Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Charlize Theron’

Mam zaszczyt hurtem zaprezentować Wam najlepszych z najlepszych anno Domini 2015 w trzech kategoriach: Mała rola w filmie popcornowym, Duża rola w filmie popcornowym oraz Film popcornowy. Oto – co prawda spóźnione, ale przecież lepiej późno niż wcale – nominacje do Jaskierów 2015.

***

Mała rola w filmie popcornowym:

Colin Firth za rolę Harry’ego Harta w filmie Kingsmen

Najbardziej brytyjski ze wszystkich Brytyjczyków, urodzony, by grać dżentelmena, Colin Firth ląduje na tej liście za rolę tajnego agenta-mentora, który musi przekazać pałeczkę następnemu pokoleniu szpiegów. W czasach, gdy Bonda gra Daniel Craig, dobrze, że wciąż są tam gdzieś fani agentów zakutych w szyte na miarę garnitury, którzy muszą stawić czoła kiczowatym złoczyńcom, próbującym przejąć kontrolę nad światem.
Colin Firth idealnie spełnia powierzone mu zadanie. Ciężko wyobrazić sobie, by ktoś inny mógł walczyć ze złem z taką klasą i nienagannym akcentem.
Kliknij, by poczytać więcej.

***

Jeremy Renner za rolę Hawkeye’a w filmie Avengers: Age of Ultron

Hawkeye sportretowany w MCU przez Jeremy’ego Rennera w Age of Ultron w końcu stał się tym, kim powinien być od początku – w świecie półbogów, kosmitów, mutantów i superżołnierzy stanowi nośnik normalności, z którym widzowi najłatwiej się utożsamić. Pałęta się z tym swoim łukiem i strzałami, ale świadomy tego, że nie do końca pasuje do drużyny, w której przyszło mu walczyć. Jednocześnie w całej tej swojej śmieszności, która przeniesiona jest z komiksowego pierwowzoru, stanowi dla Avengers kotwicę. Jego normalność wnosi do ekipy pierwiastek czysto ludzki.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Nicholas Hoult za rolę Nuxa w filmie Mad Max Fury Road

Jak łatwo sobie wyobrazić, Mad Max pojawi się jeszcze na tej liście. Dla samego Nicholasa Houlta nie jest to natomiast pierwsze przyznane przeze mnie wyróżnienie. Kilka lat temu zagrał zombie w komedio-horrorze pt. Wiecznie żywy. Tym razem George Miller powierzył mu rolę fanatycznego wojownika, poddanego lokalnego watażki. Aktor kolejny raz przeszedł transformację fizyczną (w serii X-Men również spędza kupę czasu na fotelu u charakteryzatora), co powoli staje się jego znakiem rozpoznawczym.
No ale na ponowne wyróżnienie zasłużył sobie czymś innym – to w zasadzie jedyna postać, która w filmie ewoluuje, przechodzi jakąś przemianę i aktor z powierzonego mu przez reżysera zadania się wywiązał. Gdy Nux orientuje się, że Wieczny Joe jest tak naprawdę despotycznym tyranem, rozpoczyna się jego ścieżka na Jasną Stronę Mocy.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Kate Blanchet za rolę Macochy w filmie Kopciuszek


A tu być może zaskoczenie, bo nic na blogu na temat tego filmu się nie pojawiło. Więc w telegraficznym skrócie – czy sześćdziesiąt pięć lat po premierze animowanej wersji Kopciuszka można coś jeszcze z tego wycisnąć? Czy robienie aktorskich wersji każdej z Księżniczek Disneya ma sens?
Cóż, na pewno nie w postaci musicalu, w którym jest więcej tekstu śpiewanego niż w Nędznikach, ale próbować warto. Co prawda rzeczony Kopciuszek Kennetha Branagha fabularnie niewiele nowego ma do zaoferowania, aczkolwiek wygląda wprost przepięknie. Nominacje za kostiumy i scenografię posypały się ze wszystkich stron i mimo iż ostatecznie Oscara w tej kategorii wygrał Mad Max, to nie można pod tym względem nowej inkarnacji klasycznej opowieści niczego odmówić.
Jest jednak jeszcze coś poza sukniami i landszaftami, co wyszło – antagonistka. Zła macocha grana przez Cate Blanchett jest przesiąknięta złem do szpiku kości i zrobi wszystko nie tyle po to, by sobie i córkom zapewnić komfortowe życie, ale wyłącznie w celu uprzykrzenia go Kopciuszkowi. Aktorka wręcz rozkoszuje się tym, jak okrutna oraz niesprawiedliwa jest jej bohaterka i mimo że nie sposó jej kibicować, to musi na widzu zrobić wrażenie.

***

Harrison Ford za rolę Hana Solo w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Ostatnie z pięciu nazwisk w tej kategorii należy do legendy popcornowego kina. Pomimo sporych niedociągnięć filmu i według mnie kontrowersyjnych fabularnych decyzji, nie potrafię wyobrazić sobie tej listy bez zawarcia na niej Harrisona Forda, wracającego do roli gwiezdnego przemytnika i awanturnika, która niegdyś otworzyła mu na oścież drzwi do kariery.
W Przebudzeniu Mocy daje popis i wcale nie widzimy na ekranie podstarzałego aktora, a wiekowego bohatera, ściganego przez demony przeszłości. Już za sam fakt podejścia do roli na poważnie należą się brawa.
Kliknij, by przeczytać więcej.

***

To nie jest tekst sponsorowany, po prostu uważam, że Majonez Kielecki to najlepszy majonez we Wszechświecie.

***

Duża rola w filmie popcornowym:

Charlize Theron za rolę Furiosy w filmie Mad Max: Fury Road

Piątkę najlepszych aktorów w minionym roku otwiera w moim plebiscycie Charlize Theron. Tym razem jej występ w zmartwychwstałej marce sprzed lat nie ogranicza się do seksu z Idrisem Elbą (pamiętacie o jej postaci z Prometeusza coś więcej?), ba! w zasadzie Furiosa jest główniejszą bohaterką niż tytułowy Max. Pewna grupa ludzi w internetach nawet zaczęła się rzucać o to, że film miał zbyt feministyczny wydźwięk, ale ja się z tym zgodzić nie mogę. To znaczy – ja absolutnie nie neguję tego, że aktorka kradnie szoł Tomowy Hardy’emu, nie widzę jednak powodu, by nie mogło tak być. Nie ma ani krzty sztuczności albo wciskania widzowi czegokolwiek siłą w uczynieniu z kobiety głównego bohatera filmu akcji. Na pewno nie w takim wydaniu.
No i hej, aktorka dała sobie ogolić głowę i amputować rękę, więc podważanie kozackości jej postaci naprawdę mija się z celem.

***

Seth MacFarlane za rolę Teda w filmie Ted 2

Czy można tu zostać wyróżnionym za dubbingowanie postaci? Jak widać tak.
Seth MacFarlane po potknięciu, jakim przed rokiem był jego komediowy western, wrócił z kontynuacją filmu, który w 2012 szturmem wziął kina. Pomimo że Ted 2 finansowego sukcesu swojego poprzednika nie pobił, ani nawet nie był bliski wyrównania go, to ja poza jednym mocnym zgrzytem (gdzie się podziała Mila Kunis?!) zostałem kupiony, a wszystko to za sprawą przeklinającego, palącego zioło pluszowego misia. Umówmy się, ten koncept to komediowe złoto, a postawienie go w sytuacji, w której musi udowodnić, że zasługuje na traktowanie jako pełnoprawny obywatel, zdaje egzamin. Dlatego stwierdzam, że pomysłodawca i użyczający głosu twórca zasługuje na wyróżnienie.
Kliknij, by przeczytać więcej na temat tego filmu.

***

Paul Rudd za rolę Scotta Langa w filmie Ant-Man

Co się dzieje, gdy angaż w filmie Marvela dostanie grubawy komik?
Studio robi z niego gwiazdę kina akcji, jednocześnie nie marnując komediowego potencjału aktora.
Paula Rudda widziałem wcześniej w jednym filmie (o tym) i kiedy uświadomiłem sobie, że to ten gość ma grać życiowego nieudacznika, który zyskuje supermoce oraz szansę na stanie się superbohaterem, to wiedziałem, że wszyscy to kupią.
Po prostu jest coś takiego w tym aktorze, że fatłapowatość granych przez niego bohaterów jest niezwykle autentyczna. Scott Lang jest dupkiem dla większości ludzi, ale szczerze kocha córeczkę i potrafi wykazać się lojalnością wobec przyjaciół, dzięki czemu wnosi do marki, jaką jest MCU, nowy pierwiastek.
Kliknij, by przeczytać więcej o tym filmie.

***

Henry Cavill za rolę Napoleona Solo w filmie Kryptonim U.N.C.L.E.

O tej produkcji również nie miałem dotychczas okazji napisać. O filmie będzie więcej niżej, tu natomiast skupię się na postaci granej przez Henry’ego Cavilla, ponieważ jest w niej coś intrygującego. Otóż, w przeciwieństwie do innej ostatnio popularnej roli w blockbusterze, tutaj rzeczywiście coś gra. Nie rozumiem, dlaczego decyzyjni ludzie w Warner Brothers podjęli taką dziwaczną decyzję i wypompowali z jego interpretacji Supermana jakiekolwiek emocje. Najwyraźniej oni już tak mają (patrz – Christian Bale w roli Bruce’a Wayne’a/Batmana).
No ale o tym jeszcze popiszemy za miesiąc, tu chcę pochwalić tego aktora, ponieważ daje niewiarygodny popis. Po premierze Kingsman nie sądziłem, że 2015 przyniesie jeszcze jakiś dobry film o szpiegach, a tu taka niespodzianka. Napoleon Solo to – wprawdzie amerykański – ale Bond, jakiego potrzebujemy i na jakiego zasłużyliśmy.

***

Adam Driver za rolę Kylo Rena w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Nie stałem się fanem Przebudzenia Mocy, ale postaci i roli Adama Drivera będę bronił zawsze i wszędzie. Na początku, świeżo po pierwszym seansie, podobnie jak cała masa ludzi w Internecie, sądziłem, że takie podejście do Sitha jest głupie, ale potem mnie olśniło – to właśnie o to chodziło, żeby pokazać takiego emo-dzieciaka, którego największym marzeniem jest stanie się koszmarem i postrachem całej Galaktyki. Nie wie, jak się do tego zabrać, ma wątpliwości, czy sobie da radę, ale zżera go ta chora ambicja i pragnienie dorównania legendarnym postaciom. W zasadzie jest to Sith idealny do tego filmu – gdyby naprawdę chcieli zrobić Dartha Vadera dwa, to aktor, reżyser oraz scenarzyści musieliby zmierzyć się z tymi samymi rozterkami, z jakimi zmaga się Kylo Ren. Zewsząd otacza go presja, bo wszyscy chcą, by był groźny i zły do szpiku kości, on sam tego pragnie bardziej niż ktokolwiek inny, ale nie do końca sobie radzi z powierzonym zadaniem.

***

Tak oto wygląda moje podsumowanie 2015 roku w kinie rozrywkowym. Jeśli chodzi o same role, rzecz jasna. Jest mi wstyd i przykro, że takie opóźnienie, no ale#studia #praca. Nie mam siły i niestety czasu robić jakiegoś finału dla aktorów, wszyscy byli naprawdę ekstra. Na dniach powinien ukazać się jeszcze tekst z samymi filmami, potem przejdziemy do bieżących spraw – przeczytałem pierwszy polski numer Deadpoola, obejrzałem drugi sezon Daredevila, więc będę miał o czym pisać, a co za tym idzie – Wy będziecie mieli co czytać.

Jaskier

Reklamy

Read Full Post »

Nie mają z nim szans produkcje ze zmartwychwstanym przy pomocy komputera Paulu Walkerze czy też jakiekolwiek o samochodach transformujących się w roboty.
Najmniejszych szans.

Otóż – tak – Fury Road jest filmem o ścigających się samochodach. Praktycznie przez dwie godziny oglądamy ludzi jeżdżących po pustyni. Piękne w tym wszystkim jest to, że z tego jeżdżenia nie wynika żadne ratowanie świata. Pomimo olbrzymiej dawki efekciarstwa (nie oszukujmy się, te pojazdy wyglądają, jakby je wyklepał Guillermo del Toro mechaników) i ogólnie pojętego mocnego pierdolnięcia „czym tylko się dało”, historia jest dosyć mała, czym nie odbiega od standardów serii – Max gdzieś przybywa i tak jakoś się dzieje, że trafia w sam środek akcji.

Tutaj jest wyjątkowym pechowcem, bowiem „trafienie w sam środek akcji” znaczy dla niego mniej więcej tyle, że zostaje schwytany do niewoli i zakwalifikowany jako uniwersalny dawca krwi i organów dla armii lokalnego watażki posiadającego status bóstwa.
Tom Hardy może i mówi niewiele, ale wygląda i JEST prawdziwym twardzielem. Czuć w nim ducha minionej epoki, takiego kozaka, który potrafiłby zabić łotra jednym palcem, a potem zapłodnić wzrokiem porwaną przez niego kobietę i odlecieć na smoku w stronę zachodzącego słońca, by stawić czoło kolejnym wyzwaniom tego typu.

Nowy Mad Max jest tak intensywnie naładowany akcją, że mimo iż zaczął się przed drugą w nocy, to ani przez moment nie musiałem w kinie walczyć z sennością. Niebywale skutecznie wybudził mnie po dwóch pierwszych częściach serii, kręconych stosunkowo dawno temu, a przez to prezentujących się zupełnie inaczej. Ciągły pościg przez pustynię, liczne starcia oraz bohaterowie o ognistym temperamencie gwarantują doznania na najwyższym możliwym poziomie.

Zwrócić również trzeba uwagę na aspekty wizualne tego filmu. Pustynia za dnia ma barwę jaskrawożółtopomarańczową, natomiast nocą wszystko się zmienia i nabiera niebieskogranatowego koloru. Surrealistyczne, ale dodaje smaczku, zwiększając komiksowo-kreskówkowy charakter produkcji. Mam także wrażenie, że kilka razy zastosowano przyspieszenie nagrania, co było wykorzystywane także w poprzednich filmach. Takie puszczenie oka do fanów?

Jeżeli jesteśmy przy nawiązaniach do poprzednich filmów, to Fury Road jest czymś w stylu niby-quasi-sequela. Spokojnie można go obejrzeć, nie zapoznawszy się uprzednio z trylogią z Melem Gibsonem, która sama w sobie nie była w pełni spójna. No i najnowsza część kontynuuje tę tradycję. Ciężko powiedzieć, czy to jest ten sam świat – ciężko sobie wyobrazić, by mógł przejść aż taką transformację za życia Maxa. To trochę tak jak w tym filmie z Kevinem Costnerem, w którym udawał listonosza. Tylko na odwrót. Z w miarę normalnego świata przejść do pustyni, na której w kilku enklawach twardą ręką rządzą dyktatorzy, decydując o życiu i śmierci wszystkich mieszkańców… No wydaje się to mało prawdopodobne, ale nie ma to żadnego znaczenia, skoro film jest taki miodny. Wgniata widza w kinowy fotel i jednocześnie usiłuje z niego wyszarpnąć.

Dwie rzeczy mi lekko nie pasują.
Po pierwsze – cały czas liczyłem na rozbudowanie mitologii tego świata. Dlaczego to właśnie Wieczny Joe rządzi? Jak doszedł do władzy? Skąd się biorą trepy? Co się stało ze światem? Liczyłem, że może Max zada któreś z tych pytań, ale nie i to jest trochę dziwne, bo albo się w tym kawałku świata świetnie odnajduje, albo twórcy celowo przemilczeli te aspekty. A na serio momentami miałem wrażenie, że bohater nie do końca ogarnia, ale po prostu zaciska zęby, bo jest tak przekozakiem, że nie zadaje tego typu pytań*.
Druga sprawa tyczy się samego Maxa. Czy ja przeoczyłem jakiś film? Wizje, których doświadcza, pokazują, że popełnił w życiu jakiś poważny błąd, ale ja nie do końca łapię, o co się rozchodzi. Miałem wrażenie jakby wyjaśnienie jego przeszłości było szykowane na kontynuacje.

***

No ale film jest ogólnie świetny, toteż na te dwa drobne mankamenty przymykam oko. Mocny kandydat na tytuł roku.
Dobrze, że tę markę udało się wskrzesić w takim stylu. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że Charlize Theron ogoliła do roli głowę i dała sobie amputować lewą rękę.

 

Jaskier

*Biorąc pod uwagę to, że Nolan lubi Hardy’ego, to Mad Max długo może być jedynym filmem, w którym gra ten aktor i jednocześnie odczuwam w nim niedosyt ekspozycji.

Read Full Post »

Nowożytne podejście do klasycznej historii, potwierdzającej, że główną motywacją kobiet jest zazdrość o urodę innych przedstawicielek tej płci.
Cóż, przynajmniej w tej wersji Śnieżka nie prowadzi domu siedmiu krasnoludom*.

Bardzo podobał mi się Hansel i Gretel: Łowcy czarownic (będzie w końcu sequel?), nie podobała mi się Alicja w Krainie Czarów Burtona. Oba te filmy są reinkarnacjami popularnych opowieści. Tutaj reklamują się na plakacie tym drugim tytułem, może to budzić pewne obawy, w dodatku główną rolę gra pozbawiona talentu aktorskiego Kristen Stewart, ale w ogólnym rozrachunku Królewnie… bliżej do przygód Io oraz Hawkeye’a, chociaż Bella na koniec odwala Joannę d’Arc, wkłada zbroję i rycerzuje równie dzielnie, co Mia Wasikowska.

W zasadzie byłby to film godny nominacji do Jaskiera, bo Charlize Theron jest świetna, Hemsworth… daje radę w swojej roli, wizualnie produkcja jest wspaniała, ale postać Śnieżki leży. Kurde, Kristen Stewart nie nadawała się do tej roli, angaż dostała jedynie dzięki popularności Zmierzchu. Ani ona jakoś specjalnie urodna (pamiętać trzeba, że w tej historii chodzi o zazdrość o piękno, toteż wychodzi na to, że autorzy sugerują, iż Kristen > Theron), a talentem to w ogóle nie grzeszy. Jedno słowo – NIE-PO-RO-ZU-MIE-NIE.

Charlize Theron to najjaśniejszy punkt tej produkcji. Biedna, skrzywdzona przez los kobieta, której jedynym marzeniem jest być wiecznie piękną. A nie przyszło jej żyć w czasach, gdy zmarszczki usuwa się za pomocą kilku zastrzyków. Do zabiegu odmładzania cery konieczne są młode i piękne dziewczęta, z których wysysa siły witalne. Skutki nie są jednak długotrwałe, a rzucanie zaklęć to dodatkowe obciążenie organizmu, toteż zabieg należy regularnie powtarzać. Chyba że… zje serce Śnieżki. Bo tak jej powiedziało magiczne zwierciadło. Niezbyt fortunnie składa się, że dziewczyna potrzebuje swojego serducha do życia, więc ucieka z zamku. Ścigana, trafia do Mrocznego Lasu.
No i tak to się kręci, są walki, czary, jazda konna, rycerzowanie – wszystko, czego dobry film fantasy potrzebuje.

Chris Hemsworth do swojego ciała (przypomnijmy – najseksowniejszy żyjący mężczyzna wg magazynu People) dostał topór i całkiem sensowną historię. Jest wiarygodny w tym swoim byciu mrukiem, z którego przeistacza się w… Hemswortha niebędącego mrukiem.

Obecny w filmie trójkąt miłosny jest UWAGA! sensowniejszy oraz wiarygodniejszy od tego z Igrzysk śmierci. Tak, napisałem to:
Trójkąt miłosny w filmie z Kristen Stewart > trójkąt miłosny w filmie z Jennifer Lawrence. Handlujcie z tym.

Strona wizualna jest przepiękna – plenery, scenografia, dbałość o szczegóły**, kostiumy, kreatywne i uczciwie wykonane efekty komputerowe – nic nie zawodzi. Najbardziej ujęła mnie wioska, którą widzimy w dwóch różnych okresach – dobrobytu za czasów króla, gdy wszystko jest kolorowe, barwy są niezwykle żywe, oraz pod tyranią złej królowej, kiedy to wszystko od chodników po kominy pokrywa kurz i błoto.

Zdziwiło mnie nieco, że mamy do czynienia z naszym światem. To jest jakąś tam częścią średniowiecznej Europy, a nie baśniowym Zasiedmiogórogrodem. Wskazuje na to obecność kościelnych dostojników podczas uroczystości typu koronowanie, zaślubiny królewskie.

W trakcie seansu często miałem wrażenie, że gdzieś już coś widziałem. Nie mam tutaj na myśli jedynie déjà vu związanego ze skakaniem z klifu albo Hemsworthem dzierżącym sporych rozmiarów średniowieczną broń. Magiczny miecz, Drużyna Pierścienia, Hobbit – to filmy, które przychodzą mi na myśl. Nie jest to raczej celowe odwoływanie się, jak miało to miejsce w Wasza wysokość, raczej pokłosie osadzenia historii w podobnym środowisku (jakieś lepsze tłumaczenie słówka „setting”?).

Cudowna w swoim przerysowaniu Charlize Theron, baśniowy klimat, superancka strona wizualna, sporo porządego rycerzowania oraz innych akcji, które powinny być w dobrym filmie fantasy – warto obejrzeć.
Nawet jeśli pozostanie niesmak po skopanej roli Śnieżki.

Jaskier

*W odróżnieniu od tej będącej ulubionym filmem Hitlera.

**Na przykład brud pod paznokciami Śnieżki.

Read Full Post »

Seth MacFarlane dostał chyba od producentów wolniejszą rękę, bo momentami mocno przegiął, w dodatku niemiłosiernie rozciągnął film, ale nie było najgorzej.
Czyli jak?
Przeczytajcie, żeby się przekonać.

Początek filmu sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z kolejną prostą historią miłosną, w której odrzucony przez dziewczynę chłopak musi się wykazać, zdobywając jej serce poprzez udowodnienie, że jest prawdziwym mężczyzną.

To działa. W głównej mierze jest to zasługa napisania i obsadzenia postaci Alberta Starka (MacFarlane). Osnucie opowieści, której akcja umiejscowiona jest na Dzikim Zachodzie, wokół faceta, który jest fajtłapą i absolutnie nie można dopasować go do żadnego archetypu w tym gatunku filmowym, dodatkowo sam kilkukrotnie powtarza, że nie cierpi tego miejsca i wyjedzie do San Francisco, pozwala spojrzeć na wszystkie westerny z boku, z perspektywy właściciela stada owiec. Stada owiec. Czy był jakimś inny western z głównym bohaterem parającym się takim zajęciem? To jedynie umacnia efekt ciapowatości postaci. Wszyscy żartują z jego zawodu, także on sam. W tym tkwi jego siła. Brutalności (choć zdecydowano się na typowo kreskówkową estetykę) miejsca, w którym przyszło mu żyć oraz nieprzychylności sąsiadów przeciwstawia swoje poczucie humoru, inteligencję i ogólnie pojętą dobroć. Czasem wypada żałośnie przez jakiś nietrafiony lub niesmaczny żart, ale w gruncie jest jak kumpel z klasy, któremu czasem zdarza się powiedzieć coś niezabawnego, ale mimo to lubisz go, bo wiesz, że jest w porządku. To chyba najlepiej oddaje tę postać – Albert jest jak dobry kolega.

Skoro mowa była o żartach – scenarzyści świetnie pogrywają sobie z konwencją westernu oraz mitami Dzikiego Zachodu. Ta część dowcipów wypada świetnie, nieustannie przyprawiała mnie o uśmiech na twarzy. I to taki trwający dłużej niż pół minuty.
Kiedy jednak wyłażą na wierzch żarty niskich lotów, to są naprawdę niskich lotów. To znaczy, niby motyw końskiego łajna opracowano prawidłowo (ucz się, Jeźdźcu znikąd), ale wciąż jest tu mnóstwo złych rzeczy. Gdybym ja był ich autorem, to śniłyby mi się koszmary po nocach. Chociaż może właśnie to jest odpowiedź? Może któregoś z twórców przerażają penisy baranów?

Na początku napisałem, że film jest zbytnio rozciągnięty. Kiedy już szykowałem się do oglądania napisów końcowych, okazało się, że została jeszcze godzina. Poważnie, ten wątek miłosny, o którym wspomniałem na początku, główny motor napędowy dla Alberta, ma finał mniej więcej w połowie. To było dosyć dziwnie i sprawiło, że seans zaczął mnie coraz bardziej męczyć. Tak jakoś czar ironicznej komedii o Dzikim Zachodzie prysł (choć trafne żarty wciąż się pojawiały).

Czarny charakter (Liam Neeson, na plakacie ma czarny płaszcz, więc kim innym może być?) wypada słabo. Okazuje się, że to tak naprawdę prostak, który swą legendę najlepsiejszości w byciu rewolwerowcem zbudował na oszustwie.
Liam, łaj? że tak sparafrazuję.

Neil Patrick Harris gra buca. I tyle. Jest po prostu bucem.

Amanda Seyfried gra ładną dziewczynę. Ale uczynienie jej postaci chodzącym szablonem było celowe i działa.

Charlize Theron to ta rozsądna kobieta, która sprowadza Alberta na ziemię. Wątek ten również jest typowy (Jak mogłaś mnie okłamać?! etc.), ale jej relacja z głównym bohaterem jest przyjemna w śledzeniu.

Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie  to w połowie świetna komedia, ironicznie podchodząca do tematyki westernu i sama siebie traktująca niezbyt poważnie, z drugiej jednak wciśnięcie zbyt wielu kiepskich żartów niskich lotów oraz rozciągnięcie akcji do AŻ (!) dwóch godzin zdecydowanie filmowi ujmuje uroku.
Ja jestem zadowolony, że widziałem, ale dla kogoś wymienione wyżej wady mogą całkowicie zniwelować przyjemność ze śmiania się z tych wszystkich celnych dowcipów.

Jaskier

Read Full Post »

Hej, na nowych X-Menach byliśmy w prawdziwym kinie, toteż – z poślizgiem – nadrabiam tradycyjny wpis zawierający komentarz do jednego ze zwiastunów puszczonych przed filmem między reklamą banku i portalu randkowego.

***

Prawdziwe kina ssą pod względem liczby reklam emitowanych przed seansem – minęło dwadzieścia minut od przygaszenia świateł oraz uruchomienia projektora do pojawienia się loga studia, które wyprodukowało Days of Future Past. :/

***

Obejrzałem kilka innych zwiastunów i mam wrażenie, że scenarzyści „nieco” przeginają z niedwuznacznymi żartami, ale część z nich jest naprawdę zabawna (Popatrz na nasze cienie), a pozostałe żarty trzymają poziom, więc jestem zaintrygowany.

Teda swego czasu umieściłem w piątce najlepszych popcornowych filmów 2012 roku. Kilka tygodni temu zaliczyłem seans po raz drugi i moja opinia nie uległa zmianie – to świetna komedia.

Po filmie Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie oczekuję tego samego. Zestaw scenarzystów jest ten sam, zaangażowano kilku dobrych aktorów, jak choćby Liama Neesona lub Neila Patricka Harrisa, który potrafi być kimś więcej niż tylko Barney’em Stinsonem*. Charlize Theron w końcu nie gra zimnej suki, która musi uprawić seks z Murzynem, by udowodnić, że nie jest robotem. Sam MacFarlane wygląda na gościa, który dobrze się bawi, tworząc niepoprawne polityczne filmy, więc możemy być dobrej myśli.

Co sądzicie o tym filmie?

Jaskier

*Chociaż wszystko wskazuje na to, że tutaj nim będzie.

Read Full Post »