Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Netflix’

Tytuł tego wpisu jest nieco przewrotny – z całą sympatią, jaką darzę Supernatural oraz tych bohaterów – Riverdale jest o kilka klas lepszym serialem. Co wcale nie było takie oczywiste, przynajmniej dla mnie. Kto by się spodziewał, że CW urodzi coś tak nienachalnego i bezpretensjonalnego? Może po prostu mam pecha i do tej pory trafiałem na przepełnione żalem i bólem dupy produkcje?
Okazało się bowiem, że młodzieżowa drama, dziejąca się w liceum w niewielkiej amerykańskiej mieścinie, z wątkiem kryminalnym tylko czekającym za rogiem, by eksplodować, wszystko zrobiła dobrze.
Niebywałe.

Wszystko zaczyna się od informacji, która wstrząsa miasteczkiem. Czwartego lipca zaginął i został uznany za zmarłego Jason Blossom – przyszły spadkobierca i dziedzic imperium syropu klonowego. Gdy na początku roku szkolnego odnalezione zostaje ciało z raną postrzałową, nikt nie chce uwierzyć, że coś takiego mogło się wydarzyć. Policyjne śledztwo – a jakże – stoi w martwym punkcie i jedynie grupa rezolutnych nastolatków popycha je do przodu na własną rękę. Z biegiem czasu okazuje się jednak, że miasto i jego mieszkańcy skrywają o wiele więcej tajemnic.

Czas na akapit dotyczący komiksowego pierwowzoru… którego nie znam. Nie czytałem ani jednego zeszytu, ale kompletnie nie przeszkadzało mi to w cieszeniu się serialem. Ba! mam wrażenie, że fani komiksów mieli gorzej, bo zamiast cieszyć się postaciami, ich rozwojem, budującymi się relacjami i ewolucją już istniejących, bóldupili o zmiany względem pierwowzoru. Z tego co się orientuję, niektóre z nich były dość poważne (khem… Jughead… khem), ale wszystko rozegrane było naprawdę naturalnie i układało się w logiczną całość.

I taki jest cały ten serial. Zaprezentowane w pierwszych odcinkach wątki rozwijają się, w toku trwania fabuły splatając się w kilka przewodnich motywów. Koniec końców wszystko zdaje się mieć coś wspólnego z morderstwem Jasona, oskarżenia rzucane są na lewo i prawo, a gdy już się wydaje, że winny został zatrzymany, nowe fakty wychodzą na jaw.
Aczkolwiek wcale nie jest jak na przykład w polskim Belfrze. Co to, to nie. Z serialami z zagadką zabójstwa albo innej zbrodni często jest tak, że widz wodzony jest za nos i co odcinek lub dwa okazuje się, że już winny został ustalony… ale jednak nie, ponieważ wychodzi na jaw to, że w noc morderstwa dorabiał sobie jako tancerz erotyczny na wieczorze kawalerskim jakiejś fryzjerki, czy coś. (To akurat autentyk.) O ile jest to w stanie intrygować przez jakiś czas, to jednak na dłuższą metę się nie sprawdza.
W przypadku Riverdale coś takiego nie ma miejsca. O ile grupka co jakiś czas dodaje kogoś do listy podejrzanych, a kogoś innego z niej skreśla, to nie dzieje się to przy udziale policji albo linczu ze strony mieszańców miasta. Poza tym, najczęściej okazuje się, że i tak coś było na rzeczy, a podejrzany miał coś do ukrycia. Często nawet subtelnie związanego z morderstwem Jasona.

Jeśli chodzi o bohaterów, to mimo iż większość z nich początkowo wydawała się archetypowymi przedstawicielami licealnego światka, to każdy z nich ma mniejszą bądź większą rolę do odegrania w zaprezentowanej historii. W pierwszym odcinku myślisz sobie – O, ten to jest stereotypowy pedałek. I taka jest prawda, ale okazuje się, że bohater ten ma jakąś rolę do odegrania.
Początkowo najmniej rozwinięty zdawał się być Archie. Jego główną motywacją była chęć zaliczenia i stania się sławnym muzykiem. Z czasem jednak to jego miotanie się od dziewczyny do dziewczyny przestało wadzić, scenarzysta pokazał również jego świetną relację z ojcem (który – notabene – jest chyba jedyną w stu procentach normalną dorosłą osobą w mieście), a koniec końców chłopak okazał się prawdziwym bohaterem.

Pierwszy sezon Riverdale odpowiednio dawkował poszczególne elementy – rozwój postaci i ich wzajemnych relacji, odkrywanie tajemnicy morderstwa Jasona, stawianie nowych pytań, wyjawianie sekretów mieszkańców tytułowego miasta. Napakowane wydarzeniami dwa ostatnie epizody, w których tyle najróżniejszych rzeczy się podziało, podsumowują wydarzenia z całego sezonu i jednocześnie zapowiadają o wiele więcej, sprawiając, że z niecierpliwością czekam na kolejną serię.

Idźcie i obejrzyjcie ten serial! Ja chyba na wakacjach zrobię sobie maraton, żeby pochłonąć całą fabułę przy jednym posiedzeniu.

To naprawdę było dobre.

#team_Jughead_&_Betty

Jaskier

PS Wiedzieliście, że Cole Sprouse – aktor wcielający się tutaj w postać Jugheada – grał w dzieciństwie w Disneyowskich serialach Nie ma to jak hotel oraz Nie ma to jak statek? O_o
Czyli jednak można wyjść na prostą, nie ćpać, nie tańczyć na scenie z gołą dupą. Propsy.

Read Full Post »

Netflix w kooperacji z Marvelem w końcu to zrobili – powstał nudny serial, który jakością spokojnie może powalczyć z najgorszymi sezonami Arrowa. A tak liczyłem na wzrost formy po słabawym Luke’u Cage’u.

Fabuła jest prosta i – jak pisałem na fanpejczu kilka tygodni temu – jebie Arrowem. Uznany za dawno zmarłego dziedzic fortuny i – poprzez 51% udziałów – także korporacji wraca do miasta i rozpoczyna walkę o odzyskanie tego, co mu się należy. Okazuje się jednak, że przez te piętnaście lat w Nowym Jorku wiele rzeczy się zmieniło i powrót do świata żywych nie będzie dla Danny’ego Randa taki prosty, jak mu się początkowo wydawało. I, wiecie, przez kilka pierwszych odcinków mamy potyczki prawne, posiedzenia zarządu, wizyty u prawników, rozmowy z prawnikami, straszenie prawnikami, sceny z życia w korpo, sceny z pracy w korpo, ludzi ubranych w garnitury i tego typu sprawy.
W serialu, który jest o najzajebistszym wojowniku kung-fu na świecie, ponad połowę czasu poświęca się sprawom majątku, firmy i członkostwa w zarządzie. Brak słów, więc rzucę po prostu dwoma hasłami – lol XD.
I tak jest już do samego końca. Jeszcze do szóstego odcinka, w którym ma miejsce coś na kształt tandetnego turnieju rodem z Mortal Combat czy czegoś w tym stylu, można się łudzić. Można mieć nadzieję, że koniec z tym korpo-bełkotem, że zaraz zaczną latać na sznurkach i w jakiś cudaczny, nierealistyczny sposób się okładać.
Ale nie…

***

Fabuła totalnie zawodzi, jak napisałem powyżej – cały czas się przewijają jakieś nudy związane z korporacją, z którą związani są bohaterowie. Może za to o nich samych można coś dobrego powiedzieć?
Nic bardziej mylnego.
Danny Rand, w którego wciela się Finn Jones, jest beznadziejny. Absolutnie nieautentyczny i nieprzekonywujący. Ma być mistycznym wojownikiem, człowiekiem, który przez piętnaście lat trenował sztuki walki i panowanie nad emocjami, niezniszczalną Żywą Bronią, ma być z niego król kug-fu jak lew jest król dżungli.
A jest jak rozpieszczony bachor. Dosłownie. Nie ma za grosz luzu, tylko chodzi wściekły i bez zastanowienia wszystkich chce tłuc. W dodatku cała jego motywacja związana jest z tym, że gdy kogoś zabija, to traci równowagę swojego chi, więc nie może używać wtedy mocy Iron Fista. Z tego powodu liczbę użycia przez niego tej zdolności można policzyć na palcach. To śmieszne, że akurat postać, która ma tytuł, oryginalny komiksowy pseudonim od samego początku serialu, kompletnie na niego nie zasługuje. W przeciwieństwie do pozostałych postaci z nadchodzących Defenders Danny nie przechodzi żadnej drogi, niczego się nie uczy, pod żadnym pozorem NIE widzimy w nim tytułowego bohatera.
Pizda, nie Iron Fist, jak powiedziałby mój były współlokator.

Postaci drugoplanowych jest kilka.
Jessica Henwick gra Colleen Wing*. Początkowo wydaje się spoko bohaterką, jest budowana między nią i Danny’m koleżeńska relacja, ma jakieś problemy z agresją, więc chodzi je rozładowywać na nielegalne walki, gdzie – O-CZY-WIŚ-CIE – rozkłada dwa razy większych od siebie facetów, co jest akurat fajne, ale, bo rzecz jasna musi być jakieś ale, zostaje to wyrzucone do kosza. Walki w klatce są raptem dwie, po jakimś czasie nawiązuje się między nią i Danny’m kiczowaty, wymuszony romans, okazuje się na koniec, że ona jest z Ręki, więc Danny jej nienawidzi, ale ją kocha, więc nie może jej nienawidzić…

Jest jeszcze Ward Meachum, taki człowiek w korpo, który kumplował się z Danny’m, gdy byli dzieciakami. On jest jedyną postacią, która naprawdę się rozwija, czegoś się uczy. Tylko jest jeden problem – to miał być serial o pieprzonych mnichach-wojownikach z mistycznego miasta z innego wymiaru, a nie historia zmagającego się z uzależnieniem i apodyktycznym ojcem korpo-wapniaka.

No bo jest ojciec, grany przez Davida Wenhama. Niby nie żyje, ale tak naprawdę po śmierci w wyniku raka wrócił do życia dzięki zawarciu umowy z Ręką i siedzi cały czas (w sensie kilkanaście lat) ukryty w luksusowym apartamencie, sterując firmą jako szara eminencja. W zamian za powrót do życia pozwolił Ręce na zinfiltrowanie swojej firmy, jednakże jako niecny biznesmen naturalnie knuje przeciwko nim.

Ręką steruje Madame Gao. Z jakiegoś dziwnego powodu… Postać ta pojawiła się wcześniej w obu sezonach Daredevila, gdzie była przedstawicielką chińskiej mafii. Tutaj kieruje Ręką, a przynajmniej tym członem Ręki, który odpowiedzialny jest za robienie kasy na narkotykach. Bo tak – mistyczni zombie-ninja z Japonii w tym serialu są dresami koszącymi kasę na dragach. A druga część Ręki – bo są tutaj dwa takie jakby odłamy – zajmuje się zbieraniem młodych ludzi, uczeniem ich, wpajaniem własnych zasad i wysyłaniem w świat, gdzie mają czekać jako uśpienia agenci. Tak sądzę.

I jeszcze wspomnę o Claire Temple. Kurwa. Kiedy wcześniej pojawiała się, spajając te seriale, to było na swój sposób urocze. Memy I’m here to talk to you about The Defenders Initiative mnie śmieszą. Ale kiedy pojawia się tutaj i mówi, że wciąż wpada na ludzi o niezwykłych zdolnościach, że ma doświadczenie z tym całym pokręconym gównem, ale NIE zadzwoni do Matta Murdocka, żeby przyszedł skopać dupę Ręce, tylko sama wpycha się na wszystkie misje i robi za głos „rozsądku”, przypominając bez przerwy, że nie można nikogo zabijać, to mi się rzygać chce.

***

Jeśli mowa o Daredevilu, to tam były lepsze walki. Niby Matt był szkolony przez mistrza wschodnich sztuk walki, ale w dużej mierze polegał na swojej sile i agresji, przez co choreografia nabierała ulicznego, brudnego posmaku. Tutaj, gdzie karykaturalne wręcz ciosy rodem z Domu latających sztyletów sprawdziłyby się fenomenalnie, gdzie można by zaszaleć z akrobacjami, turbokopniakami mamy co? Poszatkowane i posklejane w montażowni scenki, w których twórcy starają się przekonać widza, że Finn Jones umie w kung-fu.

Wraz z brakiem widowiskowych starć na dłonie i nogi, których wszyscy się spodziewali, przychodzi odarcie z mistycyzmu. Nie ma żadnych scen z Kunlun, gdzie Danny przebywał przez piętnaście lat. Wychodzi na to, że całe to jego szkolenie polegało w głównej mierze na wkładaniu mu do głowy, że Ręka jest zła, ponieważ nie widać po nim, by nauczony został czegoś innego. Jasne, niby umie walczyć, ale nie idzie za tym roztropność, samokontrola i panowanie nad emocjami, które związane są z kung-fu. Równie dobrze Danny mógłby przez piętnaście lat mieszkać na ulicy w Rio de Janeiro i tam nauczyć się bić.

***

Żal. Nie traćcie na to nawet czasu.

To uczucie, gdy w serialu o wojowniku kung-fu najbardziej prominenty i rozwinięty jest wątek uzależnionego od leków przeciwbólowych kierownika korporacji.

***

Trzy filmy o kung-fu, które lepiej obejrzeć zamiast Iron Fista:

  • Kung Fu Panda
  • Karate Kid
  • Ip Man

*Yellow-washing?

Jaskier

Read Full Post »

#blablabla

W żadnym wypadku nie należy tego wpisu postrzegać jako próby zrecenzowania któregokolwiek z wymienionych poniżej seriali – po pierwsze nie chce mi się pisać odpowiednio dużo na temat każdego z nich, a po drugie większość z nich zdążyła się już zakurzyć, więc recenzowanie ich nieco mija się z celem.
Nie żebym ja tutaj kiedykolwiek pisał jakieś poważne recenzje…

***

Luke Cage

Luke Cage to trzecia z postaci Marvela, która dostała swój własny serial na Netflixie. I… cóż – ma te same problemy, jakie miała Jessica Jones i drugi sezon Daredevila. :/

Pierwszy fragment serialu jest ekstra – kilka początkowych epizodów buduje odpowiednią atmosferę, wprowadzone są na scenę drugoplanowe postacie, które naprawdę da się lubić – detektyw Misty Knight, właściciel zakładu fryzjerskiego Pop, gangster Cottonmouth.
Wybija się zwłaszcza ten ostatni – twórcom udało się stworzyć kolejnego mafijnego bossa, który przyciąga uwagę, ma za sobą trudną przeszłość, nie lubimy go, bo jest zły, krzywdzi ludzi, ale rozumiemy, iż w pewnym sensie stał się on ofiarą środowiska, w którym przyszło mu dorastać. Jednocześnie nie jest to kopia Kingpina. Olbrzymia zasługa aktora, który odgrywa tę rolę – nagrodzonego w tym roku Oscarem za rolę w Moonlight Mahershala Aliego.

Również sceny akcji są ciekawe – w przeciwieństwie do Matta Murdocka – Luke Cage nie musi unikać kul, więc prze do przodu niczym taran, okręcając drzwi od auta wokół zbirów lub ogłuszając ich jednym potężnym ciosem. Ten aspekt serialu jest naprawdę satysfakcjonujący. Uwielbiam również te momenty, gdy bohater wpada do jakiejś dziupli, krzycząc, by bandziory oddały ukradzione mieszkańcom Harlemu fanty. To jest po prostu bezcenne.

Także ujawniana po kawałku przeszłość Luke’a jest w porządku. Wątek w więzieniu mocno trąci klimatem blaxploitation, ale to akurat bardzo pasuje do serialu, dobrze gra z poruszanymi problemami czarnoskórych mieszkańców Harlemu.

Co więc jest nie tak?
Serial jest przeciągnięty. Od pewnego momentu strasznie się dłuży i przeszkadza to jeszcze bardziej niż w Jessice Jones. Tam przynajmniej antagonista był przez cały sezon interesujący, tego Tennantowi nie można odmówić.. Tutaj Cottonmouth zostaje w pewnym momencie wymieniony na Diamondheada… albo Diamondbacka. Następuje totalny zwrot w klimacie serialu, zaczyna się istne szaleństwo, przeciwnik cytuje Biblię, ma superpancerz i superrękawice, które pozwalają mu się napierdalać na pięści z Cage’em. I takie superkule, które potrafią przebić jego skórę.
Wiadomo, że musieli wyjść z jakimś rodzajem kryptonitu, ale zrobiono to tak niezręcznie…

W dodatku przez cały sezon Luke ma ból dupy o to, że nie chce być bohaterem. Ból dupy rodem z Flasha. Chodzi i wszystkim mówi, że nie będzie bronił ludzi, że chce tylko żyć w spokoju. Wszyscy mu mówią, że powinien wykorzystywać swoje zdolności, że z wielką mocą i tak dalej, ale on wciąż powtarza swoją mantrę. To się naprawdę w pewnym momencie zrobiło nie do wytrzymania.

Jest też taki facet, który nosi okulary przeciwsłoneczne cały czas. W dzień, w nocy, na zewnątrz, w budynkach. Jest okropny. Grany na podobną nutę, co Captain Cold w Legends of Tomorrow, tylko że tam Wentworth Miller potrafił wzbudzić moją sympatię. Tutaj absolutnie nie ma mowy o czymś takim. Nawet nie pamiętam już, co się stało z tym typem.

Mam nadzieję, że Iron Fist wypadnie lepiej. Chociaż pierwsze recenzje tego nie zapowiadają. :(

***

Rick and Morty

Na Netflixie można obejrzeć pierwsze dwa sezony tej kreskówki (trzeci będzie dopiero miał premierę chyba jakoś w tym roku). Jest cudaczna, niepoprawna politycznie, przepełniona nawiązaniami do popkultury, wulgarna – uwielbiam ją.

Rick and Morty to mocno kwasowe science fiction o Ricku – dziadku-geniuszu, który zabiera swojego nieco przygłupiego wnuka – Morty’ego – na przygody dziejące się w całym Wszechświecie, a także w innych wymiarach.

Kreskówka wygląda dokładnie tak, jak na powyższej grafice – bardzo schludnie. Nie dajcie się jednak zwieść i trzymajcie dzieci z dala od niej – to serial przeznaczony wyłącznie dla dorosłych. Pod przykrywką szalonych przygód w kosmosie animacja porusza najróżniejsze tematy – społeczeństwa, odpowiedzialności za własne czyny, granic wolności jednostki, moralności, seksualności. Z tym, że robi to w bardzo specyficzny sposób – nikt tu się w tańcu nie pierdoli.

W każdym epizodzie równocześnie toczą się dwie historie. Przeważnie jedna dotyczy przygody tytułowych bohaterów, a druga dzieje się w ich domu, gdzie pozostali członkowie rodziny muszą zmierzyć się z jakimś typowym problemem wynikającym z trudności w ich wzajemnych relacjach.

Jednocześnie serial jest naprawdę zabawny. Jeśli ktoś lubi czarny humor i ceni inteligentne nawiązania do popkultury, to jest to pozycja obowiązkowa. Warto spróbować chociaż jeden odcinek. ;)

***

Wikingowie

Świat Wikingami jarał się już kilka lat temu, ja pierwsze odcinki obejrzałem dopiero w zeszłym roku, ale to Netflix dał mi teraz możliwość wciągnięcia się w ten serial dzięki łatwemu dostępowi do wersji z napisami. Na chwilę obecną jestem jakoś pod koniec drugiego sezonu, po egzekucji jarla Borga. Myślę, że powolutku sobie będę oglądał dalej.

Dla mnie to taka lepsza Gra o tron – brudny i brutalny świat, w którym jednak jest miejsce na bohatera, w przeciwieństwie do serialu HBO. Ja wolę fabułę, w której mogę śledzić losy konkretnej postaci bądź grupy i Wikingowie właśnie to mi dają, nic nie zabierając z konstrukcji świata.

Bardzo cenię rozmach realizatorski – kostiumy, charakteryzacja, tony ekwipunku oraz przedmiotów codziennego użytku, plenery, wnętrza, statki i konie – mają rozmach, skurwisyny. Ilość strać, potyczek, a nawet – nie bójmy się słów – bitew jest niesamowita. Nie spodziewałem się po serialu tak wielu scen batalistycznych. Jasne, w większości są to po prostu ludzie walczący w zwarciu, okładający się mieczami i toporami, niby nic nadzwyczajnego, aczkolwiek i tak robi wrażenie. Zwłaszcza w porównaniu z Grą o tron, gdzie w pierwszym sezonie wycięto całą bitwę.

Bardzo podoba mi się również dbanie o historyczną poprawność. Idea jarlów, sposób prowadzenia życia oraz walki, tradycje, wierzenia i zwyczaje – to wszystko mocno trzyma się kupy i zbieżne jest z informacjami, jakie można odnaleźć w literaturze.

***

Seria Niefortunnych Zdarzeń

Na temat tego serialu dużo nie będzie, gdyż widziałem tylko trzy odcinki.

Neil Patrick Harris zdaje egzamin jako diaboliczny Hrabia Olaf.

Serial dobrze oddaje dziwaczność świata przedstawionego w powieściach. Tak się składa, że przeczytałem kiedyś prawie wszystkie tomy (poza finałowym Końcem końców) i mimo iż było to naprawdę dawno, nie pamiętam już żadnych szczegółów z większości z nich, to jednak klimat absurdu został tutaj dobrze oddany. Wszystko wygląda tak, jak w jakiejś książce dla dzieci – otoczenie jest albo przesadnie kolorowe, albo szare, w dwuwyrazowych nazwach pierwsze litery przeważnie są takie same – no ma to wygląd bajki, ale sytuacja nie jest bajkowa. Dzieci stają się ofiarą nie tyle Hrabiego Olafa, co durnego systemu prawnego i głupoty urzędników, a w zasadzie wszystkich dorosłych, jakich napotykają na swojej drodze.

Serial jednak robi jedną rzecz źle – już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że jest jakaś intryga, a rodzice „sierot” żyją. Trochę za szybko.

Może się zbiorę kiedyś do obejrzenia pozostałych odcinków, wówczas napiszę coś więcej.

***

Riverdale

Riverdale to adaptacja komiksów z Archie Comics. Archetypowe postacie nastolatków ze szkoły w jakimś amerykańskim Wygwizdowie co tydzień na małym ekranie.

Serial to cudowna teen drama z wątkiem kryminalnym w tle.
Małym miasteczkiem wstrząsa zaginięcie kapitana szkolnej drużyny, co rusz wychodzą na jaw nowe fakty, rodzice i policja próbują ustalić prawdę, na pierwszym planie jest jednak codzienne życie nastolatków – pierwsze miłości, szkolne bale, trudne decyzje związane z dorastaniem – zupełnie jak HSM, tylko że zrobione dobrze. Ba! perfekcyjnie!

Głównym bohaterem jest Archie Andrews, obok niego przewija się cała masa interesujących i dobrze zagranych postaci. Mimo iż większość z nich realizuje powierzoną przez twórców rolę szkolnych archetypów, to jednak styl i klasa, z jaką młodzi aktorzy podchodzą do tego zadania, zasługuje na wszystkie Teen Choice Awards tego świata.

Nigdy nie podejrzewałem, że szkolne perypetie grupki amerykańskich nastolatków sprawią, że będę co tydzień czekał na nowy epizod.

Co tu dużo gadać – Riverdale trzeba zobaczyć. Myślę, że po zakończeniu sezonu pojawi się tutaj jakiś wpis na temat tego serialu – w Stanach emitowany jest na kanale The CW, Netflix dystrybuuje go na kraje Trzeciego Świata, w tym Polskę, dlatego też trzeba czekać na kolejne odcinki.

***

 

Co Wy polecacie z Netflixowego menu*?

*Poza Narcos, bo Narcos polecali mi już wszyscy.

Jaskier

Read Full Post »

Stranger Things, serial, który wyskoczył tego lata jak Filip z konopi, zaskakując widzów i szturmem zdobywając serca krytyków, został obejrzany również przeze mnie. Wiecie, na zasadzie: „A, sprawdzę sobie odcinek pilotażowy” po upływie ośmiu godzin stwierdziłem, że nie ma się co nikomu dziwić – zachwyty nie są przesadzone, serial zasługuje na opinię, jaką sobie momentalnie wyrobił.

Jest jakieś Maine, w którym nigdy nie dzieje się nic niezwykłego, przestępczość jest znikoma, czas w miasteczku płynie powoli. Wtem, zupełnie niespodzianie, seria dziwacznych zdarzeń burzy spokój mieszkańców. Pewien chłopiec znika, więc w jego poszukiwania angażuje się jego zdesperowana matka, miejscowy szeryf oraz koledzy z paczki. Fabuła rozwija się nieprędko, scenarzyści w pełni wykorzystują czas, jaki otrzymali od szefostwa stacji, nie ma zbędnych dłużyzn, ani pośpiechu.

Produkcja jest pocztówkowo zakochana w obrazie lat osiemdziesiątych, jaki został zakodowany ludziom w głowach za pomocą filmów z tamtej dekady. Jest dla tego okresu tym, czym było Grease dla lat ’50.
Jest tutaj masa zapożyczeń elementów konstrukcji świata przedstawionego znanych mi przede wszystkim z filmów z lat ’80 – główni bohaterowie to grupka młodych nerdów*, którym nieustannie dokuczają szkolne dryblasy, bycie licealnym macho gwarantuje możliwość regularnej defloracji kolejnych szkolnych piękności, w czym szczególnie przydatne okazuje się to, że wszystkie domy budowano wtedy tak, by do pokoju nastoletniej córki jej równie nastoletni ukochany mógł niepostrzeżony wejść po zmroku przez okno, wspinając się po ścianie garażu. Są też wyjęci żywcem z Kinga Oni, niby działający dla rządu, ale widać, że coś knują, a dzieciaki mają bazę w piwnicy i jeżdżą po okolicy charakterystycznymi rowerami. Mocno czuć klimat filmów pokroju E.T., gdzieś tam przebrzmiewa It oraz cała rzesza innych adaptacji prozy rzeczonego Stephena Kinga, zauważyć można także masę mniej lub bardziej subtelnych nawiązań i odwołań do innych filmów z tej – wydawać by się mogło – dawno minionej epoki.

W zasadzie nie pasowało mi jedynie wykorzystanie CGI, twórcy spokojnie mogliby się obejść bez efektów komputerowych i wszystko wykonać oldskulowo, za pomocą praktycznych efektów, animatroniki, kostiumów i kukieł. No ale, nie można mieć wszystkiego. Potwór i tak przez większość czasu ukryty jest w mroku, więc to – trzeba przyznać – słabe CGI nie jest obecne na każdym kroku.

***

Nie chcę, żeby to był po prostu kolejny tekst chwalący Stranger Things, więc wspomnę o czymś jeszcze. Uwielbiam formułę, w jakiej Netflix produkuje swoje seriale. Emitowanie kompletu odcinków jednego dnia daje możliwość dowolnego porcjowanie nie tylko widzom, ale również twórcom.
Tradycyjne produkcje, na których kolejny odcinek trzeba czekać tydzień, często mają kilkutygodniowe przerwy w trakcie emisji, dosyć sztywno określony czas trwania pojedynczego epizodu, konkretną strukturę odcinka i jeszcze jedną znaczącą wadę – mają za zadanie zapełnić ramówkę. Jasne, niektóre spośród tytułów realizowanych w ten sposób to niezwykle udane produkcje khem GoT khem, ale przykład Netflixa pokazuje, że historię o wiele lepiej opowiada się, nie musząc iść na ustępstwa związane z tym, że co czwarteczek ma być odcineczek.

Co prawda Netflix nie jest bez grzechu (zerknijcie do moich tekstów o drugim sezonie Daredevila oraz o Jessice Jones), aczkolwiek możliwości, jakie daje zrobienie z serialu w praktyce dziesięciogodzinnego filmu, są olbrzymie. Kiedy zostanie przekroczona magiczna bariera i produkcja będzie wyglądała tak, że to scenarzyści będą przychodzić i mówić: „Mamy materiał na osiem godzin” albo „Nie damy rady napisać o tej postaci jedenastogodzinnej historii, ale możemy napisać trzy o różnych postaciach, które będą trwały właśnie tyle”, nie będzie już na co narzekać. W kwestii fabularnej, rzecz jasna.

***

Także więc tego – propsuję Stranger Things oraz sposób pracy Netflixa.

Jaskier

*Być może trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale czytanie komiksów i granie w gry RPG nie zawsze było modne.

Read Full Post »

Tekst zawiera obraźliwie gargantuiczną ilość SPOILERÓW.

Początek tego sezonu jest rewelacyjny niczym cała pierwsza seria. Po obejrzeniu czterech odcinków już sobie w głowie układałem tekst o tym, jak to poprawiono błędy poprzedniego serialu (Jessica Jones) i dorównano pierwszemu sezonowi. Jednak Daredevil liczył odcinków trzynaście, nie cztery…

Jak wspomniałem, zaczyna się naprawdę mocno – w Hell’s Kitchen pojawia się nowy gracz. Członkowie gangów są brutalnie mordowani przez nieznanych sprawców. Ataki są niezwykle skuteczne i wymierzane precyzyjne. Matt, po godzinach pilnujący dzielnicy w pięknym bordowym wdzianku, rozpoczyna śledztwo mające na celu rozpracowanie nowego przeciwnika. I przez śledztwo rozumiem bieganie w środku nocy po mieście i tłuczenie opryszków w nadziei na to, że któryś z nich sypnie. Oczywiście, w pewnym momencie wychodzi na jaw, że to nie cała armia, lecz tylko (aż?) jeden człowiek i Murdock postanawia zrobić wszystko, żeby go powstrzymać.

Ten fragment, swoisty pojedynek dwóch przekozackich gości, jest fenomenalny. Jest to w znacznej mierze zasługa Punishera (Jon Bernthal), który z jednej strony jest skuteczny w mordowaniu niczym Terminator, a jednocześnie ma sztywny kręgosłup moralny i skrywa straszliwą historię. Dzięki temu, że na jego przedstawienie można było wykorzystać kilka godzinnych odcinków, wypada o wiele lepiej niż jego filmowi poprzednicy. Gdy myślę o Punisherze, to z jednej strony przerażające jest to, że jest żywą maszyną do zabijania, z drugiej jednak jest w jego postrzeganiu świata coś pozwalającego go zrozumieć. Bernthal jest takim właśnie Frankiem Castle. Czapki (czy tam turbany) z głów.

Obejrzyjcie więc pierwsze cztery odcinki, a nie pożałujecie. Tym bardziej, że można to zrobić za darmo i jednocześnie legalnie. Wystarczy wykorzystać darmowy miesiąc subskrypcji, zakładając konto na Netflixie, po obejrzeniu je zdezaktywować. Miesiąc to aż nadto na raptem cztery godziny do obejrzenia.

W kolejnym odcinku przeskakujemy do innej tematyki – pojawia się Elektra i już się cieszyłem, że zejdziemy na mocno komiksowe tory, że będą walki z ninja i inne tego typu atrakcje, ale wszystko się jakoś dziwnie rozłazi. Gdyby mi ktoś dwa tygodnie temu powiedział, że to napiszę, to bym go srodze wyśmiał – Daredevil robi się jakby serialem stacji CW. To znaczy na wskroś przesiąka ich najokropniejszymi wadami. Nagle Matt postanawia być męczennikiem, oddalić się od przyjaciół, niby coś komuś obiecuje, ale zawala, pojawia się jakiś totalnie z dupy wzięty trójkąt miłosny. Chodzi, narzeka, jak to mu ciężko, jakie to ma brzemię do noszenia, ale z nikim nie może się nim podzielić, jęczy, że nikt go nie rozumie.
Ja się pytam – dlaczego?

Niby wchodzi na scenę rzeczony wątek Hand i są ninja, nawet jeden ninja-zombie, ale co z tego, skoro sprowadza się on do tego, że dowiadują się, że coś tam i biegną do jakiegoś budynku, gdzie rozwalają całą armię typowych pomagierów, poziom zaliczony, więc można iść do doków czy gdzieś tam i bić kolejne moby.
Ja się pytam – dlaczego?

W dodatku wychodzi nagle Stick i zaczyna opowiadać, jak to on walczy w odwiecznej wojnie z Hand, a Elektra to ich tajna uber-broń i koniecznie trzeba ją zabić, by nie wpadła w ich ręce, bo wtedy ninja zapanują nad całym światem.
I to jest takie… nieangażujące.

Na szczęście przed porzyganiem się z nudów chronią nas inne wątki – rozpoczyna się proces Punishera, kancelaria Nelson & Murdock podejmuje się jego obrony. Dzięki temu mamy okazję dokładniej poznać Franka, jego historię oraz przyczyny wypowiedzenia przez niego wojny przestępczości zorganizowanej. Dodatkowo, Karen Page angażuje się w dziennikarskie śledztwo mające na celu przedstawienie światu prawdy na temat Punishera.

Niby jest więc coś w tej drugiej części sezonu, aczkolwiek postawa Matta Murdocka oraz dziwaczne podejście do wątku Hand sprawiają, że czekanie na dobre sceny (lub po prostu coś interesującego) przypomina grzebanie w gównie w celu znalezienia rodzynek. No może nie w gównie, ale świadomość tego, jak dobry by był ten sezon, gdyby dotarł do mety w takim stylu, w jakim wystartował, sprawia przykrość.
Dużo przykrości.
Nawet rozwiązanie wątku Punishera, kiedy to staje oko w oko z człowiekiem odpowiedzialnym za śmierć jego rodziny, pozostawia sporo do życzenia, że już nie wspomnę o finałowej walce z armią ninja. Byłem przygotowany na epickie starcie pomiędzy członkami Hand, a trójką bohaterów – Elektrą, Daredevilem i Punisherem, czekam, no ma się zacząć, sprawdzam, ile czasu zostało, a tam piętnaście minut.

Ewidentnie zabrakło pomysłu na to, co zrobić, gdy Punisher zostanie aresztowany, wrzucili te głupoty i ciągnęli bez sensu przez kilka godzin, a na koniec zabrakło im czasu na porządny finał. Jest mi przykro, że tak się stało.

***

Mam nadzieję, że następnym razem wszystko zostanie poukładane i porządnie rozplanowane, ponieważ naprawdę szkoda tego potencjału, jaki te historie w rękach tej stacji mają. Obejrzyjcie sobie pierwsze pięć odcinków i jeśli poczujecie, że chcecie się dowiedzieć co dalej, no to więcej zachęcać Was nie muszę. Musicie się jednak liczyć z tym, że nie znajdziecie tutaj odpowiedzi na każde pytanie albo zakończenia wszystkich wątków. I to chyba jest najbardziej frustrujące – że druga część tego sezonu póki co prowadzi donikąd, stanowi tylko zapowiedź kolejnej serii, a trwa aż osiem godzin.

 

Jaskier

Read Full Post »


Wszystkie trzynaście odcinków serialu Jessica Jones ukazały się jednocześnie dwa tygodnie temu dzięki niezwykłej mocy platformy Netflix. Po Daredevilu, do którego w zasadzie ciężko się było przyczepić i ewentualnych wad trzeba było szukać na siłę, oczekiwania wobec serialu o posiadającej nadludzkie zdolności pani detektyw były niebotycznie wygórowane.
Wielka szkoda, że tak wysoko postawionej poprzeczki Jessica nie była w stanie przeskoczyć.

Sposób emisji serialów tej platformy, tj. wypuszczanie kompletu odcinków od razu, żeby wszyscy zainteresowani mogli załatwić sobie zwolnienie z pracy na jeden weekend i zaliczyć produkcję przy jednym posiedzeniu z przerwą na odebranie pizzy i siku, ma ogromny wpływ na zawartość poszczególnych epizodów. Ogląda się to niczym dziesięciogodzinny film, więc struktura odcinków nie musi podlegać tym samym zasadom, którym muszą być posłuszne cotygodniowe seriale. Całość musi mieć odpowiednią kompozycję, natomiast to, co się dzieje w środku, jest o wiele bardziej „płynne”. Daredevil wykorzystywał to perfekcyjnie, odpowiednio dawkując sceny akcji, rozwój krucjaty Matta, jego relacje z Karen i Foggy’m oraz zakulisowe wydarzenia w przestępczym światku.
Jessica Jones z kolei… cóż, cierpi z tego powodu. Scenariusz wydaje się być nadmiernie rozciągnięty, skupienie się na próbach pokonania łotra wypaczają serial, przekształcając go w coś w stylu Wilka i zająca. Szkoda.

Tym bardziej szkoda, gdyż dobór aktorów był niesamowicie trafny – Jessica Jones (Krysten Ritter) jest opryskliwa, seksownie nieznośna i nieznośnie seksowna, Luke Cage (Mike Colter) poza jednym momentem jest cieplastym gościem, z którym jednak nie chcesz zadzierać, bo wyrwie Ci nogi z dupy, jeśli go wkurzysz, Trish Walker (Rachael Taylor), przyjaciółka Jessici wykonuje syzyfową pracę, próbując przebić się przez niedostępność protagonistki i aż chciałoby się jej więcej. No i perła w koronie – Kilgrave (David Tennant). Antagonista jest obrzydliwie hedonistyczny, narcystyczny, szowinistyczny, a jednocześnie niezwykle mocno przekonany, że to on tu jest ofiarą.
Kolejny raz ludzie odpowiedzialni za casting spisali się na medal.

Gorzej jednak ze scenarzystami i do ich potknięć teraz przejdę, więc jeśli nie masz ochoty na czytanie SPOILERÓW, to przyjmij do wiadomości, że mogło być o wiele lepiej, ale aktorzy robią tak niesamowitą robotę, że warto przebrnąć przez nudnawe i ciągnące się odcinki połowy sezonu, by cieszyć się ich wkładem w rozwój MCU.

Także więc, jak już wspomniałem, największą wadą serialu jest przesadne skupienie się na głównym wątku starcia Jessici z Kilgrave’em. Antagonista pojawia się bowiem już w pierwszym odcinku i w zasadzie obecny jest przez cały czas. Spytacie – A to nie jest dobrze? Przecież jest ponoć tak genialnie zagrany? No właśnie nie jest dobrze, bo przez to wszystkie inne wątki również są oplecione wokół tej postaci. Tak jakby scenarzyści obawiali się zrobić coś kompletnie na boku.

Znajomość Jessici i Luke’a związana jest z Kilgrave’em. I to zupełnie niepotrzebnie. O ile lepiej by to wypadło, gdyby wiązało się po prostu z pracą pani detektyw – szukałaby podobnych sobie nadludzi i w ten sposób wytropiła Cage’a. Lub po prostu badała sprawę romansu, co próbowała wkręcić. Nie wspominając już o tym, że powiązanie tych postaci w taki sposób pozwoliło w łatwy sposób pozbyć się Luke’a na jakiś czas z serialu. I te odcinki, w których go nie było, to właśnie te środkowe – nudne i ciągnące się.

Totalnie z dupy jest wprowadzony wątek Nuke’a. Jeśli nie kojarzycie go z komiksów, to taka druga wersja Kapitana Ameryki. Taka bardziej w stylu Wietnamu, czyli nie do końca słuszna moralnie. O ile dobrze pamiętam, to w MCU ma być powiązany z Punisherem, więc być może możemy liczyć na dalszy rozwój wątku tej postaci np. w drugim sezonie Daredevila, jednak – jak napisałem – wprowadzenie Nuke’a wypada bardzo dziwnie. No bo jest policjant, który (oczywiście za sprawą Kilgrave’a) zupełnie przypadkiem zostaje wplątany w życiorys Jessici i nagle, ale tak totalnie nagle, okazuje się, że jest on członkiem tajnej jednostki, w której jakiś szalony doktor przeprowadza badania mające na celu stworzenie superżołnierza. A potem, zupełnie niespodziewanie, wychodzi na jaw, że jakoś związane jest to z mocami Jessici, ale by poznać konkrety, musimy cierpliwie zaczekać na drugi sezon. Trochę chamskie i zdecydowanie głupie, bo zamiast bawić się w ciuciubabkę z Kilgrave’em, scenarzyści mogli poświęcić temu tematowi nieco więcej czasu i pokazać Trish w roli reporterki śledczej, odkrywającej prawdę na temat genezy mocy swojej przyjaciółki. Wyszłoby to tylko na dobre temu serialowi, odciążając go od głównego antagonisty. Jednocześnie wrzucenie Nuke’a nie byłoby dla widza takie szokujące i niepasujące do dotychczasowych wydarzeń.

Niezwykle mało jest detektywistycznych spraw prowadzonych przez Jessicę. Znów – ponieważ zajęta jest ganianiem za swoim oponentem. Kapitalny jest jednak ten odcinek, w którym przekonana jest, że klientka została przysłana przez Kilgrave’a, ale perspektywa łatwej kasy sprawia, że zaczyna drążyć temat i koniec końców okazuje się, że nie miało to z nim nic wspólnego, że to tylko jej paranoja każe jej myśleć, że złoczyńca czai się za każdym zakrętem. O ile lepiej by było, gdyby twórcy poszli w tę stronę, pokazali kilka spraw więcej, mniej Kilgrave’a, co paradoksalnie uczyniłoby go o wiele straszniejszym przeciwnikiem. Bo nie wiadomo by było, czy to rzeczywiście on się gdzieś tam czai, czy to tylko przywidzenia głównej bohaterki.
I może to tylko ja, ale chciałbym, żeby przed pojawieniem się Kilgrave’a Jessica skopała jakiś inny supertyłek – Marvel ma tylu złoczyńców klasy C i D, że spokojnie dałoby radę znaleźć kogoś, kto by pasował. Żeby jakimś niezrozumiałym trafem wpadła na kogoś takiego, pracując nad zupełnie zwyczajną sprawą. Pokazałoby to, że teoretycznie jest gotowa na bycie bohaterką, ale z powodu prześladującej ją traumy nie potrafi przełamać psychicznej bariery i dopiero pokonanie Kilgrave’a jej na to pozwala.

Totalnie powalony i strasznie dziwny jest ten pomysł ze zwiększaniem się mocy Kilgrave’a po wykorzystaniu materiału genetycznego pobranego z martwego płodu, którego był ojcem. To jest tak dziwne i głupie, i niepasujące do tonu serialu, że aż spodziewałem się, iż pokolorują Tennanta na fioletowo po tym zabiegu.

Koniec SPOILERÓW.

No i widzicie, niby wyszło mi tyle narzekania, ale nie uważam, by serial był totalną porażką. Wręcz przeciwnie – na tle Arrow lub Supergirl wypada olśniewająca. Trzeba jednak równać w górę i muszę przyznać, że Jessice Jones wiele do jej starszego brata z rogami brakuje.
Nie sposób jednak nie docenić aktorstwa, tony czarnego humoru oraz okazjonalnie pojawiających się smaczków dla komiksomaniaków oraz nawiązań do MCU, które potwierdzają, iż cały ten projekt wciąż trzyma się kupy.

Jeśli więc będziecie w stanie znieść monotonię środka sezonu, to warto wyrwać sobie z życia dziesięć godzin i poświęcić je na obejrzenie tego serialu.

 Jaskier

Read Full Post »

Bardzo robi.

Przedwczoraj serial miał premierę, ja już obejrzałem całość, więc chętnie podzielę się z Wami wrażeniami z quasi-maratonu, jaki sobie sprawiłem. Wyzbądźcie się obaw, część zawierająca informacje na temat fabuły zostanie wyraźnie wydzielona.
Zapraszam do lektury. ;)

Mój kontakt z Człowiekiem bez Strachu dotychczas ograniczony był do tego nieszczęsnego filmu z Affleckiem, komiksu Odrodzony i kilku gościnnych występów w Magazynie Spider-ManNiezbyt pokaźna lista, w zasadzie nie mam się czym chwalić na tym polu, ale przynajmniej nie zadawałem pytania, jak to jest możliwe, że główny bohater, będący SUPERbohaterem, jest niewidomy. I to nie jest spoiler, gdyż wypadek, w którym Matt stracił wzrok, a jego pozostałe zmysły zostały wyostrzone, pokazany jest na początku pierwszego odcinka.

No bo właśnie – Matt Murdock jest niewidomym prawnikiem, zakładającym maskę po zmroku, by własnoręcznie wymierzać sprawiedliwość. Nie przez przypadek użyłem słowa „własnoręcznie”. Do scen oklepywania gangsterskich twarzy za chwilę wrócimy. Skupmy się najsampierw na naturalnym dylemacie, jaki musi się pojawić w życiu Matta.
Jak bowiem można pogodzić misję służenia ludziom wiedzą oraz umiejętnościami adwokata z conocnym skakaniem po dachach i tłuczeniem dilerów?
Ano ciężko to zrobić i nic dziwnego – to musi wymagać niemalże rozdwojenia jaźni. Grający główną rolę Charlie Cox bardzo dobrze oddaje rozterki Matta, jego zmagania z wrogami oraz samym sobą. W Daredevilu pójście do kościoła po radę od księdza nie jest tym, czym było w Man of Steel, gdzie wzięło się to kompletnie z dupy, miało na celu rzucenie widzowi w twarz porcji oczywistej symboliki. Dociekanie prawdy, walka z własną naturą, ciężar spoczywający na barkach jednego człowieka – p. Cox został dobrze dobrany do swojej roli, śmiało mógłby pod tym względem rywalizować z pierwszoligowymi zawodnikami z MCU, którego stał się pełnoprawną częścią.

Skoro mowa o właściwym człowieku na właściwym miejscu – Vincet D’Onofrio jako Kingpin jest powalający. Dosłownie i w przenośni. Przez kilka pierwszych odcinków nawet go nie widzimy, nikt nawet nie wymawia jego nazwiska, ale kiedy już pojawia się na ekranie, to przyćmiewa wszystkich. Ponownie – dosłownie i w przenośni. Dzięki sprawnej pracy kamery zawsze góruje nad innymi postaciami. Zapowiadane zmiany nastroju, którym ulega, są gwałtowne, choć nie nieprzewidywalne. Gdy coś pójdzie nie po jego myśli, wpada w szał i gotów jest zatłuc tego, kogo akurat ma pod ręką. Przerażające i niepokojące, takie jakie powinno być.
Z początku sądziłem, że wątek miłosny tego bohatera to tani chwyt, ale ostatecznie również on okazał się być dobrze napisany, idealnie wpasowując się w charakter Kingpina.
Jeszcze słówko odnośnie wyglądu Fiska – przykład tego serialu świetnie pokazuje, że nie zawsze trzeba się sztywno trzymać komiksowego pierwowzoru, który nijak nie pasowałby do mrocznego klimatu serialu, odbierając postaci Kingpina część tego czegoś. To po prostu niemożliwe, aby ktoś tak wielki wypadł dobrze w aktorskim serialu/filmie. Nie zawsze to, co działa w komiksie, zadziała również w telewizorni. Warto o tym pamiętać, nim przejdzie się do ataku na jakiegoś aktora.

Pozostali aktorzy również robią robotę. Foggy Nelson, Karen Page, Claire, Ben Urich, Wesley, Stick – ludzie ich grający są świetni w swoim fachu.

***

Po pochwałach pod adresem aktorów przejdźmy do peanów na cześć scenarzystów – rozciągnięta na pi razy drzwi trzynaście godzin fabuła, składająca się przede wszystkim z walki Daredevila z Fiskiem, zasługuje na piątkę z plusem.
Owa walka toczy się na dwóch frontach – z jednej strony mamy śledztwo: Matt oraz Foggy, korzystający ze wsparcia swojej pierwszej klientki, później sekretarki, Karen Page oraz dziennikarza Bena Uricha, próbują poskładać elementy układanki, rozsypane po Hell’s Kitchen – niezbyt przyjemnej dzielnicy Nowego Jorku, po której panoszą się gangi i która stała się celem Kingpina. Przez „śledztwo” i „wsparcie” rozumiem czynności rzeczywiście popychające ten wątek do przodu – widać, że ci ludzie pracują nad sprawą. Równocześnie każdej nocy Matt zakłada kostium, wyruszając wymierzać sprawiedliwość w bardziej bezpośrednim stylu.

Uwielbiam sposób, w jaki sceny akcji są pomyślane i wykonane – nikt nie wstydzi się tego, że materiałem źródłowym są komiksy. Widzimy pewną przesadę i cały czas zdajemy sobie sprawę, iż takie akrobacje są niezbyt przydatne w prawdziwej walce, ale oglądanie ich daje wiele frajdy. Może to zabrzmi dziwnie, ale te ataki z wyskoku, te wszystkie salta oraz kopniaki, przywodzą mi na myśl potyczki rodem z Power Rangers. Gdyby ktoś miał wątpliwości – to komplement.
Jednocześnie na każdym kroku jesteśmy uświadamiani, że misja Matta może się okazać samobójcza – chyba jeszcze żaden superbohater nie oberwał tyle razy. Każda walka kończy się dla niego zszywaniem ran i ogólnie składaniem do kupy. Czuć ciężar tego, na co się zdecydował, pierwszy raz zakładając maskę.

***

Niesamowite jest to, że tuż obok kosmitów, innych wymiarów i superludzi może funkcjonować taki Daredevil, który niczym mantrę powtarza jedno zdanie – że chce uczynić swoje miasto lepszym miejscem. Jeżeli przywodzi to Wam na myśl innego zamaskowanego stróża prawa – to wiedzcie, że mi też. W pewnym sensie Marvel zrobił właśnie Batmana, na jakiego czekaliśmy.

To wspaniałe, że dzięki obecnej modzie na superbohaterów dostajemy tak wiele różnorodnych produkcji.

***

W tym serialu zagrało wszystko – fabuła, aktorzy, sceny akcji. Ilość i długość odcinków sprawiły, że można było to wszystko upchnąć i poskładać o wiele sensowniej, niż umożliwiałby to film, a jednocześnie nie wprowadzać zbędnych wątków (tak, CW, na Ciebie patrzę) i innych zapychaczy.

No i cóż – aż chce się więcej. :D

Jak tam Wasze wrażenia?

Jaskier

*W dodatku ma kapitalny głos do roli zamaskowanego mściciela, Bale oraz Amell mogą się schować.

 

Read Full Post »