Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Dwayne Johnson’

Byłem wczoraj wieczorem ze znajomymi na seansie Age of Ultron i ponieważ odbył się on w placówce sieciówki, to na ilość zwiastunów wyemitowanych przed nim nie sposób narzekać. Co innego fakt, że do spółki z reklamami kawy, samochodów etc. zajęły pół godziny.
Ponieważ jednak #studia, to dłuższy tekst o AoU będzie dopiero na weekendzie. Przed niedzielą postaram się napisać i wrzucić niby-recenzję oraz zawierający spoilery tekst o wadach filmu – takie 5 rzeczy, które są nie tak
Tymczasem krótko o dwóch zwiastunach produkcji, które zwróciły moją uwagę tym, że mnie totalnie nie interesują.
Złe roboty z kosmosu najeżdżają Ziemię i czynią ludzi swoimi niewolnikami. Ludzkość schodzi do podziemia. Ile razy to widzieliśmy?
To nie do końca pytanie retoryczne, niechże więc podam kilka przykładów – Matrix, Terminator, Transformers – pewnie o czymś zapomniałem, ale mniejsza z tym.
Wydaje mi się, że ta formuła „nieco” uległa wyczerpaniu, choć wyniki BO wskazują na coś innego, toteż można wysnuć hipotezę, że Imperium robotów. Bunt człowieka jest próbą wyrwania kawałka tortu filmom Baya.
Jeszcze bardziej przykre niż zwyczajna chciwość twórców jest to, że pieniądze chcą wyrwać od młodszego widza. Jasne, target Transformers to nie panowie w wieku średnim, ale sądzę, że intuicyjnie czujecie, o co się rozchodzi. Imperium… jest typową bajką-bajką – bez skąpo odzianej Megan Fox czy innej lafiryndy. Z troszkę zdrowszym podejściem do opowiadanej historii, zapewne również bez różnego rodzaju podprogowego szantażowania.
Jednak nie jest to film dla mnie. I tyle.

W ogóle – projekty robotów są słabe i znowu Ben Kingsley jest tym złym. Właściwie jedynie Marvel zrobił coś nowego z tym aktorem w roli łotra.

Na pierwszy rzut oka wszystko w porządku – Dwayne Johnson będzie się napieprzał z trzęsieniem ziemi. Jednak po chwili orientujesz się, że gra ratownika, który musi uratować swoją rodzinę z epicentrum demolki i przestaje być tak fajnie.
Po pierwsze – widząc Rocka, nie widzę ratownika. Po drugie – myśląc o ratownikach, Rock nie przychodzi mi do głowy. No nie i już. Jak pewnie wiecie, jeśli śledzicie mego bloga, jakiś czas temu nastąpił zwrot i polubiłem tego aktora. Hercules, druga część G.I. Joe, ostatnio F&F7, gdzie było mi go mało – w końcu stał się w moich oczach tym, kim powinien być. Takim Arnoldem naszych czasów. I wiem, że role bohaterskich strażaków/ratowników również pasują do profilu, ale ja po prostu nie mam ochoty oglądać filmu o kimś takim. Nie w takiej konwencji.
Zastanawiam się również, czy epoka kina katastroficznego nie jest już za nami, choć tutaj mamy do czynienia z pewnym miksem gatunkowym – miast grupki postaci mamy jednego Bohatera.
W każdym razie – ja w tej turze pasuję. Poczekam, aż Rock będzie napieprzał jakieś potwory.

***

Tak widzę te dwa filmy, było jeszcze sporo innych zwiastunów – Ant-Man, Gorący pościg, jakiś familijny o piratach, Tomorrowland i być może coś jeszcze, ale mi na tę chwilę wyleciało z głowy. Wybrałem te dwa, ponieważ reszta:
a) mnie nie obchodzi;
b) była już omówiona;
c) (może) zostanie omówiona przy innej okazji;

Jak Wasze filmowe plany? ;)

Jaskier

PS Rzućcie okiem na moje Nie tak bardzo oczywiste kinowe plany na lato 2015.

Reklamy

Read Full Post »

11182169_830237103736956_1481344188067131386_n
Kiedy wybierałem się na ten film do kina, wiedziałem, że jest w nim scena, w której zrzucają auta na spadochronach z samolotu, a znajdujący się wewnątrz kierowcy przeżywają. Siostra mi zaspoilerowała.
I na takie akcje czekałem, bo kiedy F&F7 ma w dupie prawa fizyki, to ogląda się go z bananem na twarzy. Niestety, śmierć aktora grającego jedną z głównych postaci w serii wpłynęła na tę produkcję. No i moim zdaniem był to negatywny wpływ.

Czyste szaleństwo scen akcji i szczątkowa fabuła, będąca jedynie wymówką do ich implementowania, przywodzą mi na myśl równie pokręcone i nierealistyczne wyścigi resoraków marki Hot Wheels, którymi jeździłem po dywanie jeszcze kilka lat temu. Obowiązywała tylko jedna zasada – przygody kierowców miały być jak najmniej powiązane z rzeczywistością i jazdą prawdziwymi samochodami.

W Szybkich i wściekłych 7 z jeżdżeniem prawdziwymi samochodami związek ma chyba tylko zmienianie biegów. Chociaż też robią z tego nie wiadomo co, dając takie fajne ujęcie na dźwignię zmiany biegów. Ale to jest efekciarskie i po prostu fajne, więc się już nie czepiam.

I właśnie – póki grają kartą efekciarstwa, jestem totalnie kupiony, czuję, iż dostaję to, za co zapłaciłem – niczym nieskrępowaną rozrywkę, polegającą przede wszystkim na łamaniu praw fizyki, eksplozjach oraz efektownym niszczeniu tych wszystkich ładnych aut. Problem pojawia się, gdy film próbuje uderzyć w inny ton.

Mam wrażenie, że nie byłoby tyle gadania o rodzinie i innego rodzaju scen zupełnie niepasujących do tonu produkcji, gdyby nie śmierć aktora. Jasne, zadedykowanie mu tej produkcji i końcowy monolog Vina Diesla są bardzo w porządku, bo z tego co się orientuję, Walker był twarzą serii, obecny w większości części, ale w moim odczuciu nijak się to ma do esencji filmu, czyli wspomnianych już wielokrotnie fikuśnych akrobacji.

Jak już napisałem, fabuła stanowi jedynie pretekst do tego festiwalu fajerwerków – gdzieś tam są jacyś terroryści, jacyś tajni agenci na ich tropie (pod wodzą Kurta Russella), jakaś bieda-intryga, a za ekipą bohaterów podąża bezlitosny Jason Statham pragnący pomścić swego brata. I dzięki temu wszystkiemu cyrk się kręci, karawana jedzie dalej etc.

Z minusów chciałbym jeszcze wypunktować marginalną obecność Dwayne’a Johnsona. Nie wiem jakim cudem, ale zacząłem się przekonywać do tego aktora. Pojawia się on w pojedynku na początku filmu, a następnie dopiero w finale, dzierżąc gargantuiczny karabin maszynowy (jak w drugiej części G.I. Joe), no i aż chciałoby się widzieć go więcej. On jest stworzony do takich ról.

Szybcy i wściekli 7 stanęli w rozkroku między świetnym akcyjniakiem przeładowanym przesadzonymi akcjami, a hołdem dla Paula Walkera. No i nie wyszło im to na dobre. Nie?

***

Wychodzi więc na to, że ludzie poszli na ten film, zobaczyć Paula Walkera w CGI. Mnie to trochę przeraża, bo skoro mogli cyfrowo odtworzyć człowieka, to co będzie następne? Wskrzeszą innych? Kogoś odmłodzą?

Jaskier

Read Full Post »

Wchodzę raz do baru, a tam znajomy pyta mnie, kiedy będą tegoroczne Jaskiery.
Naprawdę.

[tu_wrzuc_jakies_intro]

Zaczynamy czymś nowym – postanowiłem w tym roku podzielić obowiązującą dotychczas kategorię Aktor w filmie popcornowym na dwie – Duża rola i mniejsza rola. Jak to będzie działało? No cóż, absolutnie despotycznie i zdecydowanie nieobiektywnie będę dobierał nominowanych do obu kategorii, polegając na moim własnym wyczuciu, czyja rola była bardziej większa, a czyja bardziej mniejsza. Doprowadzi to może do różnych dziwnych sytuacji, gdy ktoś będący na ekranie przez niemalże cały seans będzie rywalizował z kimś, kto pojawił się w jednej sekwencji, ale cóż. Przecież mogę, nikt mi nie zabroni.

Nie przedłużając, zapraszam do przeczytania listy pięciu aktorów nominowanych przeze mnie w kategorii Duża rola w filmie popcornowym. ;)

Michael Fassbender za rolę Erica Lensherra aka Magneto w filmie X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Michael Fassbender należy do wąskiego grona Niemców, których lubię. Absolutnie się z tym nie kryję i często wspominam o tym, że cenię tego aktora. Dowodem tego niech będzie nominacja sprzed dwóch lat za występ w kupowym Prometeuszu, którego był jednym z nielicznych jasnych punktów.
W serii X-Men wciela się w młodego Magneto, postać tragiczną, w ubiegłorocznym filmie już w pełni ukształtowaną światopoglądowo. Jego relacja z Xavierem była największą zaletą Pierwszej klasy, tutaj wciąż świetnie się ją ogląda.
Uwielbiam również sposób, w jaki kreuje superłotra, jakim bez wątpienia jest grany przez niego mutant. Magneto nie musi rzucać groźbami, być karykaturalny w swoim zachowaniu – dzięki Fassbenderowi ani na chwilę widza nie opuszcza przekonanie, że patrzy na kogoś potężnego, gotowego na wszystko w imię wyznawanych idei.
Świetna rola, już nie mogę się doczekać kolejnego filmu z serii, w którym Michael Fassbender również się pojawi.

Angelina Jolie za rolę Diaboliny w Czarownicy

Film był raczej meh, zwłaszcza w chwili, gdy skończyły się momenty à la Władca Pierścieni, ale Disney powrót Angelinie Jolie na ekrany zafundował zaiste zacny.
Co prawda większość jej kwestii to westchnięcia oraz pogardliwe prychanie, ale gdy tylko się pojawia, to kradnie show. Cały ten film jest w gruncie rzeczy o tym, jak ta aktorka jest super. Wszystko inne – wspaniała scenografia oraz kostiumy, efekty specjalne, latynowski Maciek Musiał, prosta historia o sile prawdziwej miłości – wszystko to blednie w obliczu świetności Angeliny Jolie.
Cóż poradzić? Daje radę. I to bardzo.

Dwayne The Rock Johnson za rolę Herkulesa w filmie Hercules
Z jednej strony Hercules nie okazał się być tym, czym mógłby być, z drugiej wcale mnie nie zawiódł. Jakoś bardzo. A grający tytułowego herosa Johnson był kapitalny. No bo wiecie, dali mu tę brodę, płaszcz z lwa nemejskiego, wielką maczugę – czego chcieć więcej?
Moim zdaniem jednym z wyznaczników fajności danej roli jest to, jak długo się ją pamięta. Idę o zakład, że tak ucharakteryzowanego Rocka nie da się zapomnieć NIGDY. Dlatego też emerytowany zapaśnik zostaje przeze mnie zrównany z tymi wszystkimi świetnymi aktorami.
Wygląda na to, że zaczynam się do niego przekonywać.

Chris Pratt za rolę Petera Quilla aka Star-Lorda w filmie Strażnicy Galaktyki

Czy Pratt jest nowym Harrisonem Fordem? Z odpowiedzią na to pytanie należałoby się wstrzymać co najmniej do premiery Jurrasic World, a jeszcze lepiej byłoby zaczekać na tego nowego Indiana Jonesa, jeśli rzeczywiście powstanie i Pratt w nim zagra.
Co rozumiem przez „bycie nowym Fordem”? Widzicie, jest ta scena ataku oddziału Rebelii na placówkę* Imperium w Powrocie Jedi, w której Han Solo biegnie w stronę szturmowców albo ucieka od wybuchu, coś w tym stylu. I mój Tata (który jest autorytetem w każdej dziedzinie) powiedział kiedyś, widząc Forda w tej właśnie scenie, że wszędzie gra tak samo. Miał na myśli to, że Indiana Jones i Han Solo są podobnymi postaciami, w które Ford włożył pewne identyczne elementy, które uczyniły je kultowymi, a jemu pozwoliły się wybić.
Uważam, że nie ma nic złego w przypuszczaniu, że Chris Pratt może w jakimś stopniu oddać to, co robił Ford. Raczej nie na taką samą skalę, ale może się okazać, że aktor ten jest nośnikiem podobnego rodzaju energii i brawury.
Fajnie by było, nie?

Keanu Reeves za rolę Johna Wicka w filmie John Wick

Keanu Reeves przeszedł dłuuuugą drogę od mesjasza w Matrixie, do superzabijaki w tej produkcji. Paradoksalnie, wolę Johna Wicka od Neo.
Postać Johna nie jest niczym nowym, widzieliśmy to już pierdyliard razy, tak samo jego historię, aczkolwiek ubiegłoroczny tytuł i główna rola mają w sobie jakąś taką niespotykaną grację. W dodatku Reeves jakoś tak potrafił zrobić, że się chce wierzyć w to, że taki z niego madafaka i nikt mu nie podskoczy.
Ta autentyczność jest tak ujmująca, że ośmielę się stwierdzić, iż można by go przyrównać do Liama Neesona. W każdym razie – jak dla mnie John Wick mógłby skopać dupska całej ekipie Niezniszczalnych.

***

To by było na tyle dzisiaj. Na dniach kolejne nominacje i mam nadzieję, że przed końcem miesiąca uda się wrzucić werdykt. Bo pewnie się nie możecie doczekać…

Co sądzicie? Kto Wam spodobał się w minionym roku najbardziej?
:)

Jaskier

*Ważne, żeby nie zrobić tu literówki.

Read Full Post »

Wczoraj na fanpejczu napisałem, że Hercules  jest zaskakująco w miarę przyjemny. Podtrzymuję to twierdzenie. Nie zrozumcie mnie opacznie – to zdecydowanie nie jest dobry film. Po prostu sprawił mi miłą niespodzianką, okazując się nie być totalną szmirą.

O co w nim chodzi?
Herkules podróżuje po antycznej Grecji, oferując swe najemnikowe usługi lokalnym władcom. Zlecane zadania udaje mu się wykonać dzięki niebywałej sile, wiernym kompanom oraz swej legendzie. No właśnie – legendzie. Wychodzi bowiem na jaw, że Herkules, jakiego znamy z mitów, jest wytworem bajarza, który podróżuje z nim, dopisując do swych opowieści kolejne rozdziały. Widz szybko pojmuje, jak działa system tworzenia takiej legendy, łatwo orientuje się również, po co bohaterowi jest ona potrzebna. No bo wiecie – kto chciałby stanąć do walki z synem Zeusa?
Podoba mi się sposób manipulowania mitami. W filmie została ujawniona jedynie prawda o hydrze, ale sporo frajdy sprawia domyślanie się, jak w rzeczywistości wyglądało jedenaście pozostałych prac.

Wspomniana wcześniej kompania Herkulesa to generyczna grupka w stylu Drużyny Pierścienia (co nie powinno dziwić). W jej skład wchodzą: oczekujący swojej śmierci wróżbita, Amazonka, wierny przyjaciel głównego bohatera, berserker oraz bajarz. Jak łatwo się domyśleć, każde z nich ma swoje momenty zajebistości, w gruncie rzeczy będące albo archetypicznymi zachowaniami postaci danego typu, o których wiesz, że się pojawią, albo bezczelnymi kalkami sekwencji z innych filmów (złote jest „sparodiowanie” Hana Solo). Całość w zasadzie trzyma się kupy, nie schodząc poniżej pewnego poziomu filmowości potyczek doprawionych sporą dawką ahistoryzmów.

Rock w brodzie i długich włosach wygląda tak jakoś naturalniej (nie wiem, być może to kwestia postury jaskiniowca?). Co więcej – sprawdza się w roli herosa. Nie chodzi mi jedynie o to, że chce się wierzyć, że jest w stanie zwalić człowieka z konia jednym ciosem. Okazuje się, że postać tę dręczą demony przeszłości i Johnson potrafił oddać strach z tym związany, a później bardzo ładnie wrzeszczał, gdy strach ten przerodził się we wściekłość.

O dziwo, jest w tym filmie fabuła, pewna intryga, spisek wręcz, chciałoby się rzec. Są to rzecz jasna dosyć proste schematy, ale jeden zwrot akcji mnie rzeczywiście zaskoczył, a całość w gruncie rzeczy jest satysfakcjonująca i trzyma się kupy.

Dlaczego więc nie jest to dobry film?
Jest niewyobrażalnie głupkowaty i efekciarski. W sumie nie czyni go to złym filmem. Hm…
Jest dobry do obejrzenia, jeśli lubisz głupkowate i efekciarskie kino, ale raczej nie będziesz chciał do niego wracać. Był potencjał na stworzenie filmu o powstawaniu legendy, jednak ostatecznie wyszedł typowy akcyjniak z Hollywood.

Ale czy rozsądne było spodziewanie się czegokolwiek innego?

Jaskier

PS Tak, wiem, że w mitologii Greków postać ta miała na imię Herakles.

Read Full Post »