Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Styczeń 2016

Pewnie wiecie, a może nie, że wśród aktorów nominowanych do tegorocznych Oscarów nie ma żadnych Murzynów. I też żadna z ośmiu produkcji nominowanych do nagrody Najlepszy film nie jest o Murzynach. Nic to, że wśród nominowanych są filmy dotyczące problemu imigrantów w latach ’50, przemocy domowej, pedofilii. Nic to, że aktorzy nominowani są za role transwestytów i niezależnych kobiet.

Po tym przykrótkim wstępie, wyjaśniającym obecną sytuację filmo-polityczną, czas przejść do masakrowania lewaków. Bo oczywiście, jak w przypadku każdej sytuacji mającej cokolwiek wspólnego z polityką, są lewacy, których można zmasakrować.

Mianowicie – podnosi się rwetes o brak Murzynów w najważniejszych kategoriach. No i tam różni ludzie narzekają, kiwają palcem w bucie, grożą bojkotem gali rozdania Oscarów. Taka sytuacja. No bo rasizm, wiadomo.
Nikomu nie przychodzi do głowy to, iż rasizmem byłoby głosowanie na aktorów tylko przez wzgląd na kolor skóry. W sensie: „Leonardo DiCaprio zagrał niesamowicie, naprawdę zasłużył, by dostać Oscara, ale nie oddam na niego głosu, żeby potem nie gadali, że jesteśmy rasistami. Zagłosuję na Smitha, jego rola była spoko.”

Wcale nie jest tak, że czarnoskórzy aktorzy nie grają dużych ról w dużych filmach, przez co nie mają nawet szans na nominację. Jakiś czas temu Chadwick Boseman narzekał na to w ramach ogólnoświatowego bólu dupy o to, że w trzecioligowym filmidle fantasy o niby-to-antycznym-Egipcie nie ma Murzynów, że jest tylko on sam i w ogóle czarni nie dostają głównych ról. Nie będę tu pisał o Idrisie Elbie, Samuelu L. Jacksonie, Denzelu Washingtonie i innych, ponieważ zapewne zdaniem narzekaczy zagrali oni w tylu filmach, że stali się mentalnie biali. Ale sam Chadwick Boseman w chwili narzekania był po nakręceniu Civil War i dawno po zapowiedzi solowego filmu Black Panthera, w którego będzie się wcielał w MCU, więc niech się zdecyduje. I jeśli uważa, że jego brać cierpi, to powinien w ramach solidarności podrzeć ten swój wielomilionowy kontrakt z Marvelem i się nim podetrzeć.

Podobnie ma się sprawa z Willem Smithem. Otóż, dzisiaj świat obiegła informacja, że zgadza się on z opinią żony i na gali rozdania Oscarów się nie pojawi, żeby okazać wsparcie swoim. Willu Smithie, wal się. Nie mam co prawda wglądu do Twojego konta bankowego, ale stawiam dolary przeciwko żołędziom, że za rolę Deadshota zgarnąłeś pokaźną sumkę. Deadshot, przypomnijmy, w komiksie jest białoskóry.
Gdzie to logika? Ktoś uznał, że Will Smith jest spoko aktorem i dostanie rolę, dlatego, że jest spoko aktorem, a teraz Smith narzeka na rasizm w Hollywood?

To jest śmieszne, zwłaszcza dwa lata po triumfie Zniewolonego.
No i pamiętajmy, że wśród tegorocznych nominowanych w kategorii scenariuszowej pojawia się film o czarnych. Straight Outta Compton.

 

Jaskier

Read Full Post »

Ostrzeżenie: tekst zawiera duże ilości SPOILERÓW.

Gdy siedziałem w kinie i pojawiło się logo Lucasfilm, po nim tytuł, charakterystyczny przesuwający się tekst, a z głośników zabrzmiała genialna muzyka Johna Williamsa, to poczułem to coś. Wspaniałe uczucie oglądania Gwiezdnych wojen na sali kinowej towarzyszyło mi przez pewien czas projekcji, jednakże w pewnym momencie coś pękło, przestało grać. Nowe starłarsy od Disneya nie okazały się spektakularną, artystyczną klapą, ale gdzieś się coś po drodze pogubiło i mimo naprawdę mocnych, wybornych pod względem klimatu scen, trochę się zawiodłem, a powtórny seans jedynie mnie w tym przekonaniu potwierdził. Po prostu te wszystkie zasłyszane pochwały pod adresem tej produkcji odbiły mi się czkawką. Przebudzenie Mocy odebrałem jedynie jako prolog, przystawkę do nadchodzącego dania głównego. Niestety – przystawkę składającą się w sporej części z odgrzewanego kotleta.

Bo o czym jest ten film? Na pustynnej planecie (ale nie-Tatooine) nie-Rebeliant przed złapaniem przez nie-Imperium przekazuje nie-RD-D2 informację, od której zależą dalsze losy wojny. Droid trafia w ręce Rey, która z jednej strony chciałaby odlecieć daleko od tej kuli piachu, ale z drugiej strony coś ją tu trzyma. Dziwnym zbiegiem okoliczności w samym środku konfliktu ląduje Han Solo, tym razem z racji powagi wynikającej z wieku przyjmujący rolę mentora dziewczyny, odwiedzają kantynę pełną podejrzanych typów, a potem to już jest odtwarzanie scen z Nowej nadziei. No i super, elementy dodane, które nie stanowią powtórzenia schematów fabularnych z Oryginalnej Trylogii wypadają na tyle dobrze, że zestawienie ich z tak wieloma kopiami pomysłów ze starszych filmów budzi we mnie spory niesmak. Jakby zabrakło dobrych pomysłów na zrobienie całego filmu i z tego powodu doszło do recyklingu. Przez to, zamiast rozwijać postacie i ich wątki, twórcy skupiają uwagę na ciągłym puszczaniu oka do fanów. Myślcie sobie, co chcecie, ale pod względem pomysłów nawet Mroczne widmo próbowało być czymś nowym. W przypadku tego filmu J.J. Abrams zatrzymał się w pół drogi, tworząc produkcję, która jest bardzo mocno przesiąknięta gwiezdnowojennym klimatem, ale jednocześnie aż za bardzo widać, że jest tworzona przez fanów. Wiecie – John Boyega przynoszący na plan filmowy figurkę Hana Solo, żeby wydębić od p. Forda podpis, potem ekscytujący się podczas oglądania zwiastuna, na którym dobywa miecza świetlnego – to wszystko jest bardzo spoko, ale podczas oglądania filmu miałem wrażenie, że zaraz grany przez niego Finn poprosi Hana Solo o autograf. To samo dotyczy Daisy Ridley, która gra Rey. Gdy dziewczyna orientuje się, że leci Sokołem Millenium, to dość naturalne, że sprawia jej to masę frajdy. Gdy dopytuje, czy ten statek pokonał trasę na Kessel w czternaście parseków*, a Han Solo ją poprawia, że w dwanaście – to niesamowicie gra, ale potem jest zdecydowanie przeciągnięte. Jakby Rey dostawała nerdgazmu od samego siedzenie w fotelu drugiego pilota.

W ogóle z Rey jest taki problem, że jest przedobrzona. W Nowej nadziei Luke ledwo dawał sobie radę z odbijaniem strzałów latającej na sznurku kulki, zbyt wiele nie walczył, na dobrą sprawę dopiero podczas ataku na Gwiazdę Śmierci wykazał silny związek z Mocą. Tutaj Rey wymiata. I początkowo było to na swój sposób urocze, gdy na przykład mówi Finnowi, że potrafi uciekać nietrzymana za rękę lub rozprawia się z przeciwnikami, nim ten zdąża jej przyjść z pomocą. Ale z czasem robi się tego tyle, że zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że nic nie może jej zagrozić. Jest niezniszczalna. Nawet wtedy, gdy zostaje złapana, to po chwili udaje się jej uciec. Ciężko wyobrazić sobie jakiś poważny problem w jej przyszłości, przez co trudno traktować tę postać na poważnie. Zahacza o parodię bohatera, tak jak Squirrel Girl w Marevlu.
Po Internecie hula teoria, według której jej potęga oraz łatwość w posługiwaniu się Mocą, związane są z treningiem Jedi, który odbyła w dzieciństwie, a który dla bezpieczeństwa został wymazany z pamięci, ale to prowadzi do kolejnej, naprawdę dużej wady filmu.

Przebudzenie Mocy jest tak naprawdę jedynie wstępem do fabuły. Jak jakiś komiks wydany na kilka tygodni przed premierą.
Historiozofia tej części nie trzyma się kupy i tak naprawdę ma jeden cel – upodobnić uniwersum do tego ze Starej Trylogii. Mija trzydzieści lat od śmierci Imperatora, istnieje jakaś tam Republika, ale główni bohaterowie Jasnej Strony skupieni są wokół organizacji o nazwie Resistance. Po drugiej stronie barykady stoi złowieszczy First Orderktóry jakimś cudem technologicznie oraz ekonomicznie przewyższa Imperium. Wiadomo, że na drugi dzień po śmierci Imperatora nie nastał w całej galaktyce czas pokoju i miłości, ale – jak na moje – przez trzydzieści lat nowo ukształtowana Republika powinna spokojnie stać się dominującą siłą. Tym bardziej absurdalne jest to, że First Order był w tym czasie w stanie przerobić jakąś planetę w gigantyczną broń, która zasysa energię z gwiazdy i może strzelać na drugi koniec galaktyki. I nie chodzi mi o fizyczny absurd tego pomysłu, po prostu głupie jest dla mnie to, że przez te lata Republika nie rozprawiła się z niedobitkami Imperium, pozwoliła im urosnąć w siłę na tyle, by stanowiły zagrożenie. Na dodatek zamiast normalnie walczyć z First Order, to bawi się w jakieś podchody i formuje organizację militarną. Co stało za tym pomysłem? Nostalgia za czasami Rebelii? To się kupy nie trzyma. O ile odwoływanie się do Imperium jako potężnego tworu politycznego, którego chwała powinna powrócić, ma sens po tej złej stronie, to nie widzę powodu, by Republika po otrzymaniu pierwszej informacji o Bothan o budowie trzeciej (sic!) Gwiazdy Śmierci nie zebrała flotylli i nie poleciała rozgonić tego całego towarzystwa, zamiast bawić się w partyzantów i latać kilkoma myśliwcami jak za starych dobrych czasów.

I właśnie ta nieszczęsna kolejna Gwiazda Śmierci. Jedynym celem jej istnienia było wysadzenia kilku planet, na których urzędowała Republika, by przywrócić status quo znany ze Starej Trylogii. Jak gdyby trzydzieści lat konstruowania struktur państwowych, politycznych spisków oraz intryg, sojuszy oraz zdrad, nagle krzyknęło w trwodze i nagle ucichło. Smutna prawda jest taka, że Przebudzenie Mocy wykasowało to wszystko, by ustawić ponownie sytuację, w której jakiś tam ruch oporu stawia czoła wyższemu porządkowi narzucanemu całej galaktyce przez przedstawicieli Ciemnej Strony Mocy.
Zamiast rozwijać historię, to jedynie przygotowuje pod nią grunt. To odnalezienie Luke’a Skywalkera powinno być osią fabuły tego filmu. Został wciśnięty do ostatniej sceny, żeby pokazać fanom, że wciąż żyje. Taka tania zagrywka rodem z Power Rangers, tylko że tam na następny odcinek czekało się tydzień, a nie dwa lata. Przebudzenie Mocy nie jest samodzielnym filmem i to jest cholernie przykre.

Film cierpi również na niedorozwinięcie postaci. O ile o Rey można coś powiedzieć, to Finn jest zagadką. Ot, był szkolony na szturmowca, ale podczas pierwszej misji doznał szoku i stwierdził, że chce sam decydować o swoim losie. I potem zakochał się w dziewczynie. Jego życiorys „nieco” przypomina losy Disneyowskich księżniczek z lat ’80. I przez „nieco” rozumiem bardzo dużo. Na dobrą sprawę nie ma tam jednak nic więcej.

Jeszcze bardziej zaniedbany przez scenarzystów jest Poe Dameron, pojawiający się na ekranie na początku i już mamy wrażenie, że on i Finn będą przygodować wspólnie, ale potem się okazuje, że jednak nie, gdyż dzielny pilot umiera i były szturmowiec jest skazany na to, by radzić sobie samodzielnie. Ale potem się okazuje, że jednak nie i Poe bohatersko powraca w całkiem fajnej scenie bitwy, by następnie stać się tym pilotem, który niszczy trzecią Gwiazdę Śmierci. I nie ma absolutnie nic więcej na jego temat – jest cwaniakiem i jest świetnym pilotem, tyle.

Jednak mistrzem (w zasadzie mistrzynią) braku rozwoju jest Kapitan Phasma. To ta dowódczyni szturmowców w srebrnej zrobi, obecna w kampanii reklamowej, przedstawiana w niej jako Bobba Fett tej trylogii, prawdziwa twardzielka, która radzi sobie w zdominowanym przez mężczyzn świecie. Pojawia się w filmie trzy razy i ani razu nie strzela, nie robi nic niesamowitego, w dodatku zostaje upokorzona poprzez wrzucenie do zsypu na śmieci. Można by ją zastąpić dowolnym kapitanem i nic by to w fabule nie zmieniło.

***

Czy jest więc w tym filmie coś dobrego? Oczywiście.
Nim jednak przejdę do największej zalety Przebudzenia Mocy, czegoś naprawdę świeżego w uniwersum SW, to pochwalę kilka innych kwestii.

Film wygląda obłędnie, przepięknie. Kombinacja praktycznych efektów specjalnych oraz stosowanego ze smakiem CGI daje niesamowity efekt. Mało który film potrafi dobrze to zrobić, Jurrasic World kulał przede wszystkim na tym polu. Tutaj wszystko jest niesamowicie plastyczne, aż chciałoby się wyjąć kawałek scenografii z ekranu, postawić na półce. Czuć, że to wszystko było wokół aktorów na planie. Miła odmiana po wszechobecnym greenscreenie z prequeli.

Humor jest bardzo dobry, nie ma tu mowy o dennych żartach o kupie. BB-8 sprawdza się w powierzonej mu roli maskotki tej części. Nie dziwię się, że internety go pokochały.

Wbrew pewnym obawom, Harrison Ford wcale nie zagrał swojej roli na odczepnego. Han Solo to w tym filmie ten sam cwaniaczek, jakiego poznaliśmy kilka dekad temu. Oglądanie tego aktora po raz ostatni w roli kosmicznego przemytnika było wielką frajdą. A tak, ostatni raz, bo Han Solo umiera w tym filmie. I jest to bardzo istotne dla następnej postaci.

Kylo Ren aka Ben Solo, mordując swojego ojca, ostatecznie zwraca się w kierunku Ciemnej Strony. Początkowo sądziłem, że ta postać to porażka. No bo wiecie, ziomeczek marzący o tym, by być jak Darth Vader, ubierający się na czarno, noszący maskę, by upodobnić się do swojego idola, a w istocie będący pod tą maską emo. Jednak im dłużej o tym myślałem, tym coraz bardziej zaczynałem dostrzegać zalety konstrukcji tego bohatera. Takiego czegoś jeszcze nie było – młody człowiek kuszony przez Ciemną Moc, rozdarty wewnętrznie, niestabilny emocjonalnie. Jest! wreszcie coś nowego. Kylo Ren jest także jedyną postacią w filmie, która faktycznie ma do podjęcia decyzję, jakiś dylemat, przez co ciekawi jesteśmy dalszych jego losów. Dlaczego o pozostałych nie można tak napisać? Co kierowało scenerzystą?

***

Niesamowite, ale wyszedłem z kina rozczarowany. Na pewno są tu godne zapamiętania sceny, ładne pożegnanie Harrisona Forda z rolą Hana, ale… ja czekam na coś nowego i mam nadzieję, że się doczekam.

Zbyt wiele dobrego przeczytałem na temat tego filmu przed premierą, przez co spodziewałem się czegoś naprawdę przełomowego, a brutalna prawda jest taka, że Przebudzenie Mocy jest filmem przeciętnym, który miał przypomnieć smak Starej Trylogii. Problem w tym, że ja takiego przypomnienia nie potrzebowałem, bo dzięki grom i serialom animowanym bez przerwy zdawałem sobie sprawę z tego, że to uniwersum i ci bohaterowie mają niesamowity potencjał.

 Jaskier

*Parsek jest jednostką długości, a nie czasu. Biblioteka Ossus podaje, że istotnie chodziło o odległość, do jakiej Han Solo był w stanie skrócić trasę, ale w niektórych źródłach można znaleźć przerobioną wersję tego dialogu, w której pojawiają się tajemnicze standardowe jednostki czasu. Osobiście jestem zwolennikiem pierwotnej wersji i dorobionej do niej ideologii. Niezwykle podoba mi się koncept przemytników ryzykujących wciągnięciem ich statku w czarną dziurę.

Read Full Post »

Kurz po gwiezdnowojennej zawierusze jeszcze nie opadł (i nie ma zamiaru opadać, w tym tygodniu Epizod VII stanie się najlepiej zarabiającym filmem w USA, koło wtorku zrzuci z tego podium Avatara). Czekając na swój seans, który ostatecznie się rozmnożył i kino odwiedziłem dwukrotnie, odświeżyłem sobie trzy stare, kiczowate filmy o walce dobra ze złem. Jasnej Strony Mocy z Ciemną. I mimo iż wydawało mi się, że lecą na statusie produkcji kultowych, urastając do nietykalnej rangi świętości dzięki kupowatości prequeli, to muszę przyznać, iż Nowa nadzieja, Imperium kontratakuje i Powrót Jedi wciąż trzymają się bardzo dobrze. Absolutnie nie są nieskazitelne, zwłaszcza trzeci z nich, ale to niezaprzeczalnie genialnie wyglądające, klimatyczne filmy, które zasłużyły sobie na status, jakim się cieszą.

Ciężko napisać coś sensownego na temat tej serii, co wniosłoby cokolwiek nowego do dyskusji, w końcu ludzie pisali książki i prace naukowe dotyczące Gwiezdnych wojen.

Nowa nadzieja jest prostym filmem o wojnie w kosmosie, w środku której ląduje Prostaczek Wybraniec Przeznaczenia pod postacią Luke’a Skywalkera. Odnajduje mentora, przeżywa niezwykłe przygody, wsławia się odwagą, odkrywa w sobie niezwykłe zdolności. Może się to wydawać oklepane, bo jest, nawet w 1977 roku było, gdyż mimo osadzenia akcji w odległej galaktyce, stylistycznie znacznie bliżej jest SW do fantasy niż science-fiction. Lucas garściami czerpał z legend, podań oraz mitów całego świata i wyszło to serii na dobre, gdyż właśnie dzięki temu zyskała niesamowity klimat. No bo niby są te kosmiczne statki, Gwiazda Śmierci, która może zmieść planetę z… powierzchni kosmosu, ale przecież obok tego funkcjonuje ubrany na czarno łotr, który potrafi włada mistyczną Mocą. Dzięki temu położono podwaliny pod ogromne uniwersum, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie*.
Można narzekać, że Gwiazdę Śmierci da się tak łatwo zniszczyć, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że była zabawką Wielkiego Moffa Tarkina, który był z niej strasznie dumny, wręcz przepełniony pychą. Nie przyszło mu do głowy, że Rebelia może zaatakować za pomocą eskadry myśliwców i bombowców. No i bez pomocy Mocy Luke nigdy by nie trafił w tę dziurę prowadzącą do głównego reaktora, imperialne myśliwce wykosiły sporo spośród atakujących i zapewne X-Wing Skywalkera również zostałby zestrzelony, gdyby z pomocą nie nadleciał Han Solo. Dlatego argument dotyczący zbyt prostego zniszczenia tej stacji kosmicznej można uznać za obalony. Przynajmniej moim zdaniem.

Imperium kontratakuje to film powszechnie uważany za najlepszy w serii. Ciężko się z tym nie zgodzić, jest niesamowicie inny od swojego poprzednika, a jednocześnie widać, że to dalsze losy tych samych bohaterów. Luke rozwija się, poznaje kolejne aspekty Mocy, w tym zagrożenie pokusą Ciemnej Strony, relacja Hana Solo i Lei ewoluuje w stronę, jaką podejrzewaliśmy od pierwszego spotkania tych dwojga bohaterów, dostajemy sporo nowych planet, rewelacyjną scenę bitwy na pokrytej lodem Hoth, zrealizowaną przy pomocy modeli, no i pierwszy pojedynek na miecze świetlne Dartha Vadera z Luke’iem. No i ten pojedynek – jako finał filmu – robi robotę. Nie chodzi tylko o to wielokrotnie cytowane ujawnienie tajemnicy Anakina Skywalkera. Przedtem Vader zmasakrował Luke’a. Ciemna Strona Mocy dominuje, chłopak zdaje sobie sprawę z tego, że musi się wycofać lub jej ulec i wtedy pierwszy raz się jej opiera.

Powrót Jedi moim zdaniem kuleje najbardziej, gdyż najpierw jest ta przeciągnięta do trzydziestu minut akcja u Jabby, a potem się okazuje, że Imperium tworzy kolejną Gwiazdę Śmierci, w dodatku nie kupuję zwycięstwa Ewoków. Rozumiem – chodziło o starcie prymitywnej cywilizacji z technologicznie rozwiniętą, ale dla mnie to przegięcie, że kilka miśków uzbrojonych w dzidy i łuki wygrywa z opancerzonymi pojazdami i blasterami.
Jeśli chodzi o pierwsze pół godziny, to jaki dokładnie był plan? Najpierw Lando infiltruje pałac Jabby. Luke później wysyła droidy z prośbą o uwolnienie Hana. Następnie przybywa Leia w przebraniu łowcy nagród i dopiero na końcu Hutta odwiedza Luke. Który zostaje rzucony potworowi na pożarcie, zabija go, lecz zostaje schwytany i ponownie pojawia się inny stwór, w którego trzewiach bohaterowie mają być strawieni. A na koniec okazuje się, że i tak są w stanie skopać tyłki wszystkim przydupasom gangstera. Tego jest aż za dużo.
Nie jestem też fanem Ewoków, którzy z palcem w nosie rozwalają siły Imperium. Podobno to miały być Wookie, ale Lucas się połapał, że ta rasa jest są zaznajomiona z technologią i dlatego zostali zminiaturyzowani do formy pluszowych niedźwiadków. No i widzicie mi wcale nie chodzi o to, że w SW nie ma miejsca na takich kosmitów. Tylko to już zakrawa na jakąś parodię – widok szturmowców i AT-ST gromionych za pomocą patyków i kamieni. To jest wręcz niesprawiedliwe dla Imperium i pokazuje je w kiepskim świetle. No bo goście biorą się za budowę stacji kosmicznych rozmiarów księżyca, a nie potrafią poradzić sobie z bandą dzikusów? Serio? No i czy oni naprawdę się niczego nie uczą? Do drugiej Gwiazdy Śmierci też da się wlecieć i ją tak prosto rozwalić?**
Można to jednak wybaczyć dzięki finałowemu starciu Luke’a z Ciemną Stroną Mocy, która nie dość, że ma przewagę liczebną, bo reprezentują ją Darth Vader oraz Imperator, to na dodatek Skywalker na dobrą sprawę nie przeszedł prawdziwego szkolenia. Te wszystkie emocje – gdy ulega gniewowi, bo Vader mówi, że po zabiciu go odnajdzie jego siostrę i ją wyszkoli na Sitha, gdy widzi, że jego ojciec także ma robotyczną protezę ręki, gdy ostatecznie opiera się Ciemnej Stronie Mocy, mówiąc Imperatorowi, że jest rycerzem Jedi, jak jego ojciec przed nim – MAJSTERSZTYK. Niby nie chciałem się znęcać na prequelami, ale ta jedna sekwencja zawiera więcej esencji Gwiezdnych wojen niż wszystkie trzy filmy. Starcie Jasnej Strony z Ciemną, relacja uczeń-mistrz, miłość, nienawiść – finał Powrotu Jedi jest tym wszystkim przesiąknięty.

Summa summarum, Stara Trylogia to wciąż aktualna, piękna historia o walce dobra ze złem. Niezwykle klasyczna, lecz na swoje czasy nowatorska, wszak czterdzieści lat temu postawiła kino do góry nogami. Śmiało można powiedzieć, że Star Wars jest pewnym ukoronowaniem dokonań ludzkości w sferze opowiadania historii, bowiem jest to tak pojemny świat, że można w nim pomieścić wszystko.

No i ta wspaniała ścieżka dźwiękowa p. Johna Williamsa.

____________________________________________________________

Co do tych nieszczęsnych poprawek – sporo z nich jest przesadzona. Dewbacki szturmowców, teledysk w pałacu Jabby, ogrom zbędnych stworów lub droidów CGI w tle. Momentami to wygląda tak, jakby na obrazie renesansowego artysty ktoś dorysował markerem penisa.

Jaskier

*Patrz mój tekst o The Clone Wars.

**Poczekajcie na to, co sądzę o Starkillerze. Nie, nie TYM.

Read Full Post »