Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Maj 2016

Ten tekst nie zawiera SPOILERÓW, plotek, przecieków, ani niczego w tym stylu. Stanowi jedynie spis luźnych przemyśleń na temat tego, co JA bym chciał zobaczyć w ramach Marvel Cinematic Universe. Na dzień dzisiejszy ujawnione plany sięgają do starcia z Thanosem, które ma nastąpić w 2019 roku, no ale coś później musi być, wszak nie zarżną kury znoszącej złote jaja.

W moich marzeniach zakładam, że Sony nie zwariuje i uniwersum Pająka w całości będzie dostępne dla planów Marvela, Fox z kolei wciąż będzie uparcie robić sequele oraz remake’i FF, przez co Doctor Doom, Galactus i cała reszta świetnych i istotnych postaci związanych z tą drużynę, będzie poza zasięgiem.

Czas… start!

***

Iron Man 4: Prawidzwy Mandaryn

Tony Stark potężnie cierpi na brak interesujących przeciwników – w jego solowych filmach zawsze się na koniec okazuje, że jest jakiś… biznesmen. Chciwy i pragnący wypchnąć Stark Industries z rynku, by jego kompania mogła zająć jej miejsce. Mniej więcej, nie wchodźmy w szczegóły. Jeśli chodzi o oponentów, to pamięta się przede wszystkim to, że łysy Jeff Bridges zwariował, Mickey Rourke był wielkim, złym Ruskiem, a Ben Kingsley udawał Mandaryna.
Właśnie – nie był nim, tylko udawał, sporo ludzi miało o to ból dupy, ja natomiast uważam, że ten wybieg był genialny. Wtedy. A teraz chcę prawdziwego Mandaryna. W krótkometrażówce pokazali, że istnieje w tym świecie ktoś, komu aktorskie popisy Trevora (bo tak się bohater pana Kingsleya nazywał) się nie podobają.
To nawet nie musi być ktoś, kto się nazywa Mandaryn, może po prostu stwierdzić – hej, jestem powalonym Chińczykiem-terrorystą, a ten śmieszny gostek robił coś bardzo ciekawego, mogę się im przedstawić tym samym imieniem.
I niech ma jakieś kosmiczne/magiczne pierścienie. To byłoby już  po przedstawieniu Doktora Strange’a, toteż z magią albo „magią” nie powinno być najmniejszego problemu. Chciałbym, by technologia Starka została wystawiona na zupełnie nową próbę, żeby zrobili zestawienie dwóch zupełnie odmiennych źródeł siły – trochę jak w Power Rangers.
I jak cudownie by było, gdyby po pierwszym starciu z nieznanym wrogiem Stark zaszokowany jego zdolnościami udał się do Sanctum Sanctorum zasięgnąć porady, przyniósł Strange’owi pendrive’a z nagraniem, a tam nie ma żadnego komputera, Tony jest skonfundowany, a czarodziej na luzie czyta z jego myśli, widzi w nich walkę z Mandarynem i decyduje się wesprzeć Iron Mana.
Tyle wspaniałych okazji do rzucenia żartem No shit, Sherlock, sam Stark mógłby krzywo na magię patrzeć, ale po wszystkich ciężkich doświadczeniach byłby skłonny do zaakceptowania tego, że są rzeczy, których jego umysł nie potrafi pojąć.
Robert Downey Jr. zapewne bardzo chętnie jeszcze raz przywdziałby zbroję, nakręcił kolejny film o tej postaci, ostatnio się pojawiają na ten temat plotki, w sumie łatwa kasa, przysparza popularności, ale też daje pole do popisu – w Civil War był jeszcze bardziej bezbłędny niż dotychczas.

***

Kapitan Ameryka: Stary Kapitan Ameryka 

Ustalić trzeba jedno – Chris Evans jest niesamowity w roli Kapitana Ameryki. Kiedyś dostawał te role przystojnych śmieszków i czy ktoś przy To nie jest kolejna komedia dla kretynów pomyślałby, że ten facet nada się do zagrania lidera – cholera – Lidera o kręgosłupie moralnym z vibranium?
Wydaje mi się jednak, że ciekawym zabiegiem byłoby odsunięcie go na pewien czas poprzez postarzenie jego postaci. Steve Rogers mógłby być potraktowany jakimś promieniem śmierci czy czymś takim, który zdezaktywowałby serum superżołnierza. Oczywiście, nie na trwałe, ale na dwa filmy, więc kilka lat, kilkudziesięcioletni Kapitan Ameryka, nienadążający już za działającymi w terenie Avengers, słabnący z każdym dniem, musiałby zmierzyć się z zupełnie nieznanym sobie problemem. Przekazałby tarczę Bucky’emu, jak miało to miejsce w komiksach, a sam zająłby się koordynacją zespołu oraz trenowaniem nowego pokolenia herosów. A następnie zaliczył wielki powrót w finale fazy. Mogłoby to też stanowić logiczne wytłumaczenie dla starzenia się aktora, które postępuje przecież w naturalnym tempie.
Wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w tej roli. W roli mentora kolejnego pokolenia superbohaterów. Oczywiście, dostałby jakąś naprawdę kozacką scenę walki, sam jednak po niej stwierdziłby, że jednak czas przejść do pracy „za biurkiem”.
No i jakie nośne hasło można by wrzucić na plakat filmu – Kapitan Rogers ponownie chwyta za tarczę. A zwiastun? Co by było, gdyby po dwóch latach nieobecności Chris Evans podniósłby tarczę i w końcu krzyknął Avengers Assemble!?

***

Sinister Six (tym razem na poważnie): Spider-Man

Nie jest to materiał na pierwszy czy drugi film, ale trzecia produkcja z Pająkiem? Albo może raczej pierwszy film o grupie ciamajdowatych przestępców, którzy już raz dostali od Spidey’a, wypuszczony po dwóch solowych filmach o przygodach Petera Parkera. Przedstawienie historii z ich perspektywy – łotrów knujących w jakimś brudnym mieszkaniu na Manhattanie (a nie zamkniętym, opuszczonym magazynie, których z jakiegoś powodu w Central City i Star City jest więcej niż budynków mieszkalnych).
Siedzi jeden z nich i narzeka, jak to ten głupio ubrany pajac (to mógłby powiedzieć Electro) zawsze jest mu w stanie skopać dupę i jakie to jest niesprawiedliwe etc. Nagle, widząc Avengers w gazecie lub telewizorni, wpada na błyskotliwy pomysł zebrania sobie podobnych przegrywów i zawiązania koalicji przeciwko Pająkowi. Wiadomo – i Herkules dupa, kiedy wroga kupa.
Skoro wrogiem w filmie w 2017 roku ma być Vulture, to już byłby jeden idealny kandydat do Szóstki, wystarczyłoby zasygnalizować w drugim filmie, że Spider-Man regularnie walczy z jakimiś kolorowymi klaunami poprzez wrzucenie Kravena albo Shockera lub Mysterio do krótkiej walki na początku – pisałem już o codziennych czynnościach superbohaterów w tekście na temat Civil War – i mielibyśmy gotowe pół składu.
Komedia z niezdarnymi łotrami, którzy nie tworzą prawdziwej drużyny, bez przerwy się o coś obwiniają i ostatecznie całą szóstkę pokonuje licealista, powinna wpasować się w ton, jaki najprawdopodobniej przyjmą filmy o Spider-Manie.

***

Avengers ’80/ Retroavengers

Pisałem już o tym gdzieś na blogu, więc nieco się powtórzę – bardzo chciałbym zobaczyć film o proto-Avengers, działających w latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było nieco kiczowate. Wiemy, że wówczas czynnie działał Hank Pym i jego żona, wystarczyłoby im dodać ze dwie postaci w kostiumach i już można by wysłać drużynę na tajną misję przeciwko Związkowi Radzieckiemu, na której staraliby się powstrzymać próby stworzenia superludzi przez Sowietów. No bo przecież musiały takowe być i to zapewne bardzo liczne.
Brakuje mi czegoś takiego do wypełnienia luki czasowej pod koniec poprzedniego stulecia. Mogłoby to również jeszcze podkreślić, skąd wzięły się niesnaski między doktorem Pymem a zarządem S.H.I.E.L.D.
Super by było, gdyby to był Bond, tylko w stylu tych klasycznych, nie tych nowych  z Craigiem. Z szalonym radzieckim naukowcem, przystojną szaloną panią radzieckim naukowcem, bazą w łodzi podwodnej, a ci opracowywani superludzie koniecznie mieliby zdolność latania i posługiwania się ogniem, i robienia wybuchów atomowych. Bo Zimna Wojna.

***

Namor (Kim do diabła jest Namor?)

Nim zaczniecie się pultać, że to jakaś tania, nędzna i w ogóle rozebrana podróbka Aquamana, to zajrzyjcie na Wikipedię, by sprawdzić daty – Namor zadebiutował dwa lata przed pojawieniem się swojego odpowiednika z DC. Zdziwko, nie? Ciężko jednak mówić o wzajemnym kopiowaniu od siebie, bo koncept podwodnej krainy nie został wymyślony przez ówczesnego Marvela. Oba wydawnictwa postanowiły zaadaptować Atlantydę do własnych potrzeb. I tyle.
Nie jest do końca jasne, kto obecnie ma prawa do tej postaci, najprawdopodobniej ma je już z powrotem Marvel, choć mówiło się, że w jakiś sposób należą do wytwórni Universal, może chodzi o same prawa do dystrybucji, ciężko powiedzieć, skoro nie znamy szczegółów umowy. To nie jest tak, że po latach wyciąga je z szafy czyjaś żona, przynosi i zostają pokazane prasie.
Namor pierwotnie walczył z ludźmi i ten konflikt między Atlantydą i naszym, suchym światem jest dość istotny w przypadku tej postaci. Potem się – oczywiście – ogarnął i wraz z Kapitanem Ameryką oraz pierwszą Ludzką Pochodnią kopał tyłki Niemcom oraz Japończykom.
Gdyby go dzisiaj adaptowali, to z dość oczywistych przyczyn nie byłby sojusznikiem Kapitana Ameryki z czasów wojny. Pewnie nie miałby też skrzydlatych stóp i nosiłby coś więcej niż tylko zielone majtki.
Skoro już tak wszystko wyłazi – kosmici, mistycy Dalekiego Wschodu, superkrólowie z Afryki, to wynurzenie się Namora byłoby jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że jeśli się dobrze przyjrzeć Iron Manowi 2 i mapie, jaka stoi za plecami Starka w tej scenie, kiedy Nick Fury mówi mu, że nie nadaje się do Avengers, to jak byk jest tam zaznaczony środek Atlantyku. Niby nic, ale na tej samej mapie jest również kółeczko w centrum Afryki, no a przecież tydzień temu osoba, którą to kółeczko oznaczało, zadebiutowała w ramach MCU. Toteż jest duża nadzieja na pojawienie się również Namora.

***

To by było na tyle, skupiłem się wyłącznie na filmach, seriale to – niestety – zupełnie osobny świat, któremu wypadałoby poświęcić odzielny pełen uwag oraz narzekania wpis. Co naprawdę chciałbym zrobić i być może nawet uda mi się napisać to w tym tygodniu. A może dla równowagi należałoby zacząć od wytknięcia DC i Warnerowi, że niby ich seriale są osobne osobne od filmów, ale w procesie twórczym są ściśle połączone? Zobaczy się.

Póki co, dziękuję za przeczytanie niniejszego wpisu i liczę na to, że znajdzie się wśród Was ktoś, kto podzieli się jakimiś uwagami lub może własnymi oczekiwaniami.

Miłej niedzieli i smacznego obiadu. Albo do garów.

Jaskier

Read Full Post »

Po niesamowicie dobrym Kapitanie Ameryce* pozostałym filmom, które staną w tym roku w szranki o tytuł Hitu Lata, poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko. Ponieważ studia niebawem rozpoczną zasypywanie kina propozycjami, to chciałem zwrócić uwagę na jeden tytuł. Poprzez przyjrzenie się jego zwiastunowi.

***

Warcraft… nie mam pojęcia, jak to się stało, że nic jeszcze nie napisałem na temat tej produkcji. Nie licząc tego wpisu z początku 2013 roku, czyli mrocznego okresu, gdy o filmie praktycznie nic jeszcze nie było wiadomo poza nazwiskiem reżysera.

No ale że do kina trzeba będzie pobiec za niespełna miesiąc, a trwająca kampania marketingowa podzieliła internety na tych, którzy narzekają na gówniane CGI i całą resztę, to wypada w końcu zabrać głos w tej sprawie. Czy tam pismo, bo przecież Wam tego nigdy osobiście nie przeczytam.

Więc – cóż – ja się jaram okropecznie. Niczym Lordaeron podczas inwazji Płonącego Legionu.
smiech_z_puszki
Tak się składa, że od kilku miesięcy mozolnie rozgrywam sobie kampanię trójeczki, obecnie jestem w środku historii nieumarłych w The Frozen Throne, a zatem dosyć mocno jestem w klimacie tej serii. Patrząc na zwiastuny, sądzę, że film dobrze odda lekką kiczowatość świata przedstawionego. Straszny jest ból dupy o to, że orkowie są generowani przez komputery, a ludzie nie, sam miałem z czymś takim olbrzymi problem w przypadku filmowego Hobbita, ale nie należy zapominać, że te dwie produkcje niezwykle wiele dzieli. Dlatego, że uniwersa, w których są obsadzone, są drastycznie od siebie różne. Człowiek człowiekowi wilkiem, kiwi kiwi kiwi, a fantasy, fantasy nierówne. I tyle.
Świat Warcrafta, będący stylistyczną kopią uniwersum Warhammera, z założenia jest o wiele bardziej kolorowy od Śródziemia. W sensie istnienia szkół czarodziejów, powszechnego dostępu do magii, fikuśnego rynsztunku etc. Zawiera całą tę otoczkę, jaką powszechnie kojarzymy z fantasy. Z tego powodu tacy wielgachni orkowie pasują. Przynajmniej mi, aczkolwiek wydaje mi się, że każdy, kto odparł ich inwazję lub dowodził wojskami Thralla podczas tworzenia nowej Hordy, widząc na ekranie wielkie zielone kloce, czuje się jak w domu. Albo jak przed monitorem.

Nie uważam również, by przeniesienie się do czasów Pierwszej Wojny było błędem. Dobrze będzie zobaczyć coś, o czym do tej pory tylko czytałem.

Także więc – no ja czekam, wybiorę się do kina zapewne już w weekend premiery.

***

A poza tym na maturze rozszerzonej z matematyki było w tym roku zdecydowanie za dużo geometrii.

Jaskier

*Patrz: poprzedni wpis.

Read Full Post »


Civil War jest wykonane nieprzyzwoicie wręcz wybornie, mimo iż nie ustrzegło się kilku błędów, a w zasadzie jednego, czyli odwiecznego problemu MCU – przeciwnik kolejny raz niedomaga. Zwłaszcza w zestawieniu z niesamowicie wypadającą ekipą herosów.
Naprawdę, relacje między postaciami robią ten film i maskują wszelkie fabularne wpadki. Civil War ogląda się przede wszystkim po to, żeby zobaczyć tych bohaterów w nowej sytuacji, w sytuacji, jakiej jeszcze nie było – otwartego konfliktu, wręcz wojny. Każdy ma swoje zdanie, swoje argumenty i – mimo usilnych prób – nie da się zniwelować tego napięcia w ramach rozmowy.

Fabularnie wygląda to następująco – Steve Rogers kieruje nową drużyną Avengers (którą zobaczyliśmy pod koniec Age of Ultron) i w trakcie misji w Nigerii dochodzi do tragedii – giną niewinni ludzie. Przelewa to czarę goryczy, opinia publiczna domaga się, aby superbohaterowie podlegali nadzorowi komisji ONZ, a ludzie, którzy marzyli o tym po nocach, wreszcie mogą z szuflady wyciągnąć przygotowany już wcześniej dokument, który ma posłużyć do rejestracji nadludzi.
Nieustannie dręczony wyrzutami sumienia Tony Stark, który wszelkimi siłami stara się odpokutować za stworzenie Ultrona, przystaje na propozycję władz i przyjmuje rolę przywódcy stronnictwa popierającego rejestrację. Rogers, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że każda organizacja może zostać po cichu zinfiltrowana lub nawet przejęta, staje na czele opozycji, nie godząc się na bycie cynglem grupki polityków. Kolejni bohaterowie opowiadają się po którejś ze stron i w ten sposób dochodzi do powstania pierwszych spięć w drużynie.
Być może wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie to, że Kapitan Ameryka czuje się zobowiązany do ratowania przyjaciela – Bucky’ego – który po dokonanym w Wiedniu zamachu jest poszukiwany przez cały świat. Kapitan nie chce bowiem wierzyć w jego winę i zamierza dotrzeć do niego przed przedstawicielami władzy, aby przekonać się, czy ma rację i w Zimowym Żołnierzu zostało coś jeszcze z jego przyjaciela. Naturalnie, stawia go to po tej drugiej stronie barykady, co zaostrza konflikt, mimo iż na tym etapie da się go wciąż polubownie rozwiązać.

Tak się jednak nie dzieje, a po szczegóły udajcie się do kina.
Dalej są SPOILERY.

***

Strasznie podoba mi się sekwencja początkowa, w której Avengers zastawiają sidła na grupę najemników, udaje im się pokrzyżować ich plany, wracają więc do domu zwycięsko. Nie licząc wybuchu, przez który ucierpieli cywile. Ale chodzi mi o to, że sama akcja oderwana jest od reszty fabuły. Ot, drużyna wykonywała misję, co jest dla superbohaterów codziennością, Kapitan oklepał superzłoczyńcę, co też stanowi dla niego chleb powszedni. Nie jest potem ani razu wspomniane, czemu najemnicy pojawili się w akurat w Afryce, kto ich tam wysłał etc. To świetnie pokazuje, że ten świat jest olbrzymi i nie kręci się wyłącznie wokół wielgachnych, epickich wydarzeń. W przerwach od walczenia z kosmicznymi najeźdźcami albo szalonymi robotami, bohaterowie ratują świat na mniejszą skalę.

***

Powtórzę jeszcze raz i będę to robił do znudzenia – film stoi relacjami i interakcjami między postaciami. O podejściu do rejestracji rozmawiają głównie Rogers i Stark, wszak są liderami poszczególnych stronnictw, jednak doskonale wiadomo, jakie są motywacje każdego z bohaterów. Dlatego tak łatwo się zaangażować widzowi w ten konflikt, bo każdy, nawet jeśli nie czytał komiksów (trochę gorzej, jeśli nie widział poprzednich filmów), rozumie, o co i dlaczego ci śmiesznie poubierani ludzie walczą. Sposób nakreślenia postaci i konfrontowanie ze sobą poszczególnych bohaterów odpowiada w tym filmie także za komizm. Nie ma tu ani jednego wymuszonego żartu, mimo iż od początku sceny na lotnisku pojawiają się jeden za drugim, czy to sytuacyjne, czy słowne, czy też wynikające z komizmu postaci.
Całościowo film pozostaje stosunkowo ciężki, lecz właśnie takie drobne rzeczy, choćby miny „pomagierów” Kapitana po jego pocałunku z Sharon Carter albo cały występ Ant-Mana, spuszczają powietrze i pozwalają złapać oddech przed kolejną dawką napięcia.

***

Wiadomo było, że zgraja ludzi, spośród których niektórzy wcielają się w dane role już od ośmiu lat, stanie na wysokości zadania. Niewiadomą byli dwaj nowi gracze czyli Spider-Man oraz Black Panther.

Zacznę od tego drugiego, w którego wciela się Chadwick Boseman. I – no cóż – zamiast jęczeć, że nie ma czarnych w filmach, powinien pokazywać się w mediach od swojej lepszej strony. Którą pokazał właśnie tutaj.
Najpierw kilka słów wyjaśnienia – Black Panther to bohater z fikcyjnego państwa, Wakandy. Jej mieszkańcom udało się przeżyć i utrzymać w izolacji dzięki bogatym złożom vibranium i niezwykle zaawansowanej technologii. Jednocześnie kultywują tradycje swoich przodków, więc codziennym widokiem są tam plemienne stroje, włócznie, tego typu rzeczy, które pokazuje w swoich programach Cejrowski, a obok tego stoją kosmiczne wręcz machiny i superkomputery. I wszystko to w środku dżungli w samym sercu Czarnej Afryki.
Tytuł Czarnej Pantery przechodzi tam w królewskim rodzie z ojca na syna, obecnie nosi go T’Challa, którego gra Boseman. I muszę przyznać, że wypada fenomenalnie. Doskonale oddaje to, z czym kojarzy się jego postać – jest wyniosły i dumny, lecz jednocześnie honorowy jak na władcę przystało. Film o przygodach Czarnej Pantery wejdzie do kin w 2018 roku i szczerze powiedziawszy, już nie mogę się doczekać.

Spider-Mana znają wszyscy. Sporo osób narzeka, że niepotrzebna jest następna filmowa inkarnacja tej postaci. Kiedy obejrzą w akcji Toma Hollanda, usłyszą go, zobaczą jego interakcje z innymi bohaterami, zmienią zdanie.
W końcu z pełnym szacunkiem i bez cienia wstydu ktoś podszedł do Pająka. Z całą sympatią, jaką darzę teen-dramę z serii Webba, to jest Spider-Man, na jakiego czekałem i jakiego chcę obejrzeć w filmie. Mimo iż jest na ekranie w sumie góra piętnaście minut, to kradnie dla siebie cały film.

***

Złoczyńcą w tym filmie jest Baron Zemo. Który nie ma nic wspólnego z komiksowym Baronem Zemo. Absolutnie. Ani nie jest nazistą po tacie, ani nie ma różowej maski, ani nawet nie macha mieczem. Członkowie Hydry nie mają lekkiego życia po wyjściu z komiksu na ekran. Von Strucker miał chociaż monokl w AoU, tutaj jedynie wzięli imię. Facet nawet nie jest z Hydry.
Kim jest?
Sfrustrowanym mieszkańcem Sokovii, którego plan polega na znalezieniu nagrania, na którym Bucky morduje rodziców Starka, pokazaniu tego nagrania Tony’emu, zmuszeniu go tym samym do walki z Kapitanem, w efekcie której pozabijają się nawzajem, co pomści śmierć rodziny Zemo.
Zajebisty plan. Nie ma co.
Gdyby nie to, że relacje pomiędzy bohaterami są tak autentyczne, to ten dziwaczny plan z pociąganiem za sznurki zza kulis pogrążyłby tę produkcję. Ale było tam więcej – Stark rozpaczliwie próbujący zadośćuczynić światu oraz nieufny wobec wszelkich instytucji Rogers. Brak płaszczyzny, na której mogliby się porozumieć oraz ostatecznie niewątpliwy udział Bucky’ego w morderstwie rodziców Tony’ego, doprowadziły do tego, że Zemo odniósł częściowy sukces – zadał Mścicielom cios potężniejszy niż Loki i Ultron razem wzięci, mimo że jego motywacją była po prostu częściowo nieuzasadniona chęć zemsty, a plan był mocno przekombinowany.

Smuci trochę to, że kolejny raz przeciwnik zawodzi, że wciąż się nie nauczyli dobrze pisać łotrów. W sumie lepiej by było, gdyby został wykreślony z fabuły. Dałoby się to zrobić – postawić naprzeciw sobie bohaterów bez kogoś pociągającego za sznurki.

***

Naprawdę dobrze się bawiłem w trakcie seansu i polecam wszystkim, którzy chcą się wybrać do kina na jakiś film akcji. Co prawda złoczyńca wypada naprawdę blado, jego plan jest bez sensu i nieco psuje odbiór dosyć mocnego finału, jednocześnie podważa całą tę rejestrację superludzi, ale i tak warto. Esencję tej produkcji stanowią rewelacyjnie nakreśleni i zagrani bohaterowie.
To naprawdę porządny film, jeden z lepszych, jeśli chodzi o filmowe uniwersum Marvela.

Jaskier

Read Full Post »