Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Adaptacje komiksów Marvela’

Po pierwszym seansie Spider-Man: Homecoming wyszedłem z kina z myślą: „Bardzo fajny, zdecydowanie najlepszy jak dotąd film o Pająku”. Nie sądziłem, by był przełomowy dla produkcji superbohaterskich i może byłem nawet lekko zawiedziony tym, że to po prostu bardzo fajny film. W tym sensie, że nic ponad to. Coś* jednak kazało mi wybrać się na kolejny seans. Po drugim obejrzeniu filmu uważam, że jest naprawdę świetny – moja opinia od „fajny” podskoczyła do „CHCĘ WIĘCEJ FILMÓW ZE SPAJDERMENEM!1!!11!!”

Tym razem postawiono na aktora, który faktycznie wygląda na nastolatka. Tom Holland jest co prawda tylko rok młodszy ode mnie, aczkolwiek w przeciwieństwie do Tobey Maguire’a albo Andrew Garfielda, czy też całej masy innych pełnoletnich aktorów, którzy na przestrzeni lat wcielali się w licealistów, łatwo można uwierzyć, że grany przez niego bohater faktycznie ma piętnaście lat. W sumie to naprawdę jego wiek mnie zdziwił, gdy przed chwilą sprawdziłem go w Internecie.
No ale – nie chodzi tylko o aparycję aktora. O wiele bardziej liczą się przecież umiejętności i tych Hollandowi zdecydowanie nie brakuje. Jego wersja Petera Parkera to trochę ciapa, nieśmiały, acz niezwykle inteligenty i uzdolniony chłopak, który ma urocze, typowo licealne problemy w życiu prywatnym, codziennie czeka na ostatni szkolny dzwonek, by móc założyć kostium i ruszyć na patrolowanie swojej dzielnicy. Tom Holland potrafi oddać zarówno nieporadność i niepewność Parkera, jak i jego ekscytację z możliwości walki ze złem i pomagania ludziom.

Peter zakłada maskę w ramach współpracy ze Tonym Starkiem, który po wydarzeniach z Civil War pozwolił chłopakowi zachować kostium. Parker nakręcony tamtą misją rwie się do akcji, ale brutalna nowojorska rzeczywistość powoli ściąga go na ziemię – zamiast walczyć z superprzestępcami, kosmitami albo wielkimi robotami, zajmuje się drobnymi kradzieżami, pomaga turystom odnaleźć drogę, czyli – jakby to ująć alegorycznie – ściąga koty z drzew.

Wszystko zmienia się, gdy trafia na trop gangu zajmującego się handlem bronią wzmocnioną za pomocą superzłomu, który wala się po ulicach po każdej superbohaterskiej nawalance. Niepomny na przestrogi Starka, chłopak postanawia zająć się tym na własną rękę, udowadniając swoją wartość, chcąc potwierdzić, że zasługuje na miano bohatera i miejsce w zespole Avengers. Niestety, brak doświadczenia sprawia, że nawala, Stark traci do niego zaufanie, a i sam Peter zaczyna chyba powątpiewać we własne możliwości.
Mimo to bohaterska natura i potrzeba czynienia dobra biorą górę i gdy sytuacja tego wymaga, chłopak postanawia stanąć do walki z łotrem. Bez zaawansowanego kostiumu, uzbrojony jedynie we własne zdolności, spryt i prototypowe wyrzutnie sieci** staje naprzeciw bezwzględnego złoczyńcy i niemal ginie. Wtedy coś w nim pęka. Bo widzicie – przez cały film, w każdej ze scen akcji Peter gada jak najęty. Rzuca sucharami, komentuje, dodając sobie w ten sposób animuszu. Tutaj jednak, gdy wydaje mu się, że przegrał, że jego przeciwnik zatryumfował, a jemu grozi śmierć, zaczyna wołać o pomoc, płakać. Gdy jednak pojmuje, że jest zdany wyłącznie na siebie, zbiera siły i udaje mu się wydostać spod gruzu. To jest najważniejsza i jedna z lepszych scen w filmie – pokazuje, że Peter się czegoś nauczył – że jest jest prawdziwym bohaterem, że stał się dojrzalszy.

Dlatego finał, który jest ciemny i bardzo dynamiczny, chaotyczny, wypada nieco słabawo. Jesteśmy po najważniejszym momencie i na końcu doczepione jest obowiązkowe mordobicie.

Głównym złoczyńcą filmu jest Adrian Toomes, szef gangu zajmującego się wytwarzaniem i handlem bronią ulepszoną supertechnologią. Mam z tą postacią pewien problem – z jednej strony kreowany jest na ojca rodziny, człowieka, który zszedł na złą ścieżką tylko po to, by zapewnić byt rodzinie po tym, jak został oszukany przez możnych tego świata na potężny hajs. Z drugiej natomiast strony jest pieprzonym psychopatą – gdy stracił cierpliwość do jednego z podwładnych, to go rozwalił, postanawia zabić Pająka za mieszanie w jego biznesie, zaślepia go żądza bogactwa, tłucze jakiegoś przypadkowego zioma, który akurat stał na jego drodze.
Odczuwam niekonsekwencję w kreowaniu tej postaci, ale przeżywający renesans kariery Micheal Keaton daje z siebie w tej roli wszystko i jego charyzma sprawia, że w trakcie seansu zapomina się dwóch twarzach granego przez niego łotra. Poza tym, to jest niesamowite, co się przez ostatnie kilka lat dzieje z tym aktorem. Jego powrót do pierwszej ligi odbył się w takim stylu, że głowa mała. W pierwszej chwili aż było go żal do roli „tylko” Vulture’a, ale chyba mają co do tej postaci jakieś plany na przyszłość.

Bogatą przyszłość i przeszłość ma również inna postać pojawiająca się w tym filmie – Tony Stark. To jest w ogóle kosmos, jak potężnie bohater grany przez Roberta Downeya Jr. został rozwinięty na przestrzeni – nie bójmy się słów – dekady. Droga filmowego Starka od playboya-przemysłowca do playboya-superbohatera zasługuje na osobny, obszerny wpis. Może w 2018 z okazji dziesiątej rocznicy premiery Iron Mana
No ale Homecoming. Uprzedzając pytania i piętnując ból dupy sprzed premiery – wbrew zwiastunom i całej kampanii marketingowej, Tony’ego wcale nie ma aż tak dużo w tym filmie. To NIE jest Iron Man 4: Spider-Man: Homecoming.
Stark pełni tutaj ojcowsko-mentorską rolę wobec Petera. Tylko że tak naprawdę on sam potrzebuje tej relacji o wiele bardziej niż Parker. Z racji własnej trudnej historii z ojcem i tego, że czuł się przez niego niedoceniany (do czego jest odniesienie w tym filmie, ale wiemy to również z poprzednich), ma potrzebę bycia dla kogoś wzorem i oparciem, jakiego sam w młodości pragnął. I upatrzył sobie Petera do roli podopiecznego. Z tym że Stark nie bardzo umie w relacje międzyludzkie, dlatego miota się od chwalenia do karcenia, najpierw daje chłopakowi kostium, instaluje w nim pierdyliard ukrytych opcji, potem z powodu samowolki mu go zabiera, żeby na koniec stwierdzić, że Peter tego właśnie potrzebował, by nauczyć się własnej wartości.
Ostatecznie jednak to właśnie Spider-Man podejmuje dojrzałą decyzję, pokazując, że jest bohaterem i mimo iż będzie działał na małą skalę, trzymał się ziemi, pomagał maluczkim, to będzie to robił samodzielnie, będzie stał na własnych nogach, a to jest właśnie to coś, czego potrzebuje… przynajmniej przez pewien czas.

***

Warto wspomnieć jeszcze o kilku postaciach:
„Dodatkowi” łotrzy, którzy budzili niepokój przed premierą, okazali się być tylko tłem. Shocker to w gruncie rzeczy losowy rabuś, który akurat ma rękawicę. Jest to więc Shocker idealny. Tinkerer to tylko grubasek, który zajmuje się produkcją sprzętu. Nie widzimy go inaczej jak tylko w warsztacie, gdzie projektuje i buduje ekwipunek.

Ciocia May wypada bardzo dobrze (hehe). Martwi się o Petera i z dość zrozumiałych powodów może być przewrażliwiona i zbyt łatwo wpadać w panikę, ale kiedy trzeba, to rzuca wszystko, żeby pomóc chłopakowi.

Potężny ból dupy był także o Flasha, który tutaj nie jest łobuzem-sportowcem, tylko pozorem. Początkowo miałem wątpliwości, ale już po pierwszym obejrzeniu filmu stwierdziłem, że taka postawa ma w obecnych czasach o wiele więcej wspólnego z dokuczaniem w liceum niż bycie osiłkiem i kradzież drobnych młodszym uczniom albo spuszczanie im głowy w kiblu. Jestem w stanie uwierzyć, że bogaty, chamski typek z wybujałym ego potrafi zajść za skórę nawet bardziej niż przekonany o własnej wyższości kapitan szkolnej drużyny.

Obiekt westchnień Petera – czyli Liz – jest właśnie taka, jaka powinna być. To starsza wcześniej urodzona koleżanka ze szkoły, w której chłopak jest zakochany. Szkolna klasyka. Dodatkowo – jest ratowana tylko raz i to nie w finale, a cały film nie kręci się wokół tego, czy Peter ma z nią być, czy ma być Spider-Manem. Więc miłosny wątek jest na swoim miejscu – jest dość istotny dla Petera, no bo chłopak ma piętnaście lat, a dziewczynie, w której jest zadurzony nie jest obojętny, ale film nie robi z tego megadramy i nie opiera na tym całego swojego ciężaru, jak robiły wszystkie poprzednie produkcje ze Spider-Manem.

Inna dziewczyna – Michelle  – grana przez Zendayę, co do której zarzuty wyglądały tak, że ktoś wyprodukowany przez Disney Channel jest totalnym dnem, pełni w filmie raczej marginalną rolę. Moja dziewczyna zwróciła mi po seansie uwagę, że ból dupy przed premierą nie miał sensu, bo prawie tej postaci nie ma. Jasne, należy do tej samej paczki co Peter, ale raczej trzyma się na uboczu. Więc tutaj została tylko wprowadzona i najprawdopodobniej jej rola zostanie rozwinięta w kontynuacjach. Czy natomiast stanie się tutejszą wersją MJ? Może. Nie wiem. Naprawdę było jej na tyle mało, że ciężko prorokować. Na pewno wypada na plus, wbrew pochopnym opiniom sprzed premiery.

***

To naprawdę jest film o Spider-Manie, na jakie czekaliśmy i na jaki zasługujemy. Sam Spider-Man zasługiwał na taki film. Nie ma tutaj miłosnej dramy, nie ma wałkowania genezy (żadnych retrospekcji!), humor, dowcipasy i sceny akcji są idealnie zrównoważone z emocjonalnymi momentami.
Przede wszystkim jednak bohater przechodzi jakąś drogę – od niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania i udowodnienia wszystkim i sobie własnej wartości do nieco dojrzalszej wersji niecierpliwego nastolatka, który czuje potrzebę rzucenia światu wyzwania. Biorąc pod uwagę to, że MCU jest projektem długoterminowym, nie mogę się doczekać, dokąd Petera zaprowadzi droga, na której pierwszy krok uczynił w tym filmie.

***

*Być może to, że na pierwszy spóźniłem się piętnaście minut i ominęło mnie całe wprowadzenie.
**Uwielbiam projekt tego własnoręcznie stworzonego kostiumu i niezmiernie się cieszę, że pojawił się w filmie.

Jaskier

PS Kto Was bardziej ucieszył – Pepper Potts czy Mac Gargan?

Reklamy

Read Full Post »

Netflix w kooperacji z Marvelem w końcu to zrobili – powstał nudny serial, który jakością spokojnie może powalczyć z najgorszymi sezonami Arrowa. A tak liczyłem na wzrost formy po słabawym Luke’u Cage’u.

Fabuła jest prosta i – jak pisałem na fanpejczu kilka tygodni temu – jebie Arrowem. Uznany za dawno zmarłego dziedzic fortuny i – poprzez 51% udziałów – także korporacji wraca do miasta i rozpoczyna walkę o odzyskanie tego, co mu się należy. Okazuje się jednak, że przez te piętnaście lat w Nowym Jorku wiele rzeczy się zmieniło i powrót do świata żywych nie będzie dla Danny’ego Randa taki prosty, jak mu się początkowo wydawało. I, wiecie, przez kilka pierwszych odcinków mamy potyczki prawne, posiedzenia zarządu, wizyty u prawników, rozmowy z prawnikami, straszenie prawnikami, sceny z życia w korpo, sceny z pracy w korpo, ludzi ubranych w garnitury i tego typu sprawy.
W serialu, który jest o najzajebistszym wojowniku kung-fu na świecie, ponad połowę czasu poświęca się sprawom majątku, firmy i członkostwa w zarządzie. Brak słów, więc rzucę po prostu dwoma hasłami – lol XD.
I tak jest już do samego końca. Jeszcze do szóstego odcinka, w którym ma miejsce coś na kształt tandetnego turnieju rodem z Mortal Combat czy czegoś w tym stylu, można się łudzić. Można mieć nadzieję, że koniec z tym korpo-bełkotem, że zaraz zaczną latać na sznurkach i w jakiś cudaczny, nierealistyczny sposób się okładać.
Ale nie…

***

Fabuła totalnie zawodzi, jak napisałem powyżej – cały czas się przewijają jakieś nudy związane z korporacją, z którą związani są bohaterowie. Może za to o nich samych można coś dobrego powiedzieć?
Nic bardziej mylnego.
Danny Rand, w którego wciela się Finn Jones, jest beznadziejny. Absolutnie nieautentyczny i nieprzekonywujący. Ma być mistycznym wojownikiem, człowiekiem, który przez piętnaście lat trenował sztuki walki i panowanie nad emocjami, niezniszczalną Żywą Bronią, ma być z niego król kug-fu jak lew jest król dżungli.
A jest jak rozpieszczony bachor. Dosłownie. Nie ma za grosz luzu, tylko chodzi wściekły i bez zastanowienia wszystkich chce tłuc. W dodatku cała jego motywacja związana jest z tym, że gdy kogoś zabija, to traci równowagę swojego chi, więc nie może używać wtedy mocy Iron Fista. Z tego powodu liczbę użycia przez niego tej zdolności można policzyć na palcach. To śmieszne, że akurat postać, która ma tytuł, oryginalny komiksowy pseudonim od samego początku serialu, kompletnie na niego nie zasługuje. W przeciwieństwie do pozostałych postaci z nadchodzących Defenders Danny nie przechodzi żadnej drogi, niczego się nie uczy, pod żadnym pozorem NIE widzimy w nim tytułowego bohatera.
Pizda, nie Iron Fist, jak powiedziałby mój były współlokator.

Postaci drugoplanowych jest kilka.
Jessica Henwick gra Colleen Wing*. Początkowo wydaje się spoko bohaterką, jest budowana między nią i Danny’m koleżeńska relacja, ma jakieś problemy z agresją, więc chodzi je rozładowywać na nielegalne walki, gdzie – O-CZY-WIŚ-CIE – rozkłada dwa razy większych od siebie facetów, co jest akurat fajne, ale, bo rzecz jasna musi być jakieś ale, zostaje to wyrzucone do kosza. Walki w klatce są raptem dwie, po jakimś czasie nawiązuje się między nią i Danny’m kiczowaty, wymuszony romans, okazuje się na koniec, że ona jest z Ręki, więc Danny jej nienawidzi, ale ją kocha, więc nie może jej nienawidzić…

Jest jeszcze Ward Meachum, taki człowiek w korpo, który kumplował się z Danny’m, gdy byli dzieciakami. On jest jedyną postacią, która naprawdę się rozwija, czegoś się uczy. Tylko jest jeden problem – to miał być serial o pieprzonych mnichach-wojownikach z mistycznego miasta z innego wymiaru, a nie historia zmagającego się z uzależnieniem i apodyktycznym ojcem korpo-wapniaka.

No bo jest ojciec, grany przez Davida Wenhama. Niby nie żyje, ale tak naprawdę po śmierci w wyniku raka wrócił do życia dzięki zawarciu umowy z Ręką i siedzi cały czas (w sensie kilkanaście lat) ukryty w luksusowym apartamencie, sterując firmą jako szara eminencja. W zamian za powrót do życia pozwolił Ręce na zinfiltrowanie swojej firmy, jednakże jako niecny biznesmen naturalnie knuje przeciwko nim.

Ręką steruje Madame Gao. Z jakiegoś dziwnego powodu… Postać ta pojawiła się wcześniej w obu sezonach Daredevila, gdzie była przedstawicielką chińskiej mafii. Tutaj kieruje Ręką, a przynajmniej tym członem Ręki, który odpowiedzialny jest za robienie kasy na narkotykach. Bo tak – mistyczni zombie-ninja z Japonii w tym serialu są dresami koszącymi kasę na dragach. A druga część Ręki – bo są tutaj dwa takie jakby odłamy – zajmuje się zbieraniem młodych ludzi, uczeniem ich, wpajaniem własnych zasad i wysyłaniem w świat, gdzie mają czekać jako uśpienia agenci. Tak sądzę.

I jeszcze wspomnę o Claire Temple. Kurwa. Kiedy wcześniej pojawiała się, spajając te seriale, to było na swój sposób urocze. Memy I’m here to talk to you about The Defenders Initiative mnie śmieszą. Ale kiedy pojawia się tutaj i mówi, że wciąż wpada na ludzi o niezwykłych zdolnościach, że ma doświadczenie z tym całym pokręconym gównem, ale NIE zadzwoni do Matta Murdocka, żeby przyszedł skopać dupę Ręce, tylko sama wpycha się na wszystkie misje i robi za głos „rozsądku”, przypominając bez przerwy, że nie można nikogo zabijać, to mi się rzygać chce.

***

Jeśli mowa o Daredevilu, to tam były lepsze walki. Niby Matt był szkolony przez mistrza wschodnich sztuk walki, ale w dużej mierze polegał na swojej sile i agresji, przez co choreografia nabierała ulicznego, brudnego posmaku. Tutaj, gdzie karykaturalne wręcz ciosy rodem z Domu latających sztyletów sprawdziłyby się fenomenalnie, gdzie można by zaszaleć z akrobacjami, turbokopniakami mamy co? Poszatkowane i posklejane w montażowni scenki, w których twórcy starają się przekonać widza, że Finn Jones umie w kung-fu.

Wraz z brakiem widowiskowych starć na dłonie i nogi, których wszyscy się spodziewali, przychodzi odarcie z mistycyzmu. Nie ma żadnych scen z Kunlun, gdzie Danny przebywał przez piętnaście lat. Wychodzi na to, że całe to jego szkolenie polegało w głównej mierze na wkładaniu mu do głowy, że Ręka jest zła, ponieważ nie widać po nim, by nauczony został czegoś innego. Jasne, niby umie walczyć, ale nie idzie za tym roztropność, samokontrola i panowanie nad emocjami, które związane są z kung-fu. Równie dobrze Danny mógłby przez piętnaście lat mieszkać na ulicy w Rio de Janeiro i tam nauczyć się bić.

***

Żal. Nie traćcie na to nawet czasu.

To uczucie, gdy w serialu o wojowniku kung-fu najbardziej prominenty i rozwinięty jest wątek uzależnionego od leków przeciwbólowych kierownika korporacji.

***

Trzy filmy o kung-fu, które lepiej obejrzeć zamiast Iron Fista:

  • Kung Fu Panda
  • Karate Kid
  • Ip Man

*Yellow-washing?

Jaskier

Read Full Post »

Logan wyskoczył w tym roku niczym Filip z konopi. Film, na który nawet studio długo kładło laskę, zwlekając ze startem kampanii marketingowej, a nawet ujawnieniem tytułu (sic!), film, po którym nikt nie spodziewał się sukcesu, zgarnął fenomenalne noty od recenzentów i został pozytywnie przyjęty przez widzów*.
Cóż, doczekaliśmy się i Hugh Jackman się przede wszystkim doczekał – Logan to wreszcie porządny film o pazurzastym mutancie.

***

Wbrew temu, co sugerowały zwiastuny i pierwsze przecieki, akcja filmu wcale nie rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie – o ile nie jesteś mutantem, ponieważ ci zostali niemalże do nogi wytępieni. Ludzkość została „wyleczona” z mutacji. Potęga umysłu człowieka oraz postęp technologiczny w zakresie genetyki dokonały tego, czego wielkie fioletowo-różowe roboty dokonać nie mogły – nie rodzą się nowi mutanci, a ci, którzy jeszcze pozostali przy życiu, ukrywają się, wiodąc życie wyrzutków i starając się jakoś wiązać koniec z końcem.
Główny bohater – Wolverine – zarabia jako kierowca, wynajmując się do wożenia VIP-ów. Kasę odkłada na to, by umożliwić sobie i staremu przyjacielowi – Charlesowi Xavierowi – ucieczkę z nieprzyjaznego mutantom środowiska. Jako że starzec cierpi demencję i zdarza się mu stracić kontrolę nad sobą, to w zasadzie jest tykającą bombą – tym bardziej muszą się ukrywać i kiedyś wreszcie uciec.

Potem jest jak w westernie – są ci Dobrzy, poszkodowani przez los, potrzebujący pomocy, obrony, uciekający przed tymi Złymi. Logan, będąc już zgorzkniałym i nieco zardzewiałym bohaterem, początkowo odmawia udzielenia pomocy, pamiętając, jak skończyli wszyscy, na których mu niegdyś zależało. Jest tani alkohol w dużych ilościach, pieniądze zainwestowane w nielegalne badania i eksperymenty, okrutna korporacja, cwaniaczek jako antagonista i zbiegi okoliczności sprawiające, że jednak Wolverine wysuwa raz jeszcze swoje szpony, stając się tym ostatnim sprawiedliwym, który po wszystkim odmówi przyjęcia zaoferowanej mu garści koperty dolarów.
I takie ustawienie historii, odejście od typowego superhero z wielkim robotem czy czymś takim w finałowej walce, działa na korzyść filmu.

Pojawienie się w życiu ukrywających się mutantów dziewczynki, wywraca je do góry nogami. Jako że Profesor X nalega, Logan postanawia jeszcze raz pozgrywać bohatera, chociaż można odnieść wrażenie, że decyzję tę podejmuje przede wszystkim dlatego, by mieć spokój.
Rozpoczyna się podróż i to nie tylko taka dosłowna, przez kolejne miejscowości, ciągnącymi się kilometrami autostradami. Równocześnie trwa wędrówka głównego bohatera, który na nowo uczy się, jak to jest stawać po stronie słabszych, pomagać innym, dbać o kogoś, pełnić rolę mentora a nawet… ojca.
Tak właśnie – Laura, X-23, dziewczynka, która trafia pod opiekę Wolverine’a – niezwykle go przypomina. Nie tylko pod względem mutacji. Jej dzikość, brak okrzesania i trudności z komunikowaniem się przywodzą na myśl Logana właśnie. On też długo traktowany był jak zwierzę, w efekcie czego został wyprany z ludzkich uczuć, stał się podążającą za instynktami morderczą bestią, żywą bronią. Przeraża go świadomość obcowania z młodszą wersją samego siebie. Relacja tych dwóch postaci, to, jak ze sobą grają i mniej lub bardziej współpracują, w gruncie rzeczy robi ten film.

Do Hugh Jakcmana zdążyliśmy się już dawno przyzwyczaić – od premiery X-Men minęło już prawie siedemnaście lat, w tym czasie zagrał Wolverine’a osiem razy. Logan to godne pożegnanie z rolą, która niegdyś otworzyła mu drzwi do kariery. Tym bardziej szkoda, że poprzednie dwa filmy były tak gówniane. :/
Dafne Keen, wcielająca się w postać Laury, wypada niesamowicie. Niemalże nie ma linii dialogowych, więc przez większość filmu gra za pomocą mimiki i gestów, co jest trudne, nawet dla dorosłych aktorów, a ona tutaj, niemalże debiutantka** podołała temu wyzwaniu. Oddaje dzikość swojej postaci, zachowuje się trochę jak zwierzę – drapie, ale może też zaskomleć ze smutku lub bólu.

Oglądając film, można się przekonać, że kategoria R nie była na wyrost, nie podjęto decyzji o niej na podstawie sukcesu Deadpoola. Nadanie tej kategorii wiekowej pozwoliło (hehe) pokazać pazur (hehe). Jest krew, są fucki, więcej krwi, wbijanie szponów w czaszki, ucinanie kończyn, dekapitacje – wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. Strasznie tego brakowało w poprzednich produkcjach z tym bohaterem. Tutaj w końcu może poszlachtować całe dziesiątki najemników. Ku uciesze spragnionych tego widoku fanów, rzecz jasna.

W tej beczce miodu jest jednak i łyżka dziegciu, niektóre rzeczy wybijają z rytmu. Przykładem niech będzie sytuacja, gdy Wolverine dowiaduje się o przeszłości Laury, oglądając film nakręcony potajemnie w placówce, w której przeprowadzano eksperymenty. Filmik ten pod względem technicznym przypomina raczej reportaż we wiadomościach niż sytuacje nagrywane telefonem jako dowód w sprawie.
Kwestia losu mutantów jest również nieco niejasna, mam wrażenie, że można było powiedzieć o tym troszkę więcej. Nieco dziwne jest również to, że istnieją w tym świecie komiksy o X-Men. Było to widać już na zwiastunie.
Nie bardzo też wiadomo, dlaczego Laura będzie bezpieczna na północy, dokąd przez cały film podróżują. No bo dowiadujemy się, że cała sprawa „Raju” dla mutantów to mrzonka, a mimo to okazuje się, że jest tam ktoś, kto udzieli azylu.
Trochę to jest takie zawieszone w próżni, aczkolwiek w trakcie samego seansu nie myśli się o tym zbytnio. Jak już wspomniałem – relacja Laury i Logana gra, więc skoro najważniejsza część filmu wypada dobrze, to angażuje ona widza na tyle, że nie zastanawia się on nad wymienionymi wyżej szkopułami.

***

Logan to bardzo dobry film o X-Men. Solowe filmy z Wolverine’em były naprawdę nędzne, w ubiegłym roku Apocalypse okazał się być kaszaną, Ostatni bastion również szału nie robił, ale pozostałe, mimo iż każdy z nich miał mniejsze bądź większe bolączki, dawały masę frajdy. Tegoroczna produkcja dokłada cegiełkę do „tych lepszych tytułów”.
Sukces Logana – jego pozytywne przyjęcie, niesamowicie wysokie oceny – pozwala mieć nadzieję na to, że studio zrozumiało pewne rzeczy i zamiast rozbuchanych, przeładowanych postaciami „wielkich hitów” z ziewającą ze znudzenia Jennifer Lawrence, będzie robiło filmy nieco bardziej kameralne, nastawione na opowiedzenie konkretnej historii, odcinające się od sztampowego superhero. Nie chodzi mi o to, żeby takich filmów nie robić wcale – jeśli Brian Singer koniecznie czuje potrzebę nakręcenie Dark Phoenix Saga, to niech kręci. Po prostu niech obok tego powstają inne filmy z mutantami – zapowiedziane X-Force w stylu filmów akcji z lat ’80, New Mutants jako teen drama.
Miejmy nadzieję, że dorównają poziomem Loganowi.

***

*Obecnie 92% na RT przy 266 recenzjach, 94% od widzów.

**Wcześniej grała tylko w jakimś serialu science-fiction o podróżach w czasie.

Jaskier

Read Full Post »

Ten tekst nie zawiera SPOILERÓW, plotek, przecieków, ani niczego w tym stylu. Stanowi jedynie spis luźnych przemyśleń na temat tego, co JA bym chciał zobaczyć w ramach Marvel Cinematic Universe. Na dzień dzisiejszy ujawnione plany sięgają do starcia z Thanosem, które ma nastąpić w 2019 roku, no ale coś później musi być, wszak nie zarżną kury znoszącej złote jaja.

W moich marzeniach zakładam, że Sony nie zwariuje i uniwersum Pająka w całości będzie dostępne dla planów Marvela, Fox z kolei wciąż będzie uparcie robić sequele oraz remake’i FF, przez co Doctor Doom, Galactus i cała reszta świetnych i istotnych postaci związanych z tą drużynę, będzie poza zasięgiem.

Czas… start!

***

Iron Man 4: Prawidzwy Mandaryn

Tony Stark potężnie cierpi na brak interesujących przeciwników – w jego solowych filmach zawsze się na koniec okazuje, że jest jakiś… biznesmen. Chciwy i pragnący wypchnąć Stark Industries z rynku, by jego kompania mogła zająć jej miejsce. Mniej więcej, nie wchodźmy w szczegóły. Jeśli chodzi o oponentów, to pamięta się przede wszystkim to, że łysy Jeff Bridges zwariował, Mickey Rourke był wielkim, złym Ruskiem, a Ben Kingsley udawał Mandaryna.
Właśnie – nie był nim, tylko udawał, sporo ludzi miało o to ból dupy, ja natomiast uważam, że ten wybieg był genialny. Wtedy. A teraz chcę prawdziwego Mandaryna. W krótkometrażówce pokazali, że istnieje w tym świecie ktoś, komu aktorskie popisy Trevora (bo tak się bohater pana Kingsleya nazywał) się nie podobają.
To nawet nie musi być ktoś, kto się nazywa Mandaryn, może po prostu stwierdzić – hej, jestem powalonym Chińczykiem-terrorystą, a ten śmieszny gostek robił coś bardzo ciekawego, mogę się im przedstawić tym samym imieniem.
I niech ma jakieś kosmiczne/magiczne pierścienie. To byłoby już  po przedstawieniu Doktora Strange’a, toteż z magią albo „magią” nie powinno być najmniejszego problemu. Chciałbym, by technologia Starka została wystawiona na zupełnie nową próbę, żeby zrobili zestawienie dwóch zupełnie odmiennych źródeł siły – trochę jak w Power Rangers.
I jak cudownie by było, gdyby po pierwszym starciu z nieznanym wrogiem Stark zaszokowany jego zdolnościami udał się do Sanctum Sanctorum zasięgnąć porady, przyniósł Strange’owi pendrive’a z nagraniem, a tam nie ma żadnego komputera, Tony jest skonfundowany, a czarodziej na luzie czyta z jego myśli, widzi w nich walkę z Mandarynem i decyduje się wesprzeć Iron Mana.
Tyle wspaniałych okazji do rzucenia żartem No shit, Sherlock, sam Stark mógłby krzywo na magię patrzeć, ale po wszystkich ciężkich doświadczeniach byłby skłonny do zaakceptowania tego, że są rzeczy, których jego umysł nie potrafi pojąć.
Robert Downey Jr. zapewne bardzo chętnie jeszcze raz przywdziałby zbroję, nakręcił kolejny film o tej postaci, ostatnio się pojawiają na ten temat plotki, w sumie łatwa kasa, przysparza popularności, ale też daje pole do popisu – w Civil War był jeszcze bardziej bezbłędny niż dotychczas.

***

Kapitan Ameryka: Stary Kapitan Ameryka 

Ustalić trzeba jedno – Chris Evans jest niesamowity w roli Kapitana Ameryki. Kiedyś dostawał te role przystojnych śmieszków i czy ktoś przy To nie jest kolejna komedia dla kretynów pomyślałby, że ten facet nada się do zagrania lidera – cholera – Lidera o kręgosłupie moralnym z vibranium?
Wydaje mi się jednak, że ciekawym zabiegiem byłoby odsunięcie go na pewien czas poprzez postarzenie jego postaci. Steve Rogers mógłby być potraktowany jakimś promieniem śmierci czy czymś takim, który zdezaktywowałby serum superżołnierza. Oczywiście, nie na trwałe, ale na dwa filmy, więc kilka lat, kilkudziesięcioletni Kapitan Ameryka, nienadążający już za działającymi w terenie Avengers, słabnący z każdym dniem, musiałby zmierzyć się z zupełnie nieznanym sobie problemem. Przekazałby tarczę Bucky’emu, jak miało to miejsce w komiksach, a sam zająłby się koordynacją zespołu oraz trenowaniem nowego pokolenia herosów. A następnie zaliczył wielki powrót w finale fazy. Mogłoby to też stanowić logiczne wytłumaczenie dla starzenia się aktora, które postępuje przecież w naturalnym tempie.
Wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w tej roli. W roli mentora kolejnego pokolenia superbohaterów. Oczywiście, dostałby jakąś naprawdę kozacką scenę walki, sam jednak po niej stwierdziłby, że jednak czas przejść do pracy „za biurkiem”.
No i jakie nośne hasło można by wrzucić na plakat filmu – Kapitan Rogers ponownie chwyta za tarczę. A zwiastun? Co by było, gdyby po dwóch latach nieobecności Chris Evans podniósłby tarczę i w końcu krzyknął Avengers Assemble!?

***

Sinister Six (tym razem na poważnie): Spider-Man

Nie jest to materiał na pierwszy czy drugi film, ale trzecia produkcja z Pająkiem? Albo może raczej pierwszy film o grupie ciamajdowatych przestępców, którzy już raz dostali od Spidey’a, wypuszczony po dwóch solowych filmach o przygodach Petera Parkera. Przedstawienie historii z ich perspektywy – łotrów knujących w jakimś brudnym mieszkaniu na Manhattanie (a nie zamkniętym, opuszczonym magazynie, których z jakiegoś powodu w Central City i Star City jest więcej niż budynków mieszkalnych).
Siedzi jeden z nich i narzeka, jak to ten głupio ubrany pajac (to mógłby powiedzieć Electro) zawsze jest mu w stanie skopać dupę i jakie to jest niesprawiedliwe etc. Nagle, widząc Avengers w gazecie lub telewizorni, wpada na błyskotliwy pomysł zebrania sobie podobnych przegrywów i zawiązania koalicji przeciwko Pająkowi. Wiadomo – i Herkules dupa, kiedy wroga kupa.
Skoro wrogiem w filmie w 2017 roku ma być Vulture, to już byłby jeden idealny kandydat do Szóstki, wystarczyłoby zasygnalizować w drugim filmie, że Spider-Man regularnie walczy z jakimiś kolorowymi klaunami poprzez wrzucenie Kravena albo Shockera lub Mysterio do krótkiej walki na początku – pisałem już o codziennych czynnościach superbohaterów w tekście na temat Civil War – i mielibyśmy gotowe pół składu.
Komedia z niezdarnymi łotrami, którzy nie tworzą prawdziwej drużyny, bez przerwy się o coś obwiniają i ostatecznie całą szóstkę pokonuje licealista, powinna wpasować się w ton, jaki najprawdopodobniej przyjmą filmy o Spider-Manie.

***

Avengers ’80/ Retroavengers

Pisałem już o tym gdzieś na blogu, więc nieco się powtórzę – bardzo chciałbym zobaczyć film o proto-Avengers, działających w latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było nieco kiczowate. Wiemy, że wówczas czynnie działał Hank Pym i jego żona, wystarczyłoby im dodać ze dwie postaci w kostiumach i już można by wysłać drużynę na tajną misję przeciwko Związkowi Radzieckiemu, na której staraliby się powstrzymać próby stworzenia superludzi przez Sowietów. No bo przecież musiały takowe być i to zapewne bardzo liczne.
Brakuje mi czegoś takiego do wypełnienia luki czasowej pod koniec poprzedniego stulecia. Mogłoby to również jeszcze podkreślić, skąd wzięły się niesnaski między doktorem Pymem a zarządem S.H.I.E.L.D.
Super by było, gdyby to był Bond, tylko w stylu tych klasycznych, nie tych nowych  z Craigiem. Z szalonym radzieckim naukowcem, przystojną szaloną panią radzieckim naukowcem, bazą w łodzi podwodnej, a ci opracowywani superludzie koniecznie mieliby zdolność latania i posługiwania się ogniem, i robienia wybuchów atomowych. Bo Zimna Wojna.

***

Namor (Kim do diabła jest Namor?)

Nim zaczniecie się pultać, że to jakaś tania, nędzna i w ogóle rozebrana podróbka Aquamana, to zajrzyjcie na Wikipedię, by sprawdzić daty – Namor zadebiutował dwa lata przed pojawieniem się swojego odpowiednika z DC. Zdziwko, nie? Ciężko jednak mówić o wzajemnym kopiowaniu od siebie, bo koncept podwodnej krainy nie został wymyślony przez ówczesnego Marvela. Oba wydawnictwa postanowiły zaadaptować Atlantydę do własnych potrzeb. I tyle.
Nie jest do końca jasne, kto obecnie ma prawa do tej postaci, najprawdopodobniej ma je już z powrotem Marvel, choć mówiło się, że w jakiś sposób należą do wytwórni Universal, może chodzi o same prawa do dystrybucji, ciężko powiedzieć, skoro nie znamy szczegółów umowy. To nie jest tak, że po latach wyciąga je z szafy czyjaś żona, przynosi i zostają pokazane prasie.
Namor pierwotnie walczył z ludźmi i ten konflikt między Atlantydą i naszym, suchym światem jest dość istotny w przypadku tej postaci. Potem się – oczywiście – ogarnął i wraz z Kapitanem Ameryką oraz pierwszą Ludzką Pochodnią kopał tyłki Niemcom oraz Japończykom.
Gdyby go dzisiaj adaptowali, to z dość oczywistych przyczyn nie byłby sojusznikiem Kapitana Ameryki z czasów wojny. Pewnie nie miałby też skrzydlatych stóp i nosiłby coś więcej niż tylko zielone majtki.
Skoro już tak wszystko wyłazi – kosmici, mistycy Dalekiego Wschodu, superkrólowie z Afryki, to wynurzenie się Namora byłoby jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że jeśli się dobrze przyjrzeć Iron Manowi 2 i mapie, jaka stoi za plecami Starka w tej scenie, kiedy Nick Fury mówi mu, że nie nadaje się do Avengers, to jak byk jest tam zaznaczony środek Atlantyku. Niby nic, ale na tej samej mapie jest również kółeczko w centrum Afryki, no a przecież tydzień temu osoba, którą to kółeczko oznaczało, zadebiutowała w ramach MCU. Toteż jest duża nadzieja na pojawienie się również Namora.

***

To by było na tyle, skupiłem się wyłącznie na filmach, seriale to – niestety – zupełnie osobny świat, któremu wypadałoby poświęcić odzielny pełen uwag oraz narzekania wpis. Co naprawdę chciałbym zrobić i być może nawet uda mi się napisać to w tym tygodniu. A może dla równowagi należałoby zacząć od wytknięcia DC i Warnerowi, że niby ich seriale są osobne osobne od filmów, ale w procesie twórczym są ściśle połączone? Zobaczy się.

Póki co, dziękuję za przeczytanie niniejszego wpisu i liczę na to, że znajdzie się wśród Was ktoś, kto podzieli się jakimiś uwagami lub może własnymi oczekiwaniami.

Miłej niedzieli i smacznego obiadu. Albo do garów.

Jaskier

Read Full Post »

Nie zrozumcie mnie źle – Deadpool to naprawdę fajny film, w którym kupa rzeczy wyszła perfekcyjnie, ale… no właśnie, jest jedno wielkie, gigantyczne niczym ego Wade’a Wilsona ALE.

Jakość kampanii marketingowej tej produkcji przeszła najśmielsze oczekiwania, obfitując w niesamowicie wysokie jak na ten okres roku wyniki, pobicie kilku box office’owych rekordów (jeśli mnie pamięć nie myli, to dla filmu z kategorią R oraz premiery lutego) i takie ogólne podjaranie całego Internetu. Wszystko to dzięki Ryanowi Reynoldsowi, który naprawdę poświęcił się swojej wymarzonej roli. Przez kilka miesięcy regularnie pojawiały się informacje o tym, że aktor gdzieś tam zrobił coś w kostiumie Deadpoola. Zadziałać to mogło jedynie dzięki temu, że naprawdę mu zależało na tym filmie i jego sukcesie, a możliwość wcielenia się w tę konkretną postać była dla niego czymś więcej niż wykonaniem kolejnego zlecenia.

No i dochodzimy do tego ALE – oglądając Deadpoola w kinie, mimo iż świetnie się bawiłem i nieraz szczerze zaśmiałem, to nieustannie miałem wrażenie, że to jedynie kolejny szczebel w drabinie tej jakże miodnej kampanii marketingowej. Jak gdybym oglądał półtoragodzinny zwiastun. Wszystko chyba przez to, że trailery pokazały naprawdę dużo fabuły, pomijając jeden tylko fragment dotyczący celu krucjaty Wade’a. Historia prezentuje się bowiem w następujący sposób:

  1. Wade jest kozakiem.
  2. Wade poznaje dziewczynę, zakochują się w sobie.
  3. Wade dowiaduje się, że ma raka.
  4. Wade przyjmuje ofertę leczenia od podejrzanego typa.
  5. Wade zostaje poddany serii eksperymentów, zyskuje healing factor.
  6. Wade rusza do walki z ludźmi, którzy chcieli go wykorzystać.
  7. Wade się mocno wnerwia, gdy jego dziewczyna zostaje porwana.
  8. Wade pokonuje swojego przeciwnika.

Pod względem fabuły nie ma tutaj naprawdę nic więcej, a w dodatku wszystkiego poza tym, że Wilson wierzy, iż może znów wyglądać normalnie i dlatego ściga swoich oprawców, dowiedzieliśmy się z materiałów promocyjnych. Problemem jest to, że mimo wszystko Deadpool to nie Batman i trzeba było pokazać widowni jego genezę. Struktura filmu, który zaczyna się, gdy Wilson już od dawna wesoło bryka w czerwonym stroju i jedynie wraca w retrospekcjach do czasów sprzed przemiany oraz choroby, wskazuje na to, że scenarzyści woleliby od razu przejść do mięsa, ale że muszą wyjaśnić kilka spraw, to przynajmniej się postarają jakoś ciekawie to zaprezentować. Z drugiej strony, choć to trochę paradoksalnie zabrzmi, kolejnym argumentem, który by potwierdzał tezę o tym, że skoro już trzeba pokazać genezę postaci, to należy coś z nią zrobić, jest schematyczność przedstawionej historii. Jeśli przeanalizujecie powyższą listę, to zauważycie, że tak naprawdę to prozaiczna historia o zemście, jaką widzieliśmy już masę razy. Pokuszę się o hipotezę, że nie jest to przypadek, a próba sparodiowania wszelkiej maści origin story.

Wszystko inne, co obowiązkowo narasta wokół fabuły, jest od niej o kilka klas lepsze, ciekawsze i zabawniejsze, co bardzo dobrze wróży na przyszłość, skoro kontynuacja jest pewna, a twórcom nie będzie już ciążyła konieczność przedstawienia bohatera. Humor w filmie jest naprawdę różnorodny i mimo że sumarycznie najwięcej było dowcipów o seksie (niektóre naprawdę udane, inne nieco mniej), to jest też cała masa nawiązań do komiksów i ogólnie popkultury. Jest obowiązkowe cameo Stana Lee, ukłon w stronę obu twórców postaci, scenariusz inteligentnie wyśmiewa katorgę, jaką był proces wybłagania od studia pozwolenia na produkcję, a także punktuje wszystkie przywary filmowej serii X-Men Bryana Singera, która to została skompresowana do dwóch postaci, gdyż na więcej nie było pieniędzy.
Także więc ten aspekt stoi na naprawdę wysokim poziomie i o humor w kontynuacji jestem spokojny. Jeśli zgodnie z moimi przypuszczeniami odhaczenie genezy pozwoli scenarzystom rozwinąć skrzydła, to Deadpool 2 będzie filmem naprawdę zajebistym.

Wspomnieć chcę jeszcze o sposobie przedstawienia głównego bohatera. Wbrew powszechnej opinii, Deadpool wcale nie jest typem dowcipnisia, który rzuca na lewo i prawo żartami o seksie. To znaczy jest, ale po pierwsze primo – jak już wyżej wspomniałem – większość z nich jest naprawdę śmieszna i nie wszystkie dotyczą tej samej tematyki, a po drugie primo – wiedząc, czego Wade doświadczył, zdajemy sobie sprawę z tego, że jego poczucie humoru jest jedynym, co pozwala mu nie oszaleć.
Ryan Reynolds naprawdę się sprawdza, ale to chyba nie dziwi nikogo, gdyż to porządny aktor. Nawet w chałturach pokroju Origins: Wolverine lub Green Lantern potrafił utrzymać swój poziom, a jeśli chcecie dla odmiany dobrego filmu z tym aktorem, to polecam Kelnerów. O TU polecam. I gwoli ścisłości – oba wymienione superbohaterskie filmy w taki lub inny sposób zostają poniżone w omawianej produkcji.

Na koniec jeszcze słówko lub dwa o efektach specjalnych i scenach walki. Pierwsze są naprawdę spoko i nie czuć od nich niskiego budżetu (no bo co to jest 40mln$, nie?), te drugie są natomiast dynamiczne, kreatywne, przez co satysfakcjonujące.

***

Jeśli macie ochotę na więcej tego, co było w kampanii marketingowej, to film Wam to zaoferuje. Niestety, z pewnych przyczyn na naprawdę genialny film o Deadpoolu jeszcze trochę poczekamy, ale wierzę, że niebawem powstanie.

Aha, nie wychodźcie z kina przed końcem napisów końcowych.

Jaskier

Read Full Post »

W przerwie od Agentów S.H.I.E.L.D.* stacja ABC rozpoczęła emisję innego serialu z „cywilnymi” przedstawicielami uniwersum Marvela. Agent Carter ma w założeniach być historią Peggy Carter oraz przybliżać widzom powstanie Tajnej Agencji Rozwoju Cybernetycznych Zastosowań Antyterrorystycznych (w skrócie: T.A.R.C.Z.A.).

Panna Carter została po wojnie odsunięta do pracy za biurkiem, co – naturalnie – bardzo jej nie odpowiada. Jednak w świecie zdominowanym przez szowinistycznych mężczyzn po prostu nie ma dla niej miejsca na polu akcji.
Ten aspekt produkcji może być przerysowany (np. w radio leci cotygodniowa audycja o przygodach Kapitana Ameryki, w każdym epizodzie Penny Carter – sanitariuszka – zostaje uprowadzona przez Hitlera), lecz gdy przypomnimy sobie komiksy z lat ’40 lub kreskówki z tamtego okresu, to zdajemy sobie sprawę, że nie odbiega to od ówczesnych realiów. No i nie trudno wyobrazić sobie, iż sytuacja kobiet te kilkadziesiąt lat temu nie była taka kolorowa jak dzisiaj, zakres ról, jakie mogły pełnić w społeczeństwie, był bardzo ograniczony.
Peggy będzie więc walczyć o równouprawnienie. W pierwszych dwóch odcinkach już zdążyła udowodnić, że nie jest mniej kompetentna od kolegów po fachu.

Kolejny aspekt to naukowa fikcyjność serialu. Obecność Howarda Starka (na razie bardziej wyczuwalna, niż widoczna, gdyż występ Dominica Coopera można określić jako epizodyczny) gwarantuje pojawienie się wynalazków w klimatach retro. Prawdę powiedziawszy, póki co był tylko nowy typ materiału wybuchowego (bomba! łał!), ale mam nadzieję, że na tym Stark Senior nie poprzestanie i kolejne jego projekty będą bardziej odkrywcze.
Naturalnie, obok wyprzedzających nawet dzisiejsze czasy wynalazków, w serialu gości również absolutna klasyka kina szpiegowskiego – zegarki i długopisy z tajnymi funkcjami, ukryte wytrychy – nie powinno tego zabraknąć. Moim absolutnym faworytem jest maszyna do pisania wykorzystująca fale radiowe do przesyłania wiadomości na odległość. Poezja!

Trzecim filarem serii będzie formowanie się S.H.I.E.L.D. Już w pierwszym odcinku dostaliśmy drobną wzmiankę na ten temat. Jak wiemy z drugiej części Kapitana Ameryki, proces ten nie mógł przebiegać spokojnie. Atmosfera zdrady, podejrzeń oraz wewnętrznego konfliktu powinna być widoczna i liczę na to, że twórcy serialu odpowiednio do tego tematu podejdą.
Zastanawia jedynie, jak zostanie to powiązane z one-shotem o tym samym tytule? O ile dobrze pamiętam, Peggy pracuje w nim już w S.H.I.E.L.D., lecz wciąż ma nad sobą szowinistycznego przełożonego, dopiero na końcu zostaje wezwana przez Starka, który składa jej propozycję współkierowania organizacją. Najprościej byłoby uznać Marvel One-Shot: Agent Carter za niekanoniczny, lecz czy nie mijałoby to się z sensem tworzenia takich dodatków?

Tylko rodzi się takie pytanie – po co w filmie Winter Soldier scena z Peggy Carter jako schorowaną staruszką? Może zabrzmi to brutalnie, ale wolałbym, żeby Steve odwiedził ją na cmentarzu, a nie w hospicjum.

***

Cóż, wrócimy do tego tematu po emisji ostatniego odcinka. Ja jestem na razie nastawiony pozytywnie.

A co Wy sądzicie o nowym serialu Marvela?

Jaskier

*Porozmawiamy o nich innym razem.

Read Full Post »

Marvel wreszcie się ulitował i po kilkudniowym szczuciu i trollowaniu opublikował pełnowymiarowy, prawie dwuminutowy zwiastun drugiego z filmów zaplanowanych na bieżący rok.
Ponieważ do tej pory w żaden sposób nie skomentowałem tutaj tej produkcji, premiera trailera jest dobrą okazją, aby to uczynić.

Co się rzuca w oczy – czy ktokolwiek z Was daje się jeszcze nabrać na te ponurackie, podniosłe hasła ze zwiastunów? Gadanie o byciu bohaterem, przeznaczeniu etc. Stawiam dolary przeciwko żołędziom, że klimat samego filmu będzie drastycznie inny. I bardzo dobrze, wszak to historia złodzieja, który potrafi się zmniejszać oraz gadać z mrówkami.
Żart na bok – nie jestem jednym z nienawidzaczy tego bohatera, od jakich roi się pod artykułami na temat tej produkcji. Prawdę powiedziawszy, Ant-Man był moim ulubionym członkiem ekipy Mścicieli z kreskówki Earth’s Mightiest Heroes, o której tekst znajdziecie po TYM linkiem. Zrównoważony, skupiony na swojej pracy, pragnący wykorzystać swoją wiedzę i intelekt do pomagania innym – prawdziwy bohater. Być może tutaj Hank Pym także taki będzie.
Miałoby to sporo sensu, zważywszy na to, jak łatwo byłoby wtedy skonfrontować go z jego następcą – Scottem Langiem – kryminalistą, który zostaje zwerbowany przez wiekowego już Pyma do jakiejś niezwykle tajnej misji.

Wiek Pyma może okazać się wielką zaletą tej produkcji. Do tej pory większość postaci była dosyć „świeża”. Niby Czarna Wdowa twierdzi, że pracowała w KGB, aczkolwiek kto ją tam wie. Bohater, który moce zyskał kilkadziesiąt lat wcześniej będzie stanowił dowód na ciągłość tego uniwersum. W dodatku zapewne jego wątek zostanie poruszony w Agent Carter. No i nie oszukujmy się – łatwiej będzie wytłumaczyć ten kiczowaty pseudonim, umieszczając jego genezę w latach ’60.

O Michaela Douglasa nie ma co się martwić, można tylko się cieszyć, że kolejny aktor tej wagi zasila MCU. Natomiast Paul Rudd to dla mnie trochę zagadka. Rozwiejcie moje wątpliwości – czy do tej pory grał głównie w niezbyt głośnych komediach romantycznych? Tak przynajmniej wygląda jego zakładka „znany z” na Filmwebie.
Z drugiej strony – ciężko mi wskazać jakąś totalnie nietrafioną castingową decyzję Marvela. Trzeba więc czekać na premierę i wtedy przekonamy się, czym aktor ten zasłużył sobie zasłużył na tę rolę.

***

Generalnie – nie sikam po nogach z ekscytacji po obejrzeniu tego zwiastuna, jednak jestem spokojny o ten film. W gruncie rzeczy najsłabszy ostatnio był Iron Man 3, a i tak można się na nim przednio bawić.

Aha – nie płakałem po Edgarze.

Jaskier

PS LATANIE NA MRÓWKACH!

Read Full Post »

Older Posts »