Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Seriale’ Category

Dzisiaj w miarę zwięźle postaram się napisać o dwóch serialach, które obejrzałem, korzystając z platformy Netflix.

Trzynaście powodów

Serial miał premierę kupę czasu temu i tak się składa, że nawet moja dziewczyna zdążyła go obejrzeć przede mną. Ja potrzebowałem bodźca w postaci sesji. Wiadomo – student zrobi wszystko, byleby tylko się nie uczyć. Ponieważ znajomi polecali, to zacząłem oglądać, a jak już zacząłem, zostałem zaintrygowany, obejrzałem więc do końca.

Po obejrzeniu ostatniego odcinka zacząłem pisać długaśny post na fanpejczu… kilka razy. Skończyło się na dwóch króciutkich akapitach, ponieważ nie byłem do końca pewien, co sądzę o tym serialu i – przede wszystkim – w jakie słowa to ubrać.

No bo tak – historia dotyczy wydarzeń mających miejsce po samobójstwie uczennicy liceum. Dziewczyna przed śmiercią nagrała trzynaście kaset, na których wyjaśnia, co skłoniło ją do targnięcia się na własne życie. Głównym bohaterem jest jej kolega – chłopak, który był w niej zadurzony, ale z powodu jego pizdowatości nic z tego nie wyszło. Wysłuchuje kolejnych kaset, coraz głębiej wchodząc w umęczoną duszę dziewczyny.

Zastanawiałem się, jak to napisać i stwierdziłem, że nie ma sensu robić tego bez ujawniania zawartości ostatnich kaset, więc jeśli jeszcze nie oglądaliście tego serialu, a zamierzacie (co raczej odradzam), to wróćcie po maratonie. Albo nie. Jesteście wolnymi ludźmi.

Pierwsze kasety sprawiają, że – jak to ujął mój kolega z grupy – „myślimy, że Hannah była atencyjną dziwką”. Okazuje się, że miała grube pretensje do gościa, z którym była na randce, podczas której cyknął jej kilka śmieszkowych fotek (ale nie że tam na nich coś widać… jakoś bardzo), a później pozwolił na plotki dotyczące spółkowania.
Następnie ma pretensje do byłej już przyjaciółki, która zaczęła chodzić z tym chłopakiem z pierwszej kasety. Że to zniszczyło ich przyjaźń. Czy coś.
Potem okazuje się, że strasznie zabolało ją to, że została umieszczona w rankingu jednego z kolegów jako posiadaczka najlepszego tyłka w szkole.

Wraz z kolejnymi kasetami schodzimy coraz głębiej, problemy robią się naprawdę poważne. W stylu – Hannah była świadkiem gwałtu na koleżance. A potem sama również została zgwałcona. I wtedy jest takie: O KURWA, ale zaraz po chwili zacząłem się zastanawiać: CO?

No bo widzicie, tak się składa, że chodziłem do gimnazjum, gdy bycie emo było modne. Znałem ludzi, którzy odwalali niezły szajs i mieli blizny na rękach. Tylko że w przypadku Hannah wszystko i wszyscy zdają się skupiać na tym, żeby jej słabiej lub mocniej dojebać. A bohaterka nic, tylko nastawia się na kolejne ciosy. Serial stara się poruszyć istotne problemy, jakimi są cyberprzemoc i – kurwa – gwałty, ale świat przedstawiony wcale nie oddaje powagi tragedii, jaka się wydarzyła. Jest to przejaskrawiony przypadek, który – moim zdaniem – stara się aż za bardzo.

Na fanpejczu napisałem, że świat tego serialu jest dla mnie jak ten z Grease albo High School Musical. Ale nie. Pomijając latający samochód, bardziej jestem skłonny uwierzyć w nieprawdopodobne spotkanie Danny’ego i Sandy. Przykro mi, może nie mam wystarczająco dużo wrażliwości czy coś, dla mnie to jest tak samo przegięte i przedramatyzowane jak, no nie wiem – Sala samobójców.

 

Krzyk


Kiedy zacząłem oglądać Krzyk, mniej więcej tydzień po Trzynastu powodach, uderzyło mnie to, jak bardzo oba seriale są odrealnione. W obu przypadkach wiedziałem, że oglądane wydarzenia nie mogą zaistnieć w prawdziwym świecie, ale tutaj mi to zupełnie nie przeszkadzało. Niesamowity morderca, który bezszelestnie potrafił się zakradać do nastoletnich ofiar, by podrzynać im gardła, został stworzony dla rozrywki. Nie w misyjnym celu niesienia moralizatorskiego kaganka.

Pomysł, jak łatwo się domyśleć, wzięty został z serii filmów o tym samym tytule. Spośród czterech kinowych Krzyków widziałem jedynie oryginał Wesa Cravena, który jako podsumowanie pewnej epoki szczerze polecam. Ten serialowy również polecam, już dawno się tak dobrze nie bawiłem na slasherze.

Fabuła leci tak – wiele lat temu miejscowy kaleka popadł w obłęd i zamordował kilkoro rówieśników podczas szkolnego balu halloweenowego. Teraz pojawił się ktoś noszący jego maskę pooperacyjną, popełniający równie okrutne morderstwa. Zagadką jest nie tylko kto zabija, ale również dlaczego i komu uda się przeżyć.

Drugi sezon ujawnia tajemnice tych, którzy przeżyli masakrę z pierwszego. Pojawia się kolejny naśladowca… a może wspólnik zabójcy?

Pierwszy sezon gorąco polecam miłośnikom gatunku. Dzięki serialowej strukturze umożliwiającej rozciągnięciu fabuły na kilka godzin, widzimy nie tylko naprawdę brutalne morderstwa, ale również sporo licealnej dramy, miłosne rozterki oraz rodzinne problemy bohaterów. Jak autoironicznie zauważa jeden z bohaterów już w pierwszym odcinku – dzięki temu zaczyna nam zależeć na tych postaciach, więc kibicujemy im, gdy uciekają przed uzbrojonym w nóż mordercą.

Drugi sezon jest o kilka odcinków dłuższy, trochę to – niestety – czuć.
Ale wciąż – jeśli kupiliście ten świat i tych bohaterów w sezonie pierwszym, to myślę, że drugi również przypadnie Wam do gustu.
Jest nowa intryga, zgrabnie zazębiona z poprzednią, pojawiają się nowe pytania, większość z nich dostaje odpowiedź. Fabuła stawia na pierwszy plan inną bohaterkę, a morderstwa są dosyć widowiskowe.

Być może jest to kwestia tego, że ja naprawdę lubię ten podgatunek horroru, który ostatnimi laty nie cieszy się popularnością. Strasznie też podoba mi się unowocześnienie… na przykład to, że bohaterowie faktycznie wyglądają jak licealiści i nie ubierają się w tę dziwaczną odzież z lat ’80. Wielka szkoda, że mój ukochany Koszmar z ulicy Wiazów nie doczekał się lepszej renowacji niż ten film z 2010 roku.

Aha – serial był w stanie powstrzymać mnie od spania do godziny piątej rano, kiedy to z przyzwoitości wyłączyłem laptopa.

***

Dwa zupełnie inne, ale jednocześnie podobne do siebie seriale. Jeden odradzam, drugi polecam.

A co Wy macie do powiedzenia na temat tych produkcji?
A może polecilibyście mi coś innego?
Sekcja komentarzy jest Wasza*.

Jaskier

* Tak naprawdę to nie. Jest moja.

Read Full Post »

Tytuł tego wpisu jest nieco przewrotny – z całą sympatią, jaką darzę Supernatural oraz tych bohaterów – Riverdale jest o kilka klas lepszym serialem. Co wcale nie było takie oczywiste, przynajmniej dla mnie. Kto by się spodziewał, że CW urodzi coś tak nienachalnego i bezpretensjonalnego? Może po prostu mam pecha i do tej pory trafiałem na przepełnione żalem i bólem dupy produkcje?
Okazało się bowiem, że młodzieżowa drama, dziejąca się w liceum w niewielkiej amerykańskiej mieścinie, z wątkiem kryminalnym tylko czekającym za rogiem, by eksplodować, wszystko zrobiła dobrze.
Niebywałe.

Wszystko zaczyna się od informacji, która wstrząsa miasteczkiem. Czwartego lipca zaginął i został uznany za zmarłego Jason Blossom – przyszły spadkobierca i dziedzic imperium syropu klonowego. Gdy na początku roku szkolnego odnalezione zostaje ciało z raną postrzałową, nikt nie chce uwierzyć, że coś takiego mogło się wydarzyć. Policyjne śledztwo – a jakże – stoi w martwym punkcie i jedynie grupa rezolutnych nastolatków popycha je do przodu na własną rękę. Z biegiem czasu okazuje się jednak, że miasto i jego mieszkańcy skrywają o wiele więcej tajemnic.

Czas na akapit dotyczący komiksowego pierwowzoru… którego nie znam. Nie czytałem ani jednego zeszytu, ale kompletnie nie przeszkadzało mi to w cieszeniu się serialem. Ba! mam wrażenie, że fani komiksów mieli gorzej, bo zamiast cieszyć się postaciami, ich rozwojem, budującymi się relacjami i ewolucją już istniejących, bóldupili o zmiany względem pierwowzoru. Z tego co się orientuję, niektóre z nich były dość poważne (khem… Jughead… khem), ale wszystko rozegrane było naprawdę naturalnie i układało się w logiczną całość.

I taki jest cały ten serial. Zaprezentowane w pierwszych odcinkach wątki rozwijają się, w toku trwania fabuły splatając się w kilka przewodnich motywów. Koniec końców wszystko zdaje się mieć coś wspólnego z morderstwem Jasona, oskarżenia rzucane są na lewo i prawo, a gdy już się wydaje, że winny został zatrzymany, nowe fakty wychodzą na jaw.
Aczkolwiek wcale nie jest jak na przykład w polskim Belfrze. Co to, to nie. Z serialami z zagadką zabójstwa albo innej zbrodni często jest tak, że widz wodzony jest za nos i co odcinek lub dwa okazuje się, że już winny został ustalony… ale jednak nie, ponieważ wychodzi na jaw to, że w noc morderstwa dorabiał sobie jako tancerz erotyczny na wieczorze kawalerskim jakiejś fryzjerki, czy coś. (To akurat autentyk.) O ile jest to w stanie intrygować przez jakiś czas, to jednak na dłuższą metę się nie sprawdza.
W przypadku Riverdale coś takiego nie ma miejsca. O ile grupka co jakiś czas dodaje kogoś do listy podejrzanych, a kogoś innego z niej skreśla, to nie dzieje się to przy udziale policji albo linczu ze strony mieszańców miasta. Poza tym, najczęściej okazuje się, że i tak coś było na rzeczy, a podejrzany miał coś do ukrycia. Często nawet subtelnie związanego z morderstwem Jasona.

Jeśli chodzi o bohaterów, to mimo iż większość z nich początkowo wydawała się archetypowymi przedstawicielami licealnego światka, to każdy z nich ma mniejszą bądź większą rolę do odegrania w zaprezentowanej historii. W pierwszym odcinku myślisz sobie – O, ten to jest stereotypowy pedałek. I taka jest prawda, ale okazuje się, że bohater ten ma jakąś rolę do odegrania.
Początkowo najmniej rozwinięty zdawał się być Archie. Jego główną motywacją była chęć zaliczenia i stania się sławnym muzykiem. Z czasem jednak to jego miotanie się od dziewczyny do dziewczyny przestało wadzić, scenarzysta pokazał również jego świetną relację z ojcem (który – notabene – jest chyba jedyną w stu procentach normalną dorosłą osobą w mieście), a koniec końców chłopak okazał się prawdziwym bohaterem.

Pierwszy sezon Riverdale odpowiednio dawkował poszczególne elementy – rozwój postaci i ich wzajemnych relacji, odkrywanie tajemnicy morderstwa Jasona, stawianie nowych pytań, wyjawianie sekretów mieszkańców tytułowego miasta. Napakowane wydarzeniami dwa ostatnie epizody, w których tyle najróżniejszych rzeczy się podziało, podsumowują wydarzenia z całego sezonu i jednocześnie zapowiadają o wiele więcej, sprawiając, że z niecierpliwością czekam na kolejną serię.

Idźcie i obejrzyjcie ten serial! Ja chyba na wakacjach zrobię sobie maraton, żeby pochłonąć całą fabułę przy jednym posiedzeniu.

To naprawdę było dobre.

#team_Jughead_&_Betty

Jaskier

PS Wiedzieliście, że Cole Sprouse – aktor wcielający się tutaj w postać Jugheada – grał w dzieciństwie w Disneyowskich serialach Nie ma to jak hotel oraz Nie ma to jak statek? O_o
Czyli jednak można wyjść na prostą, nie ćpać, nie tańczyć na scenie z gołą dupą. Propsy.

Read Full Post »

Netflix w kooperacji z Marvelem w końcu to zrobili – powstał nudny serial, który jakością spokojnie może powalczyć z najgorszymi sezonami Arrowa. A tak liczyłem na wzrost formy po słabawym Luke’u Cage’u.

Fabuła jest prosta i – jak pisałem na fanpejczu kilka tygodni temu – jebie Arrowem. Uznany za dawno zmarłego dziedzic fortuny i – poprzez 51% udziałów – także korporacji wraca do miasta i rozpoczyna walkę o odzyskanie tego, co mu się należy. Okazuje się jednak, że przez te piętnaście lat w Nowym Jorku wiele rzeczy się zmieniło i powrót do świata żywych nie będzie dla Danny’ego Randa taki prosty, jak mu się początkowo wydawało. I, wiecie, przez kilka pierwszych odcinków mamy potyczki prawne, posiedzenia zarządu, wizyty u prawników, rozmowy z prawnikami, straszenie prawnikami, sceny z życia w korpo, sceny z pracy w korpo, ludzi ubranych w garnitury i tego typu sprawy.
W serialu, który jest o najzajebistszym wojowniku kung-fu na świecie, ponad połowę czasu poświęca się sprawom majątku, firmy i członkostwa w zarządzie. Brak słów, więc rzucę po prostu dwoma hasłami – lol XD.
I tak jest już do samego końca. Jeszcze do szóstego odcinka, w którym ma miejsce coś na kształt tandetnego turnieju rodem z Mortal Combat czy czegoś w tym stylu, można się łudzić. Można mieć nadzieję, że koniec z tym korpo-bełkotem, że zaraz zaczną latać na sznurkach i w jakiś cudaczny, nierealistyczny sposób się okładać.
Ale nie…

***

Fabuła totalnie zawodzi, jak napisałem powyżej – cały czas się przewijają jakieś nudy związane z korporacją, z którą związani są bohaterowie. Może za to o nich samych można coś dobrego powiedzieć?
Nic bardziej mylnego.
Danny Rand, w którego wciela się Finn Jones, jest beznadziejny. Absolutnie nieautentyczny i nieprzekonywujący. Ma być mistycznym wojownikiem, człowiekiem, który przez piętnaście lat trenował sztuki walki i panowanie nad emocjami, niezniszczalną Żywą Bronią, ma być z niego król kug-fu jak lew jest król dżungli.
A jest jak rozpieszczony bachor. Dosłownie. Nie ma za grosz luzu, tylko chodzi wściekły i bez zastanowienia wszystkich chce tłuc. W dodatku cała jego motywacja związana jest z tym, że gdy kogoś zabija, to traci równowagę swojego chi, więc nie może używać wtedy mocy Iron Fista. Z tego powodu liczbę użycia przez niego tej zdolności można policzyć na palcach. To śmieszne, że akurat postać, która ma tytuł, oryginalny komiksowy pseudonim od samego początku serialu, kompletnie na niego nie zasługuje. W przeciwieństwie do pozostałych postaci z nadchodzących Defenders Danny nie przechodzi żadnej drogi, niczego się nie uczy, pod żadnym pozorem NIE widzimy w nim tytułowego bohatera.
Pizda, nie Iron Fist, jak powiedziałby mój były współlokator.

Postaci drugoplanowych jest kilka.
Jessica Henwick gra Colleen Wing*. Początkowo wydaje się spoko bohaterką, jest budowana między nią i Danny’m koleżeńska relacja, ma jakieś problemy z agresją, więc chodzi je rozładowywać na nielegalne walki, gdzie – O-CZY-WIŚ-CIE – rozkłada dwa razy większych od siebie facetów, co jest akurat fajne, ale, bo rzecz jasna musi być jakieś ale, zostaje to wyrzucone do kosza. Walki w klatce są raptem dwie, po jakimś czasie nawiązuje się między nią i Danny’m kiczowaty, wymuszony romans, okazuje się na koniec, że ona jest z Ręki, więc Danny jej nienawidzi, ale ją kocha, więc nie może jej nienawidzić…

Jest jeszcze Ward Meachum, taki człowiek w korpo, który kumplował się z Danny’m, gdy byli dzieciakami. On jest jedyną postacią, która naprawdę się rozwija, czegoś się uczy. Tylko jest jeden problem – to miał być serial o pieprzonych mnichach-wojownikach z mistycznego miasta z innego wymiaru, a nie historia zmagającego się z uzależnieniem i apodyktycznym ojcem korpo-wapniaka.

No bo jest ojciec, grany przez Davida Wenhama. Niby nie żyje, ale tak naprawdę po śmierci w wyniku raka wrócił do życia dzięki zawarciu umowy z Ręką i siedzi cały czas (w sensie kilkanaście lat) ukryty w luksusowym apartamencie, sterując firmą jako szara eminencja. W zamian za powrót do życia pozwolił Ręce na zinfiltrowanie swojej firmy, jednakże jako niecny biznesmen naturalnie knuje przeciwko nim.

Ręką steruje Madame Gao. Z jakiegoś dziwnego powodu… Postać ta pojawiła się wcześniej w obu sezonach Daredevila, gdzie była przedstawicielką chińskiej mafii. Tutaj kieruje Ręką, a przynajmniej tym członem Ręki, który odpowiedzialny jest za robienie kasy na narkotykach. Bo tak – mistyczni zombie-ninja z Japonii w tym serialu są dresami koszącymi kasę na dragach. A druga część Ręki – bo są tutaj dwa takie jakby odłamy – zajmuje się zbieraniem młodych ludzi, uczeniem ich, wpajaniem własnych zasad i wysyłaniem w świat, gdzie mają czekać jako uśpienia agenci. Tak sądzę.

I jeszcze wspomnę o Claire Temple. Kurwa. Kiedy wcześniej pojawiała się, spajając te seriale, to było na swój sposób urocze. Memy I’m here to talk to you about The Defenders Initiative mnie śmieszą. Ale kiedy pojawia się tutaj i mówi, że wciąż wpada na ludzi o niezwykłych zdolnościach, że ma doświadczenie z tym całym pokręconym gównem, ale NIE zadzwoni do Matta Murdocka, żeby przyszedł skopać dupę Ręce, tylko sama wpycha się na wszystkie misje i robi za głos „rozsądku”, przypominając bez przerwy, że nie można nikogo zabijać, to mi się rzygać chce.

***

Jeśli mowa o Daredevilu, to tam były lepsze walki. Niby Matt był szkolony przez mistrza wschodnich sztuk walki, ale w dużej mierze polegał na swojej sile i agresji, przez co choreografia nabierała ulicznego, brudnego posmaku. Tutaj, gdzie karykaturalne wręcz ciosy rodem z Domu latających sztyletów sprawdziłyby się fenomenalnie, gdzie można by zaszaleć z akrobacjami, turbokopniakami mamy co? Poszatkowane i posklejane w montażowni scenki, w których twórcy starają się przekonać widza, że Finn Jones umie w kung-fu.

Wraz z brakiem widowiskowych starć na dłonie i nogi, których wszyscy się spodziewali, przychodzi odarcie z mistycyzmu. Nie ma żadnych scen z Kunlun, gdzie Danny przebywał przez piętnaście lat. Wychodzi na to, że całe to jego szkolenie polegało w głównej mierze na wkładaniu mu do głowy, że Ręka jest zła, ponieważ nie widać po nim, by nauczony został czegoś innego. Jasne, niby umie walczyć, ale nie idzie za tym roztropność, samokontrola i panowanie nad emocjami, które związane są z kung-fu. Równie dobrze Danny mógłby przez piętnaście lat mieszkać na ulicy w Rio de Janeiro i tam nauczyć się bić.

***

Żal. Nie traćcie na to nawet czasu.

To uczucie, gdy w serialu o wojowniku kung-fu najbardziej prominenty i rozwinięty jest wątek uzależnionego od leków przeciwbólowych kierownika korporacji.

***

Trzy filmy o kung-fu, które lepiej obejrzeć zamiast Iron Fista:

  • Kung Fu Panda
  • Karate Kid
  • Ip Man

*Yellow-washing?

Jaskier

Read Full Post »

#blablabla

W żadnym wypadku nie należy tego wpisu postrzegać jako próby zrecenzowania któregokolwiek z wymienionych poniżej seriali – po pierwsze nie chce mi się pisać odpowiednio dużo na temat każdego z nich, a po drugie większość z nich zdążyła się już zakurzyć, więc recenzowanie ich nieco mija się z celem.
Nie żebym ja tutaj kiedykolwiek pisał jakieś poważne recenzje…

***

Luke Cage

Luke Cage to trzecia z postaci Marvela, która dostała swój własny serial na Netflixie. I… cóż – ma te same problemy, jakie miała Jessica Jones i drugi sezon Daredevila. :/

Pierwszy fragment serialu jest ekstra – kilka początkowych epizodów buduje odpowiednią atmosferę, wprowadzone są na scenę drugoplanowe postacie, które naprawdę da się lubić – detektyw Misty Knight, właściciel zakładu fryzjerskiego Pop, gangster Cottonmouth.
Wybija się zwłaszcza ten ostatni – twórcom udało się stworzyć kolejnego mafijnego bossa, który przyciąga uwagę, ma za sobą trudną przeszłość, nie lubimy go, bo jest zły, krzywdzi ludzi, ale rozumiemy, iż w pewnym sensie stał się on ofiarą środowiska, w którym przyszło mu dorastać. Jednocześnie nie jest to kopia Kingpina. Olbrzymia zasługa aktora, który odgrywa tę rolę – nagrodzonego w tym roku Oscarem za rolę w Moonlight Mahershala Aliego.

Również sceny akcji są ciekawe – w przeciwieństwie do Matta Murdocka – Luke Cage nie musi unikać kul, więc prze do przodu niczym taran, okręcając drzwi od auta wokół zbirów lub ogłuszając ich jednym potężnym ciosem. Ten aspekt serialu jest naprawdę satysfakcjonujący. Uwielbiam również te momenty, gdy bohater wpada do jakiejś dziupli, krzycząc, by bandziory oddały ukradzione mieszkańcom Harlemu fanty. To jest po prostu bezcenne.

Także ujawniana po kawałku przeszłość Luke’a jest w porządku. Wątek w więzieniu mocno trąci klimatem blaxploitation, ale to akurat bardzo pasuje do serialu, dobrze gra z poruszanymi problemami czarnoskórych mieszkańców Harlemu.

Co więc jest nie tak?
Serial jest przeciągnięty. Od pewnego momentu strasznie się dłuży i przeszkadza to jeszcze bardziej niż w Jessice Jones. Tam przynajmniej antagonista był przez cały sezon interesujący, tego Tennantowi nie można odmówić.. Tutaj Cottonmouth zostaje w pewnym momencie wymieniony na Diamondheada… albo Diamondbacka. Następuje totalny zwrot w klimacie serialu, zaczyna się istne szaleństwo, przeciwnik cytuje Biblię, ma superpancerz i superrękawice, które pozwalają mu się napierdalać na pięści z Cage’em. I takie superkule, które potrafią przebić jego skórę.
Wiadomo, że musieli wyjść z jakimś rodzajem kryptonitu, ale zrobiono to tak niezręcznie…

W dodatku przez cały sezon Luke ma ból dupy o to, że nie chce być bohaterem. Ból dupy rodem z Flasha. Chodzi i wszystkim mówi, że nie będzie bronił ludzi, że chce tylko żyć w spokoju. Wszyscy mu mówią, że powinien wykorzystywać swoje zdolności, że z wielką mocą i tak dalej, ale on wciąż powtarza swoją mantrę. To się naprawdę w pewnym momencie zrobiło nie do wytrzymania.

Jest też taki facet, który nosi okulary przeciwsłoneczne cały czas. W dzień, w nocy, na zewnątrz, w budynkach. Jest okropny. Grany na podobną nutę, co Captain Cold w Legends of Tomorrow, tylko że tam Wentworth Miller potrafił wzbudzić moją sympatię. Tutaj absolutnie nie ma mowy o czymś takim. Nawet nie pamiętam już, co się stało z tym typem.

Mam nadzieję, że Iron Fist wypadnie lepiej. Chociaż pierwsze recenzje tego nie zapowiadają. :(

***

Rick and Morty

Na Netflixie można obejrzeć pierwsze dwa sezony tej kreskówki (trzeci będzie dopiero miał premierę chyba jakoś w tym roku). Jest cudaczna, niepoprawna politycznie, przepełniona nawiązaniami do popkultury, wulgarna – uwielbiam ją.

Rick and Morty to mocno kwasowe science fiction o Ricku – dziadku-geniuszu, który zabiera swojego nieco przygłupiego wnuka – Morty’ego – na przygody dziejące się w całym Wszechświecie, a także w innych wymiarach.

Kreskówka wygląda dokładnie tak, jak na powyższej grafice – bardzo schludnie. Nie dajcie się jednak zwieść i trzymajcie dzieci z dala od niej – to serial przeznaczony wyłącznie dla dorosłych. Pod przykrywką szalonych przygód w kosmosie animacja porusza najróżniejsze tematy – społeczeństwa, odpowiedzialności za własne czyny, granic wolności jednostki, moralności, seksualności. Z tym, że robi to w bardzo specyficzny sposób – nikt tu się w tańcu nie pierdoli.

W każdym epizodzie równocześnie toczą się dwie historie. Przeważnie jedna dotyczy przygody tytułowych bohaterów, a druga dzieje się w ich domu, gdzie pozostali członkowie rodziny muszą zmierzyć się z jakimś typowym problemem wynikającym z trudności w ich wzajemnych relacjach.

Jednocześnie serial jest naprawdę zabawny. Jeśli ktoś lubi czarny humor i ceni inteligentne nawiązania do popkultury, to jest to pozycja obowiązkowa. Warto spróbować chociaż jeden odcinek. ;)

***

Wikingowie

Świat Wikingami jarał się już kilka lat temu, ja pierwsze odcinki obejrzałem dopiero w zeszłym roku, ale to Netflix dał mi teraz możliwość wciągnięcia się w ten serial dzięki łatwemu dostępowi do wersji z napisami. Na chwilę obecną jestem jakoś pod koniec drugiego sezonu, po egzekucji jarla Borga. Myślę, że powolutku sobie będę oglądał dalej.

Dla mnie to taka lepsza Gra o tron – brudny i brutalny świat, w którym jednak jest miejsce na bohatera, w przeciwieństwie do serialu HBO. Ja wolę fabułę, w której mogę śledzić losy konkretnej postaci bądź grupy i Wikingowie właśnie to mi dają, nic nie zabierając z konstrukcji świata.

Bardzo cenię rozmach realizatorski – kostiumy, charakteryzacja, tony ekwipunku oraz przedmiotów codziennego użytku, plenery, wnętrza, statki i konie – mają rozmach, skurwisyny. Ilość strać, potyczek, a nawet – nie bójmy się słów – bitew jest niesamowita. Nie spodziewałem się po serialu tak wielu scen batalistycznych. Jasne, w większości są to po prostu ludzie walczący w zwarciu, okładający się mieczami i toporami, niby nic nadzwyczajnego, aczkolwiek i tak robi wrażenie. Zwłaszcza w porównaniu z Grą o tron, gdzie w pierwszym sezonie wycięto całą bitwę.

Bardzo podoba mi się również dbanie o historyczną poprawność. Idea jarlów, sposób prowadzenia życia oraz walki, tradycje, wierzenia i zwyczaje – to wszystko mocno trzyma się kupy i zbieżne jest z informacjami, jakie można odnaleźć w literaturze.

***

Seria Niefortunnych Zdarzeń

Na temat tego serialu dużo nie będzie, gdyż widziałem tylko trzy odcinki.

Neil Patrick Harris zdaje egzamin jako diaboliczny Hrabia Olaf.

Serial dobrze oddaje dziwaczność świata przedstawionego w powieściach. Tak się składa, że przeczytałem kiedyś prawie wszystkie tomy (poza finałowym Końcem końców) i mimo iż było to naprawdę dawno, nie pamiętam już żadnych szczegółów z większości z nich, to jednak klimat absurdu został tutaj dobrze oddany. Wszystko wygląda tak, jak w jakiejś książce dla dzieci – otoczenie jest albo przesadnie kolorowe, albo szare, w dwuwyrazowych nazwach pierwsze litery przeważnie są takie same – no ma to wygląd bajki, ale sytuacja nie jest bajkowa. Dzieci stają się ofiarą nie tyle Hrabiego Olafa, co durnego systemu prawnego i głupoty urzędników, a w zasadzie wszystkich dorosłych, jakich napotykają na swojej drodze.

Serial jednak robi jedną rzecz źle – już w pierwszym odcinku dowiadujemy się, że jest jakaś intryga, a rodzice „sierot” żyją. Trochę za szybko.

Może się zbiorę kiedyś do obejrzenia pozostałych odcinków, wówczas napiszę coś więcej.

***

Riverdale

Riverdale to adaptacja komiksów z Archie Comics. Archetypowe postacie nastolatków ze szkoły w jakimś amerykańskim Wygwizdowie co tydzień na małym ekranie.

Serial to cudowna teen drama z wątkiem kryminalnym w tle.
Małym miasteczkiem wstrząsa zaginięcie kapitana szkolnej drużyny, co rusz wychodzą na jaw nowe fakty, rodzice i policja próbują ustalić prawdę, na pierwszym planie jest jednak codzienne życie nastolatków – pierwsze miłości, szkolne bale, trudne decyzje związane z dorastaniem – zupełnie jak HSM, tylko że zrobione dobrze. Ba! perfekcyjnie!

Głównym bohaterem jest Archie Andrews, obok niego przewija się cała masa interesujących i dobrze zagranych postaci. Mimo iż większość z nich realizuje powierzoną przez twórców rolę szkolnych archetypów, to jednak styl i klasa, z jaką młodzi aktorzy podchodzą do tego zadania, zasługuje na wszystkie Teen Choice Awards tego świata.

Nigdy nie podejrzewałem, że szkolne perypetie grupki amerykańskich nastolatków sprawią, że będę co tydzień czekał na nowy epizod.

Co tu dużo gadać – Riverdale trzeba zobaczyć. Myślę, że po zakończeniu sezonu pojawi się tutaj jakiś wpis na temat tego serialu – w Stanach emitowany jest na kanale The CW, Netflix dystrybuuje go na kraje Trzeciego Świata, w tym Polskę, dlatego też trzeba czekać na kolejne odcinki.

***

 

Co Wy polecacie z Netflixowego menu*?

*Poza Narcos, bo Narcos polecali mi już wszyscy.

Jaskier

Read Full Post »

Czwarty sezon wystartował całkiem nieźle. Jasne – pierwsza połowa miała kilka bolączek, ale potrafiła zaoferować wystarczająco dużo ciekawych rzeczy, żeby sprawiać frajdę z oglądania. Niesmak po słabawym sezonie trzecim zniknął bez śladu i można się było cieszyć jak dziecko z regularnych występów Ghost Ridera.
Do czasu ostatniego odcinka przed zimową przerwą…
Zacznijmy jednak od pozytywów.

Już finał poprzedniego sezonu zwiastował duże zmiany – w epilogu dane nam było zobaczyć, że Coulson przestał być dyrektorem, S.H.I.E.L.D. czekały zmiany – wyjście z cienia, przeniesiono akcję o kawał czasu do przodu. Również nowa pora emisji oraz zapowiedź pojawienia się Ghost Ridera pozwalały myśleć, że idzie nowe.
No i w zasadzie przyszło, większość wątków pokazanych w tych pierwszych ośmiu odcinkach jest ciekawa, wszystko, że się tak wyrażę, gra, budzi ciekawość i sprawia, że czeka się na kolejny odcinek i zastanawia nad tym, jak to wszystko się rozwinie.

Wątek Ghost Ridera prowadzony był bardzo dobrze, Robbie jest postacią, której rozterki łatwo zrozumieć – z jednej strony musi opiekować się bratem, zarabiać pieniądze na utrzymanie, z drugiej w jego głowie siedzi łaknący zemsty demon, który wespół z nim wymierza jakąś wersję sprawiedliwości. Taką, w której wpadasz do kryjówki gangu i załatwiasz wszystkich bandytów, których zastaniesz wewnątrz. No i trzeba pamiętać, że Ghost Rider to nie byle jaka postać, a dodatkowe gościnne pojawienie się Johny’ego Blaze totalnie bierze widzów z zaskoczenia i wywołuje wielkiego banana na twarzy, lecz jednocześnie uwypukla potężną wadę tego serialu – takich krótkich występów powinno być o wiele więcej. Cała masa postaci trzymana jest z dala od telewizyjnego zakątka MCU stacji ABC, mimo iż mogłaby pozytywnie wpłynąć na odbiór tego serialu.
No ale Robbie/Ghost Rider wypada na plus, podobała mi się jego interakcja ze starą gwardią serialu, odpowiadał mi sposób jego przedstawienia, jego wygląd, jego moce. Fajnie było móc zobaczyć tu gościa, który ma w dupie to, że coś mu wybuchło w twarz, który mógł – dosłownie – przejść przez ogień.

Na początku sezonu było trochę kwasu z Daisy a.k.a. Quake, która walczyła samodzielnie z przeciwnikami Inhumans, nie chcąc wrócić do S.H.I.E.L.D., bo jej chłopak umarł. Bo wiecie, nie mogłaby sobie poradzić ze śmiercią któregoś ze swoich przyjaciół, więc wolała działać solo. Na szczęście zostało to ucięte.

Równocześnie, nieco zakulisowo, toczył się wątek konstruowania sztucznej inteligencji przez doktora Radcliffe’a. Pomagał mu Fitz i – rzecz jasna – osiągnęli sukces. Aida, bo tak nazywa się ten LMD*, potrafi imitować ludzkie zachowanie tak skutecznie, że May, Coulson, a także nowy dyrektor nie są w stanie rozpoznać w niej robota.

Bardzo ważnym przedmiotem, który pojawia się w tym sezonie, jest Darkhold. Mroczna księga, spisana najprawdopodobniej przez demony lub zainspirowana ich podszeptami, pozwala korzystać z technologii wyprzedzającej o lata obecny stan wiedzy, czerpać energię z innych wymiarów, pobierać z nich materię, a nawet przenosić ludzi z jednego do drugiego. Nie jest to jednak łatwe, a ludzki umysł nie jest w stanie wyjść bez szwanku z przeczytania choćby kilku stronic Darkhold.
Bardzo podoba mi się to, że stanowi to pomost pomiędzy nauką zazwyczaj występującą w tym serialu, w tym uniwersum, a magią i mistyką, która pojawiła się w Doctorze Strange’u. Moją teorię odnośnie właśnie tego, jak to się trzyma kupy, przedstawię innym razem. Jeśli umieracie z niecierpliwości i musicie o tym przeczytać, to dajcie znać w komentarzach. To na pewno przyspieszy proces pisania takiego tekstu i nada mu wyższy priorytet.

Jest jeszcze wciąż ciągnięty wątek Inhumans, których świat wciąż się boi i wciąż traktuje jak mutantów nieufnie. Ewidentnie jednak nie mieli na to konkretnego pomysłu (co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że cały poprzedni sezon nie mieli), nie jestem pewien, czy szykują coś na dalszą część sezonu, czy może jedynie zapewniają widzów, że dalej problem Inhumans istnieje i że warto czekać na poświęcony im serial, który pojawi się już w przyszłym roku.
Mnie ten wątek tutaj męczył.

***

No i dochodzimy do odcinka ósmego, który powinien zatrząść fabułą serialu, postawić pytania bez odpowiedzi, zaprezentować jakąś tajemnicę, której rozwiązanie poznamy dopiero wiosną.
Co się natomiast dzieje w ósmym epizodzie?

  • Ghost Rider znika, historia zemsty demonicznej składowej tej postaci zostaje pominięta. Jeśli liczyliście na walkę z piekielnymi hordami na ich własnym podwórku, to możecie o tym zapomnieć, bo na główny plan w serialu zostanie wysunięte co innego. Kurde, przez większą część tego odcinka Robbie po prostu stoi uwięziony w pomieszczeniu! Nawet nie dostał godnego pożegnania. Co za marnotrawstwo i leniwe podejście do pisania scenariusza.
  • Zagrożenie ze strony opętanego żądzą siły użytkownika Darkhold zostaje zażegnane.
  • Okazuje się, że Aida – po przeczytaniu Darkhold – zultroniała. W dodatku plakat zapowiadający powrót po przerwie ma podtytuł LMD*(pierwszy miał Ghost Rider), więc przez następne odcinki bohaterscy agenci mierzyć się będą ze sztuczną inteligencją, z robotycznymi kopiami samych siebie, nie będzie wiadomo, kto jest maszyną, a kto prawdziwym człowiekiem.

Brzmi co najmniej sztampowo i – kurde – motyw Darkhold, piekielnej zemsty Ghost Ridera, naukowy mistycyzm i mistyczna nauka, podróże pomiędzy różnymi wymiarami – to przecież zapowiadało się tak pięknie, a zostało beznamiętnie ucięte w ósmym odcinku. ;(

***

Nie wiem no, może zrobią z tym coś ciekawego, chociaż trochę nie chce mi się wierzyć. Bardziej niż na dobry plan, wygląda to na wyczerpanie pomysłów i przede wszystkim budżetu.

Jaskier

*Life Model Decoy

Read Full Post »

Październik to czas powrotów – studentów na studia, a seriali do tygodniowej ramówki. Obejrzałem sobie po jakimś odcinku lub dwóch z kontynuowanych pozycji, które śledziłem w poprzednich sezonach i dzisiaj Wam coś o mniej lub bardziej udanych powrotach napiszę.

***

Gotham

Gotham sobie doobejrzałem pod koniec wakacji (przerwałem oglądanie drugiego sezonu po śmierci tego bieda-Jokera). Gdy wreszcie zeszli z koszmarnego wątku tajemnych, quasi-okultystycznych organizacji pragnących zamordować Bruce’a Wayne’a, a na scenę wszedł motyw z dziwacznymi eksperymentami Hugo Strange’a, pojawił się ojciec Pinwgina etc., odetchnąłem z ulgą.
Niestety, sezon drugi skończył się uwolnieniem wyników eksperymentów szalonego naukowca i trzeci póki co (widziałem półtora odcinka) opowiada o tym, jak to Jim Gordon – chwilowo bez odznaki – łapie monstra. No bo tak, jeśli umarłeś i dostałeś się do laboratorium Strange’a, to ożywił cię jako X-Mena. Każdy bez wyjątku wracał do życia z jakąś mocą, no ale hej! jeśli ten naukowiec poprzednio zajmował się odtwarzaniem DNA dinozaurów przy pomocy genomu żab i odniósł przy tym sukces, to w sumie nie ma co się dziwić.
Na domiar złego w równolegle toczącym się wątku młodego Wayne’a pojawiła się kolejna złowroga, sekretna organizacja, która na niego dybie.
Gotham sobie chwilowo odpuszczam, drama Jima Gordona mnie nie interesuje, żeńska część obsady jest irytująca – Fish, Barbara – te postacie powinny być dawno wyrzucone. To strasznie dziwaczne, że obok tak żenujących bohaterów funkcjonują tacy, o których spokojnie można by oprzeć sensowną historię – Pingwin, Bullock, Alfred.
W ogóle, cały ten świat zaczyna wyglądać tak, jakby Batman się miał w nim w ogóle nie pojawić. Wiadomo, fabuła nie musi – wręcz nie może – przebiegać dokładnie tak samo jak w komiksach, aczkolwiek zawsze mi się wydawało, że to skrzydlate alter ego Wayne’a wywołało lawinową reakcję i napływ popaprańców do Gotham.

***

Flash

Nowy sezon Flasha to najprawdopodobniej powtórka z rozrywki.
Przypomnijmy – pod koniec drugiego sezonu, po pokonaniu Zooma, Barry Allen cofnął się w czasie, zapobiegł zamordowaniu swojej matki i stworzył alternatywną linię czasową, w której Amazonki toczą wojnę z Atlantydą, a Batmanem jest Thomas Wayne. W pierwszym odcinku sezonu trzeciego, zatytułowanym Flashpoint, Barry orientuje się, że nie wszystko jest tak cacy, jak wyglądało na pierwszy rzut oka. Dlatego też cofa się w czasie jeszcze raz, próbując zresetować rzeczywistość. Drugi odcinek (Paradox) pokazuje, że zabawy z linią czasu nie są proste i wpływanie na wydarzenia w odległej przeszłości trwale „uszkadzają” rzeczywistość i uzyskanie jej pierwotnego kształtu nie jest możliwe.
No i teraz cały sezon będzie o tym, że niektórzy ludzie we Flashpointowej wersji rzeczywistości mieli supermoce i zyskują je w zresetowanej linii czasowej, a Barry czuje się za te wszystkie przeinaczenia, których jako jedyny jest świadom, odpowiedzialny.
Zapewne klasyczny układ odcinków, czyli dwa starcia, pierwsze zakończone porażką, drugie wygrane dzięki wymyślonemu naprędce trikowi, zostanie zachowany.
Do tego typowy, nieznany przeciwnik, który okaże się kimś z otoczenia Barry’ego. Przynajmniej tym razem nie jest speedsterem.
Nie mam ochoty brnąć przez to samo trzeci raz, a poziom dramy, częstotliwość obrażania się na siebie i ból dupy niektórych postaci, żywcem wyjęte z Arrow, nie pomagają.
W dodatku mamy taką sytuację, że pod koniec poprzedniego sezonu, a także podczas kampanii marketingowej tego, zapowiadano poważną zmianę status quo, wywrócenie wszystkiego do góry nogami, a skończyło się na tym, że ktoś tam z kimś nie rozmawia, a Barry czuje się za to odpowiedzialny. Jakby tego było mało, już drugi odcinek kończy się w przyjaznej atmosferze przynajmniej częściowego zakopania topora wojennego.

***

Supergirl

Ciężko powiedzieć, żebym śledził pierwszy sezon Supergirl, gdyż widziałem raptem dwa odcinki – pilotażowy i ten z gościnnym występem Flasha. Jednakże zachęcony perspektywą zobaczenia na małym ekranie walczącego u boku kuzynki Supermana, zasiadłęm do epizodu rozpoczynającego drugi sezon.
Co stwierdzam?
Pomimo zmiany stacji (z CBS na The CW), praktycznie nic się nie zmieniło. Być może dlatego, że już wcześniej ten serial wyglądał bardzo sidabljuowsko, z tą swoją przesadzoną dramą, nieszczęśliwie zakochaną główną bohaterką, która nie potrafi się zdecydować, czy pragnie Jimmy’ego Olsena, czy może jednak nie. Notabene – on wciąż jest czarny, dyskryminacja rudych osób ma się świetnie. A mieli taki wspaniały Flashpoint, żeby to poprawić.
Wciąż nie widzę w tym serialu zbyt wiele dla siebie, nawet pomimo faktu, że na drugim planie obecny jest Martian Manhunter, no i aktualnie jest tu też Superman. Byłoby fantastycznie, gdyby stopniowo przenosili ciężar na Clarka i za rok skasowali Supergirl, a wystartowali z serialem o Supermanie, ale to raczej niemożliwe.
Wciąż uważam, że Melissa Benoist lepiej wygląda jako Kara Danvers niż Supergirl, ale te jej prywatne problemy, utarczki z szefową i miłosna drama przyprawiają o ból głowy.
Najprawdopodobniej obejrzę te odcinki, w których będzie Superman, zapewne też wielki crossover z pozostałymi superbohaterami z CW, ale regularnie nie ma co tego oglądać.

***

Jeżeli się zbiorę do obejrzenia tegorocznego startu pozostałych dwóch pozycji – Arrow i Legends of Tomorrow – to coś się na ich temat z pewnością pojawi.

Regularnie oglądam Agents of S.H.I.E.L.D., wczoraj widziałem czwarty odcinek. Póki co jest lepiej niż w poprzednim, słabawym sezonie. W trakcie długiego weekendu spróbuję usiąść wreszcie do Luke’a Cage’a – na temat tych dwóch tytułów coś naskrobię. W najbliższy czwartek idę natomiast na Doctora Strange’a do IMAX-a, więc spodziewać się można opinii na temat tego filmu. Dodatkowo chciałbym popełnić jakiś popularnonaukowy tekst, dotyczący potencjalnego krzyżowania się magii i fizyki.
Co Wy na to?

 Jaskier

PS Na fanpejczu stuknęło 200 lajeczków. Dzięki. ;)

Read Full Post »

Stranger Things, serial, który wyskoczył tego lata jak Filip z konopi, zaskakując widzów i szturmem zdobywając serca krytyków, został obejrzany również przeze mnie. Wiecie, na zasadzie: „A, sprawdzę sobie odcinek pilotażowy” po upływie ośmiu godzin stwierdziłem, że nie ma się co nikomu dziwić – zachwyty nie są przesadzone, serial zasługuje na opinię, jaką sobie momentalnie wyrobił.

Jest jakieś Maine, w którym nigdy nie dzieje się nic niezwykłego, przestępczość jest znikoma, czas w miasteczku płynie powoli. Wtem, zupełnie niespodzianie, seria dziwacznych zdarzeń burzy spokój mieszkańców. Pewien chłopiec znika, więc w jego poszukiwania angażuje się jego zdesperowana matka, miejscowy szeryf oraz koledzy z paczki. Fabuła rozwija się nieprędko, scenarzyści w pełni wykorzystują czas, jaki otrzymali od szefostwa stacji, nie ma zbędnych dłużyzn, ani pośpiechu.

Produkcja jest pocztówkowo zakochana w obrazie lat osiemdziesiątych, jaki został zakodowany ludziom w głowach za pomocą filmów z tamtej dekady. Jest dla tego okresu tym, czym było Grease dla lat ’50.
Jest tutaj masa zapożyczeń elementów konstrukcji świata przedstawionego znanych mi przede wszystkim z filmów z lat ’80 – główni bohaterowie to grupka młodych nerdów*, którym nieustannie dokuczają szkolne dryblasy, bycie licealnym macho gwarantuje możliwość regularnej defloracji kolejnych szkolnych piękności, w czym szczególnie przydatne okazuje się to, że wszystkie domy budowano wtedy tak, by do pokoju nastoletniej córki jej równie nastoletni ukochany mógł niepostrzeżony wejść po zmroku przez okno, wspinając się po ścianie garażu. Są też wyjęci żywcem z Kinga Oni, niby działający dla rządu, ale widać, że coś knują, a dzieciaki mają bazę w piwnicy i jeżdżą po okolicy charakterystycznymi rowerami. Mocno czuć klimat filmów pokroju E.T., gdzieś tam przebrzmiewa It oraz cała rzesza innych adaptacji prozy rzeczonego Stephena Kinga, zauważyć można także masę mniej lub bardziej subtelnych nawiązań i odwołań do innych filmów z tej – wydawać by się mogło – dawno minionej epoki.

W zasadzie nie pasowało mi jedynie wykorzystanie CGI, twórcy spokojnie mogliby się obejść bez efektów komputerowych i wszystko wykonać oldskulowo, za pomocą praktycznych efektów, animatroniki, kostiumów i kukieł. No ale, nie można mieć wszystkiego. Potwór i tak przez większość czasu ukryty jest w mroku, więc to – trzeba przyznać – słabe CGI nie jest obecne na każdym kroku.

***

Nie chcę, żeby to był po prostu kolejny tekst chwalący Stranger Things, więc wspomnę o czymś jeszcze. Uwielbiam formułę, w jakiej Netflix produkuje swoje seriale. Emitowanie kompletu odcinków jednego dnia daje możliwość dowolnego porcjowanie nie tylko widzom, ale również twórcom.
Tradycyjne produkcje, na których kolejny odcinek trzeba czekać tydzień, często mają kilkutygodniowe przerwy w trakcie emisji, dosyć sztywno określony czas trwania pojedynczego epizodu, konkretną strukturę odcinka i jeszcze jedną znaczącą wadę – mają za zadanie zapełnić ramówkę. Jasne, niektóre spośród tytułów realizowanych w ten sposób to niezwykle udane produkcje khem GoT khem, ale przykład Netflixa pokazuje, że historię o wiele lepiej opowiada się, nie musząc iść na ustępstwa związane z tym, że co czwarteczek ma być odcineczek.

Co prawda Netflix nie jest bez grzechu (zerknijcie do moich tekstów o drugim sezonie Daredevila oraz o Jessice Jones), aczkolwiek możliwości, jakie daje zrobienie z serialu w praktyce dziesięciogodzinnego filmu, są olbrzymie. Kiedy zostanie przekroczona magiczna bariera i produkcja będzie wyglądała tak, że to scenarzyści będą przychodzić i mówić: „Mamy materiał na osiem godzin” albo „Nie damy rady napisać o tej postaci jedenastogodzinnej historii, ale możemy napisać trzy o różnych postaciach, które będą trwały właśnie tyle”, nie będzie już na co narzekać. W kwestii fabularnej, rzecz jasna.

***

Także więc tego – propsuję Stranger Things oraz sposób pracy Netflixa.

Jaskier

*Być może trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale czytanie komiksów i granie w gry RPG nie zawsze było modne.

Read Full Post »

Older Posts »