Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2014

Iluzja, bo tak sprytnie został przetłumaczony tytuł tej produkcji na nasz język, rozpoczyna się kapitalnie, bierze świetny pomysł, robi z nim fajną rzecz, ale efekt wcale nie jest piorunujący. Niestety. Nawet bardzo niestety, gdyż swego czasu się tym filmem podjarałem, ale pierwsze opinie oraz fakt, iż jedna z koleżanek* zasnęła na seansie, sprawiły, że sięgnąłem po niego dopiero teraz.
W sumie szkoda, bo tragiczny zdecydowanie nie jest – obsada, intryga oraz ciekawe pomysły na wykorzystanie zdolności iluzjonistów robią swoje.

O co więc w tym filmie się rozchodzi?
Otóż – w prologu czworo magików utrzymujących się z pokazów na ulicach (Cukierberg, Mentalista w Kapelusiku, Nieirytujący Szijalebof i Ta Laska) zostaje zaproszonych do współpracy przez tajemniczą organizację znaną jako Oko. Celem ich będzie udowodnienie swoich ponadprzeciętnych zdolności poprzez wykonanie zlecanych zadań zaplanowanych przez członków Oka.
Rok później są sławni na cały świat, mają przebogatego sponsora (Michael Caine, tym razem nie w roli Dziadka Ekspozycji, ponieważ to nie film Nolana) i dają pokazy w Las Vegas. Ich spektakl przykuwa uwagę FBI – wszak nie każdego dnia z sejfu francuskiego banku znika góra piniądza, która pojawia się na scenie po drugiej stronie oceanu. Działalność czwórki zwróciła również uwagę demaskatora magików (Morgan Freeman jako Morgan Freeman demaskujący magików). Rozpoczyna się śledztwo – po wstępnym przesłuchaniu i wypuszczeniu czwórki jej tropem podążają federalni, którzy za wszelką cenę dążą do udowodnienia winy iluzjonistów i Freeman chcący zarobić górę piniądza na DVD, w którym zdradzi sekrety ich sztuczek.
Przyjemnie oglądać pracę Marka Ruffalo, obsesyjnie dążącego do ujęcia sprawców oraz niechętnie godzącego się na współpracę z Interpolem i Freemanem. Zmuszony do tego koniecznością jest opryskliwy i najchętniej jak najszybciej wpakowałby wszystkich za kratki, byleby tylko nie musieć mieć do czynienia z magikami.

Oprócz niego bryluje na ekranie Jesse Eisenberg w roli tego irytującego aroganta, który ma się za lepszego od innych. Wiadomo, to jest powtórzenie roli Marka Zuckerberga z The Social Network, ale tam mi się w niej podobał, więc jestem zadowolony z tego, że tutaj robi to samo.
Równie ciekawie prezentuje się Woody Harrelson (tym razem bez blond czupryny), grający mentalistę. Mam wrażenie, że facet świetnie się bawił, „czytając w myślach” innym członkom obsady.
Dave Franco jako najświeższy w branży także wypada bardzo dobrze. Jego potyczka z agentami FBI, kiedy popisuje się zręcznością i wykorzystaniem sztuczek w walce, stanowi świetną odskocznię od pokazów scenicznych i daje możliwość popisu kreatywnością twórców.
Isla Fisher, którą widziałem pierwszy raz od Scooby-Doo, jest najbardziej nijaka, momentami miałem wrażenie, że została dodana do fabuły, żeby panowie mogli rzucać seksistowskimi uwagami i świńskimi żarcikami.
Morgan Freeman, to Morgan Freeman, tu nie ma się co rozwodzić, za to Michael Caine, jak już napisałem, dla odmiany nie chodzi po planie, wygłaszając ważne monologi i rzucając ekspozycją. Jest kimś w rodzaju chciwego sukinkota, który dostrzegł możliwość zarobienia na zdolnościach iluzjonistów, więc postanowił w nich zainwestować.

Co więc nie gra w tym filmie, skoro ma ciekawe postacie i sensowną intrygę?
Niektóre sztuczki magiczne są przedobrzone.
Nie oczekuję od filmu o iluzjonistach, że wyjaśni mi tajniki każdej sztuczki, nie o to się rozchodzi. Po prostu, czasem coś wygląda na prawdziwą magię, a czasem wieje science-fiction i wykorzystaniem technologii, która wyprzedza cały świat o kilka dekad. A dopiero pomiędzy jednymi i drugimi są triki, które kojarzą się z hasłem „iluzjonista”.

Mimo tej dość rażącej wady polecam obejrzenie Iluzji – o ile lubicie popisy Eisenberga, chcecie zobaczyć Marka Ruffalo goniącego własny cień i niewiedzącego, komu zaufać, oraz macie ochotę na poznanie kilku sekretów magików, nawet jeśli spora część z nich jest przekombinowana.

Jaskier

*Pozdrawiam Asię.

Read Full Post »

Strażnicy Galaktyki to znakomity film, ścisła czołówka tegorocznych popcornowych produkcji, gdyby mnie ktoś pytał. A skoro to czytasz, to najwyraźniej z jakiegoś powodu interesuje Cię moje zdanie, więc kontynuuj czytanie, by rozdowiedzieć się, dlaczego film ten mi się podobał.

Z racji tego, że jest aż kilka miesięcy po premierze, to nawet jeśli nie oglądaliście filmu, znacie ogólny zarys fabuły – potoku memów i żartów nie dało się bowiem swego czasu ominąć. Anonimowi w świadomości niedzielnych miłośników komiksów bohaterzy zalali portale społecznościowe oraz stronki z wszelakiej maści i jakości dowcipasami i śmiało wkroczyli do mejnstrimu, z miejsca stając się rozpoznawalnymi na równi z dotychczasowymi tuzami MCU – Tony’m Robertem Starkiem Downeyem, najseksowniejszym mężczyzną Wszechświata Thorem lub powszechnie uwielbianym przez publikę Lokim Hiddlestonem. Jeśli jednak kogoś to ominęło (w co wątpię, gdyż będąc osobą zainteresowaną tematem, nie sposób było nie naoglądać się najróżniejszych materiałów związanych z tym filmem, ale zrozumcie mnie – też chcę rzucić żartem o „nowych”, „lepszych” Gwiezdnych wojnach) – grupka składająca się z dwóch najemników, złodzieja, zabójczyni oraz psychopaty nieogarniającego metafor ratuje kosmos. Cały.

Główną zaletą tej produkcji są bez dwóch zdań bohaterowie. Jasne, efekty specjalne (klasyczne zmiksowane z CGI – istny majstersztyk) są świetne, ważne i w ogóle, lecz my aż za dobrze wiemy, że nie potrafią zastąpić ciekawych postaci, których losy chce się śledzić i którym chętnie kibicujemy. A do grona takich należy zaliczyć tytułową ekipę. Składa się ona z porwanego pod koniec lat ’80, wychowywanego przez kosmicznych oprychów Ziemianina – Petera Quilla, wysłanej za nim zabójczyni Gamory, dwóch łowców nagród: Rocketa (zmutowanego szopa) i Groota (humanoidalnej rośliny) oraz Draxa – żyjącego pragnieniem zemsty niezbyt elokwentego osiłka. Ta piątka tworzy niesamowitą mieszaninę, co chwila wybuchającą żartem lub zabawnym dialogiem. Złote jest to, że „drużyna” formuje się z konieczności w więzieniu o zaostrzonym rygorze, gdzie znajdują się wszyscy jej członkowie. Kruchy sojusz zawiązany przede wszystkim z chciwości przeradza się we wspaniałą przyjaźń w dość, powiedzmy, naturalny sposób. Na tej zasadzie, że stopniowe zmiany w relacjach między poszczególnymi postaciami są wiarygodne, a nie dlatego, że szop pracz z karabinem i gadające drzewo wyglądają obok siebie normalnie lub zwyczajnie. Dialogi są napisane oraz zagrane naturalnie, bez krzty sztuczności (zbyt) często pojawiającej się w popcornowym kinie. Dość powiedzieć, że nawet jeśli pojawia się coś na kształt patetycznej przemowy, to jest to w jakiś kompletnie odwrotny sposób skwitowane, przez co całość wypada niewymuszenie. Tak jakby po słowach prezydenta w Dniu Niepodległości ktoś wstał i powiedział, że przecież to misja samobójcza.

Największą bolączką tej produkcji są czarne charaktery. Przyjrzyjmy się więc trzem pojawiającym się na ekranie postaciom, których marzeniem jest wysadzenie kosmosu w kosmos. Na pierwszy ogień idzie Nebula, która jest adoptowaną córką Thanosa i miszczynią walki. Jej rola sprowadza się głównie do miszczowskiego walczenia, jej cele zostają jedynie zasygnalizowane, potem wszystko się urywa. James Gunn obiecał pociągnąć jej wątek w kontynuacji. Skoro już został wymieniony, to skupmy się na nim chwilę – Thanos. Jego rola polega z kolei na siedzeniu na kosmicznym krześle i byciu groźnym. Linkowałem wczoraj filmik z kanału HISHE, tam został kapitalnie podsumowany, nie trzeba nic dodawać – miał nas jedynie nakręcić na zaplanowany na 2018 i 2019 finał trzeciej fazy, czyli Infinity War. Natomiast głównym szwarccharakterem jest Ronan Oskarżyciel, przedstawiciel rasy Kree, który jest opętany rządzą zemsty i zrobi wszystko, byleby jej dokonać, wliczając w to współpracę z Thanosem. I to tyle. Jest strasznie, okropecznie zdenerwowany, bo coś tam się kiedyś stało i chce wszystkich zabić. Dlaczego Loki wypadł lepiej od niego? Przecież można wskazać kilka łączących ich cech. Loki nie chciał anihilacji całego świata. Chciał wymierzyć policzek bratu, zdobywając Ziemię, do której Thor jest przywiązany. Dla mnie to o wiele sensowniejsze od upartego dążenia do wybicia miliardów istot, bo tak.

Jest również jeszcze jeden ważny aspekt związany z GotG – film Jamesa Gunna rozszerza MCU o kosmos, inne galaktyki etc. Następnym razem, robiąc sobie powtórkę i oglądając po raz kolejny Iron Mana 3 lub Winter Soldier, będziemy zdawać sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy sytuacja na Ziemi nie ma wpływu na losy Wszechświata. Obie części przygód Thora oraz Avengers jakoś mi tego tak dobitnie nie uświadomiły, chociaż dostrzegłem wpływ tego faktu na postać Starka. Nie mogę się doczekać, aż ujrzę miny Mścicieli, kiedy to zorientują się, że nie dość, że kosmici mogą zaatakować Ziemię, to grozi jej to również ze strony demonów oraz innego magicznego tałatajstwa.

Zdecydowanie polecam, świetnie się bawiłem podczas oglądania, co najmniej tak samo dobrze, jak ekipa tworząca film. Nie jest to produkcja bez wad, ale naprawdę ciężko wskazać jakąś tegoroczną premierę, która byłaby lepsza.

Jaskier

PS Grę słów, będącą odwołaniem do Watchmen, ukradłem od kogoś, ale nie mogę namierzyć tego bloga. Mam go w zakładkach na komputerze w domu, więc za tydzień wrzucę link.

Read Full Post »

Liam Neeson ciągle w formie.

To niebywałe, że można dzisiaj przyjść do wytwórni filmowej z pomysłem na niezbyt ambitne kino akcji, po streszczeniu scenariusza i przyznaniu się, ile pieniędzy potrzeba na wyprodukowanie, dorzucić, że Liam Neeson wstępnie zgodził się zagrać główną rolę i wyjść zadowolonym z czekiem na mnóstwo dolarów.
I zrobić wciągający i angażujący widza film akcji.
Niebywałe i bardzo fajne, bo podejrzewam, że właśnie w ten sposób zrodził się film pt. Non-Stopo którym możecie sobie poczytać.
Tu niżej.

Liam Neeson tym razem także gra zmęczonego życiem skurczybyka-madafakę-zawodowca, któremu ktoś podpada, żebyśmy mogli przez prawie dwie godziny oglądać Liama Neesona w roli skurczybyka-madafaki-zawodowca. Jeżeli ktokolwiek spodziewał się czegokolwiek innego, to trafił pod zły adres. Po prostu, jeżeli plakat zdobi Liam Neeson z pistoletem lub w jakiejś kozackiej pozie, to nie należy się spodziewać czegoś innego.

Tutaj dla niepoznaki Bohater nazywany jest Bill Marks i jest kimś w rodzaju policjanta w samolocie. Po 11 września przewoźnicy kapnęli się, że rozsądnie jest umieszczać na pokładzie zaufanego człowieka z bronią, który w razie czego ogarnie bandę muzułmanów, którzy próbowaliby przejąć kontrolę nad maszyną.
Owi powietrzni szeryfowie, bo tak się tytułują, działają w parach, komunikując się między sobą za pomocą zastrzeżonej sieci. Niepokój Marksa wzbudza tajemnicza wiadomość od kogoś, kto podaje się za jednego z pasażerów samolotu. Terrorysta żąda mnóstwa milionów dolarów i grozi rozpoczęciem mordowania osób obecnych na pokładzie. Odliczanie trwa, a sytuacja z każdą minutą staje się coraz mniej kolorowa.
Marks dosyć szybko orientuje się, że sprawa nie jest tak prosta, na jaką z pozoru wygląda. Jako łebski madafaka-zawodowiec rozumie, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, nie zawsze musi chodzić o pieniądze. Atmosfera się zagęszcza, ze względu na przeszłość Billa centrala nie bardzo ma ochotę współpracować, giną kolejni pasażerowie, załoga staje się nieufna, zaczyna wybuchać panika. Osaczony szeryf sam już nie wie, komu może ufać.

Właśnie to zaszczucie jest największą zaletą filmu. Marks jest odcięty od wsparcia, działa niemalże w pojedynkę, a autor gróźb pozostaje niewykryty.
A może nim być każdy z pasażerów.

Dla tej niesamowitej atmosfery, poczucia bezradności i świetnego Liama Neesona, który przeżywa drugą młodość, warto Non-Stop obejrzeć.
Zdecydowanie polecam.

 

Jaskier

PS Co jakiś idiota porwie p. Neesonowi następnym razem?

Read Full Post »

To wcale nie jest tak, że się opieprzam. W zasadzie od dawna nie miałem tyle materiału i pomysłów na wpisy. Obczajcie sobie tagi, ile się tego nazbierało przez ostatnie dwa tygodnie. Niestety, z czasem jest krucho, więc będą takie jakieś dziwne przestoje. Coś powinno się pojawić jutro, potem pewnie w piątek.

Chciałem Was pochwalić za dzielne klikanie w tekst o Obietnicy. Prawdę napisawszy, nie spodziewałem się aż takiego ruchu związanego z opinią o tym filmie. Bardzo miła niespodziewanka. Równie miłe były wszystkie nowe lajki na fanpejczu – widocznie częściej muszę narzekać na polskie filmy. Dobrze to robi blogowi.

W każdym razie, piszę to, żebyście się ustosunkowali i odparli, na przeczytaniu czego zależy Wam najbardziej i co ma być najpierwsze.
Piszcie więc tutaj lub na fejsbuku. Może macie jakieś własne propozycje, do dzielenia się nimi w komentarzach również zachęcam.




___________________________________________________________

Dodam jeszcze, że październik miał statystyki wyższe od kilku poprzedzających go miesięcy, jeśli tendencja wzrostowa się utrzyma, to blog w końcu wyjdzie z tego dołka, do którego wpadł na początku bieżącego roku.

Trzymajcie tak dalej, róbcie kliki, komentujcie, łapkujcie etc.

Biorę się za naukę, cześć. ;)

Jaskier

Read Full Post »

9445_735248903235777_114882185773382389_n
Prośbę kieruję do polskich scenarzystów, reżyserów, aktorów oraz wszystkich osób które utrzymują się z powstawania filmów. Nie róbcie tego więcej – nie kręćcie takich gównianych produkcji o wyimaginowanych problemach nastolatków. Wiele przykładów z naszego rodzimego podwórka pokazuje, że nie umiecie tego robić, więc sobie odpuście.

Na tym mógłbym zakończyć ten tekst, podpisać się i pożegnać z Wami na dziś. Jednakże nie po to kliknęliście w link, żeby odejść stąd bez wytaplania się potoku hejtu, w którym zaraz skąpię tę produkcję.
Oto wybitnie-nie-recenzja filmu pt. Obietnica. Zapraszam.

W przypadku słabych filmów naprawdę dobrze wypada chronologiczne opisywanie co śmieszniejszych, bardziej nieudanych scen. Tym sposobem zaznajamiamy czytelników z tematem, przedstawiamy fabułę i ratujemy tych nieszczęśników, którym dopiero totalnym zaspoilerowaniem historii można wybić z głowy chęć obejrzenia chłamu. Tylko że w przypadku Obietnicy trzeba by przepisać scenariusz, bo chyba prócz pokazującej biust Elizy Rycymbel nie ma tutaj absolutnie NIC godnego uwagi. A to i tak tylko dla desperatów.

Cóż, z grubsza chodzi o to, że chłopak* Lili (panna Rycymbel) ją zdradził. I ona jest teraz na niego masakrycznie pogniewana, nie odbiera telefonów, olewa wiadomości, rozbiera się dla niego przed kamerką na Skype’ie, nie ma zamiaru uwierzyć w jego zapewnienia o gorącym uczuciu, jakim ją darzy etc. Normalna sytuacja, gdy masz naście lat i chłopak zdradził Cię z Luxurią Astaroth. Nie wystarczą słowa (wszak obiecanki cacanki itd.) – trzeba przejść do czynów. Rękoczynów.
Za kilka akapitów zrozumiecie, dlaczego mnie to tak bardzo bawi. :D

(Uwaga: SPOILER) Luxuria ginie z ręki niewiernego chłopca. Do omówienia tego, jak bardzo jest to popieprzony koncept, zaraz dojdę. Zostańmy jeszcze przez chwilę przy naszej świeżo zamordowanej specjalistce od ubijania masła.
Mam taką teorię: ona wcale nie chciała zagrać w tym filmie. Naturalnie, nie chcę posądzać jej o jakieś większe ambicje (do roli tępej siksy i zwłok nadaje się idealnie, zresztą wielkie to ona już ma co innego), ale to, że pojawia się jedynie w autobusie, kręcona z większej odległości (no i potem w telewizorni w głównym wydaniu wiadomości) budzi pewne podejrzenia. Nie sądzicie?
A co, jeśli nagrali ją przypadkiem, kiedy bajerowała kanara i po prostu postanowili to wykorzystać w swoim filmie? Hę?

Zejdźmy już z niej i wróćmy do tematu morderstwa… … Wiecie… Jakby to ująć?
Jestem świadom tego, że nie każdy jest tak nienormalny i staroświecki jak ja. Potrafię sobie wyobrazić, jakie akcje mogą mieć miejsce na imprezach i co mogą wyprawiać (lub wyprawić) młodzieże. O ile dla mnie niezrozumiałe jest, jak można skrzywdzić kochaną osobę, zdradzając ją, to mam świadomość tego, że takie rzeczy się dzieją i w niektórych środowiskach są na porządku dziennym. Co jest chujowe oraz strasznie mnie smucące.
Aczkolwiek bycie świnią, chamem, prostakiem i osobą nadmiernie ulegającą emocjom to jedno, a morderstwo to drugie. Bardzo drugie. Ręka w górę, kto zna ludzi, których związki rozpadły się z powodu zdrady. A teraz ręce podnoszą ci, którzy znają dziewczynę, która kazała chłopakowi zabić tę, z którą ją zdradził.
Jasne, wkurw jest zrozumiały i jak najbardziej słuszny, ale wymuszenie morderstwa to dowód na bycie pojebanym psychopatą. Psychopatką w tym wypadku. Bo Lila doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że namawianie do zabójstwa ujdzie jej płazem, bo chłopak nie zacznie sypać.

Wiecie, żeby nie podkusić Was do obejrzenia, napiszę, o co poszło. Co takiego zrobiła Luxuria, że zdaniem Lili zasłużyła na śmierć i gnicie w Piekle? Na jakim dzikim, nieokiełznanym i bezpruderyjnym harcowaniu została nakryta z jej chłopakiem?
Całowali się.
Co prawda, nie wiemy, jak bardzo się całowali, ale szczerze wątpię, czy kogokolwiek to w ogóle obchodzi. Raczej nikt się nie spodziewał, że to była taka błahostka, toteż film wypada przez to jeszcze mniej poważnie. Zwłaszcza po tym, gdy pani reżyser pokazała nam najróżniejsze niewłaściwe – tak to ujmijmy – zachowania i postawy młodego pokolenia.

Jeżeli do tej pory zastanawiacie się, co się odjebało kilka akapitów wyżej, kiedy to opisywałem zachowanie dziewczyny – nic. To było w filmie, niczego nie poplątałem, ani nie wypaczyłem. Bohaterowie ewidentnie są ze sobą pokłóceni, Lili jednak nagle (nagle!) decyduje się jednak zadzwonić do chłopaka, każe mu włączyć kamerkę, potem zdejmuje bluzkę i stanik, a ten – zadowolony – po drugiej stronie kabla rozpina spodnie i zaczyna się masturbować.
Jeśli Obietnica nie dostanie za tę scenę węża w kategorii Żenująca scena, to stracę do osób je przyznających szacunek i zacznę oglądać filmy, które „wyróżniły”.

Z seansu pamiętam jeszcze dwie perełki:
Jest zakończenie roku. Na ekranie pojawiają się cheerleaderki. Koniec sceny. Twórców nie stać była nawet na zatrudnienie dziewczyn, które pokazałyby jakiś układ albo chociaż jego fragment. Co jest dosyć żałosne.
Jest też przesłuchanie, na którym Lila wybucha płaczem i mówi, że nie chciała śmierci Luxurii, że mówiła takie rzeczy, bo była strasznie bardzo okropecznie zdenerwowana. No i ona tam płacze, policjanci słuchają i kiedy już masz pewność, że któryś z nich wstanie i powie – Bardzo ładnie udajesz to szlochanie, ale ci nie wierzymy. Jesteś aresztowana, wszystko, co powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie w sądzie – nic takiego się nie dzieje. Śledczy kupują to wybitnie słabe udawanie płaczu.

Ocena zmierza do minus nieskończoności i następnym razem, gdy ktoś mnie zapyta, czy chcę obejrzeć coś podobnego dla beki, to odpowiem, że nie, dla beki nie, ale chętnie obejrzę, bo mi się bardzo łatwo i przyjemnie jeździ po takich filmach.

Jaskier

*Ma – rzecz jasna – jakieś imię, ale nie widzę sensu w sprawdzaniu na filmwebie, jak mu tam było. To coś znaczy, zastanówcie się nad tym.

Read Full Post »


Dwa lata minęły jak z bicza strzelił.

Przewrotnie i zupełnie nie jak rok temu* zacznijmy od statystyk. W ciągu minionego roku:
– powstały 172 wpisy;
– wspólnie napisaliśmy 669 komentarzy;
– nabiliście 20288 wyświetleń;
– liczba śledzących wzrosła o 23.

Średnia liczba komentarzy pod wpisem drastycznie się nie zmieniła (zmalała o ok.0,06), analogiczna liczba wyświetleń wzrosła (niemalże dwukrotnie), co jest trochę dziwne i niepokojące, ponieważ wynika z tego, iż się opieprzacie i mało piszecie. Lub po prostu macie pojawiające się teksty w dupie.
Tę ewentualność również biorę pod uwagę.

__________________________________________________________________

Na szczere i wylewne podsumowanie roku, będące niczym innym jak wystawianiem swojej prywatności przed całym Internetem, przyjdzie czas za półtora miesiąca (wpis sylwestrowy ma już niesamowity i wielce oryginalny tytuł), więc nie bardzo wiem, co tu mogę napisać. O powodach założenia bloga była mowa przed rokiem, toteż nie widzę sensu w powtarzaniu tego. Jeżeli ktoś jest ciekaw (Jest ktoś taki?), to może tam zajrzeć. Link podałem wyżej.

Powiem tylko, że ten rok był naprawdę wariacki i dobry. Dwanaście miesięcy temu nie uwierzyłbym, że będę mógł coś takiego z czystym sumieniem napisać.

__________________________________________________________________

No to cześć. I miłego dziesiątego listopada. ;)

Wpadnijcie na fanpejcz i odpowiedzcie na pytanie dołączone do zdjęć, które dzisiaj dodałem.

Jaskier

*Ktoś pamięta, jaki filmik był podpięty do tamtego wpisu? Szlag go trafił, niestety ja nie mam pojęcia, co wówczas wydawało mi się śmieszne i pasujące do tekstu rocznicowego.

Read Full Post »


A szkoda, bo byłby dzięki temu lepszy. Chociaż z drugiej strony – który to by już był film o zemście autorstwa p. Tarantino? Bo bez wątpienia pojawiający się motyw vendetty zostałby wysunięty przez tego reżysera na pierwszy plan.
Ale po kolei.

Już pierwsze minuty tej produkcji ukazują nam, z czym mamy do czynienia. Człowiek o żelaznych pięściach stanowi hołd dla niskobudżetowych chińskich filmów o kung-fu. Ucinanie kończyn (koniecznie połączone z eksplozją jaskrawoczerwonej juchy), walki, których uczestniczy gardzą prawem powszechnego ciążenia, teatralność niektórych postaci – takich składników należy się po tym filmie spodziewać.
Nie spędziłem co prawda dzieciństwa na oglądaniu filmideł tego typu, niekoniecznie legalnie rozprowadzanych na VHS-ach przez wszelakiej maści Bazarowych Baronów, więc podejrzewam, że tym osobom, które taki punkt na liście mogą odhaczyć, Człowiek o żelaznych pięściach spodoba się jeszcze bardziej. Bo bawiłem się może nie przednio, ale dałem radę to przetrawić i nie żałuję poświęconego na seans czasu.

Akcja kręci się wokół:
a) syna wodza klanu pragnącego pomścić śmierć ojca z rąk zdrajców;
b) czarnoskórego kowala, który pragnie wykupić ukochaną z rąk właścicielki miejscowego zamtuza;
c) tajemniczego Anglika, dziwnym trafem przybywającego do miasta w przeddzień postoju transportu cesarskiego złota;

To są nasi protagoniści i najfajniejszy z nich jest pan z podpunktu c), grany przez Russella Crowe’a, który „nie bawił się tak od obrony korony w Makau”. I ja jestem skłonny w to uwierzyć – dawno nie widziałem go takiego wyluzowanego. Rola brytyjskiego agenta w tym głupiutkim filmie musiała sprawić mu nie lada frajdę.
Niestety, reżyser i główny bohater (raper RZA), będący byłym niewolnikiem, który po ucieczce ze Stanów cudem trafił do zakonu buddystów, którzy go przygarnęli oraz wyszkolili, nie jest już tak interesujący. Sama jego przemiana w tytułowego posiadacza żelaznych dłoni nie robi szału.
Z kolei zdradzony Zen Yi jest typowym szukającym sprawiedliwości za pomocą oręża młodzieńcem. Na szczęście wymiata, jeśli chodzi o walkę wręcz lub przy pomocy noży (dosłownie wymiata), więc ciężko się go czepiać, skoro swoje zadanie spełnia.

Przeciw nim staje Klan Lwa, dowodzony przez pragnącego władzy, uroczo teatralnego Srebrnego Lwa, szefowa zamtuza oraz obdarzony niezniszczalną skórą Dave Bautista.
Najwyżej oceniam występ Bautisty, który choć nie miał zbyt wielu linijek (może pięć kwestii przez cały film), to każde jego pojawienie się na ekranie zwiastowało nadchodzące demolowanie uliczek lub pomieszczeń za pomocą rzucanych na prawo i lewo przeciwników zapaśnika.

Tym właściwie jest ten film – ciągiem scen, w których ludzie walczą w jakiś przekombinowany sposób, dewastując, co się tylko da. Historia odgrywa marginalną rolę, przede wszystkim będąc pretekstem do tych wszystkich potyczek.

Warto obejrzeć, jeśli lubicie oglądać skośnych wyrywających sobie kończyny, dekapitujących się i mordujących na inne różne sposoby.
No i widok przebranego za kowboja Russella Crowe’a, który wchodzi do burdelu żywcem wyjętego z azjatyckiej kreskówki dla dorosłych zawsze spoko.

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »