Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2014

W moje łapki wpadł trzeci zeszyt Jana Hardego.
Jak się go czyta i ogląda?
Zapraszam do tekstu.

To najobszerniejszy z wydanych dotychczas numerów tej serii (trzydzieści sześć stron komiksu). Niestety, wraz ze wzrostem ilości kartek, wzrosła również cena (o całe siedem złotych!). Z drugiej strony reklam jest mniej, zostały tyko koszulki marki Red is Bad (przy okazji – moja, z pięścią miażdżącą czerwoną gwiazdę, wciąż trzyma się świetnie), toteż ciężko na to narzekać – wydanie komiksu też przecież kosztuje.

Wewnątrz znajdziemy kilka splecionych historii. Przede wszystkim, jak możemy wywnioskować po okładce, zeszyt ten przybliża nam genezę Wojtka, czyli mówiącego niedźwiedzia – owoc pracy jednego z naukowców oddziału R.O.T.A. Jest to także odwołanie do prawdziwego zwierzaka, który swego czasu był związany z polskim wojskiem. Nie do końca rozumiem, w jaki sposób ma działać ta technologia, jest to chyba coś w rodzaju kontrolowania zwierząt*. W każdym razie, losy Wojtka – od jego narodzenia, aż do teraźniejszości w linii czasowej serii – stanowią najbardziej mięsisty fragment tego zeszytu. Aż chciałoby się tego więcej. No bo wiecie – piszą tu, że towarzyszył Armii Andersa podczas walk z Niemcami na całym świecie. Inteligentny superniedźwiedź w polskiej armii tłukący Niemców – kto nie chciałby o tym poczytać?

Wątek ten przeplatany jest klimatycznym wyjaśnieniem, skąd w ogóle wziął się komunizm oraz wizytą Jana Hardego w domu w ’44 roku. Autor wyjawia także, kim była tajemnicza postać odnaleziona w kanałach Warszawy w drugim zeszycie. Następnie kontynuowany jest wątek rozpoczęty w pierwszym numerze, kiedy to oddział przechwycił niezidentyfikowany obiekt z radzieckiego transportu.

Na deser otrzymujemy misję Iskry w Związku Radzieckim. Poprzedni numer dyskretnie ominął ten fragment życiorysu tego bohatera, liczyłem na to, że tutaj szczegóły tego wydarzenia zostaną podane i tak się też stało. I jest to mocno psychodeliczny fragment, ugruntowujący moje przekonanie, że nie warto wybierać się do Rosji.

Zakończenie to z kolei wdarcie się komunistycznych sił do kwatery oddziału R.O.T.A. Naturalnie, nie kończy się ono w tym numerze, toteż nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na następny, by dowiedzieć się, jaki był finał starcia.

Ilustracje narysowane są w stylu znanym z poprzednich zeszytów – momentami zbyt proste i karykaturalne, ale trafiają się prawdziwe perełki.

Niestety, takie nawarstwienie wątków (pamiętajmy, że niektóre z nich ciągnięte są od pierwszego zeszytu) znacznie gmatwa historię i momentami trzeba poświęcić chwilę, by umieścić dane kadry na osi czasu.

Nie pozostaje nic innego, jak czekać na (jak przypuszczam) smutny finał tej historii.
Ja czekam Wy?

Jaskier

* W pewnym momencie wskutek usterki możliwe jest tylko przyjmowanie postaci niedźwiedzia. Trochę przekombinowane.

Reklamy

Read Full Post »

Film ten złapałem kiedyś przypadkiem w telewizorni (chyba na TVP 2) podczas skakania po kanałach, ponieważ tam, gdzie coś oglądałem, była akurat przerwa. Nie pamiętam już, co paczyłem, ale to nie ma żadnego znaczenia. Pamiętałem natomiast scenę, w której jedna z kelnerek ubliża Reynoldsowi, przy innych pracownikach opowiadając o rozmiarze jego penisa. Mężczyzna naturalnie nie pozostaje jej dłużnym i rewanżuje się wyjawieniem szczegółów dotyczących ich parzenia się.
Tak, to film tego typu, toteż jeżeli Was nie bawią takie komedie, to niestety nie macie w Kelnerach czego szukać. Gros żartów oraz gagów dotyczy spółkowania lub golizny, aczkolwiek jest to podane w taki sposób, że nie obrzydza. Szczerze i często się śmiejąc, dotrwałem bowiem do końca seansu.

Kelnerzy, wbrew tytułowi, wcale nie jest filmem o kelnerach. Owszem, w barze podających posiłki jest zatrudnionych najwięcej, ale przez półtora godziny oglądamy perypetie całej ekipy, od kucharzy, przez pomywaczy, na tytułowych obsługujących kończąc. Dzięki sprytnemu posunięciu i umieszczeniu w fabule chłopaka rozpoczynającego pracę w jadłodajni, każda jedna linijka dialogu będąca bezczelną ekspozycją ma sens i walenie wyjaśnieniami uchodzi twórcom na sucho, gdyż wsiąkamy w tryb życia pracowników restauracji razem z nim.

No właśnie – pracownicy. Są kimś w rodzaju zdrowo pieprzniętej rodziny. Jest tu typowy dupek (Reynolds), chłopak, który chce od życia czegoś więcej, nieśmiały łamaga nieudolnie starający się poderwać dziewczynę, seksoholik, bawiący się w psychoterapeutę kucharz, dwaj pomywacze à la rodzime gimby, preferująca kobiety barmanka, nieletnia kierowniczka sali napalona na Reynoldsa (jak my wszyscy).
Ta krótka lista wcale nie zamyka panteonu barwnych bohaterów tego filmu. Jakimś cudem wszystko trzyma się kupy i każdy wątek, historię każdej z postaci śledziłem z uwagą.  Powiem więcej – uśmiech niemalże nie znikał mi z twarzy, czy to z powodu absurdalności scen, czy też dlatego, iż zdawałem sobie sprawę, że sceny te są z życia wzięte. Wiem, to paradoksalne, ale tak jest.

Polecam. Warto spędzić jeden dzień z tymi ludźmi.
Zwłaszcza jeśli lubicie Reynoldsa w roli typowego dupka.

Jaskier

Read Full Post »

ACHTUNG! SPOILERY!

To wcale nie jest Cukierberg. To Eisenberg.

Bystrzy chłopcy wiedzą, że jeśli rzuci ich dziewczyna, to nie trzeba zakładać kapeli rockowej, tylko zostać miliarderem, pokazując jej tym samym, co straciła.
Nie, zaraz. To by sugerowało, że zależy im tylko na pieniądzach.
Bystrzy chłopcy wiedzą, że jeśli rzuci ich dziewczyna, to trzeba się wziąć w garść i udowodnić samemu sobie, jak wiele jest się wartym.
Na przykład zostając miliarderem.

O tym jest ten film*.
Jest też o tym, jak Mark Cukierberg – niepozorny kujon z Harvardu wywraca świat do góry nogami, gdy po napromieniowaniu zyskuje supermoce i zaczyna siać chaos i zniszczenie jako złoczyńca o Blue Confectioner tworząc portal społecznościowy wszech czasów. Żeby nie było nudno, wszyscy składają przeciw niemu pozwy, oskarżając go o kradzież tego genialnego pomysłu. Wiadomo wszak, że sukces ma wielu ojczymów.

Akcję śledzimy w trzech czasoprzestrzeniach – obserwujemy przebieg dwóch przesłuchań w bliżej nieokreślonej teraźniejszości i ewidentnie retrospektywny fragment sięgający wstecz aż do czasów, gdy facebook jeszcze nie istniał (#gimbynieznajo).
Nie do końca popieram takie rozłożenie wydarzeń. Z początku można mieć bowiem trudności z połapaniem, co się wyprawia na ekranie i kim są ci wszyscy ludzie, w późniejszych fragmentach z kolei zdecydowano się na skoki między czasoprzestrzeniami na zasadzie opowiemy, o co go oskarżamy, a potem Wam pokażemy, jak działo się to, o co go oskarżamy.
Do samej historii również mam pewne zarzuty. Bo – jasne – wiemy, co sprawia, że Mark tworzy facebooka, jesteśmy w stanie pojąć motywy nim kierujące, rozumiemy, dlaczego zdecydował się na wystawienie do wiatru tych trzech gości, ale dlaczego olewa później kumpla? Gdyby nie to, że film sam wcześniej nam o tym powiedział, to byłby to gwałtowniejszy i mniej oczywisty zwrot akcji od tego z Szóstego zmysłu.

Na wielką pochwałę zasługuje tutaj główna rola, czyli Mark Cukierberg, grany przez Jesse’ego Eisenberga. Wpisuje się w schemat cwaniakującego geniusza-ekscentryka i osobiście postawiłbym go obok Tony’ego Starka, Sherlocka Holmesa czy doktora House’a. Prawdę powiedziawszy, gdybym miał komuś polecić ten film, to przede wszystkim ze względu na postać głównego bohatera. Brak jednak w mojej opinii jakiegokolwiek obiektywizmu, gdyż ja najzwyczajniej w świecie lubię oglądać tego typu dupkowatych geniuszy, weźcie to pod uwagę.

The Social Network to też całkiem zabawny film jest. W przyjemny, nieprymitywny sposób**.

Skąd dziwny początek tego tekstu?
Ano film sugeruje widzowi, iż w tym wszystkim chodziło o dziewczynę. Niezbyt subtelnie podkreślone jest to za pomocą klamry kompozycyjnej – produkcja rozpoczyna się od rozmowa z nią, a kończy wysłaniem przez Marka zaproszenia do znajomych i kilkukrotnego odświeżania strony celem sprawdzenia, czy już zaakceptowała (przyznajcie, że też to robicie). W trakcie filmu kilkukrotnie jesteśmy informowani, że Mark o niej nie zapomniał i nie chce jej, że się tak wyrażę, olać, ale rozmywa się to w mieszaninie scen z przesłuchań i procesu uzdatniania świata poprzez tworzenie facebooka.
Czyli wychodzi na to, że film ma zbyt wiele do opowiedzenia.

Jak to bywa w życiu, niektóre decyzje bohaterów są aż nadto niespodziewane, przez momentami wydają się niekonsekwentni. Moim zdaniem to największa wada tego filmu, ale ponoć tak było naprawdę, więc czepianie się jest z mojej strony jedynie wyrazem sprzeciwu przeciwko oszukiwaniu przyjaciół. Bo głównie o to mi chodzi.

Ale dla pierwszoplanowej roli zdecydowanie warto.

Jaskier

*Przykro mi – nie chce mi się dowiadywać, jak było naprawdę, toteż w tekście skupię się na opowiadanej historii, nie czyniąc poważniejszych dygresji.

**W przeciwieństwie do tytułu, o którym pomówimy następnym razem.

Read Full Post »

W lipcu na półki* księgarń trafił dodruk albumu autorstwa Alana Moore’a i Briana Bollanda. Ten fakt cieszy niezmiernie, ponieważ pokazuje, że baza czytelników komiksów w Polsce się rozrasta, a wydawca wychodzi naprzeciw, starając się zaspokoić rosnący w związku z tym popyt. Dzięki temu być może z serwisów aukcyjnych znikną oferty o zawyżonej cenie (czasem nawet o 200%).

Jest to trzeci w mojej – póki co – skromnej kolekcji komiks, którego scenariusz napisał Alan Moore (ale to się zmieni, gdyż w listopadzie wychodzi drugi tom Ligi Niezwykłych Dżentelmenów :D) i jedynie utrwalił mnie w przekonaniu, że po to, co wyszło spod jego pióra, można sięgać w ciemno.
Dlaczego?

Przede wszystkim mamy do czynienia z Jokerem, co już na początku w mojej ocenie daje temu albumowi punkty, gdyż według mnie szaleńcy są niezwykle interesujący, a noszący się na fioletowo klaun to najbardziej zwariowany spośród oponentów Batmana. Ba! to jeden z czołowych świrów popkultury. Motyw jego szaleństwa stanowi motor napędowy tej historii. Co więcej – błazen otwarcie sugeruje, iż Mroczy Rycerz jest równie szalony. Wierzy również w to, że każdego można doprowadzić do takiego stanu, wystarczy się odpowiednio przyłożyć. I wierzcie mi, wkłada wiele wysiłku, by zmysły postradał bodaj najrozsądniejszy z mieszkańców Gotham – komisarz Gordon.
By dodatkowo podkręcić atmosferę miasta wypełnionego poprzebieranymi psychopatami, Moore wcale jednoznacznie nie zaprzecza, że Batman nie jest jednym z nich. Właściwie jest wręcz przeciwnie – ostatnie kadry albumu wskazują zgoła odwrotnie i scenarzysta zostawia nas z pytaniem – czy tym razem Batman nie powinien trafić do Arkham wraz ze swoim przeciwnikiem?
Wysoko cenię stawianie pytań tego typu, przez co moja ocena tego komiksu jedynie wzrasta.

Niestety, znalazło się tu również coś, co mi nie do końca pasuje: część kadrów to retrospekcje, w których poznajemy losy Jokera, nim przeszedł metamorfozę – przeistoczył się w szalonego klauna. To zbędne. O wiele ciekawiej by było, gdyby każdy fragment wspomnień przedstawiał inną wersję historii, w której jedynie pojedyncze elementy się zgadzają. Po prostu nie potrzebujemy genezy Jokera podanej na tacy. Przynajmniej moim zdaniem.

Podobnie uważa autor rysunków – Brian Bolland – pisząc o tym w posłowiu.  Momentami jego ilustracje same muszą opowiadać historię, gdyż niektóre strony zupełnie pozbawione są tekstu. Świetnie się w tej roli spisują, stanowiąc dowód na to, że komiks to symbioza obrazu i tekstu.

Zabójczy żart jest bez wątpienia jednym z ważniejszych komiksów o Mrocznym Rycerzu. Jego wpływ na to uniwersum jest nieoceniony (podobno Tim Burton wbiegł do biura wytwórni, wymachując tym albumem i krzycząc, że konieczne muszą go zekranizować; ślady można odnaleźć również w Mrocznym Rycerzu Nolana). Polecam każdemu, kogo interesuje postać Jokera lub Batmana, relacje między nimi, wszystkim, którzy lubią szaleńców w popkulturze oraz miłośnikom surrealizmu i groteski.

____________________________________________________________

W ramach dodatków dostajemy wstęp Tima Sale’a, wspomniane wcześniej posłowie Bollanda, ośmiostronicową historię jego autorstwa pt. Niewinny człowiek oraz garść jego szkiców.
Cena detaliczna to 45 złotych.

Jaskier

*Czy aby na pewno? Widzieliście ten komiks w jakimś sklepie na regale?

Read Full Post »

Nie wiem, czy pamiętacie, ale dokładnie rok temu na blogu gościła seria wpisów, w których podzieliłem się z Wami swoimi wspomnieniami z szeroko pojętego dzieciństwa, które datuję na lata 1998-2009. To znaczy, ja troszku bardziej wiekowy jestem, ale do ’98 najdalej sięgam pamięcią i są tą strzępki danych towarzyszących otwieraniu zestawu LEGO o numerze 4128.

Jesień 2009 roku zakończyła pewien okres (chociaż klocki układam do dzisiaj – oto dowód), ale – choć zakładam, że interesuje Was to bardziej niż moja opinia na temat nowego Niesamowitego Spider-Mana chociażby, to nie będę się nad tym tematem rozwodził, ponieważ byłoby to troszku nie na miejscu.

Nie wiem, może fajnie by było z mojej strony, gdybym napisał kolejną listę (nie następne trzy, w ubiegłym roku zaszalałem, bo w końcu tylko raz w życiu osiąga się pełnoletność), ale dzisiaj nie mam do tego weny. Jeśli koniecznie chcecie dostać zestawienie tego typu – czyli nostalgiczne – wyraźcie chęć, komentując; tutaj lub na fanpejczu. Sądzę, że lista gier na PC-ty na sto procent powstanie, ale z Waszym batem na plecach stanie się to zdecydowanie szybciej.

Lista ubiegłorocznych tekstów, dla wszystkich tych, którzy mnie wtedy jeszcze nie lubili, jak i dla tych, którzy wyrażają chęć ponownego przeczytania:

Miłego dnia wszystkim życzę. ;)

 

Jaskier

Read Full Post »

Ej, bo moje zainteresowanie tym filmem jest coraz większe (gdyż ponieważ Fassbender i gdyż ponieważ wstyd cały czasy oglądać nastolatków latających po mieście w spandeksie; czasem pasowałoby coś ambitniejszego, żeby się nie musieć wstydzić w kulturalnym towarzystwie).

No i tak się właśnie zastanawiam, obejrzałem zwiastun i mam zagwozdkę.
Czemu ten film został umieszczony w jednym maratonie z obleśnym Dziewięć Songs i ponoć przereklamowaną Nimfomanką von Triera? Co jest wspólnym mianownikiem tych trzech produkcji?

Zachęcaliście mnie już w komentarzach* do obejrzenia, ale nie chciałbym wyłączać filmu po kwadransie z wyrazem zażenowania na twarzy, raz za razem zadając sobie pytanie – Michael, łaj?

Jaskier

*No dobra, tylko Edson, ale on innym razem prosił o polecenie jakiegoś dobrego filmu pornograficznego, toteż jestem co najmniej skonfundowany i wcale się tego nie wstydzę.

Read Full Post »

ACHTUNG! Trochę SPOILERY!

W ankiecie dołączonej do pierwszego tomu dopisałem ten komiks do listy tych tytułów, na które czekam najbardziej. Bo wszyscy zawsze powtarzali, że dobre.
No i Wolverine.

Czy wartało tyle czekać?
Zdecydowanie tak.
Dlaczego?
Po odpowiedź zapraszam do tekstu. ;)

Jedną z niewątpliwych zalet Rosomaka jest (była?) jego osnuta tajemnicą przeszłość. Jasne, uwielbiamy jego „bycie twardzielem”, ale pozbawiony wielkiej niewiadomej byłby po prostu kolejnym mięśniakiem z komiksu.

Jako że jest to temat niezwykle interesujący, to wszelkiego rodzaju wzmianki, uchylanie rąbka tajemnicy, pozwalanie na zajrzenie za kotarę, przyciągają czytelników. A co dopiero cała historia poświęcona rządowemu eksperymentowi, w którym miała powstać broń idealna – Broń X. Mutacja powodująca niemalże natychmiastową regenerację tkanek pozwala Loganowi przetrwać zabieg połączenia szkieletu z adamantium, lecz towarzyszący mu ból jest dopiero początkiem jego cierpienia.

Choć na pierwszy rzut oka cały komiks jest o tym, że Logan biega na mrozie ubrany tylko w kable i baterie, to już po krótkiej chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że pod powłoką z krwi, mięśni i niezniszczalnego metalu ma miejsce dramat udręczonego człowieka. Obudzone w nim dzikie, pierwotne instynkty zmagają się z resztkami człowieczeństwa i sterującym nim oprogramowaniem, robiąc z mózgu taką siekę, że doznawane obrażenia oraz tortury fizyczne schodzą na dalszy plan.

Całość jest niezwykle spójna dzięki temu, że odpowiada za nią jeden człowiek – Barry Windsor-Smith. Choć w kadrach aż roi się od dymków z tekstem, to jednak nie przytłaczają. Wręcz przeciwnie – dodają im dynamiki (zresztą, to nie są już te czasy, gdy monologi bohaterów zajmowały pół komiksu). Poza tym – jeśli autor chciał operować jedynie obrazem, to robił to i wychodziło mu to równie świetnie.

Plusem jest również zakończenie tej historii, które ze względu na przebieg wydarzeń w komiksie jest otwarte. Tak naprawdę nie wiemy, co naprawdę miało miejsce. Ba! cały tom może być jedynie zapisem wgranych w umysł głównego bohatera wspomnień. A gdy się nad tym zastanowimy, to jasno widać, jak bardzo jest to popaprane.

Przeczytanie tego komiksu powinno również ostatecznie każdemu wyjaśnić, dlaczego X-Men Geneza: Wolverine nie miał miejsca.

Zdecydowanie polecam, chociaż pewnie wszyscy już czytali.

***

Technikalia:
Tradycyjnie dostajemy wstęp od pana Marco M. Lupoi, stronę poświęconą wytłumaczeniu, kim jest Wolverine (czy ktokolwiek tego potrzebuje?), polecane lektury, portret Logana z zeszytu Wolverine #4 i trzy strony encyklopedycznego tekstu o autorze oraz genezie powstania tego komiksu.
Cena z okładki – 39,99zł.

Jaskier

 

Read Full Post »

Older Posts »