Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Kwiecień 2017

Po dwóch niezbyt udanych próbach zawładnięcia kinami oraz latach emitowania kolejnych serii, Power Rangers zaliczyli ponowny występ na wielkim ekranie, tym razem stanowiący reboot marki, dodatkowo będący remake’iem pierwszego sezonu, czyli kultowego Mighty Morphin Power Rangers.

Jak wyszło?
Cóż, ja liczę na to, że powstanie kontynuacja z historią Tommy’ego Olivera, czyli Ritą kontrolującą szóstego Rangera, który później przechodzi na właściwą stronę. Niestety, dane z box office’u nie nastrajają pozytywnie – film zarobił w USA marne 83mln$ i raptem 47lmn$ na zewnętrznym rynku*, nie natrafiłem również na żadne informacje dotyczące planów na kontynuację. Niby nie szukałem, ale zazwyczaj tego typu doniesienia wyskakują mi na tablicy facebooka. Najwidoczniej problemy produkcji oraz dłużyzny w pierwszym i drugim akcie przeważyły nad naprawdę satysfakcjonującą końcówką.

Co z tym filmem jest więc nie tak?
Niestety sporo. O ile zrozumiałe jest to, że w przeciwieństwie do serialu w filmie przemiana z nastolatków z odpowiednią postawą w Power Rangers musi chwilę potrwać, to mimo wszystko dzieje się to za wolno. Przez większość czasu obserwujemy tworzenie się relacji w drużynie i jasne – to jest ważne, a serial miał kilkadziesiąt odcinków, więc w pilocie mógł na to srać, ale siedziałem w kinowym fotelu, wyczekując chwili, gdy Jason krzyknie ITS MORFIN TAJM, przywdzieją swoje kiczowate kostiumy i ruszą tłuc kitowców, a dzieje się to dopiero pod koniec, ponieważ wcześniej nie mieli dostępu do Morphin Grid, ponieważ nie potrafili się dogadać, przez co ich chi było rozbalansowane. Czy coś.
Z zapowiadanego w zwiastunach The Breakfast Club też niestety niewiele się ostało. Ot, Jason i Billy poznają się właśnie podczas odbywania kary, ale potem i tak muszą jechać do jakiegoś kamieniołomu, gdzie zupełnym przypadkiem natrafiają na Zacka, Trini i Kimberly, ponieważ opuszczone kamieniołomy to supermiejsce do włóczenia się, gdy jesteś amerykańskim nastolatkiem. Ten cały początek spokojnie można by przemodelować, pozwolić im wszystkim się spotkać w kozie, skąd – zamiast pisać jakieś głupie wypracowanie – postanawiają się urwać. W międzyczasie Zordon odkrywa, że Rita po dziesięciu tysiącach lat w końcu jest wolna milionach lat powraca i znów stanowi zagrożenie, każe Alphie sprowadzić piątkę nastolatków. BANG! jesteśmy w domu po piętnastu minutach filmu. Rozwój bohaterów, scenę ogniska z wyznawaniem win, kolejne weekendy w kozie można by było dać już po tym.
Zamiast tego wyjeżdżają z jakimś przeznaczeniem, bo znaleźli monety, więc to oni są predestynowani do zostania nową drużyną. Dlaczego po prostu nie zostali przeteleportowani do centrum dowodzenia, dlaczego nie dostali morferów i nie ruszyli kopać tyłków? Koncept Power Rangers jest tak kretyński, że tego typu próby urealnienia go muszą zawieść. To jest problem, z jakim kino superbohaterskie uporało się już kilka lat temu. (Albo raczej tylko jego marvelowska część… jak widać). Mimo tego mhocznego tonu, film wielokrotnie odnosi się do swoich kiczowatych korzeni. Jest tutaj na przykład mowa o zordach, że zadziałały trochę jak transformersy i po przybyciu na Ziemię przybrały kształt najpotężniejszych żyjących ówcześnie istot – dinozaurów. Chuj tam z pterodaktylem, który dinozaurem nie był, ale mastodont i tygrys szablastozębny pojawiły się na świecie miliony lat później. Jest to oczywiste nawiązanie do pierwszego sezonu, gdzie zostało to w niemalże identyczny sposób ujęte.
Tego typu mrugnięć okiem jest znaczenie więcej, aczkolwiek wszystko się przez to rozjeżdża. Z jednej strony robią Kronikę, ból istnienia i nastolatków z różnej maści problemami w domu, z drugiej próbują robić laskę fanom, niczym Disney z nowym kanonem SW.

Odnośnie głównych bohaterów:
Jason jest typem kapitana drużyny, który w wolnych chwilach zostaje królem balu. Jednak za swoje wybryki rodem z Niecnych uczynków zostaje zawieszony, wyrzucony z drużyny, ma elektroniczny dozór i może zapomnieć o karierze sportowej, czym sprawia olbrzymi zawód ojcu.
Billy jest genialnym, ale nieco zwichrowanym chłopakiem. Nie umie w zdolności międzyludzkie i ma problem z pogodzeniem się ze śmiercią ojca. I jest czarnoskóry.
Kimberly to królowa balu, dziewczyna z idealnego domu, ale odwaliła niezłą imbę, wysyłając swojemu byłemu zdjęcie jego nowej dziewczyny. Takie, wiecie +18.
Zack jest szalony i lubi wagarować, ale ma dobre serce, bo opiekuje się chorą matką. I jest Azjatą.
Trini również ma problemy z akceptacją ze strony rodziców. Konserwatywna matka nie umie pogodzić się z tym, że jej córka jest lesbijką.

Jak widzicie, postacie może i nie są jakoś niesamowicie rozbudowane, ale nakreślone w dość precyzyjny sposób. Każda ma swoją archetypiczną rolę. Na plus zasługuje również pokazanie więzi i relacji z rodzicami. Obejrzałem jakiś czas temu siedemnaście odcinków pierwszego sezonu i w żadnym z nich nie pojawia się członek rodziny faktycznie mieszkający z którymś z Rangersów – za to pełno jest wyjętych z dupy wujków i kuzynów, którzy akurat przyjeżdżają w odwiedziny.

Drugi plan stanowią Zordon i Rita.
Zordon (twarz Bryana Cranstona) jest chujkiem, który chce bezwzględnie wykorzystać naiwność piątki młodych ludzi, by wrócić do pełni sił i samemu stanąć do walki z zagrożeniem ze strony Rity. Jak się nad tym zastanowić, to brzmi bardziej jak plan złoczyńcy. Wiadomo jednak, że Zordon w odpowiednim momencie zdecyduje nie robić w wała drużyny i zostanie gadającą twarzą ze ściany. No i cóż, to Bryan Cranston, ciężko powiedzieć o nim coś złego.
Natomiast grająca Ritę Elizabeth Banks błyszczy. Ta rola przepełniona jest kiczem oraz teatralnością. Aktorka doskonale bawi się na planie ubrana w ten groteskowy strój prosto z mokrych snów trzynastolatka. Filmowa wersja Rity znacznie różni się od serialowego pierwowzoru i to nie tylko pod względem wyglądu. Faktycznie stanowi zagrożenie, jest w stanie mordować zwykłych ludzi, a nawet uśmierca jednego z Rangerów… ale potem mu się polepsza, więc spoko. Jeśli coś z tego filmu jest warte zapamiętania, to jest to rola tej aktorki.

Za zmianą tonu poszła zmiana stylistyki – zordy i stroje Rangersów nie przypominają tego, co można było oglądać w serialu. Kostiumy są o wiele bardziej futurystyczne, przypominają zbroje. Jest oczywiste, że w wysokobudżetowym filmie bohaterowie nie mogą biegać w spandexie i hełmach, chociaż prywatnie bym wolał, by akurat tego nie zmieniano.
Zordy natomiast to osobna sprawa. Są spoko i jak tylko (w końcu) się pojawiają w akcji i przez chwilę gra kultowe Go Go Power Rangers, to są ciary, uśmiech od ucha do ucha, a wewnętrzne dziecko każe wstać z fotela i skakać z radości i ekscytacji. Również są o wiele bardziej futurystyczne niż odpowiedniki z pierwszej serii, ale troszkę dziwaczne. Musiałem w Internecie poszukać, czym jest zord Zacka, bo ni cholery nie rozpoznałem w nim mastodonta. W końcu też walczą zordami samodzielnie, zamiast od razu zmontować je w jednego wielkiego robota.

***

Summa summarum, Power Rangers nie było dla mnie wielkim rozczarowaniem. Ostatnie dwadzieścia minut – walka najpierw w zordach, późniejsze uformowanie megazorda, cała ta akcja – zrekompensowały mi dłużyzny pozostałej części filmu. Ewentualna kontynuacja nie byłaby już genezą, więc można by było od razu przejść do mięska, ale chyba się na nią nie zanosi.
W pewnym sensie jest to jednak zmarnowana okazja, ale zawsze pozostaje niemalże ćwierć setki sezonów serialu. Ten film niestety się gdzieś po drodze pogubił, nie umiał znaleźć własnej tożsamości i ostatecznie poległ w starciu z innymi marcowymi premierami.

*Za boxofficemojo.com.

Jaskier

PS Które sezony pamiętacie z dzieciństwa?
Ja oglądałem na stacji na „p” rano w sobotę i w niedzielę:
Mighty Morphin Power Rangers 1-3
Power Rangers Zeo
Power Rangers Turbo
Power Rangers in Space
Power Rangers Ninja Storm
Power Rangers Dino Thunder
Power Rangers Lost Galaxy

Czy ta seria stanowiła dużą część Waszego dzieciństwa?
Może byście byli zainteresowani przeczytaniem mojego nerdzenia i wspominania budowanych z LEGO zordów, wspartego odświeżeniem sobie serialu?
Dajce znać w komentarzach. ;)

Reklamy

Read Full Post »

Netflix w kooperacji z Marvelem w końcu to zrobili – powstał nudny serial, który jakością spokojnie może powalczyć z najgorszymi sezonami Arrowa. A tak liczyłem na wzrost formy po słabawym Luke’u Cage’u.

Fabuła jest prosta i – jak pisałem na fanpejczu kilka tygodni temu – jebie Arrowem. Uznany za dawno zmarłego dziedzic fortuny i – poprzez 51% udziałów – także korporacji wraca do miasta i rozpoczyna walkę o odzyskanie tego, co mu się należy. Okazuje się jednak, że przez te piętnaście lat w Nowym Jorku wiele rzeczy się zmieniło i powrót do świata żywych nie będzie dla Danny’ego Randa taki prosty, jak mu się początkowo wydawało. I, wiecie, przez kilka pierwszych odcinków mamy potyczki prawne, posiedzenia zarządu, wizyty u prawników, rozmowy z prawnikami, straszenie prawnikami, sceny z życia w korpo, sceny z pracy w korpo, ludzi ubranych w garnitury i tego typu sprawy.
W serialu, który jest o najzajebistszym wojowniku kung-fu na świecie, ponad połowę czasu poświęca się sprawom majątku, firmy i członkostwa w zarządzie. Brak słów, więc rzucę po prostu dwoma hasłami – lol XD.
I tak jest już do samego końca. Jeszcze do szóstego odcinka, w którym ma miejsce coś na kształt tandetnego turnieju rodem z Mortal Combat czy czegoś w tym stylu, można się łudzić. Można mieć nadzieję, że koniec z tym korpo-bełkotem, że zaraz zaczną latać na sznurkach i w jakiś cudaczny, nierealistyczny sposób się okładać.
Ale nie…

***

Fabuła totalnie zawodzi, jak napisałem powyżej – cały czas się przewijają jakieś nudy związane z korporacją, z którą związani są bohaterowie. Może za to o nich samych można coś dobrego powiedzieć?
Nic bardziej mylnego.
Danny Rand, w którego wciela się Finn Jones, jest beznadziejny. Absolutnie nieautentyczny i nieprzekonywujący. Ma być mistycznym wojownikiem, człowiekiem, który przez piętnaście lat trenował sztuki walki i panowanie nad emocjami, niezniszczalną Żywą Bronią, ma być z niego król kug-fu jak lew jest król dżungli.
A jest jak rozpieszczony bachor. Dosłownie. Nie ma za grosz luzu, tylko chodzi wściekły i bez zastanowienia wszystkich chce tłuc. W dodatku cała jego motywacja związana jest z tym, że gdy kogoś zabija, to traci równowagę swojego chi, więc nie może używać wtedy mocy Iron Fista. Z tego powodu liczbę użycia przez niego tej zdolności można policzyć na palcach. To śmieszne, że akurat postać, która ma tytuł, oryginalny komiksowy pseudonim od samego początku serialu, kompletnie na niego nie zasługuje. W przeciwieństwie do pozostałych postaci z nadchodzących Defenders Danny nie przechodzi żadnej drogi, niczego się nie uczy, pod żadnym pozorem NIE widzimy w nim tytułowego bohatera.
Pizda, nie Iron Fist, jak powiedziałby mój były współlokator.

Postaci drugoplanowych jest kilka.
Jessica Henwick gra Colleen Wing*. Początkowo wydaje się spoko bohaterką, jest budowana między nią i Danny’m koleżeńska relacja, ma jakieś problemy z agresją, więc chodzi je rozładowywać na nielegalne walki, gdzie – O-CZY-WIŚ-CIE – rozkłada dwa razy większych od siebie facetów, co jest akurat fajne, ale, bo rzecz jasna musi być jakieś ale, zostaje to wyrzucone do kosza. Walki w klatce są raptem dwie, po jakimś czasie nawiązuje się między nią i Danny’m kiczowaty, wymuszony romans, okazuje się na koniec, że ona jest z Ręki, więc Danny jej nienawidzi, ale ją kocha, więc nie może jej nienawidzić…

Jest jeszcze Ward Meachum, taki człowiek w korpo, który kumplował się z Danny’m, gdy byli dzieciakami. On jest jedyną postacią, która naprawdę się rozwija, czegoś się uczy. Tylko jest jeden problem – to miał być serial o pieprzonych mnichach-wojownikach z mistycznego miasta z innego wymiaru, a nie historia zmagającego się z uzależnieniem i apodyktycznym ojcem korpo-wapniaka.

No bo jest ojciec, grany przez Davida Wenhama. Niby nie żyje, ale tak naprawdę po śmierci w wyniku raka wrócił do życia dzięki zawarciu umowy z Ręką i siedzi cały czas (w sensie kilkanaście lat) ukryty w luksusowym apartamencie, sterując firmą jako szara eminencja. W zamian za powrót do życia pozwolił Ręce na zinfiltrowanie swojej firmy, jednakże jako niecny biznesmen naturalnie knuje przeciwko nim.

Ręką steruje Madame Gao. Z jakiegoś dziwnego powodu… Postać ta pojawiła się wcześniej w obu sezonach Daredevila, gdzie była przedstawicielką chińskiej mafii. Tutaj kieruje Ręką, a przynajmniej tym członem Ręki, który odpowiedzialny jest za robienie kasy na narkotykach. Bo tak – mistyczni zombie-ninja z Japonii w tym serialu są dresami koszącymi kasę na dragach. A druga część Ręki – bo są tutaj dwa takie jakby odłamy – zajmuje się zbieraniem młodych ludzi, uczeniem ich, wpajaniem własnych zasad i wysyłaniem w świat, gdzie mają czekać jako uśpienia agenci. Tak sądzę.

I jeszcze wspomnę o Claire Temple. Kurwa. Kiedy wcześniej pojawiała się, spajając te seriale, to było na swój sposób urocze. Memy I’m here to talk to you about The Defenders Initiative mnie śmieszą. Ale kiedy pojawia się tutaj i mówi, że wciąż wpada na ludzi o niezwykłych zdolnościach, że ma doświadczenie z tym całym pokręconym gównem, ale NIE zadzwoni do Matta Murdocka, żeby przyszedł skopać dupę Ręce, tylko sama wpycha się na wszystkie misje i robi za głos „rozsądku”, przypominając bez przerwy, że nie można nikogo zabijać, to mi się rzygać chce.

***

Jeśli mowa o Daredevilu, to tam były lepsze walki. Niby Matt był szkolony przez mistrza wschodnich sztuk walki, ale w dużej mierze polegał na swojej sile i agresji, przez co choreografia nabierała ulicznego, brudnego posmaku. Tutaj, gdzie karykaturalne wręcz ciosy rodem z Domu latających sztyletów sprawdziłyby się fenomenalnie, gdzie można by zaszaleć z akrobacjami, turbokopniakami mamy co? Poszatkowane i posklejane w montażowni scenki, w których twórcy starają się przekonać widza, że Finn Jones umie w kung-fu.

Wraz z brakiem widowiskowych starć na dłonie i nogi, których wszyscy się spodziewali, przychodzi odarcie z mistycyzmu. Nie ma żadnych scen z Kunlun, gdzie Danny przebywał przez piętnaście lat. Wychodzi na to, że całe to jego szkolenie polegało w głównej mierze na wkładaniu mu do głowy, że Ręka jest zła, ponieważ nie widać po nim, by nauczony został czegoś innego. Jasne, niby umie walczyć, ale nie idzie za tym roztropność, samokontrola i panowanie nad emocjami, które związane są z kung-fu. Równie dobrze Danny mógłby przez piętnaście lat mieszkać na ulicy w Rio de Janeiro i tam nauczyć się bić.

***

Żal. Nie traćcie na to nawet czasu.

To uczucie, gdy w serialu o wojowniku kung-fu najbardziej prominenty i rozwinięty jest wątek uzależnionego od leków przeciwbólowych kierownika korporacji.

***

Trzy filmy o kung-fu, które lepiej obejrzeć zamiast Iron Fista:

  • Kung Fu Panda
  • Karate Kid
  • Ip Man

*Yellow-washing?

Jaskier

Read Full Post »