Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Chris Pratt’

Naprawdę nie wiem, co mam napisać o tym filmie, ponieważ z jednej strony był zabawny, dostarczył mi masę frajdy i rozrywki, nie zasnąłem na nim, mimo iż był środek nocy, kiedy go oglądałem, a od strony technicznej prezentuje się wprost fenomenalnie, z drugiej jednak po seansie miałem wrażenie, że zobaczyłem tylko jakąś reklamę. Była trzecia w nocy, siedziałem w kinowym fotelu i zadawałem sobie pytanie – No dobra, to było fajne, ale gdzie jest film?

Mam z tą produkcją taki problem, że nie ma w niej fabuły, jest za to zlepek scen pokazujących widzom to, jak fajne są poszczególne postacie i jakie niepokonane, silne, nieustraszone. Poniżej będzie SPOILERowe przedstawienie punktów… filmu, więc jeśli jeszcze go nie widzieliście, a nie chcecie się dowiedzieć, co się w nim dzieje, to omińcie ten fragment tekstu.

  • Drużyna gdzieś tam w kosmosie wykorzystuje swoje zwycięstwo z pierwszej części do robienia kasy. Która kosmiczna frakcja nie chciałaby wynająć Strażników Galaktyki do ochrony własnego mienia?
  • Ponieważ bohaterowie wciąż jeszcze nie potrafią w pełni ze sobą współpracować, to wpadają w poważne tarapaty.
  • Z opresji ratuje ich broda Kurta Russella, który przychodzi i mówi do Star-Lorda: Jestem twoim ojcem… i międzygalaktycznym bogiem-Hitlerem…
    I zabiłem twoją matkę.
  • Quill musi pogodzić się z tym, że jego nowo odnaleziony ojciec jest psychopatą. Walczą w stylu pojedynków z Dragon Balla.
  • Yondu umiera, ale w sumie jest szczęśliwe zakończenie, ponieważ poświęcił się dla Petera.

Koniec sekcji SPOILERowej, możecie wrócić do czytania.

Pomiędzy te punkty powtykane są sceny, w których:
a) Yondu jest OP;
b) Rocket jest OP;
c) Baby Groot promuje zabawki;
d) Drax jest kretynem, ale uroczym w swojej głupocie;
e) Star-Lord ma problem z tym, kto tak naprawdę był jego tatą;
f) ci żółci goście zachowują się dziwacznie;
g) kosmiczni piraci dostarczają całą maaaaasę dowcipasów;

I to nie jest problem natury takiej, że – O matko, co za gówno. Nie jest to też nudne czy coś. Po prostu mam wrażenie, że James Gunn zachłysnął się wolnością twórczą, jaką studio mu zaoferowało i cały czas tylko ciśnie – Patrzcie, jaki Yondu jest super. Patrzcie teraz, jaki Rocket jest błyskotliwy. Patrzcie, jaki Baby Groot jest słodziaszny (figurki po jedyne 19,99$). Nie ma tutaj miejsca na jakieś upadki, bohaterowie są niezniszczalni, a nawet jeśli, na ten przykład, dostają się do niewoli, to szybko uciekają, robiąc przy tym rozpierduchę. Nie chce mi się tego teraz szukać, na pewno ktoś to policzył albo w najbliższej przyszłości policzy, Yondu za pomocą swojej sterowanej gwizdaniem strzały (sic!) zabija w tym filmie ze sto osób, samemu w zasadzie będąc niezniszczalnym.

Sceny z Grootem (chyba wszystkie, musiałbym obejrzeć jeszcze raz, żeby to ocenić) są męczące. Na początkowych napisach urokliwie tańczy, później, za każdym razem, gdy się pojawia, to jest podkreślane, jaki to on nie jest uroczy i słodki, i w ogóle. Nie wyskakujcie w komentarzach* z tekstami, że to miało stanowić parodię postaci będących w filmach maskotkami – moim zdaniem, jeśli taki był zamiar reżysera, to mu nie wyszło.

Nawet część dowcipów jest albo przeciągnięta, albo po prostu słaba. Na przykład ten kosmiczny pirat z głupim imieniem. Ciągną to w nieskończoność. Żart z Grootem, który nie potrafi pojąć, co ma przynieść i znosi do bohaterów śmieci, również niemiłosiernie się ciągnie. Rozwaliła mnie także scena podróży kosmicznej, kiedy postacie dokonują na pokładzie statku sekwencji kilkuset skoków (czymkolwiek by one nie były). Nauka za tym stojąca sprawia, że zaczynają się zniekształcać, oczy wychodzą im z orbit etc. Wygląda to jak w Masce albo Looney Tunes i bierze się po prostu znikąd.

Również muzyka wypada słabiej niż w pierwszej części. Awesome Mix Vol.1 po obejrzeniu filmu słuchałem w kółko, wciąż lubię sobie puścić. Tutaj nic nie zapadło mi w pamięć. Najlepsze było Fox on the Run ze zwiastuna, którego jednak nie pamiętam z filmu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ta piosenka w ogóle nie pojawia się w filmie.

***

Dwie rzeczy naprawdę mi się podobały i uważam, że w tym filmie zagrały perfekcyjnie.

Pierwsza to postać Draxa. Dave Bautista urodził się do tej roli. Jest w niej bezbłędny, wypada nawet lepiej niż w części pierwszej. Jego Drax jest bezpośredni, szczery do bólu, naiwny, żyje w swoim świecie, ale jednocześnie to naprawdę wierny kompan.

Druga rzecz, którą chcę pochwalić, to – uwaga, zaskoczenie – wątek romansowy. Podobało mi się to, jak została rozegrana relacja Petera i Gamory. Naprawdę. To jest taki typowy motyw, przebiegający zgodnie ze schematem – O, nie cierpię cię! Ja ciebie bardziej! A na końcu i tak jest: Hail to the king, baby. Podobały mi się te minisprzeczki i Gamora zgrywająca twardzielkę, tak naprawdę bojąca się otworzyć oraz finał, kiedy to w obawie przed utratą Petera, zrywa tę maskę i pokazuje, że mu na nim zależy. No bo ze strony Star-Lorda nie należy się spodziewać ukrywania czegokolwiek. Stanowią oni oczywistą parę, ale ja nie mam nic przeciwko takim przyciągającym się przeciwieństwom.

***

Tak to wygląda. Jeśli podobała się Wam część pierwsza, to pewnie już widzieliście kontynuację i macie o niej wyrobione zdanie, jeśli nie, to nie sądzę, żeby druga część przypadła Wam do gustu. Jest to więcej tego samego, tylko rozciągnięte, gdyż w miejsce fabuły James Gunn mógł powpychać te wszystkie scenki, o których pisałem w tekście.
Nie zrozumcie mnie źle – Guardians of the Galaxy vol.2 nie jest żenująco słabe ani nic z tych rzeczy. Jest jedynie fajne, nie spełnia oczekiwań, jakie w nim pokładałem.

***

*Trochę naiwnie wierzę, że tekst ten przeczyta ktoś, komu będzie się chciało komentować w ten sposób.

Jaskier

Read Full Post »

Sorka, za nieobeność, ale #studia i inne takie mocno zaprzątały mi ostatnio głowę. No ale wracam i to od razu z przytupem, ponieważ z tekstem o Jurassic World, który widziałem w kinie w weekend premiery, gdyż nie wyobrażałem sobie, że mogę takie wydarzenie odpuścić. No i – trochę o dziwo – ubawiłem się przednio. Co ciekawe, fanatyczne wręcz oddanie oryginałowi nie jest niezbędne, by cieszyć się tym filmem – byłem na seansie z dziewczyną, która nigdy nie widziała filmu Spielberga(sic!). Jednak jej też się podobało, toteż wychodzi na to, że twórcy dokonali niemożliwego – spod ich rąk wyszła produkcja, która usatysfakcjonować potrafi miłośnika Parku Jurajskiego i kogoś, kto ma zupełnie neutralne podejście do tej marki.

Najważniejszą różnicą między tym filmem a poprzednikami jest to, że akcja dzieje się w uruchomionym już parku. Udało się jakoś załagodzić kwestie prawne, znaleźli się sponsorzy, naukowcy nie odmówili współpracy i przechrzczony na Jurassic World obiekt funkcjonuje w najlepsze, bawiąc i fascynując tysiące zwiedzających każdego dnia,  lecz pamięć tragedii sprzed dwóch dekad jest wciąż żywa, na wyspie można znaleźć pozostałości po oryginalnym parku, np. w postaci niszczejących budynków.

Film w ogóle w moim odczuciu funkcjonuje jako hołd dla dzieła Spielberga. Trochę tak, jakby fani chcieli wziąć coś z tego filmu i dodać od siebie coś nowego. Po części się to udaje, gdyż taki atak pterozaurów na centrum parku robi megawrażenie, próby tuszowania tego, co się dzieje na wyspie także oceniam na plus, nawet ten lekko kiczowaty fragment z planem wykorzystania dinozaurów w celach militarnych był fajny, gdyż był czymś nowym w tej serii, mam jednak wrażenie, że scenarzysta zbyt mocno lubił Park Jurajski i całe to bieganie dzieci po dżungli, ponieważ często do tego wraca, mimo iż mógłby się w ogóle obejść bez tego elementu. Na obronę dzieciaków pojawia się natomiast fakt, iż rzeczywiście potrafią coś zrobić, zamiast stać obok i czekać, aż do pomieszczenia wpadnie raptor i wszystkich pozabija.

W trakcie seansu nie mogłem się również oprzeć wrażeniu, że twórcy odparli zarzuty internautów, jakie pojawiały się przed premierą. Jest mowa o tym, że wszystkie stworzenia na wyspie są krzyżówkami, mutantami, więc zmiksowanie genów kilku gatunków stanowi w pewnym sensie naturalny krok w dalszym rozwoju idei. Główny bohater nabija się również z nazwy, jaką nadano nowemu stworowi, a która została wybrana na podstawie analiz i badań rynku, jak dzieje się to w istniejących korporacjach.
Problem jest jedynie z efektami specjalnymi. Animatronika ma bardzo ubogą reprezentację – teraz pamiętam tylko tego zdychającego zauropoda (czyli jest słabo, skoro po miesiącu od wizyty w kinie pamiętam tylko jednego chorego dinozaura, a z pierwszego filmu do tej pory sceny znam na pamięć), natomiast CGI momentami nie daje rady. Nie chcę pisać, że dwadzieścia lat temu wyglądało lepiej, autorzy takich komentarzy zawsze jawią mi się jako wielkie snoby.

Jeśli chodzi o bohaterów, to Chris Pratt robi robotę. Wciąż nie widzę nic złego w tym, by grał podobne role, skoro mu to wychodzi. Eisenberg robi to samo i to od dobrych kilku lat, żeby nie szukać przykładów w filmach Lucasa i Spielberga sprzed kilku dekad. Trzymam za jego dalszą karierę kciuki.
Bryce Dallas Howard jest jakaś taka roztrzepana i trochę ciężko uwierzyć, że na co dzień prowadzi taki ogromy park rozrywki. Ale potrafi być klasyczną damą w opresji i jednocześnie od czasu do czasu dać sobie radę sama, więc spoko. Co prawda chodzenie w szpilkach po dżungli jest z dupy wzięte i nie ma sensu, no ale to chyba w ogóle najpoważniejszy zarzut, jaki mam wobec tej produkcji.
Vincent D’Onofrio gra postać z kina z lat ’80, którą ktoś pokręcił jeszcze mocniej – zrobił z niej szwarccharakter z kreskówki. To jest ten właśnie poziom parodiowania wręcz motywu złego wysłannika jeszcze źlejszej korporacji, która chce zdobyć fortunę na kontraktach z wojskiem.

***

Ogólnie polecam. Moim zdaniem jest to druga pod względem jakości część tej serii.
Zastanawia mnie tylko, jaki mają plan na sequel, bo skoro Jurassic World zmierzy się w box office’ie w starciu o tytuł lidera 2015 roku z siódmym epizodem Gwiezdnych wojen, powstanie kontynuacji jest pewne.

W każdym razie – idźcie i cieszcie się z oglądania tego wszyscy.

Jaskier

PS Zakończenie tego filmu wygrywa wszystko.

Read Full Post »

Są pewne oczywiste oczywistości w tym roku (jak Age of Ultron, na które bilet mam już na telefonie), ale tym razem nie o nich. W ogóle, umówmy się, że nie będzie tutaj mowy o superbohaterach, że tym razem wypowiem się na temat innych produkcji, które pojawią się w polskich kinach w przeciągu kilku najbliższych miesięcy.

Po pierwsze – Saga Wikingów. Nie miałem pojęcia o istnieniu tego filmu, dopóki nie spostrzegłem plakatu na stronie którejś z sieci kin. Obejrzałem dwa zwiastuny, stwierdzam, że to może być coś przyjemnego. Jasne, nie należy się spodziewać epickości na miarę Władcy Pierścieni lub Bravehearta, ale prostą łupanką także nie pogardzę. Zacząłem kiedyś oglądać Trzynastego wojownika, ale nie podołałem. Może tym razem film o ludziach, którzy tak naprawdę nie nosili rogatych hełmów, gdyż były niepraktyczne, przypadnie mi do gustu?

Plusem może się okazać również nieamerykańskość tego filmu.

W ogóle – szkoda, że Melowi Gibsonowi nie udało się nakręcić tego planowanego widowiska o wikingach. A skoro o naczelnym antysemicie Hollywood mowa…

***

Mad_Max
Chciałbym nadrobić starsze filmy obdarzone tym tytułem.

Mad Max AD 2015 zapowiada się miodnie, choć z tego co się orientuję, stylistycznie niewiele wspólnego będzie miał z filmami z Gibsonem. Jeśli się mylę, to mnie poprawcie.

Rozpierdol czyniony w postapokaliptycznym świecie, wojny gangów, niesamowite projekty pojazdów, Charlize Theron z ogoloną głową oraz Tom Hardy w głównej roli – to wszystko przemawia ZA filmem, sprawiając, że aż nie mogę się doczekać, co też z niegowyjdzie.

Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, by ktokolwiek tam dopuścił do powtórzenia się sytuacji Wodnego świata. Coś mi mówi, że Mad Max podoła i nie zawiedzie tych, którzy na niego czekają.

***

Wskrzeszanie marek sprzed kilku dekad nie jest niczym nowym w Hollywood, rokrocznie powstaje co najmniej kilka rimejków, ributów i cośtam-queli, lecz w tym roku mamy do czynienia z istną plagą. Być może wrażenie potęgowane jest przez to, jakich gigantów wzięto na warsztat.

A jednym z nich z pewnością jest Terminator. Film, który pierwotnie miał być czymś prostym, wykorzystującym atletyczną sylwetkę Arnolda Schwarzeneggera i jego dziwaczny akcent, rozrósł się do uniwersum niebotycznych rozmiarów i pokrył warstwą kultu.

Widziałem jedynie część pierwszą oraz Dzień sądu, zatem nie w pełni pojmuję, co się wyprawia w tym świecie, ani skąd w ogóle wzięły się następne filmy, ale taki już urok serii opartych o koncept podróży w czasie.

Być może Genisys okaże się klapą, próbą wyłudzenia jeszcze jednej porcji pieniędzy od miłośników tej serii, jednak jestem ciekaw, w jaki sposób film będzie próbował obronić się przed tym oczywistym zarzutem, który siłą rzeczy się pojawi i czy mu się to chociaż w małym stopniu uda.

***

Pisałem już o tym filmie na blogu kilka razy, ale darzę oryginał tak wielką sympatią, że nie mogę się oprzeć i nie wykorzystać okazji, by napisać jeszcze raz – początkowo byłem nastawiony sceptycznie, ale wraz z rozwojem kampanii marketingowej, pojawianiem się kolejnych informacji etc. zmieniłem zdanie.

Dinozaury i Chris Pratt** – szczerze wierzę w sukces tej produkcji i mam nadzieję, że mnie ona nie rozczaruje.

***

Jestem chyba jednym z niewielu ludzi, którzy nie oglądają regularnie Gry o tron, jednocześnie nie mają dość Sandlera. I chciałbym obejrzeć Piksele.

Tym bardziej, że obok Sandlera pojawią się Michelle Monaghan oraz Peter Dinklage, którzy pokazali, że potrafią grać. Występ w tej komedii świadczy o tym, że nie dość, iż są utalentowani, to mają dystans do tego, co robią. A to się zawsze ceni.

Nigdy nie wiadomo, co wyjdzie z filmu Sandlera, sam nie dałem rady obejrzeć każdego, ale akurat w tym przypadku tuszę, że będzie inaczej i będę się dobrze bawił. No bo wiecie – gdy postacie z gier atakują Ziemię i ktoś staje im naprzeciw – to czy taki film może nie wyjść?

***

To by było na tyle odnośnie premier z najbliższych kilku miesięcy, przy czym pamiętajcie, że pominąłem filmy o superbohaterach, gdyż przewijają się na blogu bez przerwy i warto od nich nieco odpocząć.

Jak Wy widzicie nadchodzące kinowe lato?

Jaskier

PS Jak już poruszamy temat rimejków – chcielibyście jakieś zestawienie tych, które moim zdaniem wyszły?

*Tak naprawdę wiosnę też.

**Wypromowany na gwiazdę rolą w produkcji Marvela i mówcie, co chcecie, ale swego czasu dopiero SW otworzyły Harrisonowi Fordowi drogę do gigantycznej kariery, więc coś jest w mówieniu, że Pratt jest Fordem naszych czasów.

Read Full Post »

Dzisiaj obejdzie się bez reklam, ponieważ nikt nie wykupił miejsca.
Miejmy to już za sobą. ;)

Pierwszym w historii internetów aktorem wyróżnionym Jaskierem w kategorii Mała rola w filmie popcornowym zostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>

Evan Peters za rolę Quicksilvera w filmie X-Men: Days of Future Past

Przykład tej roli uczy nas, że nie wolno oceniać po wyglądzie. Kiczowaty kostium oraz absurdalna fryzura zostały przyćmione przez humor, kreatywność i energię tryskające na widza z ekranu za każdym razem, gdy Pietro jest na nim obecny. Nie mówię tu tylko o scenie w windzie i zdaniu „Moja mama znała kiedyś takiego gościa”, po którym wszystkie nerdy zaczęły w kinie fapać. Po prostu jest w takiej interpretacji Quicksilvera coś świeżego, co sprawiło, że nie da się zapomnieć jego sekwencji.
I dało mu w tym roku Laurę Pierwszeństwa w wyścigu po Jaskiery.

Pierwszym w historii internetów zdobywcą Jaskiera w kategorii Duża rola w filmie popcornowym zostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>

Chris Pratt za rolę Star-Lorda w filmie Strażnicy Galaktyki

Może nie zasłużył sobie* na miano Harrisona Forda naszych czasów, ale wyróżnienia na pewno jest godzien. Jego przykład potwierdza, że adaptacje komiksów to nie miejsce, w którym na pierwszym planie brylują aktorzy, którzy zdobyli już uznanie, lecz są one szansą na wywindowanie nie mniej utalentowanych ludzi. Albo drogą powrotną na szczyt dla marnotrawnych synów Hollywood.
Dzisiaj wszyscy kojarzą Pratta, oprócz Strażników Galaktyki w 2014 pojawił się również w The LEGO Movie i w małej roli w Ona**, można rzec, że tamten rok minął pod jego znakiem. W tym już za kilka miesięcy pojawi się w Jurassic World, no i tylko czekać kolejnych informacji o angażach.

Trzecim w historii filmem nagrodzonym w kategorii Film popcornowy zostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>

Guardians of the Galaxy w reżyserii Jamesa Gunna

Disney w tym roku pozamiatał, jeśli chodzi o kino rozrywkowe. Petarda, jaką okazała się być ta produkcja, wybuchła w odpowiednim momencie i z odpowiednim hukiem, dając widowni masę frajdy. Chyba już wystarczająco dużo napisałem o tym filmie, więc jeśli jeszcze nie widzieliście, to zapewne nie macie zamiaru, a cała reszta może potwierdzić moje słowa. Jeżeli wytwórnia utrzyma tendencję zwyżkową, to czekają nas naprawdę syte lata. :)

***

Cóż, tak wyglądał poprzedni rok w kinie rozrywkowym. Kolejne Jaskiery za około dwanaście miesięcy, może następną edycję uda się zorganizować w nieco bardziej odpowiednim terminie. Miejmy nadzieję.

A co Wam spodobało się w kinie w 2014 najbardziej?

Jaskiery

*jeszcze

**Polska premiera – 14.02.2014r.

Read Full Post »

Wchodzę raz do baru, a tam znajomy pyta mnie, kiedy będą tegoroczne Jaskiery.
Naprawdę.

[tu_wrzuc_jakies_intro]

Zaczynamy czymś nowym – postanowiłem w tym roku podzielić obowiązującą dotychczas kategorię Aktor w filmie popcornowym na dwie – Duża rola i mniejsza rola. Jak to będzie działało? No cóż, absolutnie despotycznie i zdecydowanie nieobiektywnie będę dobierał nominowanych do obu kategorii, polegając na moim własnym wyczuciu, czyja rola była bardziej większa, a czyja bardziej mniejsza. Doprowadzi to może do różnych dziwnych sytuacji, gdy ktoś będący na ekranie przez niemalże cały seans będzie rywalizował z kimś, kto pojawił się w jednej sekwencji, ale cóż. Przecież mogę, nikt mi nie zabroni.

Nie przedłużając, zapraszam do przeczytania listy pięciu aktorów nominowanych przeze mnie w kategorii Duża rola w filmie popcornowym. ;)

Michael Fassbender za rolę Erica Lensherra aka Magneto w filmie X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Michael Fassbender należy do wąskiego grona Niemców, których lubię. Absolutnie się z tym nie kryję i często wspominam o tym, że cenię tego aktora. Dowodem tego niech będzie nominacja sprzed dwóch lat za występ w kupowym Prometeuszu, którego był jednym z nielicznych jasnych punktów.
W serii X-Men wciela się w młodego Magneto, postać tragiczną, w ubiegłorocznym filmie już w pełni ukształtowaną światopoglądowo. Jego relacja z Xavierem była największą zaletą Pierwszej klasy, tutaj wciąż świetnie się ją ogląda.
Uwielbiam również sposób, w jaki kreuje superłotra, jakim bez wątpienia jest grany przez niego mutant. Magneto nie musi rzucać groźbami, być karykaturalny w swoim zachowaniu – dzięki Fassbenderowi ani na chwilę widza nie opuszcza przekonanie, że patrzy na kogoś potężnego, gotowego na wszystko w imię wyznawanych idei.
Świetna rola, już nie mogę się doczekać kolejnego filmu z serii, w którym Michael Fassbender również się pojawi.

Angelina Jolie za rolę Diaboliny w Czarownicy

Film był raczej meh, zwłaszcza w chwili, gdy skończyły się momenty à la Władca Pierścieni, ale Disney powrót Angelinie Jolie na ekrany zafundował zaiste zacny.
Co prawda większość jej kwestii to westchnięcia oraz pogardliwe prychanie, ale gdy tylko się pojawia, to kradnie show. Cały ten film jest w gruncie rzeczy o tym, jak ta aktorka jest super. Wszystko inne – wspaniała scenografia oraz kostiumy, efekty specjalne, latynowski Maciek Musiał, prosta historia o sile prawdziwej miłości – wszystko to blednie w obliczu świetności Angeliny Jolie.
Cóż poradzić? Daje radę. I to bardzo.

Dwayne The Rock Johnson za rolę Herkulesa w filmie Hercules
Z jednej strony Hercules nie okazał się być tym, czym mógłby być, z drugiej wcale mnie nie zawiódł. Jakoś bardzo. A grający tytułowego herosa Johnson był kapitalny. No bo wiecie, dali mu tę brodę, płaszcz z lwa nemejskiego, wielką maczugę – czego chcieć więcej?
Moim zdaniem jednym z wyznaczników fajności danej roli jest to, jak długo się ją pamięta. Idę o zakład, że tak ucharakteryzowanego Rocka nie da się zapomnieć NIGDY. Dlatego też emerytowany zapaśnik zostaje przeze mnie zrównany z tymi wszystkimi świetnymi aktorami.
Wygląda na to, że zaczynam się do niego przekonywać.

Chris Pratt za rolę Petera Quilla aka Star-Lorda w filmie Strażnicy Galaktyki

Czy Pratt jest nowym Harrisonem Fordem? Z odpowiedzią na to pytanie należałoby się wstrzymać co najmniej do premiery Jurrasic World, a jeszcze lepiej byłoby zaczekać na tego nowego Indiana Jonesa, jeśli rzeczywiście powstanie i Pratt w nim zagra.
Co rozumiem przez „bycie nowym Fordem”? Widzicie, jest ta scena ataku oddziału Rebelii na placówkę* Imperium w Powrocie Jedi, w której Han Solo biegnie w stronę szturmowców albo ucieka od wybuchu, coś w tym stylu. I mój Tata (który jest autorytetem w każdej dziedzinie) powiedział kiedyś, widząc Forda w tej właśnie scenie, że wszędzie gra tak samo. Miał na myśli to, że Indiana Jones i Han Solo są podobnymi postaciami, w które Ford włożył pewne identyczne elementy, które uczyniły je kultowymi, a jemu pozwoliły się wybić.
Uważam, że nie ma nic złego w przypuszczaniu, że Chris Pratt może w jakimś stopniu oddać to, co robił Ford. Raczej nie na taką samą skalę, ale może się okazać, że aktor ten jest nośnikiem podobnego rodzaju energii i brawury.
Fajnie by było, nie?

Keanu Reeves za rolę Johna Wicka w filmie John Wick

Keanu Reeves przeszedł dłuuuugą drogę od mesjasza w Matrixie, do superzabijaki w tej produkcji. Paradoksalnie, wolę Johna Wicka od Neo.
Postać Johna nie jest niczym nowym, widzieliśmy to już pierdyliard razy, tak samo jego historię, aczkolwiek ubiegłoroczny tytuł i główna rola mają w sobie jakąś taką niespotykaną grację. W dodatku Reeves jakoś tak potrafił zrobić, że się chce wierzyć w to, że taki z niego madafaka i nikt mu nie podskoczy.
Ta autentyczność jest tak ujmująca, że ośmielę się stwierdzić, iż można by go przyrównać do Liama Neesona. W każdym razie – jak dla mnie John Wick mógłby skopać dupska całej ekipie Niezniszczalnych.

***

To by było na tyle dzisiaj. Na dniach kolejne nominacje i mam nadzieję, że przed końcem miesiąca uda się wrzucić werdykt. Bo pewnie się nie możecie doczekać…

Co sądzicie? Kto Wam spodobał się w minionym roku najbardziej?
:)

Jaskier

*Ważne, żeby nie zrobić tu literówki.

Read Full Post »

Strażnicy Galaktyki to znakomity film, ścisła czołówka tegorocznych popcornowych produkcji, gdyby mnie ktoś pytał. A skoro to czytasz, to najwyraźniej z jakiegoś powodu interesuje Cię moje zdanie, więc kontynuuj czytanie, by rozdowiedzieć się, dlaczego film ten mi się podobał.

Z racji tego, że jest aż kilka miesięcy po premierze, to nawet jeśli nie oglądaliście filmu, znacie ogólny zarys fabuły – potoku memów i żartów nie dało się bowiem swego czasu ominąć. Anonimowi w świadomości niedzielnych miłośników komiksów bohaterzy zalali portale społecznościowe oraz stronki z wszelakiej maści i jakości dowcipasami i śmiało wkroczyli do mejnstrimu, z miejsca stając się rozpoznawalnymi na równi z dotychczasowymi tuzami MCU – Tony’m Robertem Starkiem Downeyem, najseksowniejszym mężczyzną Wszechświata Thorem lub powszechnie uwielbianym przez publikę Lokim Hiddlestonem. Jeśli jednak kogoś to ominęło (w co wątpię, gdyż będąc osobą zainteresowaną tematem, nie sposób było nie naoglądać się najróżniejszych materiałów związanych z tym filmem, ale zrozumcie mnie – też chcę rzucić żartem o „nowych”, „lepszych” Gwiezdnych wojnach) – grupka składająca się z dwóch najemników, złodzieja, zabójczyni oraz psychopaty nieogarniającego metafor ratuje kosmos. Cały.

Główną zaletą tej produkcji są bez dwóch zdań bohaterowie. Jasne, efekty specjalne (klasyczne zmiksowane z CGI – istny majstersztyk) są świetne, ważne i w ogóle, lecz my aż za dobrze wiemy, że nie potrafią zastąpić ciekawych postaci, których losy chce się śledzić i którym chętnie kibicujemy. A do grona takich należy zaliczyć tytułową ekipę. Składa się ona z porwanego pod koniec lat ’80, wychowywanego przez kosmicznych oprychów Ziemianina – Petera Quilla, wysłanej za nim zabójczyni Gamory, dwóch łowców nagród: Rocketa (zmutowanego szopa) i Groota (humanoidalnej rośliny) oraz Draxa – żyjącego pragnieniem zemsty niezbyt elokwentego osiłka. Ta piątka tworzy niesamowitą mieszaninę, co chwila wybuchającą żartem lub zabawnym dialogiem. Złote jest to, że „drużyna” formuje się z konieczności w więzieniu o zaostrzonym rygorze, gdzie znajdują się wszyscy jej członkowie. Kruchy sojusz zawiązany przede wszystkim z chciwości przeradza się we wspaniałą przyjaźń w dość, powiedzmy, naturalny sposób. Na tej zasadzie, że stopniowe zmiany w relacjach między poszczególnymi postaciami są wiarygodne, a nie dlatego, że szop pracz z karabinem i gadające drzewo wyglądają obok siebie normalnie lub zwyczajnie. Dialogi są napisane oraz zagrane naturalnie, bez krzty sztuczności (zbyt) często pojawiającej się w popcornowym kinie. Dość powiedzieć, że nawet jeśli pojawia się coś na kształt patetycznej przemowy, to jest to w jakiś kompletnie odwrotny sposób skwitowane, przez co całość wypada niewymuszenie. Tak jakby po słowach prezydenta w Dniu Niepodległości ktoś wstał i powiedział, że przecież to misja samobójcza.

Największą bolączką tej produkcji są czarne charaktery. Przyjrzyjmy się więc trzem pojawiającym się na ekranie postaciom, których marzeniem jest wysadzenie kosmosu w kosmos. Na pierwszy ogień idzie Nebula, która jest adoptowaną córką Thanosa i miszczynią walki. Jej rola sprowadza się głównie do miszczowskiego walczenia, jej cele zostają jedynie zasygnalizowane, potem wszystko się urywa. James Gunn obiecał pociągnąć jej wątek w kontynuacji. Skoro już został wymieniony, to skupmy się na nim chwilę – Thanos. Jego rola polega z kolei na siedzeniu na kosmicznym krześle i byciu groźnym. Linkowałem wczoraj filmik z kanału HISHE, tam został kapitalnie podsumowany, nie trzeba nic dodawać – miał nas jedynie nakręcić na zaplanowany na 2018 i 2019 finał trzeciej fazy, czyli Infinity War. Natomiast głównym szwarccharakterem jest Ronan Oskarżyciel, przedstawiciel rasy Kree, który jest opętany rządzą zemsty i zrobi wszystko, byleby jej dokonać, wliczając w to współpracę z Thanosem. I to tyle. Jest strasznie, okropecznie zdenerwowany, bo coś tam się kiedyś stało i chce wszystkich zabić. Dlaczego Loki wypadł lepiej od niego? Przecież można wskazać kilka łączących ich cech. Loki nie chciał anihilacji całego świata. Chciał wymierzyć policzek bratu, zdobywając Ziemię, do której Thor jest przywiązany. Dla mnie to o wiele sensowniejsze od upartego dążenia do wybicia miliardów istot, bo tak.

Jest również jeszcze jeden ważny aspekt związany z GotG – film Jamesa Gunna rozszerza MCU o kosmos, inne galaktyki etc. Następnym razem, robiąc sobie powtórkę i oglądając po raz kolejny Iron Mana 3 lub Winter Soldier, będziemy zdawać sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy sytuacja na Ziemi nie ma wpływu na losy Wszechświata. Obie części przygód Thora oraz Avengers jakoś mi tego tak dobitnie nie uświadomiły, chociaż dostrzegłem wpływ tego faktu na postać Starka. Nie mogę się doczekać, aż ujrzę miny Mścicieli, kiedy to zorientują się, że nie dość, że kosmici mogą zaatakować Ziemię, to grozi jej to również ze strony demonów oraz innego magicznego tałatajstwa.

Zdecydowanie polecam, świetnie się bawiłem podczas oglądania, co najmniej tak samo dobrze, jak ekipa tworząca film. Nie jest to produkcja bez wad, ale naprawdę ciężko wskazać jakąś tegoroczną premierę, która byłaby lepsza.

Jaskier

PS Grę słów, będącą odwołaniem do Watchmen, ukradłem od kogoś, ale nie mogę namierzyć tego bloga. Mam go w zakładkach na komputerze w domu, więc za tydzień wrzucę link.

Read Full Post »