Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Samuel L. Jackson’

Kong: Skull Island to fabularyzowany paradokument potwierdzający teorię pustej Ziemi, zamieszkanej wewnątrz przez gigafaunę. Jest to kolejny film z serii takich hitów jak: Mega Shark, Mega Shark vs. Crocosaurus, Mega Shark vs. Giant OctopusMega Shark vs. Mecha Shark i wielu, wielu innych.
Nurt ten został zapoczątkowany przez francuskiego pisarza, niejakiego Julesa Gabriela Verne’a w jego powieści Podróż do wnętrza Ziemi.

Tym razem jednak z produkcją związane były o wiele większe pieniądze, a co za tym idzie – w obsadzie pojawiają się prawdziwi aktorzy, a efekty specjalne nie wyglądają jak robione na zaliczenie projektu z grafiki komputerowej w noc przed terminem wysłania plików do prowadzącego. W końcu Hollywood postanowiło spojrzeć prawdzie w oczy i pokazać światu, że tak naprawdę nie ma żadnego płynnego jądra, a wnętrze Ziemi zamieszkane jest przez nieznane ludzkości gatunki zwierząt.

Są takie produkcje, od których nie oczekujemy wiele więcej poza potężną dawką rozrywki i radochy z rozwałki dziejącej się na ekranie. Jeśli akcja jest spektakularna, to jesteśmy w stanie wybaczyć sztampową, przewidywalną fabułę a także postacie, które są najczęściej archetypowe i marginalizowane. Tego typu produkcji na pęczki jest w każdym koszu z przecenionymi tytułami direct to DVD dostarczonymi widzom głodnym wrażeń przez SyFy czy kogoś tego pokroju.
Odnoszę jednak wrażenie, że ostatnimi czasy wraca moda na wysokobudżetowe produkcje z wielkimi stworami. Niech no wymienię kilka tytułów z ostatnich lat – Pacific Rim, Jurassic World, Godzilla Garetha Edwardsa*, tegoroczne Power Rangers (mam nadzieję). No i Kong: Skull Island, który z wymienionych tutaj podobał mi się najbardziej. Środek ciężkości w tej produkcji położony jest tam, gdzie położony być powinien – na monstrualnych rozmiarów potworach, w starciu z którymi ludzie nie mają najmniejszych szans.

Przez ekran przewija się cała plejada stworów**, które między sobą mogą walczyć, ludziom natomiast pozostaje tylko ucieczka lub nędzne próby zakończone niechybną śmiercią. Co więcej – zdecydowana większość tych scen dzieje się w dzień. I nie pada. Widzimy Konga naparzającego z pięści te jaszczuro-węże, widzimy jak wielka kałamarnica próbuje go utopić, nic nie jest ukryte w mroku albo strugach deszczu. To był chyba mój największy problem z Pacific Rim – tam wszystko działo się w nocy w czasie ulewy. No i jest tego naprawdę dużo, widać, że twórcy chcieli i mogli zrobić film z potworami. Kong, nie licząc prologu, pojawia się zaraz po przybyciu ekspedycji ludzi na wyspę. Nie jest chowany przed widzami przez kilkadziesiąt minut, jak miało to miejsce w wersji Jacksona albo jak Godzilla w… Godzilli.
Ten element filmu, stanowiący jego filar, został zrobiony na piątkę z plusem. Myślę, że warto wybrać się do kina tylko po to, by zobaczyć ten spektakl przerysowanej brutalności. A właśnie – zapomniałbym – wszystkie starcia, włącznie ze strzelaniem do Konga i innych stworów z karabinów – to wygląda jak jakaś kreskówka. W tym sensie, że na przykład Kong bierze takie wielkie drzewo i rozbija je na drzazgi, uderzając nim o głowę potwora. A ten nic i dalej walczą. Albo żołnierze strzelają serią i widać, że ranią stwora, ale on nic sobie z tego nie robi i dalej szarżuje. To trochę wygląda tak, jakby czyjś syn bawił się figurkami dinozaurów i żołnierzykami, ktoś to zobaczył i stwierdził, że zrobi z tego wysokobudżetowy film.
Osobiście kupuję to w stu procentach, przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Taka przerysowana, niemalże karykaturalna estetyka jest cudowna, idealnie pasuje do tego filmu i w ogóle całego gatunku.

Napisałem, że postacie ludzkie są marginalizowane i to jest prawda. Stanowią one przede wszystkim połączenie dla widza – ludzie przybywają na wyspę ze świata nam znanego do zupełnie nowego ekosystemu, razem z nimi zachwycamy się i trwożymy podczas poznawania go. Każdy z bohaterów ma jakąś rolę do odegrania, nawet jeśli polegać ma ona na byciu pożartym przez jakiegoś potwora.
Wybija się Samuel L. Jackson. Po seansie napisałem na fanpejczu, że Kong wjechał jego bohaterowi na i tak już podminowaną ambicję. No i jebło.
Aktor gra tutaj bowiem dowódcę z Wietnamu, któremu przed powrotem do domu zostaje przydzielona misja eskortowania badaczy na wyspę. Powierzone mu zadanie traktuje bardzo poważnie i z pewnych – dość oczywistych – powodów ukatrupienie Konga staje się dla niego osobistym celem, który ma mu wynagrodzić porażkę USA w Wietnamie. Przez cały czas narasta w tej postaci obłęd. Nie potrafi odpuścić, dać za wygraną, a to staczanie się w objęcia manii i szaleństwa trąci trochę Jądrem ciemności albo, idąc tropem czasu i miejsca akcji, Czasem Apokalipsy.

Powyższe dwa, dosyć rozbudowane, fragmenty wiążą się z rzeczą, o jakiej chciałem wspomnieć. Nie ma tutaj żadnego holenderskiego żeglarza, który przekazuje komuś mapę wyspy. Nie – ludzie namierzają ją dzięki rozwojowi technologii, satelita robi zdjęcie i w ten sposób poznają jej położenie. Lecą na wyspę i zrzucają materiały wybuchowe, by badać podłoże skalne pod nią, krótki fragment z żołnierzami przywodzi z kolei na myśl jakiś Top Gun – jesteśmy silni, jesteśmy potężni – zdają się krzyczeć sceny na lotniskowcu, zmontowane do chwytliwej piosenki. Piosenka gra również podczas „badania” wyspy, wyszczerzone zęby pilota bojowego śmigłowca nasuwają na myśl jeden cytat – „Uwielbiam zapach napalmu o poranku”.
W tym kontekście, całej tej technologii, którą się tak pysznimy i z której jesteśmy dumni, słabość ludzi w starciu z którymkolwiek ze stworów daje do myślenia, czyż nie?

Na zakończenie jeszcze łyżka dziegciu w tej beczce miodu. Trzy ceny, które mi się nie podobały, które wybijały nieco z rytmu:

  • Śmierć naukowca:
    • W pewnym momencie bohaterowie zostają zaatakowani przez latające stwory i jedna z postaci zostaje przez nie porwana w powietrze i rozerwana na strzępy.
  • Szarża Toma Hiddlestona w slow motion:
    • Strasznie kiczowaty moment, gdy bohater brytyjskiego aktora biegnie z maską przeciwgazową i kataną, przedzierając się przez stado tych samych latających potworów, by uratować żołnierza.
  • Bohaterska śmierć, by opóźnić atak potwora:
    • Podczas ucieczki przed jaszczuro-wężem jeden z żołnierzy zostaje z tyłu, wyciąga granat i chce się poświęcić, by pozostali zyskali na czasie. Nic z tego jednak nie wychodzi, gdyż potwór jednym uderzeniem wyrzuca go daleko na jakieś skały i dopiero tam granat wybucha.

***

A teraz tak na sto procent poważnie – fabuła tego filmu jest pretekstowa, postacie może niezbyt skomplikowane, ale dzięki utalentowanym aktorom wyraziste i dające się lubić, natomiast to, co jest najważniejsze w tego typu filmach – widowiskowe starcia gigantycznych potworów – są złotem. Czego więcej nam potrzeba? :D

***

*Linki do moich tekstów dotyczących tych filmów:
Pacific Rim
Jurassic World
Godzilla

**Wszystkie zostały pokazane w zwiastunach. Liczyłem na to, że zostawili chociaż jednego na deser.

Jaskier

Read Full Post »

Plakat jaki jest, każdy widzi. Szablonowy plakat filmu Marvela.

Na początek się umówmy, że w tym tekście będę się wypowiadał na temat filmu wyłącznie w superlatywach. Dobrze? Kilku dosyć poważnym (choć niezaburzającym frajdy płynącej z seansu) wadom poświęcę osobny wpis.

Przede wszystkim – sceny akcji. Twórcy założyli, że widz jest już wystarczająco zaznajomiony z tym uniwersum, można więc zacząć do czegoś bombastycznego, pomijając jakiś powolny wstęp. Czegoś większego od otwarcia Avengers, a mieliśmy tam przecież do czynienia z trzęsieniem ziemi. Infiltracja placówki Hydry (zamek gdzieś w Europie Wschodniej <3) w wykonaniu całego składu Mścicieli to czysta poezja i raj dla oka. Już pierwsze minuty filmu jasno pokazują nam, że nikt się tam nie wstydzi materiału bazowego, a później jest tylko lepiej. Gracja oraz pomysłowość walk wbija w fotel i cieszy serce każdego maniaka historii obrazkowych. Naprawdę czułem się tak, jakbym oglądał na ekranie komiks. A przecież o to chodzi.

Fabuła jest w zasadzie gdzieś w tle i choć głównie jej będzie dotyczyć zapowiedziana w pierwszym akapicie litania narzekań, to przyznać trzeba, że wszystko trzyma się kupy, sensownie rozwija pewne wątki (np. wyjaśnia, dlaczego Thanos podarował Lokiemu berło) i kładzie podwaliny pod przyszłoroczne Civil War. Chociaż w finale AoU drużyna się jednoczy, to zdajemy sobie sprawę, że wszelkie kłopoty w filmie wzięły się z różnic światopoglądowych jej członków. Więc tak, Age of Ultron stanowi jedynie preludium do trzeciego Kapitana Ameryki, co do którego tytułu jestem coraz mniej przekonany. Nic by się nie stało, gdyby przechrzcić go na Avengers: Civil War, gdyż tym w istocie będzie.
Warto dodać, że zgodnie z prawem Hollywood, mówiącym, że kosmici, roboty oraz kosmiczne roboty atakują Stany Zjednoczone, tutaj akcja ma miejsce w RPA, Seulu oraz fikcyjnym państwie w Europie Wschodniej .

MCU doczekało się kolejnego mocnego łotra. Ultron stanowił realne zagrożenie, potrafił dokopać Mścicielom i pięknie realizował koncept upiornego Pinokia, który chce stać się człowiekiem lepszym od swego twórcy. Otóż tak, muzyczny motyw pochodzący z kilkudziesięcioletniej animacji Disneya wykorzystany w zwiastunie nie służył jedynie reklamie – czuć silną inspirację historią kukiełki, która chciała stać się prawdziwym chłopcem. Na dobrą sprawę to jest tu nawet Niebieska Wróżka. Bardzo podoba mi się to, jak nieludzki jest Ultron w tych swoich próbach stania się lepszym człowiekiem. Mam nadzieję, że ten trend się utrzyma i superherosi będą dostawać godnych siebie przeciwników (Norman Osborn, Mandaryn etc.).

Pozostałe nowe w MCU postacie to posiadający supermoce Wanda i Pietro Maximoff oraz syntezoid Vision. O bliźniakach porozmawiamy następnym razem, gdyż mam kilka zastrzeżeń. Dość powiedzieć, że czwarta z bliźniaczek Olsen wypada o wiele lepiej od ekranowego brata. Nie chciałbym prorokować, ale Aaron Taylor-Johnson chyba już na zawsze pozostanie dla mnie tylko Kick-Assem.
Z kolei Vision (Paul Bettany) będący tworem Ultrona, na czym jednak kończą się elementy jego biografii wyjęte z komiksów, jest świetny. Jest kolejnym – obok scen akcji, nawet istotniejszym od nich – argumentem świadczącym o tym, że twórcy są świadomi, co i dla kogo robią. Po to jest takie kino, by można w nim było oglądać wyposażone w sztuczną inteligencję androidy, które poczuwają się do ochrony życia.

Produkcja kipi również humorem. Nawet zaspoilerowana scena z młotem Thora potrafiła mnie w kinie rozbawić, chociaż widziałem ją już wcześniej. Ba! później film dwukrotnie się jeszcze do niej odwołuje i to nie nachalnie, a mimochodem, niejako argumentując decyzję jednego z bohaterów, co sprawia, że owa scena nie była jedynie humorystyczną wstawką, choć jako taka również by się broniła. Wielokrotnie AoU mnie rozbawiło i traktuję to jako kolejny plus produkcji.

Jest jeszcze jedna istotna rzecz, którą należy napisać o tym filmie. Hawkeye rządzi. Nie chcę Wam psuć frajdy z niespodzianki, więc nie będę pisał o szczegółach, ale on po prostu tutaj wymiata. Postać grana przez Rennera często-gęsto w komiksach stanowi swego rodzaju balast. No bo wiecie – to zwykły, uzbrojony w łuk i strzały śmiertelnik w gronie bogów, superżołnierzy i innych nadludzi. Nazywany jest najmniej przydatnym członkiem Avengers. I w tym filmie z tej jego zwyczajności zrobiono największą zaletę – jego ludzka natura jest jego supermocą. Jednocześnie Hawkeye zdaje sobie sprawę z tego, że strzelanie z łuku jest trochę śmieszne, biorąc pod uwagę kontekst – wydarzenia, które mogłyby doprowadzić do końca świata – lecz dodaje mu to tylko uroku. Dla mnie to bohater numer jeden w tym filmie.

Cóż tu więcej mówić? Pozostali aktorzy spisują się pierwszorzędnie, to już jest etap, na którym są niezwykle mocno zżyci z granymi postaciami. Interakcje między nimi wypadają bardzo naturalnie, a odwołania do innych elementów MCU stanowią miłe tło dla głównych fabularnych wydarzeń.
Idźcie obejrzeć ten film. ;)

***

O motywacji rodzeństwa Maximoff, wątku Bannera i Romanoff, a także czyjejś śmierci porozmawiamy już niebawem, więc bądźcie czujni.

Jaskier

PS Ostatnia scena. <3

Read Full Post »


Chyba Matthew Vaughn zostanie moim idolem*. Widziałem trzy z sześciu filmów, które wyreżyserował, każdy mi się podobał.

Kingsman bierze na warsztat wszystkie sztampowe motywy z filmów szpiegowskich, miksuje je, wsadza do pieca i w efekcie otrzymujemy coś naprawdę smakowitego. Cały urok tej produkcji polega na tym, że potrafiono w niej sprytnie połączyć klasykę w postaci strzelającego parasola, łotra z bazą skrytą pod powierzchnią lodowca etc. ze współczesnymi zagrożeniami cyberterroryzmem i konsekwencjami globalizacji.

O co się więc rozchodzi?

Przedsiębiorca i filantrop Valentine (prześwietny, sepleniący Samuel L. Jackson) zamierza ocalić naszą cywilizację. Jak to bywa w przypadku bondowskich łotrów, jego środki bynajmniej nie są humanitarne. Dość powiedzieć, że jest jednym z tych ludzi, którzy wierzą, że największym kataklizmem w dziejach ludzkości jest przeludnienie.
Jego obejmującą cały świat intrygę mogą powstrzymać jedynie członkowie elitarnej agencji szpiegowskiej. Brytyjski akcent, szyty na miarę garnitur, komplet gadżetów – to podstawowe elementy ich arsenału. Misję zatrzymania Valentine’a otrzymuje Galahad (mistrzowski, brytyjski w każdym calu Colin Firth).
Równocześnie obserwujemy historię Eggsy’ego (bardzo sympatycznie prezentujący się Taron Egerton) – chłopaka przyjętego na szkolenie, który rozwija się, uczy szpiegowskiego fachu i z drobnego złodziejaszka przeistacza we współczesną wersję Jamesa Bonda. W ogóle mam wrażenie, że ten film ma więcej wspólnego z agentem 007 niż seria z Craigiem.

Przebieg akcji jest dosyć przewidywalny, chociaż kilkukrotnie dobitnie zaznaczono, że mamy do czynienia z pastiszem gatunku, kiedy to scenariusz gwałtownie wyrywa się z szablonu, a my dostajemy informację, że mimo iż twórcy mocno wzorowali się na klasyce, to „to nie jest film tego typu”.
Jednakże owa przewidywalność w żadnym wypadku nie jest wadą tej produkcji. Wzmaga jedynie jej urok. Cały czas czujemy, że reżyser panuje nad całością, nawet na moment nie zbaczając z obranej ścieżki i nie wychodząc poza konwencję.

Warto również dodać, że przekleństwa, krew a czasem i poodcinane kończyny latają w tym filmie na lewo i prawo, nikomu nie wadząc. To odświeżające po sterylnych amerykańskich blockbusterach, w których nie wolno klnąć, a krew pojawia się jedynie podczas czyjegoś ars bene moriendi.

***

Kingsman się po prostu bardzo dobrze ogląda. Nie widziałem jeszcze wielu tegorocznych premier, ale coś czuję, że znajdzie się w czołówce popcorowych filmów 2015 roku. Bo to najzwyczajniej w świecie dobry film jest – zabawny, niebojący się jechać po bandzie, bezkompromisowy.

Jaskier

*Wiedzieliście, że jego żoną jest Claudia Schiffer?

Read Full Post »

Widziałem, jest bardzo fajnie. :)

Na początku roku, po obejrzeniu trailera przed seansem drugiej części Hobbita, napisałem kilka zdań o tym filmie. Narzekałem wtedy nieco na wyraźne odejście od oryginału, ale – już po obejrzeniu – stwierdzam, że wyszło to tej produkcji na dobre. Nie mówię, że film z ’87 jest zły. Jest po prostu inny – zmieniły się standardy, twórcy dysponowali większym budżetem i innymi środkami, więc nie powinniśmy się dziwić, że skonstruowali zupełnie innego robo-gliniarza.

Głównym bohaterem jest Alex Murphy – niezwykle zawzięty na bandziorów policjant z Detroit. I – co jest bardzo fajne – to właśnie wskutek zapalczywości, z jaką chce zwalczać przestępczość, skutkującej nieprzestrzeganiem przepisów, dochodzi do tego, że musi zostać poddany zabiegowi połączenia go z maszyną. Połączenia do takiego stopnia, że nawet Darth Vader powiedziałby, że to chore.

Scenarzysta nie wyrzucił do śmietnika jego rodziny, zupełnie inaczej niż w filmie z ’87, gdzie Murphy wszedł do swojego byłego domu, obejrzał pozostawione graty, machnął ręką i stwierdził, że to zostało za nim. Żona oraz syn stanowią nierozerwalną część nowszej historii, udało się jednocześnie uniknąć miałkości, która żenowałaby widza. Konflikt między programem i budzącymi się emocjami przedstawiony jest w naturalny sposób i przykuwa do ekranu.

Silny nacisk położony jest na delikatną granicę między człowiekiem i maszyną, po której nieustannie balansuje Murphy, a przecież o to w tym filmie chodzi – pokazanie cyborga i zadanie pytania, jaka część jego natury w nim przeważa. Dlatego źli goście w tej produkcji mówią do niego – Jesteś robotem. Kontrastuje to z tęskniącą za nim rodziną i tworzy swego rodzaju dramę.

Świetne jest też to, że Murphy staje się marionetką i firma, która olbrzymie zyski upatruje we wprowadzeniu robotów do służby w szeregach policji w Stanach Zjednoczonych, bezwzględnie wykorzystuje go do zrealizowania tego celu. Jest to w pewnym sensie zwrócenie uwagi na sposoby i zakres manipulacji, jakich dopuszczają się wielkie korporacje.

Aktorsko prym wiedzie Gary Oldman, wcielający się w lekarza i naukowca odpowiedzialnego za powołanie RoboCopa do życia. I – jak to w przypadku tego pana bywa – przesiąka rolą do tego stopnia, iż momentami można zapomnieć, że to ten sam człowiek, który był Draculą, Zorgiem i Gordonem. Pola nie ustępuje  Samuel L. Jackson, któremu przypadła w udziale rola prezentera telewizyjnego, popierającego plany wprowadzenia robotów na ulice. Obawiałem się przez moment, że dostał tylko kilka linijek, które powędrowały do zwiastuna i robią za wstęp do filmu, na szczęście pokazał się potem jeszcze kilkukrotnie. Michael Keaton, czyli emerytowany Bruce Wayne, sprawdza się w roli prezesa korporacji lobbującej za używaniem robotów przez policję. Niespodziewanie przekonałem się, że Jackie Earle Haley nie gra bandziora, którego RoboCop zatrzymuje podczas rutynowej akcji. Bardzo miła niespodziewanka.

Z takim drugim planem ciężko się dziwić, że Joel Kinnaman wypada przeciętnie. Rzecz jasna robi ten robotowy głos i porusza się wystarczająco niepłynnie, byśmy uwierzyli, że składa się niemalże z samych metalowych części, i to jest fajne, ale pod względem gry raczej nie zapada w pamięć.

Podsumowując, miło było obejrzeć unowocześnioną wersję RoboCopa.
Czasy, w których żyjemy, odcisnęły wyraźne piętno na tej postaci i jej historii – manipulowanie opinią publiczną, forsowanie ustaw, które zapewnią zyski konkretnym przedsiębiorstwom, rola mediów w kształtowaniu nastrojów społecznych – to wszystko tu jest.
Jednocześnie niezmieniony pozostał motyw dobrego gliniarza, który musi samodzielnie posprzątać bałagan w swoim mieście.

Czego chcieć więcej?

***

Na zakończenie utwór, który znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu.
U mnie w oryginalnym wykonaniu. Miłego słuchania i oglądania. ;)

Jaskier

Read Full Post »


Kapitan Ameryka: Winter Soldier* to bez wątpienia najlepszy film z MCU od czasu Avengers. Głównie dzięki temu, że próbuje czegoś nowego, czegoś, czego do tej pory w tych produkcjach nie uświadczyliśmy. Bo nie oszukujmy się – zarówno Iron Man 3 jak i kontynuacja Thora opierały się na postaciach. Naturalnie, tutaj Rogers, Czarna Wdowa, Fury i inni również są istotni, jednak niezwykły nacisk położono na opowiadaną historię, co jest czymś zupełnie nowym, jak zresztą napisałem już dwie linijki wyżej. A jako że fabuła jest intrygująca i angażująca widza, to cieszyć się należy podwójnie.

Zamiast klecić kolejny akcyjniak, w którym najistotniejszą rolę odgrywają lasery, skupiono się na intrydze, która co prawda jest łatwa do rozszyfrowania, jednak dzięki powiewowi świeżości, jaki wnosi do serii, nie nuży i realnie przez cały seans przykuwa do ekranu. By nie zdradzać zbyt wiele – Kapitan zostaje wyjęty spod prawa i – oczywiście – nie bacząc na to, musi uratować świat.
(Wszystko to zahacza delikatnie o pytanie: Kiedy strzeżenie obywateli zamienia się w ich kontrolowanie oraz rządy terroru? oraz: Na ile S.H.I.E.L.D. może sobie pozwolić? Później jednak okazuje się, że podział na Dobrych i Złych istnieje, więc wymowa o naturze orwellowskiej maleje, ale pojawienie się takiego motywu to i tak duży plus tej produkcji.)

Wychodzi mu to fenomenalnie, już pod koniec Avengers dostrzec można było przebłyski charyzmy oraz niezłomności, które czynią z niego idealnego dowódcę (najwyraźniej te cechy charakteru potrzebowały więcej czasu na rozmrożenie). Tutaj jest to widoczne w pełni – Kapitan to prawdziwy kozak i nikogo nie będzie już śmieszył jego kiczowaty kostium. Oglądając jego brawurowe wyczyny (scena w windzie!), w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że nie supersiła, superszybkość i superakrobacje są jego mocą.  Najważniejszym czynnikiem czyniącym z Rogersa superherosa jest to, co ma wewnątrz siebie – charakter oraz wiarę w ideały.

Tytułowy Zimowy Żołnierz (serio?) wypada znakomicie, choć – paradoksalnie – film nie straciłby wiele na jego braku. Poważnie, Zimowy Żołnierz byłby równie dobrym filmem, gdyby nie było w nim Zimowego Żołnierza. Jego wątek będzie kontynuowany w następnej części, która zapowiedziana jest  na 2016 (obecnie jestem nią bardziej zainteresowany niż mającym premierę tego samego dnia Batman vs. Superman, brawo DC), więc najwyraźniej ta produkcja miała na celu jedynie wprowadzenie tego bohatera. Toteż tytuł jest „nieco” mylący. Pojawia się on tylko wtedy, gdy fabuła wymaga tego, by kogoś zlikwidował, następnie stacza z Kapitanem kończący się remisem pojedynek i znika. W komiksach Zimowy Żołnierz działał mniej więcej w taki sam sposób, zatem mój problem związany jest wyłącznie z tytułem filmu. Dlaczego pojawia się w nim postać, która nie jest w centrum fabuły?

Pozostałe postacie również na plus – dokooptowanie S.H.I.E.L.D. do Kapitana pozwoliło na rozwinięcie postaci Fury’ego i Czarnej Wdowy, którzy nie byli tyle czasu na ekranie nawet w Avengers. Działa to świetnie, bo Samuel L. Jackson wypada kapitalnie w roli superszpiega, a Scarlett Johansson… … nie, jeszcze moment… jeszcze chwilkę… Scarlett Johansson jako niegrzeczna dziewczyna stanowi interesujące połączenie ze Złotym Chłopcem Ameryki, jakim jest Rogers. Taki grzeczny i w ogóle. Pewnie co z tego będzie, bo która kobieta nie chciałaby takiego ideału?

Nowy w obsadzie jest Anthony Mackie, który wciela w Falcona. Całe szczęście, darowano sobie jarmarczną czerwień i zrobiono z niego ekskomandosa, radośnie rzucającego się na pomoc Kapitanowi. Tak to wygląda, ale w praktyce sprawdza się bardzo dobrze i poniekąd jest dosyć wiarygodne – który żołnierz nie marzy bowiem o walce ramię w ramię z Kapitanem Ameryką? Nie jest typem irytującego przydupasa, do którego starają się nas przyzwyczaić filmy z lat ’90 emitowane przez stację na „P” albo TVN. A to bardzo dobrze. Jestem ciekaw, jak rozwinie się jego relacja z głównym bohaterem.

Nawiązań do reszty tego uniwersum jest kilka, choć żadne z nich nie jest tak rewelacyjne jak pojawienie się Kapitana Ameryki w Thor: Mroczny świat. Jednak usłyszenie kilku znajomych nazwisk (Strange!) wystarczająco karmi moje wewnętrzne dziecko.

Bardzo przyjemny w odbiorze film, który polecam każdemu. Wcześniej jednak warto zapoznać się ze starszymi produkcjami, na pewno z Avengers.

To niesamowite, iż Marvel Cinematic Universe rozwinęło się na tyle, że w ciągu roku możemy obejrzeć trzy diametralnie się różniące filmy. A w sierpniu czeka nas przecież wizyta w kosmosie, więc coś jeszcze innego.
Dla każdego coś dobrego.

Jaskier

*Wybaczcie, tłumaczenie jest moim zdaniem zbyt toporne.

Read Full Post »

To trochę dziwne i bezsensowne z mojej strony, pisać o filmach, które wszyscy widzieli i każdy zdążył omówić, ale z racji zbliżającej się w Polsce premiery filmu Iron Man 3 (piszę to 4 maja, mając nadzieję, że się nie spóźnię) i startu fazy drugiej, czuję się usprawiedliwiony. Niżej znajdziecie krótkie omówienie każdej produkcji z osobna. Skupiłem się na wypunktowaniu tego, co mi się najbardziej rzuciło w oczy, wymienię zarówno plusy i minusy każdego z sześciu filmów. Wątpię, by to Was obchodziło, ale mam taki kaprys, mogę i nikt mi nie zabroni. 
God bless the Internet.

Iron Man

Najlepszy solowy film pierwszej fazy. Moim zdaniem, chociaż zauważyłem, że nie jestem w tej opinii osamotniony. W internetach są jeszcze inni rozsądni ludzie, no coś takiego.
Przede wszystkim genialny popis Roberta Downey’a Jr. Spośród wszystkich innych Człowieków Żelazków, których widziałem w różnych adaptacjach, jego interpretacja jest najlepsza. Ponownie – moim zdaniem, ale poważnie, czy jest tam ktoś, kogo takie połączenie arogancji, cwaniactwa i pewności siebie nie powala na kolana? A jeżeli tak, to ile takich osób jest? Siedem? Oprócz niego świetną robotę odwalają Gwyneth Paltrow (Pepper), Terrence Howard (Rhodey) i Jeff Bridges (Stane). Do tego mamy niegłupi scenariusz oraz uczciwie napisane dialogi.
Muszę też stwierdzić, że film jest odpowiednio wyważony, mamy sekwencje zabawne, mamy strzelanie do terrorystów, mamy ucieczkę przed myśliwcami, ale był także jeden wzruszający moment i nie mówię o śmierci Yinsena. Scena ataku na Gulmirę i próba rozdzielenia ojca od rodziny zawsze na mnie działa, ale to może dlatego, że jestem zbyt sentymentalny.
Ogólnie, bardzo dobra produkcja, warta polecenia na miły wieczór z kinem akcji.

Incredible Hulk

Ten Hulk jest w zasadzie historią miłosną z dodanym wątkiem świra pragnącego potęgi. Cała reszta – strzelanie, helikoptery i czołgi stanowią jedynie tło dla love story w stylu King Konga, czasem zbyt dosłownie w stylu King Konga. Wolałbym raczej coś mocniej czerpiącego z noweli Doktor Jekyll i pan Hyde. Ten bohater został stworzony w oparciu o dwie wymienione historie, niestety zdecydowano się na skupienie się na wątkach zaczerpniętych wyłącznie z pierwszej.
Norton w roli Bannera jest jakiś dziwny. Nie widać po nim, że jest genialnym naukowcem. Być może przez to, że za duży ciężar położono na ten jego trudny do zdefiniowania związek z Betty Ross, którą gra Liv Tyler, która oczywiście musiała pojawić się w zasnutych mgłą retrospekcjach. Ze scen z ich udziałem najbardziej podobała mi się ta, w której Bruce mówi Betty, że zna dobre techniki panowania nad gniewem. Szyderczo-zabawne. Spoko jest również ta, w której Banner odmawia założenia jaskrawofioletowych spodni dresowych, będących oczywistym nawiązaniem do komiksów, gdzie Hulk biegał w takich właśnie, niezwykle wytrzymałych gatkach.
Cieszy drobna rola Lou Ferrigno, który oprócz podkładania głosu Hulkowi wciela się w strażnika na uczelni. Miłe puszczenie oka do fanów.
Tak jakoś jeszcze zwróciłem uwagę na to, że efekty są słabe. Hulk i Abomination wyglądają na wyciągniętych z gry wideo. Trochę słabo, biorąc pod uwagę fakt, że to jest największa atrakcja tego filmu.
Ogólnie raczej odradzam, dużo utartych frazesów, schematyczny i dosyć przewidywalny.

Iron Man 2

Film niemalże tak dobry, jak część pierwsza – Downey wciąż w formie, do tego większą rolę dostał Samuel L. Jackson, ich rozmowa w barze z pączkami jest bezcenna. Na plus zaliczyć należy też pojawienie się Scarlett Johansson – agentki Romanoff oraz Mickey Rourke’a, który chyba urodził się po to, żeby grać ludzi złych i brzydkich. Sam Rockwell w roli nieudolnego konkurenta Starka marzącego o wpływach, bogactwie i sławie także wypada dobrze.
Dlaczego więc uważam, że film jest słabszy od poprzednika?
Po pierwsze, Don Cheadle nie przemawia do mnie w ogóle jako Rhodey, a jego żarty nie są zabawne. Nie wiem, czego skutkiem była zmiana aktora, ale była błędem.
Po drugie, scena na przyjęciu urodzinowym Tony’ego. Dla mnie jest to poziom scen z mhocznym Peterem z trzeciej części Spider-Mana. Żenujące i zbędne.
I po trzecie, walka finałowa. Niby to zakończenie jest rozwleczone i ciągnie się pewnie jakiś kwadrans, ale ostateczna potyczka z Whiplashem pozostawia wiele do życzenia, bo sama w sobie trwa zaledwie kilka minut.
Pomimo wymienionych wad uważam, że druga część przygód Człowieka Żelazka wypada dobrze na tle pozostałych solowych filmów. Zdecydowanie polecam – jest Stark, który przeżywa tutaj poważne rozterki, jest Fury, który nie pojawia się w tak dużej roli aż do Avengers i Rourke, na którego zawsze się dobrze patrzy i do tego tak świetnie udaje słabą znajomość angielskiego.
A, jest jeszcze Scarlett Johansson w obcisłym czarnym kombinezonie. To może być koronny argument, żeby film obejrzeć.

Thor

Fabuła jest prosta i znamy ją na pamięć z niezliczonej ilości innych filmów. Najpierw Thor jest egoistycznym dupkiem, potem zostaje za to ukarany, potem się uczy, jak być dobrym, a potem jest szczęśliwe zakończenie. Oklepane i moim zdaniem metamorfoza głównego bohatera nastąpiła zbyt skokowo.
Co jest w tym filmie dobre? Natalie Portman w roli sympatycznej pani od fizyki – gdzie się takie kupuje? Wziąłbym ze cztery, rozwiązywalibyśmy razem zadania. Hemsworth dobrany bardzo dobrze, kawał chłopa z niego, rzeczywiście wygląda na nordyckiego boga piorunów, Skarsgård (z takim nazwiskiem zrobił w Ameryce karierę, brawa dla gościa) jest ciekawą postacią, Anthony Hopkins, nie wiem, jak to jest możliwe, że się znalazł w tym filmie, ale również na plus. No i Tom Hiddleston w roli Lokiego to prawdziwy mistrz intryg, jeśli spodziewaliście się tego, co stało się na końcu, to gratuluję, jesteście nieźli.
Wizualnie też jest dobrze, kostiumy, gdy akcja ma miejsce na Ziemi, wyglądają „nieco” kiczowato, ale w Asgardzie się sprawdzają. Sama mityczno-kosmiczna kraina wykonana została dosyć oryginalnie, nie ma się wrażenia, że to Władca Pierścieni w Odległej Galaktyce. Podoba mi się też podejście do tego całego mistycyzmu, coś z niego zostaje, niby to kosmici z innego wymiaru, ale nutka czystego fantasy gdzieś tam pobrzmiewa.
Przy okazji tego filmu powstało straszne zamieszanie o postać Heimdalla, którego zagrał Idris Elba. Chodziło o to, że jest czarny. Wielkie mi halo, dlaczego Hogun wygląda jak Chińczyk, a nie jak Mongoł czy Tatar, moim zdaniem z tym jest problem.
W sumie – prosta historia o rywalizacji braci, do tego oklepany schemat dostawania nauczki od życia, plus przyjemny do oglądania wątek romansowy, tak można krótko opisać ten film. Nie jest źle, widziałem go już jakieś cztery razy i chyba zaczynam się do niego przekonywać.
I w końcu agenci S.H.I.E.L.D. coś robią. Kradną sprzęt, materiały i wyniki badań naukowcom. Nasi bohaterowie.

Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie

Czyli jak alianci wygrali drugą wojnę dzięki pomocy żydowskich naukowców, którzy uciekli z Niemiec przed represjami.
Podobają mi się wynalazki Hydry – niesamowity klimat, choć diametralnie różny od tego, co można było zobaczyć w komiksach o Hellboy’u. Jednocześnie ten film zgrabnie splata świat Thora i fabułę Avengers. To właśnie za to lubię tę serię – każda produkcja opowiada o czym innym, ale umiejętnie są ze sobą połączone. Dobre jest też to, że porzucili układ Kapitan – Bucky znany z oryginału. Bardziej przypominał relację między Batmanem i Robinem. To, co pokazali, jest zdrowsze i nie budzi skojarzeń z pedofilami.
Budzenie skojarzeń z pedofilami jest złe.
Fajne jest również to, że niejako naśmiewają się z samych komiksów, Kapitan na scenie, z tymi skrzydełkami przy masce – odpowiednie podejście do ilości kiczu zawartej w oryginale. Z szacunkiem i jednocześnie dystansem.
Obsada – Evans znacznie przypakował do roli i gra poprawnie, fircykowaty Dominic Cooper w roli Howarda Starka się sprawdza, wygląda na staromodną wersję Tony’ego, bożyszcze nerdów, czyli Hugo Weaving w roli demonicznego, opętanego rządzą boskiej mocy Red Skulla wypada bardzo dobrze, do tego Hayley Atwell w roli agentki Carter i Sebastian Stan jako Bucky. Zastanawia mnie natomiast, jakim cudem w tym filmie pojawia się Tommy Lee Jones. Wiem, że jakieś piętnaście lat wcześniej zagrał w o wiele głupszym filmie – Batman Forever, ale, kurde, jak to jest możliwe? Marvel nie płaci za dużo aktorom, nawet tym pierwszoplanowym, więc nie mogło chodzić o pieniądze. Czyżby Tommy Lee Jones został gwiazdą światowego formatu, zagrał te wszystkie poważne postacie, dostał Oscara za rolę Gerarda z Ściganym, mając nadzieję, że dostanie kiedyś możliwość wystąpienia w filmie o superbohaterach? W każdym razie tutaj wypada świetnie.
Historia jest raczej prościutka, nic skomplikowanego, ale ogląda się przyjemnie. Na wieczór z kinem superbohaterskim się nadaje, dodatkowo czuć w nim, choć tylko trochę, klimat filmu wojennego.

Avengers

Najlepszy film pierwszej fazy. Zagrało w nim absolutnie wszystko – scenariusz jest prosty, nie pogubimy się, oglądając Mścicieli, ale historia naprawdę jest OK., do tego satysfakcjonujące dialogi, które potrafią rozbawić.
Jeśli chodzi o aktorstwo, to ponownie dostajemy Downey’a, Samuel L. Jackson ma całkiem sporą rolę, Mark Ruffalo (Norton wyleciał) wypada świetnie w roli Bannera, geniusza z potworem schowanym wewnątrz, no i Tom Hiddleston, który wyśmienicie gra typowego komiksowego łotra. Cała reszta aktorów również się dobrze spisuje, nie chce mi się ich tutaj wszystkich wymieniać, sprawdźcie na Filmwebie.
Więcej o Avengers w mojej recenzji.

Podsumowując, żaden z tych filmów nie jest okropny, kilku aktorów swoimi rolami z pewnością zapisze się w fandomie komiksowym. Ogląda się to znacznie lepiej, niż podobne produkcje powstałe ostatnimi czasy (Michael Bay może Whedonowi buty czyścić). Pozostaje nam tylko czekać na następne filmy, polska premiera Iron Mana 3 już jutro, a jesienią Thor: Mroczny świat.

Jaskier

PS Część plakatów jest stąd. Polecam.

Read Full Post »

Nowy film Quentina Tarantino. Widziałem i polecam.

Jeśli jesteś wielbicielem tego reżysera, to zapewne jesteś już po seansie, jeśli nie jesteś wielbicielem, to zastanów się nad swoim życiem, wyspowiadaj się, a następnie wybierz się do kina. Jeśli jesteś gimnazjalistą podniecającym się wulgaryzmami i widokiem krwi i flaków, to Twoi rodzice powinni wreszcie zainteresować się tym, co robisz w wolnym czasie i zacząć kontrolować to, co robisz przed komputerem, usunąć Ci GTA, kliknąć w ten link, zainstalować pobrany program, a potem udać się z Tobą do psychologa, żeby wybadał, czy nie zaszły w Twoim ograniczonym umyśle jakieś nieodwracalne zmiany.

Nie chce mi się pisać recenzji, bo w internetach napisano już mnóstwo peanów pod adresem reżysera, aktorów, scenariusza i wykonania, więc po prostu wklep sobie w wyszukiwarkę hasło „Django – recenzja”, a znajdziesz mnóstwo podzielanych przeze mnie opinii, co oczywiście nie czyni ich autorów mądrzejszymi ode mnie.

Jaskier

PS Wszystkim nazwiskom z tagów należą się propsy za dobrą robotę odwaloną przy tym filmie.

Read Full Post »