niemalże dwadzieścia lat temu. Jak to więc jest, że oni wciąż robią takie filmy, a mi wciąż chce się je oglądać, na dodatek polecam je Wam? A pamiętajmy, że z klasyki to ja lubię w zasadzie tylko Freddy’ego.
Otóż co jakiś czas filmowcy są w stanie wykrzesać z tego gatunku coś innego, coś nowego. Jak miało to miejsce chociażby w przypadku Domu w głębi lasu, moje zachwyty nad tym filmem znajdziecie na blogu. Tym razem ugryźli temat z innej strony – grupka nastolatków przedostaje się do świata kiczowatego, sztampowego horroru sprzed kilku dekad, w którym jedną z głównych ról grała matka Max, naszej protagonistki.
Szykuje się komedia wyśmiewająca zgrane motywy i kicz, jakim czasem dosłownie ociekały slashery w latach ’80. Bonusowym smaczkiem są oczywiście oczywiste nawiązania do serii Piątek trzynastego i aż żal, że bohaterowie nie trafiają konkretnie do tego świata. No bo wiecie, jeśli Jason dotarł swego czasu w kosmos, to dlaczego nie mogłoby się teraz w takim komediowym spin-offie okazać, że to wszystko było filmem, do którego po latach trafiła grupka fanów? Na pewno byłoby w takim posunięciu właścicieli praw autorskich więcej logiki, niż w kręceniu kolejnej odsłony cyklu, czy tam jakiegoś serialu osadzonego w wykreowanym świecie.
W każdym razie, ja zamierzam obejrzeć, choć nie jestem jednym z tych fanów, którzy umarliby twardo za Jasona.

Oto i zwiastun:

***

Steve Jobs

Nie jestem fanem urządzeń Apple, mój pierwszy kontakt z ich odtwarzaczem był istną katorgą, ale bardzo lubię filmy o nierozumianych przez otoczenie geniuszach. W dodatku owego wizjonera gra Michael Fassbender, który jest świetny i w ogóle. No i Fassbender >> Kutcher, ale nawet abstrahując od tego, ten film ma być właśnie  biografią. Produkcją wartą uwagi, przy której pracował Aaron Sorkin (autor scenariuszy do The Social Network, Ludzie honoru, a także podobającego mi się The American President), w tym przypadku adaptujący książkę W. Isaacsona, będącą efektem wielu rozmów przeprowadzonych z tytułowym magnatem rynku elektronicznych gadżetów oraz osobami z jego otoczenia. Trzymający ster tego statku – reżyser Danny Boyle (Slumdog. Milioner z ulicy, 28 dni później) – tylko utwierdza w przekonaniu, że warto wybrać się do kina.
Doborowa obsada będzie tylko dodatekiem do wyśmienitego popisu Fassbendera. Przynajmniej tak sądzę.

Oto zwiastun:

***

Makbet

Mimo iż wyniki box office tego nie potwierdzą, to coś tak czuję, że listopad tego roku będzie należał do wspomnianego akapit wyżej Michaela Fassbendera. On i Marion Cotillard zagrają bohaterów Szekspirowskiego dramatu – Makbeta i Lady Makbet. Co ciekawe, razem wystąpią również w planowanej na przyszły rok adaptacji serii gier Assassin’s Creed, w dodatku pod przewodnictwem tego samego reżysera – Justina Kurzela. Można więc zakładać, że z tej racji Makbet w jakimś stopniu będzie podobny do nadchodzącego, potencjalnego hitu i obejrzenie go pozwoli wyrobić sobie wstępną opinię na temat zdolności reżysera oraz zgraności pary aktorów. Nim jednak nastanie 2016 rok i asasyni zagoszczą na ekranach, warto moim zdaniem skupić uwagę na tej produkcji.
Ciekaw jestem, czy zorganizowane zostaną seanse dla szkół. Chyba że Szekspir wypadł już z kanonu lektur, bo za gruby dla dzisiejszej młodzieży.
Mimo że za sympatyka dzieł tego autora mnie brać nie można, to chętnie zobaczę, co udało się z tego materiału wyciągnąć. Szkoda tylko, że nasi filmowcy nie są tak chętni, by sięgać po utwory rodzimych popularnych pisarzy.

Tu macie zwiastun:

***

Victor Frankenstein
Grudzień natomiast zacznie się dla mnie w kinie dopiero z premierą najnowszej adaptacji powieści Mary Shelley. I tym razem dowiemy się, jak Igor poznał doktora Frankensteina, jak doszło do tego, że zostali przyjaciółmi i jakim cudem udało im się przeprowadzić eksperyment stworzenia życia z martwej tkanki. Niby oglądaliśmy już to kilkadziesiąt razy, ale chyba nigdy nie były to produkcje, które zakwalifikować można by jako „horror retro s-f”, a tak bym po zwiastunie zakwalifikował ten film. Lubię takie klimaty, a nie przypominam sobie, bym ostatnio miał okazję obejrzeć coś takiego, toteż cieszę się podwójnie.
No i hej! gorzej od tego filmidła z Eckhartem być nie może.

Oto i zwiastun:

***

***

Na co Wy czekacie tej jesieni?
Coś przeoczyłem? Mylę się odnośnie któregoś z filmów?
Dajcie znać w komentarzach. ;)

Jaskier

PS 500 wpisów!

Read Full Post »

Wchodzę raz do baru, a tam znajomy pyta mnie, kiedy będą tegoroczne Jaskiery.
Naprawdę.

[tu_wrzuc_jakies_intro]

Zaczynamy czymś nowym – postanowiłem w tym roku podzielić obowiązującą dotychczas kategorię Aktor w filmie popcornowym na dwie – Duża rola i mniejsza rola. Jak to będzie działało? No cóż, absolutnie despotycznie i zdecydowanie nieobiektywnie będę dobierał nominowanych do obu kategorii, polegając na moim własnym wyczuciu, czyja rola była bardziej większa, a czyja bardziej mniejsza. Doprowadzi to może do różnych dziwnych sytuacji, gdy ktoś będący na ekranie przez niemalże cały seans będzie rywalizował z kimś, kto pojawił się w jednej sekwencji, ale cóż. Przecież mogę, nikt mi nie zabroni.

Nie przedłużając, zapraszam do przeczytania listy pięciu aktorów nominowanych przeze mnie w kategorii Duża rola w filmie popcornowym. ;)

Michael Fassbender za rolę Erica Lensherra aka Magneto w filmie X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Michael Fassbender należy do wąskiego grona Niemców, których lubię. Absolutnie się z tym nie kryję i często wspominam o tym, że cenię tego aktora. Dowodem tego niech będzie nominacja sprzed dwóch lat za występ w kupowym Prometeuszu, którego był jednym z nielicznych jasnych punktów.
W serii X-Men wciela się w młodego Magneto, postać tragiczną, w ubiegłorocznym filmie już w pełni ukształtowaną światopoglądowo. Jego relacja z Xavierem była największą zaletą Pierwszej klasy, tutaj wciąż świetnie się ją ogląda.
Uwielbiam również sposób, w jaki kreuje superłotra, jakim bez wątpienia jest grany przez niego mutant. Magneto nie musi rzucać groźbami, być karykaturalny w swoim zachowaniu – dzięki Fassbenderowi ani na chwilę widza nie opuszcza przekonanie, że patrzy na kogoś potężnego, gotowego na wszystko w imię wyznawanych idei.
Świetna rola, już nie mogę się doczekać kolejnego filmu z serii, w którym Michael Fassbender również się pojawi.

Angelina Jolie za rolę Diaboliny w Czarownicy

Film był raczej meh, zwłaszcza w chwili, gdy skończyły się momenty à la Władca Pierścieni, ale Disney powrót Angelinie Jolie na ekrany zafundował zaiste zacny.
Co prawda większość jej kwestii to westchnięcia oraz pogardliwe prychanie, ale gdy tylko się pojawia, to kradnie show. Cały ten film jest w gruncie rzeczy o tym, jak ta aktorka jest super. Wszystko inne – wspaniała scenografia oraz kostiumy, efekty specjalne, latynowski Maciek Musiał, prosta historia o sile prawdziwej miłości – wszystko to blednie w obliczu świetności Angeliny Jolie.
Cóż poradzić? Daje radę. I to bardzo.

Dwayne The Rock Johnson za rolę Herkulesa w filmie Hercules
Z jednej strony Hercules nie okazał się być tym, czym mógłby być, z drugiej wcale mnie nie zawiódł. Jakoś bardzo. A grający tytułowego herosa Johnson był kapitalny. No bo wiecie, dali mu tę brodę, płaszcz z lwa nemejskiego, wielką maczugę – czego chcieć więcej?
Moim zdaniem jednym z wyznaczników fajności danej roli jest to, jak długo się ją pamięta. Idę o zakład, że tak ucharakteryzowanego Rocka nie da się zapomnieć NIGDY. Dlatego też emerytowany zapaśnik zostaje przeze mnie zrównany z tymi wszystkimi świetnymi aktorami.
Wygląda na to, że zaczynam się do niego przekonywać.

Chris Pratt za rolę Petera Quilla aka Star-Lorda w filmie Strażnicy Galaktyki

Czy Pratt jest nowym Harrisonem Fordem? Z odpowiedzią na to pytanie należałoby się wstrzymać co najmniej do premiery Jurrasic World, a jeszcze lepiej byłoby zaczekać na tego nowego Indiana Jonesa, jeśli rzeczywiście powstanie i Pratt w nim zagra.
Co rozumiem przez „bycie nowym Fordem”? Widzicie, jest ta scena ataku oddziału Rebelii na placówkę* Imperium w Powrocie Jedi, w której Han Solo biegnie w stronę szturmowców albo ucieka od wybuchu, coś w tym stylu. I mój Tata (który jest autorytetem w każdej dziedzinie) powiedział kiedyś, widząc Forda w tej właśnie scenie, że wszędzie gra tak samo. Miał na myśli to, że Indiana Jones i Han Solo są podobnymi postaciami, w które Ford włożył pewne identyczne elementy, które uczyniły je kultowymi, a jemu pozwoliły się wybić.
Uważam, że nie ma nic złego w przypuszczaniu, że Chris Pratt może w jakimś stopniu oddać to, co robił Ford. Raczej nie na taką samą skalę, ale może się okazać, że aktor ten jest nośnikiem podobnego rodzaju energii i brawury.
Fajnie by było, nie?

Keanu Reeves za rolę Johna Wicka w filmie John Wick

Keanu Reeves przeszedł dłuuuugą drogę od mesjasza w Matrixie, do superzabijaki w tej produkcji. Paradoksalnie, wolę Johna Wicka od Neo.
Postać Johna nie jest niczym nowym, widzieliśmy to już pierdyliard razy, tak samo jego historię, aczkolwiek ubiegłoroczny tytuł i główna rola mają w sobie jakąś taką niespotykaną grację. W dodatku Reeves jakoś tak potrafił zrobić, że się chce wierzyć w to, że taki z niego madafaka i nikt mu nie podskoczy.
Ta autentyczność jest tak ujmująca, że ośmielę się stwierdzić, iż można by go przyrównać do Liama Neesona. W każdym razie – jak dla mnie John Wick mógłby skopać dupska całej ekipie Niezniszczalnych.

***

To by było na tyle dzisiaj. Na dniach kolejne nominacje i mam nadzieję, że przed końcem miesiąca uda się wrzucić werdykt. Bo pewnie się nie możecie doczekać…

Co sądzicie? Kto Wam spodobał się w minionym roku najbardziej?
:)

Jaskier

*Ważne, żeby nie zrobić tu literówki.

Read Full Post »

Ej, bo moje zainteresowanie tym filmem jest coraz większe (gdyż ponieważ Fassbender i gdyż ponieważ wstyd cały czasy oglądać nastolatków latających po mieście w spandeksie; czasem pasowałoby coś ambitniejszego, żeby się nie musieć wstydzić w kulturalnym towarzystwie).

No i tak się właśnie zastanawiam, obejrzałem zwiastun i mam zagwozdkę.
Czemu ten film został umieszczony w jednym maratonie z obleśnym Dziewięć Songs i ponoć przereklamowaną Nimfomanką von Triera? Co jest wspólnym mianownikiem tych trzech produkcji?

Zachęcaliście mnie już w komentarzach* do obejrzenia, ale nie chciałbym wyłączać filmu po kwadransie z wyrazem zażenowania na twarzy, raz za razem zadając sobie pytanie – Michael, łaj?

Jaskier

*No dobra, tylko Edson, ale on innym razem prosił o polecenie jakiegoś dobrego filmu pornograficznego, toteż jestem co najmniej skonfundowany i wcale się tego nie wstydzę.

Read Full Post »

Nie tak dawno rozpływałem się nad najnowszym filmem rozszerzającym filmowe uniwersum Marvela, po drodze był nowy The Amazing Spider-Man*, a tu na scenę wskoczyła już cała ekipa X-Men.
I to w jakim stylu !

Sezon lekkich i kolorowych filmów w pełni i ma się bardzo dobrze. :D

Jeśli śledzicie moje wpisy regularnie, to wiecie, że miałem odnośnie tej produkcji spore oczekiwania (sprawdzić można np. TU lub TU). I chyba wszystkie zostały spełnione. Naprawdę – trudno jest mi się do czegoś w tym filmie przyczepić, bardzo dobrze to o nim świadczy.

Przede wszystkim fabuła nie skupia się na postaci Wolverine’a, jak można się było obawiać przed premierą, bazując na materiałach promocyjnych. Owszem, pełni w historii ważną rolę, ale „zrobić swoje” muszą Xavier i Magneto w wersji z ’73. Pozwala to Jackmanowi po prostu być zajebistym w swojej roli, brakowało tego w filmach w całości poświęconych Rosomakowi.

Pewne wydarzenia zapoczątkowane w latach siedemdziesiątych doprowadziły do zaistnienia dystopijnej przyszłości, w której kontrolę nad światem przejęły maszyny. (Dzień jak co dzień.) Ocalali mutanci w desperackim akcie wysyłają świadomość Wolverine’a pół wieku w przeszłość do jego młodszego ciała, w celu zapobiegnięcia tragedii i wyprostowania kolein losu.

Podobała mi się metamorfoza młodego Xaviera, który utraciwszy tak wiele, wylądował na dnie, został kimś w rodzaju ćpuna, ale potrafił się odbić i stać się tym charyzmatycznym przywódcą, jakiego znamy ze starszych filmów. Wielkie brawa dla Jamesa McAvoya – zdecydowanie nie jest już panem Tumnusem.

Michael Fassbender jako Magneto jest FE-NO-ME-NAL-NY – jedynie potwierdza swoją klasę. Nie musi wrzeszczeć lub rzucać groźbami – wierzymy, że oglądamy potężnego i dumnego mutanta gotowego wiele poświęcić dla dobra swojego gatunku.
A to wcale nie było takie łatwe zadanie, zważywszy na fakt, iż za pierwszym razem wcielił się w tę postać Ian McKellen.

Pozostali członkowie x-grupy… cóż, scenarzysta postąpił rozsądnie, decydując się na krok pod tytułem „Oto X-Meni. Tak, wiemy, że są zajebiści i chcemy Wam to pokazać”.
Mam tu na myśli głównie postacie z przyszłości, które uzbrojone w moce z CGI dają czadu… chyba pierwszy raz od początku filmowej serii. Dawno już nie widziałem Ostatniego bastionu, stąd ta niepewność, ale sceny akcji z tegorocznej produkcji na pewno biją na głowę te z X-Men i X-Men 2. Zwłaszcza pierwszy film niezbyt ładnie się postarzał pod względem wizualnym.
Tutaj jest wprost rewelacyjnie – cieszyłem się jak dziecko, widząc lodowego Icemana i wykorzystanie mocy Blink podczas starcia z Sentinelami.

No właśnie – Sentinele (dla zmyły ich nazwa została przetłumaczona w kinowej wersji filmu na „Strażników”). Były odpowiedzią ludzkości na pojawienie się mutantów. Bolivar Trask (w tej roli świetny niczym w Grze o tron Peter Dinklage) zaprojektował je do tropienia i likwidowania lub chwytania osób z genem odpowiedzialnym za mutację. I – jak to bywa z takimi wynalazkami – w pewnym momencie ich program samodzielnie ewoluował, zaczęły hodować ludzi i więzić ich jaźń w świecie rządzonym przez Elronda. Czy jakoś tak.
Prototypy, czyli model z ’73 roku, wyglądają oldskulowo i to jest świetne, gdyż dzięki temu odwołują się do oryginalnych projektów z komiksów. Natomiast futurystyczne wersje, z którymi walczą mutanci w 2023 roku mają w sobie coś maszynowo-przerażającego. Nie jest to ten poziom, jaki miał metalowy szkielet T-800 lub te pływającego kałamarnico-cosie w Matrixie, ale jest blisko.

Wspomnę jeszcze o kapitalnym segmencie z Quicksilverem. Jasne, chłopak wygląda kretyńsko, ale za to jak się prezentuje na ekranie! Nie spodziewałem się, że wypadnie aż tak dobrze. Wręcz nieco zawiodłem się, że było go w filmie tak mało.

Film jest przystępny dla odbiorcy nieznającego komiksów lub choćby filmów, jest sporo ekspozycji, zwłaszcza na początku, więc nikt się nie pogubi. Jednak dużo się traci, bo nie załapie się większości żartów i odniesień, głównie do starszych filmów z serii. Spodobało mi się również puszczenie oka do miłośników s-f, jakim było nawiązanie do Terminatora**.

Wszelkie nieścisłości, które pojawiły się w uniwersum po włączeniu do niego tego filmu, trzeba znieść. Podróże w czasie mają to do siebie, że robią bałagan. I tak wszystko bardzo zacnie trzyma się kupy, Ostatni bastion według obecnej oficjalnej linii czasu nigdy się nie wydarzył… i baaardzo dobrze.
Właściwie jedyne pytanie, jakie chciałbym zadać, odnosi się do Logana i jego wstąpienia w szeregi X-Men. Mam nadzieję, że X-Men: Apocalyspse to wyjaśni.

Tak to właśnie wygląda – bohaterowie, historia, humor, sceny akcji i efekty specjalne współgrają pod batutą p. Singera perfekcyjnie. Czekam na następny film z serii, a w międzyczasie na pewno odświeżę sobie poprzednie.

A co Wy sądzicie o najnowszych X-Menach?

Jaskier

*Jeszcze go nie widziałem, więc wstrzymam się z wypowiadaniem na jego temat do premiery DVD
**To uczucie dumy, gdy tłumaczysz swojej dziewczynie, o co chodziło z książką telefoniczną.

Read Full Post »

Zgodnie z wczorajszą obietnicą prezentuję dzisiaj listę pięciu aktorów z filmów rozrywkowych, z których jeden zostanie zaszczycony pierwszym w historii internetów Jaskierem w kategorii Aktor w filmie popcornowym. Wyłonienie jedynie piątki kandydatów nie było łatwe, kilkukrotnie zmuszony byłem rzucać monetą, by – niestety – nie dopuścić kogoś do tego jakże zacnego grona. Nie przeciągając, oto kilku aktorów, którzy – mimo faktu grania w filmie stricte rozrywkowym – pokazali klasę i odwalili kawał dobrej roboty.

Robert Downey Jr. za rolę Iron Mana w filmie Avengers Dla tego pana był to już trzeci występ w tej roli (a w tym roku będzie czwarty). Zdecydowanie mój ulubiony z filmowych superbohaterów, m.in. dzięki grze Downey’a. Jego Iron Man jest dupkiem, ale cholernie inteligentnym. To człowiek, którego znienawidzilibyśmy, gdybyśmy musieli się z nim zadawać, ale – co jest paradoksalne – oglądanie go na ekranie sprawia przyjemność. Postać wiele zawdzięcza scenariuszowi – teksty Starka z trailerów podbiły Internet na długo przed premierą filmu. Nie oszukujmy się jednak – bez tego aktora byłby to zupełnie inny bohater, Robert Downey Jr. jest po prostu świetnie do tej roli dobrany.

Josh Brolin  za rolę młodego Agenta K w filmie Faceci w czerni 3

Już samo patrzenie na powyższe zdjęcie nasuwa mi do głowy hasło – Tommy Lee Jones. Jeśli do wyglądu dodamy odpowiednie gesty, mimikę oraz sposób wypowiadania słów, to nie można nie powiedzieć, że aktor ten odwalił kawał dobrej roboty. Dla niewtajemniczonych, Josh Brolin gra tutaj Tommy’ego Lee Jonesa grającego Agenta K. I faktycznie, to JEST młodszy K. Widzimy, słyszymy, stwierdzamy – tak, to młodszy K.

Michael Fassbender za rolę Davida w filmie Prometeusz

nudqa0fthdgiuz7qji3k
Jak dla mnie najlepsza składowa tego filmu. Pozostali aktorzy po prostu są, najczęściej tylko po to, żeby umrzeć. Michaelem Fassbenderem zachwycałem się wcześniej w X-Men: Pierwsza klasa, gdzie grał Magneto. W Prometeuszu również wypadł fenomenalnie. Jego ruchy, gesty, sposób mówienia i zachowania – wszystko to wskazuje, że jest do robot. Gdyby nie ta postać, grana przez tego aktora, wyłączyłbym film w połowie.

Tom Hardy za rolę Bane’a w filmie Mroczny Rycerz powstaje

newmkafrzgmhaw_2_b
Po… pierwszym występie Bane’a w filmie, tak, to się naprawdę zdarzyło, można było przypuszczać, że i tutaj będą jakieś problemy, ale nie, czarny charakter został zagrany znacznie lepiej niż poprawnie. Co prawda można mieć kilka pytań i wątpliwości odnośnie jego „genialnego” planu, ale co do samej postaci już nie. Nolan obdarzył go przywodzącym na myśł Dartha Vadera głosem oraz świetnym charakterem. W pamięci zapisuje się starcie z Batmanem, kiedy to Mroczny Rycerz próbuje wykorzystać brak światła, na co Bane mówi coś w stylu – Próbujesz się ukryć w ciemności? Ja się w niej urodziłem. Tak, film mnie niestety zawiódł, ale ten szwarccharakter oceniam pozytywnie.

Martin Freeman za rolę Bilba Bagginsa w filmie Hobbit: Niezwykła podróż

Bilbo został zagrany bardzo dobrze, o czym już pisałem w którejś z notek dotyczących filmu. Co więcej, pierwsze odcinki Sherlocka ostatecznie przekonały mnie, że Martin Freeman jest zdolnym aktorem. Przede wszystkim tego hobbita da się lubić, nie jest fajtłapowaty jak filmowe wersje niziołków z Władcy Pierścieni. Aktor doskonale przedstawił różne strony natury Bilba – momentami jest poirytowany lub zmieszany, a kiedy indziej jest odważny, brawurowy niemalże. Hobbit może i nie jest najlepszym filmem tego roku, ale rola Martina Freemana na pewno zostanie zapamiętana.

W ten sposób dotarliśmy do końca listy wyróżnionych, którzy – mam nadzieję – czują się zaszczyceni umieszczeniem na niej. W niedalekiej przyszłości oznajmię Wam, bo przecież nie możecie się tego doczekać, który aktor i jaki film zasłużył sobie w moim mniemaniu na otrzymanie wyróżnienia w postaci Jaskiera 2012.

Jaskier

Read Full Post »