Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2016

Wczoraj wieczorem stacja TVN wyemitowała finałowy odcinek swojego niesamowicie nowatorskiego programu, w którym grupka trudnych dziewcząt miała zamienić się w prawdziwe damy. Tę na pozór niemożliwą metamorfozę umożliwić im miała pomoc profesjonalistek – doktor Ireny Kamińskiej-Radomskiej oraz zawodowego kołcza* Tatiany Mindewicz-Pułacz. Rolę prowadzącej powierzono zawodowej prowadzącej Małgorzacie Rozenek, oficjalnie po czterdziestce, prywatnie trzydziestoośmiolatce. Przemiana miała być wynikiem szeregu szkoleń, spotkań oraz trudu codziennego życia w rygorze w pałacu w Radziejowicach.

Program reklamowany był jako oparty na autentycznych faktach, ale to TVN, więc nie wierzymy w takie wierutne kłamstwa. Jak na moje, to uczestniczki faktycznie mogły mieć trudną przeszłość, doświadczyć tragedii i mieć obecnie spore problemy, ale już ich zachowanie w pałacu i na zajęciach było z grubsza reżyserowane. Nie jest możliwe, by te dziewczyny były aż tak głupie i nie umiały dostosować się, zachować odpowiednio przez te kilka tygodni, tym bardziej, że każdy odcinek obowiązkowo zawierał jakiś grubszy przypał, przez który najczęściej jedna z uczestniczek żegnała się z programem.
Dziewczęta nie były jakoś specjalnie żenujące pod względem aktorskim, co świadczy o tym, że jakieś ziarno prawdy w fabule się znajduje. No bo jest Dariusz z Trudnych spraw, są Zduńscy z M jak miłość, goście Ewy Drzyzgi i dopiero jest to przedobrzenie w drugą stronę, jakie często dało się zauważyć tutaj, czyli nadekspresja. Ich piski albo płacz na zawołanie przypominają mnie udającego Piróga** prowadzącego wybory miss turnusu na obozie – niby zasiadającemu w jury bosmanowi robiło się gorąco, ale wszyscy wiedzieli, że to tylko na niby.
Najprawdopodobniej reżyser podał jakieś ogólnikowe uwagi w stylu: jesteś szalona, jesteś twarda, jesteś znudzona, ubierz się jak ukraińska prostytutka i koniecznie żuj gumę, dużo przeklinajcie; i dalej już dziewczyny mogły improwizować. I ślad tego widać było w ostatnim odcinku, gdy każda z finalistek miała przemówienie, mniej więcej z pamięci, i miały problemy z tekstem, jakie miałby każdy normalny człowiek. O aż takie zdolności aktorskie, by potrafiły to zagrać, bym ich nie posądzał.

Kontrowersje w stylu: A bo ta gruba była w Sloikach były przesadzone. Co z tego? Przecież castingi do tych programów robią w kolejce w wydziale komunikacji. Każdy ma szansę wziąć w nich udział i zarobić trochę kasy na występie. Moim zdaniem to w żaden sposób nie podważa autentyczności Angeliki Karwowskiej, wręcz przeciwnie – potwierdza jej wersję o niezbyt ciekawej przeszłości.

Poważnym problemem programu było to, jak starał się pomóc uczestniczkom. Pomińmy tutaj tę „kwestię homerycką” i załóżmy przez chwilę, że na sto procent wierzymy we wszystko, co nam TVN mówi o przeszłości tych dziewczyn. Przychodzą narkomanki, podopieczne poprawczaków, dziewczyny z trudnych rodzin, rozbitych małżeństw, niemające odpowiednich wzorców, niedowartościowane. Naprzeciw nich TVN stawia ułożone panie w wyprasowanych żakietach, które krzywią się na sam widok dziewcząt, najzwyczajniej w świecie gardząc takim plebsem.
W dużej mierze metamorfoza dotyczyła rzeczy w stylu odpowiedniego zachowania przy stole (reżyser pewnie w pierwszym odcinku kazał uczestniczkom zachowywać się jak dzieci), nabrania ogłady (reżyser – Jeśli jurorki nie patrzą, to klnijcie jak szewc.), umiejętności posługiwania się nożami, widelcami i kieliszkami do wina. Odpowiedni strój, fryzura i paznokcie miały przetransformować niepokorne wiejskie dziewki w wielkomiejskie damy. Ćpałaś? Naucz się, że sandacza je się widelcem. Puszczasz się? Przestań siorbać. Twój ojciec jest alkoholikiem? Obrus ma zwisać dokładnie dwadzieścia centymetrów.
Jasne, były też jakieś spotkania przypominające to, co się robiło w podstawówce lub gimnazjum z psychologiem, ale mam wrażenie, że tego było za mało, żeby mogły odnieść skutek.

Ale wróćmy do rzeczywistości – telewizja to jest biznes. Sprzedaje się drama, Trybson, przeklinanie i żarty z Kościoła. Mniej więcej wszystko to tutaj było. A to się któreś dwie dziewczyny pokłóciły, a to wykradły butelkę alkoholu z pałacowej kuchni, a to jakoś inaczej podpadły jurorkom. Te ich wybryki były mocno naciągane, gdyż nie można być aż tak głupim. Nie można podchodzić aż tak lekceważąco do czegoś tak ważnego. Jasne, raz może się zdarzyć, że się czegoś zapomni, ale jak się już raz dostało opierdol, to raczej szybko się takiego błędu nie powtórzy.

***

No i widzicie, miało być na bogato, po europejsku, a wyszło jak zawsze. Za dużo reżyserowanych sytuacji, robienia z uczestniczek idiotek, nieodpowiednie podejście do przemiany, jurorki na pokaz gardzą dziewczynami, które wyglądają jak młodsze wersje obecnej naczelnej Matki Polki Tefałenowskiej, Agnieszki Chylińskiej.
W dodatku program ma dziwne przesłanie, odnosi się do warstwy społecznej, która na co dzień nie jest kojarzona z produkcjami TVN-u, zapraszają Reyów – potomków TEGO Reja, pokazują prawdziwe arystokratki, jednocześnie tresując dziewczyny do życia w korpoświecie.

Próba skopiowania brytyjskiego scenariusza w polskich warunkach się nie powiodła. No bo tak – to nie jest oryginalny pomysł.
Ciekawe, jak wypadnie program o poznawaniu małżonka w dniu ślubu?

***

Wszystkie odcinki obejrzał:
Tekst napisał i opracował:

Jaskier Albin Pankracy Konopnicki-Jastrzębiec-Zdrój herbu Zerwipludry

*Kołcziny? Kołczistki? Pomóżcie.

**Wyprzedzając Wasze homofobiczne komentarze – moim ziarnem prawdy jest to, że jestem równie niski i mam tak samo na imię jak ten tancerz.

Read Full Post »

Zapowiedziana jakiś czas temu przez Eaglemoss kolekcja komiksów od DC ruszyła wczoraj. Wnioskując po tym, że na mojej prowincji salonik prasowy wyposażony był w wielki plakat reklamujący ją, a w środku było kilka egzemplarzy, zakładam, że nie jest to rzut próbny, mający na celu tylko wybadanie rynku. To się dzieje naprawdę – komiksy obu największych amerykańskich wydawnictw znowu są szeroko dostępne w polskich kioskach.

Jak widzicie na załączonej grafice, pierwszy numer zachęca do zakupu promocyjną ceną, kolejny (kontynuacja historii) będzie kosztował 29,99zł, następne już 39,99zł. Jest to jak najbardziej zrozumiały ruch ze strony wydawcy, wiele kolekcjonerskich serii zaczyna w ten sposób, próbując przyciągnąć potencjalnych klientów. Pierwszy numer na półce dodatkowo przyciąga uwagę gigantycznym kartonem zawierającym na odwrocie ogólnikowe informacje na temat kolekcji oraz zapowiedź kolejnych dwóch tomów, załączona jest również broszura z krótkimi opisami popularnych serii oraz lista prezentów (albo WSPANIAŁYCH PREZENTÓW!, jak to napisał wydawca) przewidzianych dla prenumeratorów. Jest też oczywiście formularz umożliwiający zamówienie takiej, a także – co mnie nieco zdziwiło – inny, dzięki któremu możemy zamówić sobie tomy w kiosku. Taki papier zastępujący tradycyjną niepisaną umowę z kioskarzem.

Po więcej informacji odsyłam na oficjalną stronę kolekcji – KLIK.

Pierwszy numer to zarazem początek historii (ciąg dalszy w kioskach już 7 września) – toteż z czytaniem się przez dwa tygodnie wstrzymam, żeby móc wchłonąć całość jednorazowo, tym bardziej, że na temat Batman: Hush wiele dobrego słyszałem.
Jednakże kilka uwag technicznych odnośnie kolekcji mam już teraz.

Po pierwsze – bardzo dobrze, że historie rozbite na dwa tomy wydawane będą jeden po drugim. W przypadku WKKM brak analogicznej sytuacji bywał dosyć uciążliwy, nieraz na kontynuację trzeba było czekać miesiącami.

Po drugie – niestety, jakość wydania pozostawia wiele do życzenia. Okładka jest powleczona takim śliskim papierem, który przy grzbiecie, gdzie jest cieńsza, może pękać. W dodatku, komiks jest klejony i już chwilę po wyjęciu z folii, jeszcze przed czytaniem, całość nieprzyjemnie „chodzi”.

Po trzecie – jeśli mówimy o nieprzyjemnościach, to farba cuchnie. Serio, normalnie uwielbiam zapach farby drukarskiej, czytanie komiksu zyskuje dzięki niemu dodatkowy smaczek, ale ten komiks pasowałoby najpierw przewietrzyć.

W ramach dodatków otrzymujemy notkę o twórcach (scenariusz napisał Jeph Loeb, a fenomenalne rysunki stworzył Jim Lee, tusz i kolory nakładali Scott Williams i Alex Sinclair), a także swego rodzaju wstęp do historii, stanowiący wyjaśnienie dla osób, które z uniwersum Batmana nie są zaznajomione. Jest tutaj także komplet sześciu okładek, a także – spory rarytas – przedruk Detective Comics #27, to jest zeszytu, w którym w 1939 roku zadebiutował Mroczny Rycerz. Wielkim atutem tej kolekcji jest fakt, że każdy album zawierał będzie tego typu dodatek (następny numer przedstawi pierwszą genezę Batmana).

***

Pierwszy i drugi numer z powodu promocyjnej ceny warto moim zdaniem nabyć. Jak napisałem, nie czytałem jeszcze, ale już same rysunki cieszą oko i zapowiadają coś ciekawego. Kolejne tomy… cóż… Moim zdaniem trzeba się zastanowić. Seria zawierała będzie sporo dubli (na chwilę obecną ponad 30%, większość z nich wydał całkiem niedawno Egmont), a biorąc pod uwagę to, że jakość wydania nie zachwyca niczym Gałkiewicza poezja Słowackiego, to według mnie nie jest zbyt kusząca oferta. Inna sprawa z tytułami, które w Polsce wydane jak dotąd nie były, no ale kto to wie, w dzisiejszych czasach komiksowego szału. W moim przypadku pewnie skończy się jak z WKKM, z której nabyłem kilka wybranych tomów.

 

Jaskier

Read Full Post »

Stranger Things, serial, który wyskoczył tego lata jak Filip z konopi, zaskakując widzów i szturmem zdobywając serca krytyków, został obejrzany również przeze mnie. Wiecie, na zasadzie: „A, sprawdzę sobie odcinek pilotażowy” po upływie ośmiu godzin stwierdziłem, że nie ma się co nikomu dziwić – zachwyty nie są przesadzone, serial zasługuje na opinię, jaką sobie momentalnie wyrobił.

Jest jakieś Maine, w którym nigdy nie dzieje się nic niezwykłego, przestępczość jest znikoma, czas w miasteczku płynie powoli. Wtem, zupełnie niespodzianie, seria dziwacznych zdarzeń burzy spokój mieszkańców. Pewien chłopiec znika, więc w jego poszukiwania angażuje się jego zdesperowana matka, miejscowy szeryf oraz koledzy z paczki. Fabuła rozwija się nieprędko, scenarzyści w pełni wykorzystują czas, jaki otrzymali od szefostwa stacji, nie ma zbędnych dłużyzn, ani pośpiechu.

Produkcja jest pocztówkowo zakochana w obrazie lat osiemdziesiątych, jaki został zakodowany ludziom w głowach za pomocą filmów z tamtej dekady. Jest dla tego okresu tym, czym było Grease dla lat ’50.
Jest tutaj masa zapożyczeń elementów konstrukcji świata przedstawionego znanych mi przede wszystkim z filmów z lat ’80 – główni bohaterowie to grupka młodych nerdów*, którym nieustannie dokuczają szkolne dryblasy, bycie licealnym macho gwarantuje możliwość regularnej defloracji kolejnych szkolnych piękności, w czym szczególnie przydatne okazuje się to, że wszystkie domy budowano wtedy tak, by do pokoju nastoletniej córki jej równie nastoletni ukochany mógł niepostrzeżony wejść po zmroku przez okno, wspinając się po ścianie garażu. Są też wyjęci żywcem z Kinga Oni, niby działający dla rządu, ale widać, że coś knują, a dzieciaki mają bazę w piwnicy i jeżdżą po okolicy charakterystycznymi rowerami. Mocno czuć klimat filmów pokroju E.T., gdzieś tam przebrzmiewa It oraz cała rzesza innych adaptacji prozy rzeczonego Stephena Kinga, zauważyć można także masę mniej lub bardziej subtelnych nawiązań i odwołań do innych filmów z tej – wydawać by się mogło – dawno minionej epoki.

W zasadzie nie pasowało mi jedynie wykorzystanie CGI, twórcy spokojnie mogliby się obejść bez efektów komputerowych i wszystko wykonać oldskulowo, za pomocą praktycznych efektów, animatroniki, kostiumów i kukieł. No ale, nie można mieć wszystkiego. Potwór i tak przez większość czasu ukryty jest w mroku, więc to – trzeba przyznać – słabe CGI nie jest obecne na każdym kroku.

***

Nie chcę, żeby to był po prostu kolejny tekst chwalący Stranger Things, więc wspomnę o czymś jeszcze. Uwielbiam formułę, w jakiej Netflix produkuje swoje seriale. Emitowanie kompletu odcinków jednego dnia daje możliwość dowolnego porcjowanie nie tylko widzom, ale również twórcom.
Tradycyjne produkcje, na których kolejny odcinek trzeba czekać tydzień, często mają kilkutygodniowe przerwy w trakcie emisji, dosyć sztywno określony czas trwania pojedynczego epizodu, konkretną strukturę odcinka i jeszcze jedną znaczącą wadę – mają za zadanie zapełnić ramówkę. Jasne, niektóre spośród tytułów realizowanych w ten sposób to niezwykle udane produkcje khem GoT khem, ale przykład Netflixa pokazuje, że historię o wiele lepiej opowiada się, nie musząc iść na ustępstwa związane z tym, że co czwarteczek ma być odcineczek.

Co prawda Netflix nie jest bez grzechu (zerknijcie do moich tekstów o drugim sezonie Daredevila oraz o Jessice Jones), aczkolwiek możliwości, jakie daje zrobienie z serialu w praktyce dziesięciogodzinnego filmu, są olbrzymie. Kiedy zostanie przekroczona magiczna bariera i produkcja będzie wyglądała tak, że to scenarzyści będą przychodzić i mówić: „Mamy materiał na osiem godzin” albo „Nie damy rady napisać o tej postaci jedenastogodzinnej historii, ale możemy napisać trzy o różnych postaciach, które będą trwały właśnie tyle”, nie będzie już na co narzekać. W kwestii fabularnej, rzecz jasna.

***

Także więc tego – propsuję Stranger Things oraz sposób pracy Netflixa.

Jaskier

*Być może trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale czytanie komiksów i granie w gry RPG nie zawsze było modne.

Read Full Post »


Może zacznę od pozytywnego aspektu – Suicide Squad w przeciwieństwie do BvS ma jakąś fabułę, jakąś konkretną historię do opowiedzenia. Kto wie, być może następy film z uniwersum DC będzie kolejnym krokiem w ewolucji i jego scenariusz będzie zawierał porządną fabułę. W przeciwieństwie do tej zaprezentowanej tutaj.

***

Wzorem opisywanego… „dzieła”, rozpocznę od przydługiego przedstawienia moich wniosków odnośnie antybohaterów pojawiających się w filmie. Pierwsze – nie wiem – pół godziny (?) to nużąca i ciągnąca się ekspozycja dla totalnych Januszów popkultury, w której Amanda Waller prezentuje kolejnych członków tytułowego zespołu, samą siebie pokazując jako twardą sucz, która nie zniesie sprzeciwu. Trzeba zaznaczyć, że za ideą powołania Task Force X stał strach przed metaludźmi, którzy mogliby okazać się terrorystami. Toteż do walki z przyszłym potencjalnym złym Supermanem zostali wybrani:

Will Smith a.k.a. Deadshot – płatny zabójca, który nigdy nie chybia celu. Ma jeden słaby punkt – córkę. Co za tym idzie, facet ma tak naprawdę złote serce i jest dobry, i zabija ludzi na zlecenie tylko po to, by w przyszłości opłacić córce studia. Ciężko cokolwiek więcej powiedzieć… Will Smith spoko wygląda łysy i z brodą. Gra tutaj typowego twardziela, który przez wzgląd na dziecko/chorą matkę/ etc. okazuje się być wzorem cnót wszelakich.

Margot Robbie a.k.a. Harley Quinn – była pani psychiatra, która podczas leczenia Jokera zakochała się w nim, co nie skończyło się dla niej najlepiej. Z grupy tych „główniejszych” postaci to ona moim zdaniem wypadła najlepiej. Miała kilka przebłysków niepasującej do niej racjonalności, ale ogólnie była odpowiednio szalona i seksowna.

Jai Courtney a.k.a. Captain Boomerang – złodziej z Australii. Aktor ten był do tej pory znany z tego, że jego agent potrafił zdziałać cuda i – pomimo totalnego braku talentu aktorskiego swojego klienta – załatwił mu spore role w dość dużych filmach. Tutaj jest tchórzem, fanem pluszowych kucyków i najchętniej jak najszybciej by się wykręcił z tej imprezy. Nie wiem, co się stało, może Courtney sprzedał dupę diabłu, ale wypada naprawdę świetnie. Sprawdził się w roli głupawego rzezimieszka i liczę na to, że się jeszcze pojawi. Może w krótkim występie w filmie o Flashu?

El Diablo – były latynoski gangster, który potrafi tworzyć i kontrolować ogień. Jest całkiem kozacki z tym swoim pacyfizmem i „nie jestem bronią i nikogo więcej nie zabiję, chociaż bym mógł”, dopóki się nie okazuje, że po prostu ma wyrzuty sumienia, gdyż w niekontrolowanym wybuchu zamordował żonę i dzieci. Takie coś naprawdę nie pasuje do tego filmu. Takie – wiecie – no kiedyś byłem zły, no ale przesadziłem i teraz pokutuję. Zespół mieli tworzyć źli ludzie…
Ale naprawdę doceniam finałową walkę, w której się okazało, że jest uosobieniem jakiegoś azteckiego boga i przemienił się w wielki, płonący szkielet.

O pozostałych członkach tytułowego składu nie ma się co rozpisywać – Killer Croc zdecydowanie na plus, Slipknot ma uroczą, króciutką rolę, Katana się właściwie nie liczy, bo bez niej mogłoby się spokojnie obyć.

***

Przechodząc dalej, Jokera nie kupuję. Nie wiem, było go za mało chyba i wszystko, co robił, było związane z Harley. Głównie to ją ratował i strasznie mi to zgrzyta, jest mi ciężko polubić Jokera, którego głównym motorem napędowym jest uczucie, jakim darzy byłą psychiatrę. Poza dwoma retrospekcjami – jednej będącej genezą Harley Quinn i drugiej, w której paktował z jakimś czarnym gangsterem – wszystkie akcje Księcia Zbrodni mają na celu wyswobodzenie ukochanej. I to nie jest Joker, jakiego znam, i nie chcę takiego poznawać. To absolutnie nie jest wina aktora, ani wizerunku postaci – li tylko scenariusza.

Pozostały jeszcze dwie kwestie, które chciałbym poruszyć – ogólnego pomysłu (albo raczej jego braku) na fabułę oraz widocznych „humorystycznych” wstawek, które w żaden sposób nie pasowały do filmu. Zacznę od fabuły.

Amanda Waller chciałaby mieć ten swój Task Force X, ale wapniaki „z góry” się nie zgadzają. Potajemnie więc pozyskuje jednego metaczłowieka i wykorzystuje go, by pokazać wapniakom, że potrafi kontrolować taką potęgę. Tylko że potem okazuje się, że jednak nie. Bardzo nie. W komiksowym stylu nie. Metaczłowiek zrywa się ze smyczy, rozpoczyna koniec świata, zamienia ludzi w kitowców (sic!) i przez trzy dni napieprza w niebo błyskawicą.
Zespół zostaje wysłany, oczywiście bez prawdziwych informacji na temat misji, odbywają się dwie walki z kitowcami, okazuje się, że zadanie polega na wydostaniu Amandy Waller z miasta, przylatuje Joker, spadają jakieś śmigłowce i grupka decyduje się na heroiczny zryw i pokazanie, że potrafią być bohaterami.
Bo tak robią złoczyńcy…

Naprawdę przesadzono ze skalą. Pewnie widzieliście tego mema, w którym śmiano się z tego, że do walki z istotami o boskich mocach zostaje wysłana drużyna składająca się z dwóch gości, którzy potrafią strzelać, faceta rzucającego bumerangami, laski z kijem bejsbolowym i typa, który się znakomicie wspina. Jest to poważnym problemem tej produkcji. Mniej spektakularny przeciwnik sprawdziłby się o wiele lepiej.
Przy okazji wyłazi też coś innego – #winaWaller. I to bardziej niż Ultron był winą Starka. Gdyby nie jej potajemne gierki, to formowanie tego typu drużyny nie byłoby konieczne. W dodatku zostaje ona wysłana do uratowania Waller. Pewnie na wypadek sukcesu tej części planu przygotowano głowice, które miały zniszczyć miasto po ewakuacji.

No ale głupkowate fabuły czasem przecież wystarczą, co nie?
A jakże, lecz konieczne jest, by postacie, ich relacje oraz humor nadrobił braki historii. Tutaj na palcach można policzyć momenty, w których te trzy składniki zostały dobrze wymieszane, więc przez większość czasu przytłacza nas bylejakość scenariusza. Dopisane i dokręcone żarty tylko przeważają szalę goryczy. Kiedy dowódca strażników powiedział, że jeśli Deadshot go zastrzeli, to jego podkomendny ma go zabić i usunąć historię przeglądarki, to wypadło to tak żałośnie, że aż brak słów.

***

Cóż, tak ogólnie, to jest mocno źle, film ssie. Krótka piłka, Warnerowi znowu nie wyszło.
Gdy koleżanka z roku zapytała mnie, czy warto wybrać się do kina na Suicide Squad, to poleciłem jej nowego Star Treka.

Jaskier

PS Też się spodziewaliście, że Scott Eastwood gra Nightwinga?

Read Full Post »


Ten film nie powinien był pojawiać się w kinach. Idealnie nadawałby się do trafienia bezpośrednio na rynek DVD lub na jakiś Puls czy też inną tego typu stację, która głośno i regularnie w pasmach reklamowych chwali się emisją podobnych perełek.

Od samego początku, czyli od startu kampanii reklamowej, pierwszego zwiastuna, wiadomo było, co się szykuje. Kupsztal w stylu Immortals lub kontynuacji remake’u Starcia tytanów, a jeśli szukalibyśmy odpowiednika z ubiegłego roku, to najlepszym kandydatem byłby Siódmy syn. Ot, grupka zacnych aktorów zebrała się na planie głupkowatego filmu fantasy i – zapewne w przerwach od kręcenia beki – nakręcili filmidło.

Strukturą produkcja ta przypomina sezon serialu lub grę wideo. Bohaterowie podróżują przez jakąś tam wersję antycznego Egiptu, żeby – jakżeby inaczej – ocalić świat. Odhaczają z listy kolejne zdobyty artefakty, kolejnych pokonanych bossów, kolejne postacie, z którymi należało przeprowadzić dialog, kolejne lokacje, które należało odwiedzić, wykonując w nich kolejne zadania. Owszem, jest to głupie, w dodatku widzieliśmy to masę razy w najróżniejszym, często o wiele lepszym, wykonaniu, ale w całej pizdowatości i bylejakości Bogów Egiptu jest ukryta jakaś taka nostalgia za Przygodami Sindbada żeglarza albo Xeną.

Aktorsko jest naprawdę rewelacyjnie, no bo obczajcie to:
Jaime Lannister i ten chłopak z remake’u Błękitnej laguny wyruszają w podróż, żeby pokonać króla Leonidasa, który przeszedł na Ciemną Stronę. W trakcie przygody zawiązują sojusz z kosmicznym kapitanem Barbossą, Black Pantherem i Elektrą.

Jest tutaj całkiem sporo naprawdę ciekawych pomysłów – bogowie przedstawieni są jak jakieś pozaziemskie istoty, które potrafią się transformować w metaliczne bestie. W ogóle, w ludzkiej formie są olbrzymi, znacznie przewyższają ludzi wzrostem i efekt ten został całkiem dobrze zrobiony. Jako jeden z nielicznych, ale to zawsze coś.
Ra ciągnie w kosmosie za swoją kosmiczną barką Słońce, a sama jego obecność sprawia, że śmiertelnikom pali się skóra.

Pod względem gry aktorskiej również nie ma tragedii, a nawet wręcz przeciwnie – no bo obczajcie obsadę, którą zawarłem w tagach. Gerald Butler wyśmienicie bawi się rolą stereotypowego, do bólu przerysowanego łotra rodem z jakiejś kreskówki. Co prawda stojący naprzeciw niego Nikolaj Coster-Waldau jest nieco sztywny, ale z Brentonem Thwaitesem tworzy niezwykle popularny w końcówce poprzedniego stulecia duet w stylu Stallone-Schneider, który mimo pewnej toporności, wciąż się sprawdza, przypominając te dziwne dawne czasy, gdy parowanie osiłków z głupkami było w letnim kinie w zasadzie obowiązkowe.

Niby tak chwalę, ale Bogowie Egiptu to prawdziwa filmowa kupa. Sztampowa fabuła, tona zgranych motywów oraz koszmarne efekty specjalne sprawiają, że nie mogę tego tytułu nikomu z czystym sumieniem polecić. Większa część budżetu poszła chyba na gaże aktorskie, ponieważ CGI wygląda naprawdę okropnie. Aktorzy zgarnęli tyle, że nawet słonie trzeba było generować cyfrowo – słonie. Przecież one pracują za fistaszki…

***

Bogowie Egiptu* zasłużyli na to, by być finansową porażką i filmem, o którym nikt nie mówi i już niedługo nie będzie pamiętać. Jednak mi w pewien pokręcony sposób przypadł do gustu. Gdyby nie to żałośnie biedne wykonanie, to masa ciekawych pomysłów oraz zdolni aktorzy byliby w stanie uratować tę produkcję w oczach innych widzów i krytyków.

Jaskier

*Swoją drogą, to naprawdę dziwnie, że nie ma tutaj żadnego podtytułu, w stylu: Horus v Seth albo – no nie wiem – Pierwsze starcie.

Read Full Post »