Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Mark Hamill’

Hej, w końcu, ponad miesiąc po premierze, gdy wrzawa wokół tego filmu już niemal zupełnie ustała, pojawia się mój tekst na jego temat.
Czy dołoży cokolwiek do dyskusji?
A czy kogokolwiek to obchodzi? xD

Na wstępie chciałbym się odnieść do burzy, jaką ten film wywołał wśród fanatyków Odległej galaktyki. Jeśli zerkniecie teraz na stronę produkcji w serwisie Rotten Tomatoes, zobaczycie, że pomimo pozytywnego przyjęcia w gronie krytyków (91% na tomatometrze, przy średniej 8,1/10), to oceny miłośników gwiezdnej sagi są podzielone. Statystycznie rzecz ujmując, podzielone na pół (49% pozytywnych ocen, przy średniej 6/10). I to naprawdę było widać w internetach.
Chcę więc przypomnieć, że każdy ma prawo do własnej opinii i może ją głośno wyrażać (o ile – rzecz jasna – zgodna jest z moją). Dlatego więc zapraszam do dyskusji, gdy już przeczytacie moje argumenty. Bo mi się ten film nie podobał i o ile nie nazwałbym go porażką 2017 roku, to na pewno był sporym zawodem.

Pierwszy poważny problem miałem już na samym początku. Gdy Poe wyleciał, żeby wysolować flotę Pierwszego Porządku i zaczął śmieszkować przez komunikator z Huxem, żachnąłem się zażenowany. Poważnie, to przecież był poziom Gwiezdnych jaj, przez te pierwsze minuty zastanawiałem się, czy czasem widzowie na tym seansie nie padli ofiarą jakiegoś żartu ze strony kina lub studia, a prawdziwy film się zacznie dopiero za chwilę.
Zaraz potem mamy sekwencję z gry wideo, w której Poe niszczy wszystkie działka wielgachnego statku, a BB-8 mija Jar-Jara z lewej, wykonując drugie okrążenie w wyścigu po laur pierwszeństwa w kategorii „miał być śmieszny, ale irytuje”. Potem, niemalże momentalnie, następuje zwrot tonu o sto osiemdziesiąt stopni. Ze scen komediowych podśmiechujków superpilota przechodzimy do akcji rodem z filmów o ataku na Pearl Harbour. Ludzie giną, jest podniośle, wszyscy są gotowi zgiąć w walce z Początkowym Porządkiem i w gruncie rzeczy właśnie to się dzieje – Rebelia, a nie – przepraszam – ruch oporu ucieka zdziesiątkowany.
Te dwa fragmenty, następujące bezpośrednio po sobie, tak różne w tonie, zupełnie wybiły mnie z filmu i siedziałem na sali kinowej, zastanawiając się, co ja właściwie oglądam i czy nie byłoby lepiej rzucić popcornem w ekran i wyjść.

No ale skoro już zapłaciłem za bilet (i za popcorn!), to zostałem do końca seansu.

Z początkiem filmu wiąże się również inny problem, jaki z nim mam – kompletnie nie rozumiem, jak wygląda rozkład sił w galaktyce. To pytanie Ostatni Jedi pozostawia bez odpowiedzi. Nie wiadomo, jak Pierworodny Porządek zdobył fundusze na trzęsienie całą galaktyką (mimo iż ich zasoby wydają się być mocno ograniczone…), dalej nie rozumiem, po co wstawiano do TFA Nową Republikę, od której musiał się odłamywać ruch oporu, skoro została ona zamieciona pod dywan i najwyraźniej nie ma już żadnego znaczenia politycznego albo militarnego… o ile jeszcze cokolwiek z niej pozostało.
I zanim ktoś wjedzie na białym koniu, to uprzedzam:
Nie, takiego problemu nie było w Oryginalnej trylogii. Tam było wiadomo, że jest potężne Imperium, które trzęsie całą galaktyką, a Rebelia bohatersko się przeciwstawia. Tutaj, z racji tego, że WIEMY, co działo się wcześniej, naturalne byłoby wyjaśnienie tych spraw, naświetlenie obecnego status quo. Dziwne i niezrozumiałe dla mnie jest też to, że zaraz po zniszczeniu planetarnej Gwiazdy Śmierci, Prapremierowy Porządek jest w stanie przegrupować się i uderzyć w bazę ruchu oporu. Czy oni czasem nie stracili swojej głównej bazy?

Okropecznie też nie mogę przeboleć całej sekwencji „pościgu” za flotą ruchu oporu. Bo okazuje się, że Debiutancki Porządek wszedł w posiadanie technologii pozwalającej śledzić statki w nadprzestrzeni. Więc po tej batalii z początku filmu, po której ruch oporu na swoich trzech statkach na kiju ucieka, zaraz za nimi z nadprzestrzeni wyłania się potężna flota, startują myśliwce, masakrując pozostałości po myśliwcach ruchu oporu. Nagle jednak zostają odwołane, wracają do hangarów i rozpoczyna się powolny pościg. Motyw jest taki: ruch oporu nie może uciec, bo mają za mało paliwa, a poza tym i tak zaraz by zostali namierzeni. Z kolei siły FO mają statki uciekających wrogów poza zasięgiem dział, więc tylko za nimi powoli suną przez kosmos, czekając na to, aż tamtym skończy się paliwo. I tak przez godzinę filmu. Czemu zawrócili swoje myśliwce, skoro szło im tak fenomenalnie? Wymęczyły mnie niebywale sceny tego pościgu i cały motyw z biegającym po statku Poe, któremu nikt nic nie chce powiedzieć, więc chłopak w dobrej wierze wszczyna bunt. Wymęczyły mnie do tego stopnia, że kiedy wreszcie pościg się skończył, to spodziewałem się napisów końcowych i dopiero po chwili sobie uświadomiłem, że jeszcze kupa czasu, bo przecież na tej planecie też coś będzie się musiało dziać.

Dla odmiany pochwalić chcę wątek Rey, która, odszukawszy Luke’a, pragnie posiąść jak najwięcej wiedzy i zdolności Jedi. Skywalker, przebywając na dobrowolnym wygnaniu, odciąwszy się od Mocy, wiedzie życie pustelnika i niezbyt ma ochotę na powrót starych dobrych czasów ze szkołami Jedi, świątyniami oraz ludźmi kłaniającymi się w pas użytkownikom Mocy. Początkowo nie chce wyjawić, co sprawiło, że porzucił plany wychowania nowego pokolenia Jedi, widz zaczyna podejrzewać, że musiało wydarzyć się coś okropnego, a scenariusz umiejętnie podsyca te podejrzenia. W przeciwieństwie do pozostałych wątków, tutaj jednak zostaje wyjawione wystarczająco dużo – poznajemy wersję wydarzeń oczami Kylo Rena, a następnie poznajemy również wersję Luke’a. Obie składają się w spójny obraz upadku marzeń o przywróceniu istnienia Zakonu Jedi, doskonale tłumacząc, dlaczego Luke postanowił zostać banitą i żyć na odludzi i w jaki sposób przeobraził się w zrzędliwego dziadka.

Skoro mowa o Kylo, to skupmy się teraz na tej postaci. Do pewnego momentu podobało mi się, jak była prowadzona ta postać. Widzimy jego dalsze rozdarcie między Jasną a Ciemną Stroną Mocy, widzimy narastający w nim gniew oraz frustrację, które zachowanie Snoke’a jedynie wzmaga. Przywódca Dziewiczego Porządku szczuje swojego ucznia, nie zdając sobie sprawy z tego, że doprowadzi to do utraty kontroli nad nim. W kulminacyjnym momencie, gdy niezdecydowany, rozgoryczony i z pewnością zakompleksiony Kylo musi podjąć decyzję, postanawia zamordować swojego mistrza. I wtedy, muszę przyznać, szczęka mi opadła. Spodziewałem się raczej, że Snoke zatrzyma miecz za pomocą Mocy i pogratuluje chłopakowi odwagi, zdania ostatecznego testu i poleci następnym razem lepiej kryć swoje zamiary. Tak się jednak nie stało, Snoke pada martwy (tu powinien być dowcip, że Snoke jest jak fandom, ale żart ten zdążył się już zestarzeć, więc sobie daruję).
Niestety, w następnych scenach Kylo Ren wpada w tryb wściekłego nastolatka, w niemalże komediowy sposób wydzierając się na swoich podwładnych, kompletnie nad sobą nie panując. To był moim zdaniem błąd, ponieważ zabicie Snoke’a powinno pchnąć go dalej w rozwoju, powinniśmy widzieć, że faktycznie zostawia za sobą przeszłość i staje się kimś w swoim mniemaniu lepszym. Chociaż z drugiej strony… może Kylo dalej ma być portretowany jako nastolatek, który tak naprawdę sam nie wie, czego chce. Zdobył się na kolejną odważną decyzję, ale okazało się, że w żaden sposób go nie ukoiła, a jedynie wprowadziła więcej zamętu? Kurde, Kylo Ren to naprawdę najlepsza postać z nowych części,

W kwestii innych postaci:
Śmierć Snoke’a i brak informacji o nim i tym, jak przejął władzę, wiąże się z tym, o czym już wspominałem w tym tekście – sytuacja polityczna w galaktyce nie została odpowiednio nakreślona. I tak, zapewne jakieś książki lub komiksy to wyjaśnią, ale oceniam film jako produkt, który powinien być samowystarczalny. Wiadomo, że będzie czerpać z poprzednich części, ale nie chcę być zmuszany do sięgania po inne media, by zrozumieć, co się tu dzieje.

Kapitan Phasma to dalej jakiś żart.

Generał Hux również został sprowadzony do roli nadwornego błazna Pierwotnego Porządku. Z tą postacią nie będzie się już dało zrobić nic rozsądnego.

Poe Dameron wypada bardzo dobrze. W poprzednim filmie niemalże go nie było, tutaj natomiast nie dość, że ponownie obserwujemy jego popisy w kokpicie myśliwca, to jeszcze bohater ten zalicza pewien rozwój, czegoś się uczy. Obserwujemy jego rozwój z narwanego „pistolecika” w odpowiedzialnego dowódcę. Zaliczam to jako jeden z plusów tego filmu.

Po stronie ruchu oporu pojawia się również nowa postać – pani dowódca z fioletowymi włosami (serio, nie pamiętam już, jak się nazywała). No i spoko, budzi podziw wśród żołnierzy (nawet u Damerona), jest POWIEDZIANE, że gdzieś tam kiedyś świetnie dowodziła podczas jakiejś bitwy, ale na dobrą sprawię NIE WIDZIMY tych jej potężnych umiejętności i charyzmy. W dodatku, ginie w tym filmie, bohatersko poświęcając się w celu uratowania uciekających ruchaczy członków ruchu oporu. I to jest strasznie dziwne, ponieważ taka postać idealnie nadawałaby się do zastąpienia w przyszłości Lei (w związku ze śmiercią Carrie Fisher), a ten jej akt heroizmu mógł i powinien być wykorzystany do pożegnania się z inną postacią z sagi. Bo wiecie, kto też ginie w tym filmie? W zasadzie poza kadrem? Admirał Ackbar.  Brak słów.

Są jeszcze Finn i również nowa postać – Rose. Omawiam ich razem, ponieważ fabuła splata ich losy w wątku o pobocznym zadaniu polegającym na znalezieniu jakiegoś hakera na jakiejś planecie. Finna dalej nie rozumiem. I u niego obserwujemy rozwój – z takiego trochę tchórzliwego cwaniaczka, który chętnie podepnie się pod ruch oporu, ale najbardziej to by chciał gdzieś odlecieć i mieć święty spokój, przemienia się w Rolanda, który szarżuje na wroga, chcąc poświęcić życie w desperackim, heroicznym akcie odwagi. I to by naprawdę według mnie grało, gdyby Finn w TLJ zginął, dobrze by to domknęło jego wątek. Ale tak się nie dzieje, ponieważ #Rose.
Rose stanowi chodzący manifest pełen sprzeczności. Z jednej strony bezgranicznie oddana sprawie ruchu oporu – widzimy, że nie zawaha się użyć siły wobec dezerterów, nawet jeśli jeden z nich to chłopak z plakatu, bohater, jakim sama chciałaby być, wiemy też, że jest w stanie wszystko poświęcić i oddać, nawet jeśli to drogocenna pamiątka po zmarłej siostrze. Z drugiej strony wydaje się być zupełnie nieświadoma tego, że ruch oporu to organizacja militarna, która mimo iż walczy o słuszną sprawę, no to jednak walczy. No i w ostateczności nie potrafi pogodzić się z decyzją Finna i – wiecie – niszczy mu bohaterską śmierć.
Przygoda tej dówjki, na planecie z olbrzymim kasynem, sprowadza się do tego, że przylatują tam, zostają wrzuceni do celi za nieprawidłowe parkowanie, uciekają z pomocą hakera, który przypadkiem siedzi w tej samej celi i ratują jakieś króliko-konie wykorzystywane w wyścigach i wracają. Cała ta sekwencja jakoś mi tak zupełnie nie pasuje do reszty filmu, w dodatku przepełniona jest wieloma pustymi frazesami o tym jak to na wojnie zyskują bogaci, a tracą biedni, niewolnictwo jest nie w porządku, nie powinno się wykorzystywać zwierząt etc. Zupełnie jakby ktoś przyszedł do scenarzysty i powiedział: Weź mi tam wstaw do tego filmu jasny przekaz, że Disney jest przeciwko niewolnictwu, handlu bronią i znęcaniu się nad zwierzętami. I biedny scenarzysta postanowił upchnąć to wszystko w jednej postaci, która w ramach reagowania na napotkane na jednej planecie sytuacje przyjmuje postawę tuby propagandowej.

***

No i cóż – ja się strasznie zawiodłem, ale chętnie przeczytam, jakie są Wasze opinie – teraz, na chłodno, po upływie ponad miesiąca od premiery.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »


Informacja o animowanej adaptacji jednej z bardziej poważanych obrazkowych historii nie była chyba dla nikogo zaskoczeniem. DC od lat masowo wręcz ożywia swoje komiksy w takiej właśnie postaci. Potem okazało się, że do swoich ikonicznych ról powrócą Mark Hamill oraz Kevin Conroy, zostanie rozwinięty wątek Batgirl, a film otrzyma kategorię wiekową R. Dodatkowo, Killing Joke, w przeciwieństwie do wielu innych tytułów, został również wyemitowany w kinach.

Obejrzałem i… cóż – nie bardzo rozumiem, co w tym jest takiego, że trzeba było puścić to do kin. Jasne, kreska (ale nie animacja) jest lepsza od tego, co ostatnio jest serwowane spod znaku DC, czyli adaptacji historii z New 52, ale – tak ogólnie – to przeniesienie komiksu na ekran. Zupełnie tak, jakby to Snyder reżyserował*.

Przejdźmy do konkretów.

Prolog z wątkiem Batgirl/Barbary Gordon został dodany, by dało się z tej historii zrobić pełnometrażowy film, Zabójczy żart jest naprawdę króciutki, liczy zaledwie czterdzieści sześć stron. I niby można mówić, że zawarty w nim** materiał rozszerza rolę Batgirl i sprawia, że późniejsze jej okaleczenie wywołuje większe emocje, ale to trochę gówno prawda.
Barbara w prologu przedstawiona jest jak jakaś smarkula, która chce udowodnić swojemu nauczycielowi, że stać ją na więcej. Na domiar złego podkochuje się w tym nauczycielu. Bo wiecie, Barbara Gordon ma tutaj ochotę na Bruce’a Wayne’a. Albo Batmana, ciężko stwierdzić, biorąc pod uwagę to, że bierze się to znikąd i nijak nie zostaje wytłumaczone. To jest dziwne i – jak to mówią zagramanicą – creepy, kiedy dobiera się do niego na dachu, a on nie protestuje i mają seks.

Tym sposobem płynnie przechodzimy do drugiego balastowego elementu animacji – eRki. Dlaczego? Komiks też ma z tyłu okładki znaczek „tylko dla dorosłych”, ale film niezbyt subtelnie brnie głębiej. O ile możliwe jest brnięcie głębiej w kategorię plus osiemnaście z materiałem, jaki wymyślił Alan Moore. Mam takie wrażenie, że z tymi „dorosłymi tematami” przedobrzyli. Na przykład – jest ta koszmarna scena seksu, którą zresztą Warner chwalił się jeszcze przed premierą filmu. Niby nic nie jest pokazane, „kamera” subtelnie niczym w piątkowych wieczornych filmach z TV4 wędruje w inne miejsce, ale wciąż, coś tu jest nie halo. Są też małe rzeczy, rozbawiła mnie szczególnie jedna zmiana w dialogu. Barbara podaje ojcu kakao (zupełnie jak w komiksie), a ten mówi, że chętnie wypiłby dziś coś mocniejszego (zupełnie nie jak w komiksie). To tak, jakby ktoś chciał na siłę zapracować na kategorię R, no bo Jim Gordon ma ochotę na szklankę whisky, więc jesteśmy tacy dorośli, bo sugerujemy, że komisarz będzie pił alkohol.

Nie jest jednak tak, że nie ma tu żadnych plusów. Możliwość ponownego usłyszenia Marka Hamilla (m.in. wykonującego piosenkę, w której Joker zachęca komisarza Gordona do postradania zmysłów <3) oraz Kevina Conroya, odejście od paskudnego stylu graficznego, w jakim ostatnio były rysowane wszystkie animacje, gdzie każda postać wygląda tak samo, no i historia, która jest interesująca, a jej pointa daje wiele do myślenia.

Ale – po co oglądać adaptację, skoro można przeczytać komiks?

I tyczy się to w zasadzie każdej animacji od DC z ostatnich lat, branie materiału źródłowego – jakim jest komiks – i kopiowanie go co do joty na taśmę filmową mija się z celem. Ból dupy ludzi, którzy zarzucają ekranizacjom niezgodność z komiksami lub książkami, jest bezsensowny. Można – a w zasadzie trzeba – zastanawiać się, gdzie przedstawiona historia wypadła lepiej.
I w przypadku Zabójczego żartu oryginał wygrywa z palcem w nosie.

Jaskier

*Ale tak nie jest – za reżyserię odpowiada Sam Liu, scenariusz natomiast napisał Brian Azzarello, znany m.in. jako twórca komiksu pt. Joker.

**W prologu.

Read Full Post »

Ostrzeżenie: tekst zawiera duże ilości SPOILERÓW.

Gdy siedziałem w kinie i pojawiło się logo Lucasfilm, po nim tytuł, charakterystyczny przesuwający się tekst, a z głośników zabrzmiała genialna muzyka Johna Williamsa, to poczułem to coś. Wspaniałe uczucie oglądania Gwiezdnych wojen na sali kinowej towarzyszyło mi przez pewien czas projekcji, jednakże w pewnym momencie coś pękło, przestało grać. Nowe starłarsy od Disneya nie okazały się spektakularną, artystyczną klapą, ale gdzieś się coś po drodze pogubiło i mimo naprawdę mocnych, wybornych pod względem klimatu scen, trochę się zawiodłem, a powtórny seans jedynie mnie w tym przekonaniu potwierdził. Po prostu te wszystkie zasłyszane pochwały pod adresem tej produkcji odbiły mi się czkawką. Przebudzenie Mocy odebrałem jedynie jako prolog, przystawkę do nadchodzącego dania głównego. Niestety – przystawkę składającą się w sporej części z odgrzewanego kotleta.

Bo o czym jest ten film? Na pustynnej planecie (ale nie-Tatooine) nie-Rebeliant przed złapaniem przez nie-Imperium przekazuje nie-RD-D2 informację, od której zależą dalsze losy wojny. Droid trafia w ręce Rey, która z jednej strony chciałaby odlecieć daleko od tej kuli piachu, ale z drugiej strony coś ją tu trzyma. Dziwnym zbiegiem okoliczności w samym środku konfliktu ląduje Han Solo, tym razem z racji powagi wynikającej z wieku przyjmujący rolę mentora dziewczyny, odwiedzają kantynę pełną podejrzanych typów, a potem to już jest odtwarzanie scen z Nowej nadziei. No i super, elementy dodane, które nie stanowią powtórzenia schematów fabularnych z Oryginalnej Trylogii wypadają na tyle dobrze, że zestawienie ich z tak wieloma kopiami pomysłów ze starszych filmów budzi we mnie spory niesmak. Jakby zabrakło dobrych pomysłów na zrobienie całego filmu i z tego powodu doszło do recyklingu. Przez to, zamiast rozwijać postacie i ich wątki, twórcy skupiają uwagę na ciągłym puszczaniu oka do fanów. Myślcie sobie, co chcecie, ale pod względem pomysłów nawet Mroczne widmo próbowało być czymś nowym. W przypadku tego filmu J.J. Abrams zatrzymał się w pół drogi, tworząc produkcję, która jest bardzo mocno przesiąknięta gwiezdnowojennym klimatem, ale jednocześnie aż za bardzo widać, że jest tworzona przez fanów. Wiecie – John Boyega przynoszący na plan filmowy figurkę Hana Solo, żeby wydębić od p. Forda podpis, potem ekscytujący się podczas oglądania zwiastuna, na którym dobywa miecza świetlnego – to wszystko jest bardzo spoko, ale podczas oglądania filmu miałem wrażenie, że zaraz grany przez niego Finn poprosi Hana Solo o autograf. To samo dotyczy Daisy Ridley, która gra Rey. Gdy dziewczyna orientuje się, że leci Sokołem Millenium, to dość naturalne, że sprawia jej to masę frajdy. Gdy dopytuje, czy ten statek pokonał trasę na Kessel w czternaście parseków*, a Han Solo ją poprawia, że w dwanaście – to niesamowicie gra, ale potem jest zdecydowanie przeciągnięte. Jakby Rey dostawała nerdgazmu od samego siedzenie w fotelu drugiego pilota.

W ogóle z Rey jest taki problem, że jest przedobrzona. W Nowej nadziei Luke ledwo dawał sobie radę z odbijaniem strzałów latającej na sznurku kulki, zbyt wiele nie walczył, na dobrą sprawę dopiero podczas ataku na Gwiazdę Śmierci wykazał silny związek z Mocą. Tutaj Rey wymiata. I początkowo było to na swój sposób urocze, gdy na przykład mówi Finnowi, że potrafi uciekać nietrzymana za rękę lub rozprawia się z przeciwnikami, nim ten zdąża jej przyjść z pomocą. Ale z czasem robi się tego tyle, że zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że nic nie może jej zagrozić. Jest niezniszczalna. Nawet wtedy, gdy zostaje złapana, to po chwili udaje się jej uciec. Ciężko wyobrazić sobie jakiś poważny problem w jej przyszłości, przez co trudno traktować tę postać na poważnie. Zahacza o parodię bohatera, tak jak Squirrel Girl w Marevlu.
Po Internecie hula teoria, według której jej potęga oraz łatwość w posługiwaniu się Mocą, związane są z treningiem Jedi, który odbyła w dzieciństwie, a który dla bezpieczeństwa został wymazany z pamięci, ale to prowadzi do kolejnej, naprawdę dużej wady filmu.

Przebudzenie Mocy jest tak naprawdę jedynie wstępem do fabuły. Jak jakiś komiks wydany na kilka tygodni przed premierą.
Historiozofia tej części nie trzyma się kupy i tak naprawdę ma jeden cel – upodobnić uniwersum do tego ze Starej Trylogii. Mija trzydzieści lat od śmierci Imperatora, istnieje jakaś tam Republika, ale główni bohaterowie Jasnej Strony skupieni są wokół organizacji o nazwie Resistance. Po drugiej stronie barykady stoi złowieszczy First Orderktóry jakimś cudem technologicznie oraz ekonomicznie przewyższa Imperium. Wiadomo, że na drugi dzień po śmierci Imperatora nie nastał w całej galaktyce czas pokoju i miłości, ale – jak na moje – przez trzydzieści lat nowo ukształtowana Republika powinna spokojnie stać się dominującą siłą. Tym bardziej absurdalne jest to, że First Order był w tym czasie w stanie przerobić jakąś planetę w gigantyczną broń, która zasysa energię z gwiazdy i może strzelać na drugi koniec galaktyki. I nie chodzi mi o fizyczny absurd tego pomysłu, po prostu głupie jest dla mnie to, że przez te lata Republika nie rozprawiła się z niedobitkami Imperium, pozwoliła im urosnąć w siłę na tyle, by stanowiły zagrożenie. Na dodatek zamiast normalnie walczyć z First Order, to bawi się w jakieś podchody i formuje organizację militarną. Co stało za tym pomysłem? Nostalgia za czasami Rebelii? To się kupy nie trzyma. O ile odwoływanie się do Imperium jako potężnego tworu politycznego, którego chwała powinna powrócić, ma sens po tej złej stronie, to nie widzę powodu, by Republika po otrzymaniu pierwszej informacji o Bothan o budowie trzeciej (sic!) Gwiazdy Śmierci nie zebrała flotylli i nie poleciała rozgonić tego całego towarzystwa, zamiast bawić się w partyzantów i latać kilkoma myśliwcami jak za starych dobrych czasów.

I właśnie ta nieszczęsna kolejna Gwiazda Śmierci. Jedynym celem jej istnienia było wysadzenia kilku planet, na których urzędowała Republika, by przywrócić status quo znany ze Starej Trylogii. Jak gdyby trzydzieści lat konstruowania struktur państwowych, politycznych spisków oraz intryg, sojuszy oraz zdrad, nagle krzyknęło w trwodze i nagle ucichło. Smutna prawda jest taka, że Przebudzenie Mocy wykasowało to wszystko, by ustawić ponownie sytuację, w której jakiś tam ruch oporu stawia czoła wyższemu porządkowi narzucanemu całej galaktyce przez przedstawicieli Ciemnej Strony Mocy.
Zamiast rozwijać historię, to jedynie przygotowuje pod nią grunt. To odnalezienie Luke’a Skywalkera powinno być osią fabuły tego filmu. Został wciśnięty do ostatniej sceny, żeby pokazać fanom, że wciąż żyje. Taka tania zagrywka rodem z Power Rangers, tylko że tam na następny odcinek czekało się tydzień, a nie dwa lata. Przebudzenie Mocy nie jest samodzielnym filmem i to jest cholernie przykre.

Film cierpi również na niedorozwinięcie postaci. O ile o Rey można coś powiedzieć, to Finn jest zagadką. Ot, był szkolony na szturmowca, ale podczas pierwszej misji doznał szoku i stwierdził, że chce sam decydować o swoim losie. I potem zakochał się w dziewczynie. Jego życiorys „nieco” przypomina losy Disneyowskich księżniczek z lat ’80. I przez „nieco” rozumiem bardzo dużo. Na dobrą sprawę nie ma tam jednak nic więcej.

Jeszcze bardziej zaniedbany przez scenarzystów jest Poe Dameron, pojawiający się na ekranie na początku i już mamy wrażenie, że on i Finn będą przygodować wspólnie, ale potem się okazuje, że jednak nie, gdyż dzielny pilot umiera i były szturmowiec jest skazany na to, by radzić sobie samodzielnie. Ale potem się okazuje, że jednak nie i Poe bohatersko powraca w całkiem fajnej scenie bitwy, by następnie stać się tym pilotem, który niszczy trzecią Gwiazdę Śmierci. I nie ma absolutnie nic więcej na jego temat – jest cwaniakiem i jest świetnym pilotem, tyle.

Jednak mistrzem (w zasadzie mistrzynią) braku rozwoju jest Kapitan Phasma. To ta dowódczyni szturmowców w srebrnej zrobi, obecna w kampanii reklamowej, przedstawiana w niej jako Bobba Fett tej trylogii, prawdziwa twardzielka, która radzi sobie w zdominowanym przez mężczyzn świecie. Pojawia się w filmie trzy razy i ani razu nie strzela, nie robi nic niesamowitego, w dodatku zostaje upokorzona poprzez wrzucenie do zsypu na śmieci. Można by ją zastąpić dowolnym kapitanem i nic by to w fabule nie zmieniło.

***

Czy jest więc w tym filmie coś dobrego? Oczywiście.
Nim jednak przejdę do największej zalety Przebudzenia Mocy, czegoś naprawdę świeżego w uniwersum SW, to pochwalę kilka innych kwestii.

Film wygląda obłędnie, przepięknie. Kombinacja praktycznych efektów specjalnych oraz stosowanego ze smakiem CGI daje niesamowity efekt. Mało który film potrafi dobrze to zrobić, Jurrasic World kulał przede wszystkim na tym polu. Tutaj wszystko jest niesamowicie plastyczne, aż chciałoby się wyjąć kawałek scenografii z ekranu, postawić na półce. Czuć, że to wszystko było wokół aktorów na planie. Miła odmiana po wszechobecnym greenscreenie z prequeli.

Humor jest bardzo dobry, nie ma tu mowy o dennych żartach o kupie. BB-8 sprawdza się w powierzonej mu roli maskotki tej części. Nie dziwię się, że internety go pokochały.

Wbrew pewnym obawom, Harrison Ford wcale nie zagrał swojej roli na odczepnego. Han Solo to w tym filmie ten sam cwaniaczek, jakiego poznaliśmy kilka dekad temu. Oglądanie tego aktora po raz ostatni w roli kosmicznego przemytnika było wielką frajdą. A tak, ostatni raz, bo Han Solo umiera w tym filmie. I jest to bardzo istotne dla następnej postaci.

Kylo Ren aka Ben Solo, mordując swojego ojca, ostatecznie zwraca się w kierunku Ciemnej Strony. Początkowo sądziłem, że ta postać to porażka. No bo wiecie, ziomeczek marzący o tym, by być jak Darth Vader, ubierający się na czarno, noszący maskę, by upodobnić się do swojego idola, a w istocie będący pod tą maską emo. Jednak im dłużej o tym myślałem, tym coraz bardziej zaczynałem dostrzegać zalety konstrukcji tego bohatera. Takiego czegoś jeszcze nie było – młody człowiek kuszony przez Ciemną Moc, rozdarty wewnętrznie, niestabilny emocjonalnie. Jest! wreszcie coś nowego. Kylo Ren jest także jedyną postacią w filmie, która faktycznie ma do podjęcia decyzję, jakiś dylemat, przez co ciekawi jesteśmy dalszych jego losów. Dlaczego o pozostałych nie można tak napisać? Co kierowało scenerzystą?

***

Niesamowite, ale wyszedłem z kina rozczarowany. Na pewno są tu godne zapamiętania sceny, ładne pożegnanie Harrisona Forda z rolą Hana, ale… ja czekam na coś nowego i mam nadzieję, że się doczekam.

Zbyt wiele dobrego przeczytałem na temat tego filmu przed premierą, przez co spodziewałem się czegoś naprawdę przełomowego, a brutalna prawda jest taka, że Przebudzenie Mocy jest filmem przeciętnym, który miał przypomnieć smak Starej Trylogii. Problem w tym, że ja takiego przypomnienia nie potrzebowałem, bo dzięki grom i serialom animowanym bez przerwy zdawałem sobie sprawę z tego, że to uniwersum i ci bohaterowie mają niesamowity potencjał.

 Jaskier

*Parsek jest jednostką długości, a nie czasu. Biblioteka Ossus podaje, że istotnie chodziło o odległość, do jakiej Han Solo był w stanie skrócić trasę, ale w niektórych źródłach można znaleźć przerobioną wersję tego dialogu, w której pojawiają się tajemnicze standardowe jednostki czasu. Osobiście jestem zwolennikiem pierwotnej wersji i dorobionej do niej ideologii. Niezwykle podoba mi się koncept przemytników ryzykujących wciągnięciem ich statku w czarną dziurę.

Read Full Post »

Kurz po gwiezdnowojennej zawierusze jeszcze nie opadł (i nie ma zamiaru opadać, w tym tygodniu Epizod VII stanie się najlepiej zarabiającym filmem w USA, koło wtorku zrzuci z tego podium Avatara). Czekając na swój seans, który ostatecznie się rozmnożył i kino odwiedziłem dwukrotnie, odświeżyłem sobie trzy stare, kiczowate filmy o walce dobra ze złem. Jasnej Strony Mocy z Ciemną. I mimo iż wydawało mi się, że lecą na statusie produkcji kultowych, urastając do nietykalnej rangi świętości dzięki kupowatości prequeli, to muszę przyznać, iż Nowa nadzieja, Imperium kontratakuje i Powrót Jedi wciąż trzymają się bardzo dobrze. Absolutnie nie są nieskazitelne, zwłaszcza trzeci z nich, ale to niezaprzeczalnie genialnie wyglądające, klimatyczne filmy, które zasłużyły sobie na status, jakim się cieszą.

Ciężko napisać coś sensownego na temat tej serii, co wniosłoby cokolwiek nowego do dyskusji, w końcu ludzie pisali książki i prace naukowe dotyczące Gwiezdnych wojen.

Nowa nadzieja jest prostym filmem o wojnie w kosmosie, w środku której ląduje Prostaczek Wybraniec Przeznaczenia pod postacią Luke’a Skywalkera. Odnajduje mentora, przeżywa niezwykłe przygody, wsławia się odwagą, odkrywa w sobie niezwykłe zdolności. Może się to wydawać oklepane, bo jest, nawet w 1977 roku było, gdyż mimo osadzenia akcji w odległej galaktyce, stylistycznie znacznie bliżej jest SW do fantasy niż science-fiction. Lucas garściami czerpał z legend, podań oraz mitów całego świata i wyszło to serii na dobre, gdyż właśnie dzięki temu zyskała niesamowity klimat. No bo niby są te kosmiczne statki, Gwiazda Śmierci, która może zmieść planetę z… powierzchni kosmosu, ale przecież obok tego funkcjonuje ubrany na czarno łotr, który potrafi włada mistyczną Mocą. Dzięki temu położono podwaliny pod ogromne uniwersum, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie*.
Można narzekać, że Gwiazdę Śmierci da się tak łatwo zniszczyć, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że była zabawką Wielkiego Moffa Tarkina, który był z niej strasznie dumny, wręcz przepełniony pychą. Nie przyszło mu do głowy, że Rebelia może zaatakować za pomocą eskadry myśliwców i bombowców. No i bez pomocy Mocy Luke nigdy by nie trafił w tę dziurę prowadzącą do głównego reaktora, imperialne myśliwce wykosiły sporo spośród atakujących i zapewne X-Wing Skywalkera również zostałby zestrzelony, gdyby z pomocą nie nadleciał Han Solo. Dlatego argument dotyczący zbyt prostego zniszczenia tej stacji kosmicznej można uznać za obalony. Przynajmniej moim zdaniem.

Imperium kontratakuje to film powszechnie uważany za najlepszy w serii. Ciężko się z tym nie zgodzić, jest niesamowicie inny od swojego poprzednika, a jednocześnie widać, że to dalsze losy tych samych bohaterów. Luke rozwija się, poznaje kolejne aspekty Mocy, w tym zagrożenie pokusą Ciemnej Strony, relacja Hana Solo i Lei ewoluuje w stronę, jaką podejrzewaliśmy od pierwszego spotkania tych dwojga bohaterów, dostajemy sporo nowych planet, rewelacyjną scenę bitwy na pokrytej lodem Hoth, zrealizowaną przy pomocy modeli, no i pierwszy pojedynek na miecze świetlne Dartha Vadera z Luke’iem. No i ten pojedynek – jako finał filmu – robi robotę. Nie chodzi tylko o to wielokrotnie cytowane ujawnienie tajemnicy Anakina Skywalkera. Przedtem Vader zmasakrował Luke’a. Ciemna Strona Mocy dominuje, chłopak zdaje sobie sprawę z tego, że musi się wycofać lub jej ulec i wtedy pierwszy raz się jej opiera.

Powrót Jedi moim zdaniem kuleje najbardziej, gdyż najpierw jest ta przeciągnięta do trzydziestu minut akcja u Jabby, a potem się okazuje, że Imperium tworzy kolejną Gwiazdę Śmierci, w dodatku nie kupuję zwycięstwa Ewoków. Rozumiem – chodziło o starcie prymitywnej cywilizacji z technologicznie rozwiniętą, ale dla mnie to przegięcie, że kilka miśków uzbrojonych w dzidy i łuki wygrywa z opancerzonymi pojazdami i blasterami.
Jeśli chodzi o pierwsze pół godziny, to jaki dokładnie był plan? Najpierw Lando infiltruje pałac Jabby. Luke później wysyła droidy z prośbą o uwolnienie Hana. Następnie przybywa Leia w przebraniu łowcy nagród i dopiero na końcu Hutta odwiedza Luke. Który zostaje rzucony potworowi na pożarcie, zabija go, lecz zostaje schwytany i ponownie pojawia się inny stwór, w którego trzewiach bohaterowie mają być strawieni. A na koniec okazuje się, że i tak są w stanie skopać tyłki wszystkim przydupasom gangstera. Tego jest aż za dużo.
Nie jestem też fanem Ewoków, którzy z palcem w nosie rozwalają siły Imperium. Podobno to miały być Wookie, ale Lucas się połapał, że ta rasa jest są zaznajomiona z technologią i dlatego zostali zminiaturyzowani do formy pluszowych niedźwiadków. No i widzicie mi wcale nie chodzi o to, że w SW nie ma miejsca na takich kosmitów. Tylko to już zakrawa na jakąś parodię – widok szturmowców i AT-ST gromionych za pomocą patyków i kamieni. To jest wręcz niesprawiedliwe dla Imperium i pokazuje je w kiepskim świetle. No bo goście biorą się za budowę stacji kosmicznych rozmiarów księżyca, a nie potrafią poradzić sobie z bandą dzikusów? Serio? No i czy oni naprawdę się niczego nie uczą? Do drugiej Gwiazdy Śmierci też da się wlecieć i ją tak prosto rozwalić?**
Można to jednak wybaczyć dzięki finałowemu starciu Luke’a z Ciemną Stroną Mocy, która nie dość, że ma przewagę liczebną, bo reprezentują ją Darth Vader oraz Imperator, to na dodatek Skywalker na dobrą sprawę nie przeszedł prawdziwego szkolenia. Te wszystkie emocje – gdy ulega gniewowi, bo Vader mówi, że po zabiciu go odnajdzie jego siostrę i ją wyszkoli na Sitha, gdy widzi, że jego ojciec także ma robotyczną protezę ręki, gdy ostatecznie opiera się Ciemnej Stronie Mocy, mówiąc Imperatorowi, że jest rycerzem Jedi, jak jego ojciec przed nim – MAJSTERSZTYK. Niby nie chciałem się znęcać na prequelami, ale ta jedna sekwencja zawiera więcej esencji Gwiezdnych wojen niż wszystkie trzy filmy. Starcie Jasnej Strony z Ciemną, relacja uczeń-mistrz, miłość, nienawiść – finał Powrotu Jedi jest tym wszystkim przesiąknięty.

Summa summarum, Stara Trylogia to wciąż aktualna, piękna historia o walce dobra ze złem. Niezwykle klasyczna, lecz na swoje czasy nowatorska, wszak czterdzieści lat temu postawiła kino do góry nogami. Śmiało można powiedzieć, że Star Wars jest pewnym ukoronowaniem dokonań ludzkości w sferze opowiadania historii, bowiem jest to tak pojemny świat, że można w nim pomieścić wszystko.

No i ta wspaniała ścieżka dźwiękowa p. Johna Williamsa.

____________________________________________________________

Co do tych nieszczęsnych poprawek – sporo z nich jest przesadzona. Dewbacki szturmowców, teledysk w pałacu Jabby, ogrom zbędnych stworów lub droidów CGI w tle. Momentami to wygląda tak, jakby na obrazie renesansowego artysty ktoś dorysował markerem penisa.

Jaskier

*Patrz mój tekst o The Clone Wars.

**Poczekajcie na to, co sądzę o Starkillerze. Nie, nie TYM.

Read Full Post »


Chyba Matthew Vaughn zostanie moim idolem*. Widziałem trzy z sześciu filmów, które wyreżyserował, każdy mi się podobał.

Kingsman bierze na warsztat wszystkie sztampowe motywy z filmów szpiegowskich, miksuje je, wsadza do pieca i w efekcie otrzymujemy coś naprawdę smakowitego. Cały urok tej produkcji polega na tym, że potrafiono w niej sprytnie połączyć klasykę w postaci strzelającego parasola, łotra z bazą skrytą pod powierzchnią lodowca etc. ze współczesnymi zagrożeniami cyberterroryzmem i konsekwencjami globalizacji.

O co się więc rozchodzi?

Przedsiębiorca i filantrop Valentine (prześwietny, sepleniący Samuel L. Jackson) zamierza ocalić naszą cywilizację. Jak to bywa w przypadku bondowskich łotrów, jego środki bynajmniej nie są humanitarne. Dość powiedzieć, że jest jednym z tych ludzi, którzy wierzą, że największym kataklizmem w dziejach ludzkości jest przeludnienie.
Jego obejmującą cały świat intrygę mogą powstrzymać jedynie członkowie elitarnej agencji szpiegowskiej. Brytyjski akcent, szyty na miarę garnitur, komplet gadżetów – to podstawowe elementy ich arsenału. Misję zatrzymania Valentine’a otrzymuje Galahad (mistrzowski, brytyjski w każdym calu Colin Firth).
Równocześnie obserwujemy historię Eggsy’ego (bardzo sympatycznie prezentujący się Taron Egerton) – chłopaka przyjętego na szkolenie, który rozwija się, uczy szpiegowskiego fachu i z drobnego złodziejaszka przeistacza we współczesną wersję Jamesa Bonda. W ogóle mam wrażenie, że ten film ma więcej wspólnego z agentem 007 niż seria z Craigiem.

Przebieg akcji jest dosyć przewidywalny, chociaż kilkukrotnie dobitnie zaznaczono, że mamy do czynienia z pastiszem gatunku, kiedy to scenariusz gwałtownie wyrywa się z szablonu, a my dostajemy informację, że mimo iż twórcy mocno wzorowali się na klasyce, to „to nie jest film tego typu”.
Jednakże owa przewidywalność w żadnym wypadku nie jest wadą tej produkcji. Wzmaga jedynie jej urok. Cały czas czujemy, że reżyser panuje nad całością, nawet na moment nie zbaczając z obranej ścieżki i nie wychodząc poza konwencję.

Warto również dodać, że przekleństwa, krew a czasem i poodcinane kończyny latają w tym filmie na lewo i prawo, nikomu nie wadząc. To odświeżające po sterylnych amerykańskich blockbusterach, w których nie wolno klnąć, a krew pojawia się jedynie podczas czyjegoś ars bene moriendi.

***

Kingsman się po prostu bardzo dobrze ogląda. Nie widziałem jeszcze wielu tegorocznych premier, ale coś czuję, że znajdzie się w czołówce popcorowych filmów 2015 roku. Bo to najzwyczajniej w świecie dobry film jest – zabawny, niebojący się jechać po bandzie, bezkompromisowy.

Jaskier

*Wiedzieliście, że jego żoną jest Claudia Schiffer?

Read Full Post »

Na początek zdjęcie, które z prędkością fali dźwiękowej złowieszczego śmiechu obiegło wczoraj Internet.

Jared Leto ucharakteryzowany na Jokera. Tak jakby, gdyż na zdjęciach zdjęć (sic!) widać, że jego ostateczny wygląd będzie się nieco różnił od tutaj zaprezentowanego.

No i cóż – ludzie strasznie narzekają na brak całkowicie białej skóry, zdeformowania twarzy w upiornym uśmiechu oraz srebrne zęby*. Najwyraźniej zapomnieli, że kilka lat temu świat zachwycił się koślawo umalowanym Heathem Ledgerem z zieloną farbką na włosach. Przypominam, że według mnie śp. Ledger nie otrzymał Oscara za to, że umarł, ale faktycznie zasłużył, totalnie wsiąkając w rolę psychopaty, jaką mu powierzono. Na ekranie nie widziałem aktora, nie czułem, że Ledger gra Jokera. On się nim stał – w Mrocznym Rycerzu widziałem Klauniego Księcia Zbrodni, który zstąpił z kart komiksów do naszego świata.
Co prawda przed premierą filmu Nolana – i jeszcze długo po – nie miałem stałego dostępu do Internetu, ale wierzę na słowo ludziom, którzy pamiętają i przy różnych okazjach wspominają gównoburze towarzyszące decyzji obsadzenia roli kultowego nemezis Batmana chłopakiem z Zakochanej złośnicy**.

Scena pierwszej konfrontacji Jokera z mafią Gotham. <3

Mimo iż początkowo wydawało się to niemożliwe, to wciąż trwają kłótnie o to, kto był lepszy Jokerem – Ledger czy Nicholson?

No właśnie – Jack Nicholson i jego interpretacja tego złoczyńcy. Według mnie był świetny, doskonale dopełniający obraz świata przedstawionego w przerysowanej wersji Tima Burtona. Jest jednak jedno „ALE” – to Jack Nicholson w roli Jokera. Chyba nie można sobie wyobrazić kogoś lepszego na to miejsce w ówczesnych czasach, lecz jest to aktor tak bardzo ociekający zajebistością, że przesiąka ona przez zielone włosy, białą skórę i fioletowy garnitur, ujawniając, co się pod nimi kryje. Z tego też powodu w moim prywatnym rankingu filmowych Jokerów Ledger wygrywa z Nicholsonem.
Jest też tutaj jeden mały zgrzyt z tą postacią – odarcie pana J. z aury tajemniczości. W dodatku w tej wersji to on okazuje się być mordercą rodziców Bruce’a. Zbędne skomplikowanie, które może by tak nie wadziło, gdyby nie plany kontynuacji, gdyby Batman pozostał samodzielnym filmem. Wraz ze śmiercią Jokera krucjata Batmana dopełniła się. W pewnym sensie. Pozostawienie błazna przy życiu, wykorzystanie go w Powrocie… byłoby rozsądniejsze, no ale wiemy, jak się to potoczyło, a obrany przez reżysera kierunek poskutkował odebraniem mu stanowiska i przekreśleniem planów na trzecią część.

Pan Jack Nicholson był aż za dobry do tej roli.

Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednym panu, który w najpopularniejszego komiksowego błazna wcielał się na przestrzeni dwadziestu lat. Śmiech Marka Hamilla bez wątpienia jest niepodrabialny i śmiało można rzec, że wyraża więcej niż tysiąc słów:

Fragment z telefonem robi za mój dzwonek. Ludzie się dziwnie patrzą za każdym razem, gdy ktoś do mnie dzwoni, a ja mam niewyciszone dźwięki.

Potwierdzeniem uwielbienia dla pracy strun głosowych tego aktora niech będzie rejwach w internetach rozpoczęty po ogłoszeniu, że zakończył przygodę z Jokerem, nie udzieli mu głosu w Arkham Origins.

***

Podsumowanie jest takie, że nie ma sensu skreślać tej wersji Jokera już na starcie. To w ogóle zabawne, że po okresie euforii i „omujboszeletodarade”, jedno zdjęcie potrafiło wszystko przekreślić. Mówienie, że ta wersja nie dorówna poprzednim jest już kompletną paranoją. Tym bardziej, że to samo powtarzano przed premierą TDK. O wiele bardziej mnie martwi to, że do Suicide Squad pakują tyle postaci i obiecują, że każda odegra znaczącą rolę. Może wyjść z tego niestrawny miszmasz, ale nawet jeśli tak będzie, to coś mi mówi, że akurat Leto da radę.
Chociaż to może dla tego, że aż za bardzo lubię filmowych psychopatów.

Jaskier

*Ale muszę przyznać, że niektóre memy śmieszne. Zwłaszcza ten z wytatuowanym Bruce’em. :D

**Prywatnie nic mi to nie mówi, gdyż prócz TDK z tym aktorem widziałem jedynie Nieustraszonych braci Grimm oraz Tajemnicę Brokeback Mountain.

Read Full Post »