Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2013

Według statystyk człowiek przesypia średnio jedną trzecią życia. Czyli, jeżeli wysokie ceny i podatki Cię wcześniej nie zabiją, w wieku sześćdziesięciu lat będziesz miał na koncie około dwudziestu lat spania. Według kalkulatora to 175200 godzin (plus minus, bo trzeba pamiętać, że jeden obieg Ziemi dookoła Słońca nie trwa dokładnie 365 dni). To jest dosyć bardzo dużo. I zasadniczo jest to czas zmarnowany. Pewnie w tym czasie byłbyś w stanie napisać tę powieść, co to ją cały czas odkładasz i w stu procentach ukończyłbyś Lokiego.
Co byłoby niezłym wyczynem. Bo musiałbyś każdą z czterech postaci ukończyć grę na każdym z trzech poziomów trudności. To wcale nie takie łatwe, jeśli nie jest się koreańskim gold farmerem.

Owszem, sen jest póki co niezbędny do prawidłowego funkcjonowania organizmu, ale należałoby go zaliczyć do przykrych cech ludzkiej fizjonomii. Nierówną walkę z nim przegrywają na razie wszyscy, wliczając chińskich więźniów politycznych, maturzystów i studentów.

Dlatego odpowiedź na pytanie „Co planujecie robić w wakacje?” nie powinna brzmieć „spać”. Tym bardziej, że nie można wyspać się na zapas albo odespać w lipcu i sierpniu nocy zarwanych w grudniu i styczniu.

Żyjcie ze świadomością, że śpiąc codziennie kilka godzin ponad normę, zmarnowaliście jakieś 200 godzin życia. Co prawda w tym czasie nie da się obejrzeć całego M jak miłość, ale hej! sporo już byś miał za sobą.

Jaskier

Read Full Post »

Wczoraj, a właściwie dzisiaj, bo było już po czwartej nad ranem, skończyłem nierówną walkę z Trylogią husycką Sapkowskiego. I dowiedziałem się, że jest takie bajeranckie wydanie, a ja mam zwykłe. Tyle przegrać.

Seria niezwykle wciąga, gdyby tom trzeci był dłuższy, pewnie zarwałbym nockę, bo ostatnie sto, może sto pięćdziesiąt stron, to zamykanie wszystkich wątków, które śledziliśmy przez wcześniejsze pi razy drzwi tysiąc trzysta stron. I wprost nie można się od tego oderwać.

Sapkowski posiadł niezwykłą umiejętność wrzucania postaci fikcyjnych w samo centrum wydarzeń historycznych, nie zakłamując za bardzo, ale jednocześnie zgrabnie naginając niektóre fakty na potrzeby fabuły.
Głównym bohaterem jest medyk Reinmar z Bielawy zwany Reynevanem, młodzieniec mający tendencje do wpadania w kłopoty. Jako że przyszło mu żyć w czasach historycznych, a lata opisane w cyklu należą do takich bez wątpienia, gdyż dzieje się dużo i szybko, to wplątuje się w konflikt trzęsący całym ówczesnym światem. Wpada w sieć intryg możnowładców, kleru i szpiegów, wielokrotnie ląduje w lochach lub łapach najemnych zbirów, z każdej jednak kabały wychodzi mniej więcej cało.

Równie cenną umiejętnością posiadaną przez autora jest tworzenie barwnych bohaterów. I to nie tylko pierwszoplanowych, ale również postaci epizodycznych, na które Reinmar zupełnie przypadkiem wpada podczas wojaży po Śląsku i Czechach. Naprawdę chciałoby się o tych ludziach dowiedzieć więcej. Giermkowie i szpiedzy, którzy dostają w książce kilka stron, są lepiej zarysowani i bardziej złożeni od książkowego Thorina.

Autor co i rusz popisuje się znajomością tematu, książki naszpikowane są cytatami z Biblii (głównie po łacinie, ale i oryginalne fragmenty się trafiają), religijnymi pieśniami i rubasznymi przyśpiewkami, zaklęciami z epoki. Sapkowski wykazuje się również znajomością średniowiecznej sztuki wojennej, obyczajów, tradycji, a także wiedzą historyczną, popartą, jak wieść niesie, kilkuletnim studiowaniem materiałów w postaci map, kronik, publikacji historycznych i tym podobnych źródeł. Co udowadnia jego profesjonalizm. Podobno ślęczał nad planami miast z epoki, żeby lepiej oddać ducha miejsca. No i oczywiście, jeżeli średniowieczne miasta były brudne i cuchnęły, to jest to w tych książkach podkreślone. Wielokrotnie. Autor nie ucieka od opisywania towarzyszącego człowiekowi od dawien dawna syfu.

Podobało mi się też, choć nie wiem, jakie ma to przełożenie na prawdę historyczną, przedstawienie „sił specjalnych”. Tutaj każda organizacja posiada własną, profesjonalnie działającą siatkę szpiegowską, podwójni agenci czyhają na każdym kroku, naturalne jest zastraszanie, szantażowanie, torturowanie celem zdobycia informacji lub zmuszanie szpiegów wroga do współpracy.

Inteligentna, zabawna, pasjonująca i wciągająca opowieść o przygodzie, wojnie i miłości. Jeżeli podobał Ci się cykl książek o wiedźminie, to Trylogia husycka również przypadnie Ci do gustu. Pod pewnymi względami przygody płatnego zabójcy potworów nawet ustępują tej serii. No i to ponownie świat rządzony przez spiskujących możnowładców, w którym nie ma Dobra i Zła.

Jaskier

Read Full Post »

Hardo!

Jan Hardy to komiks o grupie polskich superbohaterów. Pierwszy zeszyt, jedyny dotychczas wydany (przedsprzedaż kontynuacji już ruszyła), przedstawia jedną akcję oddziału z 1946 roku i to, jak tytułowy bohater wdział mundur, by bronić Polski. Co miało miejsce w 1934 roku, więc zaprezentowane jest w retrospekcji.

Historia jest przyjemna i rozsądnie poprowadzona, sceny z akcji w lesie przepleciono dwustronicowymi retrospekcjami całkiem logicznie, autor nie miota bezmyślnie czytelnikiem między wydarzeniami.

W skład oddziału o kryptonimie R.O.T.A. wchodzi oczywiście Jan Hardy, któremu towarzyszą Źdźbło, Ryży i Danka. Tę czwórkę postaci i ich zdolności poznajemy w pierwszym zeszycie. Określani są mianem Hardych (w miejsce zbyt mejnstrimowych „superbohaterów”).

Tytułowy bohater jest stolemem, czyli, jak się przed chwilą dowiedziałem, istotą z kaszubskiej mitologii. Sprytne. I pomysłowe. Niezwykłą siłę i wytrzymałość czerpie ze swojej niezłomności i siły charakteru. Czyli jest napędzany życiem według hasła Bóg, Honor, Ojczyzna. Co jest w zasadzie czaderskie i wydaje mi się, że ma więcej sensu od genezy mocy Supermana. (Stolem na Wikipedii)
Pozostałych członków oddziału opatrzono jedynie króciutką ramką z tekstem narratora, informującym o kryptonimie i mocy. Ryży potrafi teleportować fragmenty swojego ciała, czyli np. wsadzić głowę do sowieckiej ciężarówki, Źdźbło za pomocą fal radiowych kontroluje roślinność (co jest nieco dziwne), Danka jest natomiast sanitariuszką, co skomentowano hasłem „sklejanie organizmów żywych”. By dowiedzieć się o nich więcej, trzeba będzie zdobyć następne zeszyty, tutaj jedynie wspomniano, że dla Ryżego walka z okupantem to sprawa osobista i chyba coś jest między Źdźbłem i Danką. Ale to chyba.
Zajawka kontynuacji obiecuje powiększenie składu oddziału o kolejnych Hardych, co może nieco niepokoić, bo zespół rozrośnie się już w drugim zeszycie do co najmniej ośmiu osób, a taką liczbę postaci ciężko zaprezentować w tak krótkiej historii.

To, obok wszechobecnych reklam, największa bolączka Jana Hardego. Pierwszy zeszyt jest zdecydowanie za krótki. Jest tu dwadzieścia pięć stron komiksu, dwie z informacjami (wprowadzenie i zapowiedź następnego zeszytu), dwustronny plakat i aż trzy strony reklam. Jasne, promują markę Red is Bad, może się nawet skuszę na którąś z koszulek, ale dlaczego porozcinano nimi komiks? To znaczy wiadomo, reklama dźwignią handlu.

Przyczepię się jeszcze do nadużywania zwrotu „chłopaku”. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby korzystała z niego tylko jedna postać, ale tutaj mówią tak wszyscy. W pewnym momencie robi się to irytujące.

Kreska jest specyficzna, raczej niezbyt szczegółowa, ale niektóre kadry mogą się podobać. Są przykłady gdzieś tam w tekście, sami osądźcie.

Komiks reklamowany jest jako „patriotyczny” i teoretycznie jego zadaniem jest pokazanie Żołnierzy Wyklętych jako superbohaterów walczących z sowiecką okupacją po II wojnie światowej. Pomysł moim nacjonalistycznym zdaniem niezwykle ciekawy i dobry. Ale ja płakałem, gdy zginął Wołodyjowski, więc jest to bardzo subiektywna, przez co niewymierna opinia.

Cena z okładki to 12,90zł, za scenariusz, rysunki i kolor odpowiada Jakub Kijuc. Mnie się podobało i pewnie zamówię następny zeszyt. Pierwszy kończy się zbyt szybko, sprawiając, że chce się więcej.

Jaskier

Read Full Post »

Totalny miszmasz wspomnień, od których łezka się w oku kręci.

Super Mario Bros
Czy muszę tłumaczyć? Niech ta prosta w założeniach gierka symbolizuje wszystkie, w które maniakalnie pocinałem na sprzęcie, którego nazwy nie pomnę (to nie był Pegazus).
Godziny spędzone z łapkami na joystickach w nieustannej obawie, że zasilacz się zapali i wybuchnie pożar. ;)

Kapitan Pazur
Pierwsza gra komputerowa, grałem w nią jeszcze u starszego kolegi, kiedy sam nie miałem tego magicznego sprzętu. Biegasz, starając się przejść przez planszę i nie wpaść do głębokiej wody, w kolce albo pod szable będących na Twoim tropie łotrów. Oprócz pchnięcia bronią białą masz do dyspozycji pistolet, dynamit i magiczne zaklęcie, magiczne zaklęcie było najlepsze. I miało świetny efekt dźwiękowy.
Żeby nie było nudno, plansze są niezwykle różnorodne (lochy, las, wyspa piratów, port), pogrupowane po dwie, na końcu tej drugiej jest walka z bossem, na którego najczęściej trzeba wynaleźć jakiś sposób. Zbieramy różnego rodzaju skarby, najważniejsze z nich są kamienie szlachetne wypadające z pokonanych przeciwników głównych, które pozwolą uzupełnić Amulet Dziewięciu Istnień, który… fajnie mieć? Nie wiem, jakie to ma znaczenie, skoro gameplay jest miodny?

No i – KLIK.

Power Rangers
Mówcie, co chcecie, pierwsza seria rządziła. Byli tam wojownicy w kolorowych kostiumach, potwory, kosmici, czarownice i wielkie roboty. Czy potrzeba czegoś więcej?
Następną serią, z tym motywem ninja, też jeszcze oglądałem, ale potem się pogubiłem. Narobili strasznie dużo pomotanych cyklów albo po prostu z tego wyrosłem, trzeba uwzględnić również tę opcję. Ale pierwsza seria, z podtytułem Mighty Morphin wymiatała. Emitował ją Polsat i w każdą sobotę i niedzielę poranny seans był obowiązkowy.

Pokémon
I nie chodzi tu tylko o serial. To była prawdziwa mania. Oglądaliśmy tę kreskówkę, zbieraliśmy żetony, przejedliśmy dla nich tony czipsów i chrupków.
Później wielokrotnie próbowano powtórzyć sukces wyklętych przez ks. Natanka kieszonkowych potworków, ale moim zdaniem nie udało się tego dokonać nikomu. Te wszystkie bajki ze stworami wychodzącymi z kart albo kręcących się dysków nigdy nie zyskały statusu Pokemonów. My byliśmy już za duzi, młodsze dzieci miały już komputery i Internet.

Żołnierzyki

Ale nie te plastykowe, które przywędrowały z Zachodu. Po tacie i stryjkach odziedziczyłem wielką skrzynię ręcznie malowanych kowbojów, żołnierzy, Indian i rycerzy. Google Grafika zawiera mnóstwo archiwalnych zdjęć z Allegro, więc musiały być bardziej popularne, niż przypuszczałem.

Figurki dinozaurów

Dinozaury rządziły. Pewnie dlatego pierwsi Power Rangers mieli prehistoryczne zordy. Do tej pory mam wszystkie moje dinozaurowe figurki w pudełku u brata w pokoju.
Jak teraz się nad tym zastanawiam, to trochę dziwne. Bo jak można się bawić samymi dinozaurami? Co może być w tym niezwykłego? Oczywiście przestają być nudne w momencie, w którym okazuje się, że na triceratopsa można posadzić ręcznie malowanego hetmana Chmielnickiego, a pteranodonowi (tak, wiem, że nie jest dinozaurem) da się zamocować karabin.
Klimacik, jak w Paraworld.

LEGO
Obecne w moim życiu odkąd pamiętam. Dosyć dosłownie, najstarsze, zamglone wspomnienia dotyczą otwierania zestawu 4128.
Potem męczyłem oczy, przeglądając katalogi i ucząc się ich na pamięć. Miałem szczęści, bo udało się zebrać całkiem sporo zestawów, jak na polskie standardy. Oczywiście najukochańszą serią było Adventurers, widocznie inspirowane filmami o Indianie Jonesie. Niestety nie załapałem się na pierwsze trzy podserie, gdyż pierwsza wystartowała, gdy miałem trzy lata. Ale już z czwartej i niestety najprawdopodobniej ostatniej zdobyłem całkiem sporo zestawów. Co było świetne. Klocki potrafiły po zabawie leżeć w całym pokoju. Aczkolwiek zawsze dokładnie sprzątałem, bo dla mnie było nie do pomyślenia, że ktoś miałby chować je albo w ogóle jakiekolwiek inne zabawki za mnie.

Obecnie usilnie i nieprzerwanie pracuję nad powiększaniem kolekcji i bawię się także w modelowanie. Moje zabawki można paczeć TU lub TU. Jeśli ktoś ma ochotę. Nie ma szału, ale postępy są dostrzegalne.

No, to by było na tyle. Tak to mniej więcej wyglądało i będzie wyglądać, bo nie mam zamiaru udawać, że te wszystkie rzeczy, o których pisałem przestały mnie bawić.

Jaskier

Read Full Post »

Magiczne i niezwykłe czasy, w których potrafiłem w piąteczek po szkole szorować do dwóch bibliotek, przynosić z każdej po plecaku książek i po dwóch tygodniach powtarzać tę czynność niestety minęły. Dzisiaj wszystkie interesujące mnie książki sprowadzam sobie przez księgarnie i kupuję. Proste rozwiązanie, dzięki temu mam je zawsze pod ręką. O ile jestem w domu. Zazwyczaj jednak jestem, więc nie ma problemu.

Kiedy czytałem wymienione poniżej książki, dochodziło do paradoksalnych sytuacji, w stylu gaś to światło o godzinie jedenastej w nocy. To powinno wyjaśnić, jakim typem dziecka byłem. Wiecie, kiedy koledzy biegali pod blokiem za nadmuchanym balonem w skórzanej powłoce, ja dosłownie wolałem siedzieć z nosem w książce. Właściwie to mi do tej pory zostało.

Nie przedłużając, będą głównie całe serie, bo czytałem je dosyć dawno i ciężko byłoby mi wskazać kilka konkretnych tytułów.

Książki popularno-naukowe z serii Monstrrrualna erudycja i Strrraszna historia
Dwie serie, które prawdopodobnie nauczyły mnie więcej od wszystkich lekcji biologii i geografii, na których byłem. Dzięki jednemu tomowi dostałem kiedyś szóstkę z historii. Tematyką obejmują właściwie wszystko od cywilizacji Majów, przez anatomię człowieka, zagadnienia z zakresu matematyki, po loty kosmiczne. Dosłownie wszystko, co mogłoby zainteresować uczące się dziecko. Dodatkowo podane w przystępny, zabawny sposób. Serio, przeczytałem mnóstwo książek popularno-naukowych, ale żadna z nich nie umywała się poziomem do tych dwóch serii. Po prostu było w nich coś, co przyciągało i kazało ściągać z bibliotecznej półki kolejne tomy.
Oprócz samych tekstów zawierały dużą ilość humorystycznych ilustracji, quizy, krótkie komiksy, fragmenty wierszowane i takie stylizowane na wycinki z prasy.

Obok głównych serii wyrosły poboczne – Złota dziesiątka, której każdy tom zawiera dziesięć historii przedstawionych w charakterytyczny dla serii sposób, utrzymana w podobnym stylu i tym samym formacie oraz kilka w rodzaju albumów, z tego mam Historyczny miszmasz oraz Okrutne annały.
Ogólnie mam tomy: Legendy Irlandii, Nieznośna niepodległość, Nieustraszeni odkrywcy i Koszmarne bajeczki, więc jedynie ułamek wszystkich u nas wydanych.

Seria książek Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego
Seria dziewięciu książek opowiadających o Tomku Wilmowskim, nastoletnim chłopaku, który ze znajdującej się wówczas w zaborze rosyjskim Warszawy wyrusza w podróż do Australii, a potem w zasadzie w każde inne ciekawe miejsce na Ziemi. Towarzyszy bowiem ojcu, notabebe uciekającemu przed represjami, który zawodowo zajmuje się łapaniem dzikich zwierząt do cyrków lub menażerii. Jak to mogłoby mi się nie spodobać?
Tomek jeździ po świecie i przeżywa przygody, jakich nie powstydziłby się Indiana Jones. Walczy z Indianami w obu Amerykach, przemierza pustynie, góry i dżungle, ba! poluje na yeti.
Wciągająca przygoda we wspaniałych plenerach najdzikszych miejsc na świecie.

Seria książek o Harry’m Potterze

Nie mogę powiedzieć, że seria pani J.K. Rowling nauczyła mnie czytania książek, ale „Jeśli sądzisz, że w dobie komputerów(…)” etc.
Zacząłem czytanie od czwartego tomu, no bo hej! przecież widziałem już trzy pierwsze filmy. Najprawdopodobniej było to w czwartej klasie podstawówki. Potem przeczytałem tom piąty, w międzyczasie dostałem od wujka (którego pozdrawiam) komplet od pierwszej do piątej części, bo raz w rozmowie napomknąłem, że jest problem z dostaniem Zakonu Feniksa w szkolnej bibliotece. Wiecie, jeden egzemplarz na szkołę, zapisy do kolejki, te klimaty. Zacząłem więc czytać od początku i wpadłem. Tom szósty miałem przed oficjalną premierą w Polsce, sprzedali mi w księgarni bez paragonu, tom siódmy kupiłem zaraz pierwszego dnia i przeczytałem w ciągu doby. W ogóle mój rekord czytania tej serii wynosi trzynaście dni. W trakcie roku szkolnego, więc nołlajfienie nad książkami całe dnie odpadało. Podejrzewam, że byłbym w stanie skrócić ten czas o połowę, ale niezbyt mi się chce. Może kiedy kupię sobie nowe wydanie, okładki są naprawdę świetne.
Dzisiaj już trochę nie kupuję tego całego „dorastania” z czytelnikiem. Seria stała się mroczna na siłę, niestety. Gołym okiem widać, że autorka nie zaplanowała całej tej historii od początku. Niektóre postacie umierają, niby jest nam przykro z tego powodu, ale tak naprawdę nie wynika z tego absolutnie nic.
Prawdę powiedziawszy, wolałbym serię książek o nastoletnim czarodzieju, który jedynie chodzi do szkoły i czasem łamie regulamin. Serio, moje ulubione sceny to te obyczajowe, Harry nieudolnie próbujący podrywać dziewczyny, odrabianie lekcji na odwal się. Po co nam ratowanie świata?

Książki Juliusza Verne’a

Jego czytał każdy. Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi W osiemdziesiąt dni dookoła świata to przecież klasyka. Ale jest masa książek tego autora, która nie stała się tak popularna – Pięć tygodni w balonieRobur Zdobywca, Północ kontra PołudnieNapowietrzna wioska. Zawsze imponowało mi to, że Verne potrafi pisać o żegludze, antropologii, balistyce, podróżach kosmicznych i silnikach parowych. Może nie miało to przekładu na prawdziwą naukę, ale who the fuck cares?

Przygody Trzech Detektywów
Trzech chłopców ze słonecznej Kalifornii zajmuje się rozwiązywaniem zagadek mocno w stylu tych z kreskówek Scooby-Doo. Mają tajną bazę Z SEKRETNYMI WEJŚCIAMI ukrytą na złomowisku, czy może być coś lepszego, gdy ma się te dziesięć lat?
Każdego z nich wyposażono w oryginalne umiejętności i osobowość. Jupiter jest genialnym detektywem, Pete to typ sportowca i chwała autorom cyklu za to, że nie zrobili z niego głupka, Bob natomiast, mający dryg do wyszukiwania informacji, potrafi załatwić dostęp do archiwum miejscowej gazety.
Niezwykłe przygody wciągnęły mnie w podstawówce, gdy bibliotekarka zaproponowała Tajemnicę jęczącej jaskini. Potrafiłem przeczytać jedną część w wieczór (nie były zbyt grube, jakieś dwieście stron z haczykiem). Raz czytałem, bodajże Tajemnicę srebrnego pająka, przy świetle z zegarka. Poddałem się po rozdziale.
Zagadki naprawdę potrafiły zaintrygować i zmusić do samodzielnego myślenia, no i były interesujące. Chłopcy zajmowali się bowiem szepczącą mumią, papugami, które mówiły wierszem, UFO, duchami, badali nawiedzone domy oraz rozwiązywali afery z działami sztuki w rolach głównych.
Spory kawałek mojego dzieciństwa.

Seria książek o przygodach Pana Samochodzika
Cykl powieści przygodowych o facecie, który zaiste jest polskim Indianą Jonesem. W dodatku ma samochód, który potrafi pływać… czyli amfibię…  wtedy robiło to na mnie niesamowite wrażenie. Do diabła! do tej pory robi.
Książki te pokazały mi, że nawet w naszym kraju można przeżyć niesamowitą przygodę. Albo raczej napisać książkę o kimś, kto te przygody przeżywa.
Po śmierci Zbigniewa Nienackiego, który jest twórcą tej postaci, kontynuowano spisywanie przygód bohatera, ale nie mam pojęcia, z jakim skutkiem.

Władca Pierścieni
Wiedzieliście. Tolkien jest jak człowiek, który od nowa napisał Biblię, Iliadę, OdysejęEpos o Gilgameszu. Sam. To właśnie zrobił Tolkien. Można powiedzieć, że bez niego fantasy nie stałaby się gatunkiem na tyle ważnym, by mieć swoją półkę w Empiku.

Cóż, to by było na tyle na dzisiaj. Jutro napiszę o całej reszcie… dziwnych… różnych… takich, które kształtowały moją zrytą psychikę.

Jaskier

Read Full Post »

Uściślijmy coś – ja wciąż się czuję dzieckiem. Dosyć mocno, co nie powinno dziwić, zważywszy na fakt, że w moim pokoju najwięcej jest pudełek, pudełeczek i szufladek z LEGO.
Jednak był taki okres w moim niezbyt ciekawym i ogólnie żenującym życiu, który różnił się od tego, który sobie jest teraz. Skończył się tak pi razy drzwi jesienią anno Domini 2009, więc filmy, o których będzie mowa, widziałem dużo wcześniej, kiedy miałem pięć lub sześć lat. To znaczy większość, niektóre obejrzałem później.
Możecie to potraktować jako coś w rodzaju Top 10 filmów, które widziałem wtedy i wciąż mi się podobają. Ułożenie niekoniecznie odpowiada temu, że któryś z tych filmów lubię bardziej, po prostu w jakiejś kolejności musiałem je przedstawić.
Sprzedawanie się w Internecie, ale będzie klików.

Od dzisiaj każdorazowe wytłumaczenie tępemu dwunastolatkowi, że się nie zna, bo jest tępym i niedojrzałym mentalnie dwunastoletnim szczylem mam prawnie usankcjonowane, mogę kupić w sklepie alkohol i nie kłamię, gdy klikam tak, mam ukończony 18. rok życia.

Ace Ventura: Psi detektyw
Jim Carrey jest tym typem aktora, którego albo się nie cierpi, albo bardzo się ceni. Jak łatwo się domyślić, należę do tej drugiej grupy i najprawdopodobniej odpowiada za to właśnie ten film i jego kontynuacja.
Zawsze podobało mi się pajacowanie głównego bohatera, w postaci zwariowanego genialnego detektywa Carrey świetnie się odnalazł. Ciężko wyobrazić sobie kogoś innego w tej roli.
Niestety ktoś wpadł na pomysł nakręcenia filmu o synu Ace’a. Ech… Na szczęście wciąż możemy cieszyć się dwoma oryginalnymi produkcjami.

Wyspa skarbów

Widziałem późniejsze adaptacje powieści Stevensona (m.in. kosmiczną wersję Disneya i niemiecką, nie oglądajcie tej niemieckiej) i żadna nie przypadła mi do gustu do tego stopnia, co ta z 1990 roku. Przepiękne plenery i porywająca, wartka akcja. Dowód na to, że film o piratach może być świetny bez chodzących szkieletów i ludzi-ośmiornic. W dodatku głównego bohatera gra Bale, a nie Bloom.
No i dzięki tej produkcji zapoznałem się z oryginałem.

Mali żołnierze
Film o zabawkach, które ożywają, bo „genialni” twórcy użyli do produkcji wojskowej technologii. Plastykowi żołnierze wychodzą z pudełek z zamiarem urządzenia rzezi swoim pokracznym wrogom, oczywiście w konflikt wplątują się ludzie. Mi ogląda się to przyjemniej od Transformers.
Co prawda ludzie w tym filmie troszkę za łatwo kupują fakt, że zabawki ożyły, ale sekwencje uzbrajania się komandosów w narzędzia, scyzoryki i artylerię zmontowaną ze zszywaczy, pił motorowych i kosiarek wciąż bardzo mi się podobają. W tle jest jeszcze wątek chłopaka-sieroty, głównego bohatera, nierozumianego przez rodziców i beznadziejnie zakochanego w uroczej sąsiadce. I, niespodzianka! na końcu są parą.
Uwielbiałem ten film do tego stopnia, że przynosiłem go z wypożyczalni kilka razy. Dzisiaj mam w związku z tym pewną teorię.
No i jest tu muzyka Led Zeppelin. I Spice Girls.

Kto wrobił Królika Rogera

Komedia kryminalna, w której detektyw rozwiązuje sprawę tytułowego bohatera kreskówki. W tym filmie wszystko jest świetne, nawet dzisiaj ogląda się go z przyjemnością. Bohaterów da się lubić, detektyw Valiant się czegoś uczy, animacja wciąż trzyma poziom (w końcu był Oscar za efekty specjalne), czarny charakter jest przyjemnie karykaturalny, a Charles Fleischer robi niesamowitą robotę, dubbingując Rogera. Poza tym w tej produkcji pojawia się masa kultowych postaci z kreskówek.
Bije na głowę inne filmy, w których obok aktorów grają postacie z kreskówek.

Batman
Film będący w czołówce adaptacji komiksów o Mrocznym Rycerzu i adaptacji komiksów w ogóle. Świetny Keaton, genialny Nicholson, do tego kultowa już dziś ścieżka dźwiękowa Danny’ego Elfmana. Zresztą, każdy go przecież widział. Dzięki temu filmowi nagle okazało się, że historyjki o facetach w rajtuzach wcale nie muszą być tylko dla dzieci. Oczywiście, gdyby nie powstał, znalazłby się inny, który przetarłby szlak dla filmów o superbohaterach, jednak to głównie jemu zawdzięczamy rozkwit filmów superbohaterskich.
KLIK

Powrót do przyszłości
Kolejny banał na tej liście, lepiej przywyknijcie. Świetne trzy filmy, interesujący bohaterowie, których przygody chce się śledzić. Zedcydowanie Spielberg wie, jak się robi kino rozrywkowe.

Gwiezdne wojny
Dzisiaj widzę, że Nowa Trylogia nie umywa się do starszych filmów (Anakin jako beksa? lepiej jest przedstawiony w serialu animowanym; no i Jar-Jar).
Gwiezdne wojny wciąż mają silny wpływ na popkulturę, swego czasu wpłynęły również na sposób kręcenia filmów (to między innymi dla tej serii ukuto termin Kino Nowej Przygody). Same w sobie niewiele różniły się od tego, czym było kino science fiction przed ich pojawieniem się (tylko w odpowiednim powiększeniu), ale sukces sagi Lucasa wpłynął na rozwój tego gatunku (bo hej! wszyscy chcieli mieć filmy o kosmosie).
Jednocześnie to rodzaj baśni, historii o walce Dobra ze Złem, która została jedynie osadzona w futurystycznych realiach. Coś pięknego.

Park jurajski
Zakatowałem kasetę, na której miałem nagrany ten film, w międzyczasie wybłagałem wypożyczenie kontynuacji w wersji z napisami, choć jeszcze nie potrafiłem czytać. Wciąż jest świetny, o czym można się było przekonać w tym roku w kinie, gdyż z okazji okrągłej rocznicy zrobiono wersję czyde.
Więcej o niej i filmie jako takim TU.

Władca Pierścieni

Filmy, na które ludzie czekali latami.
Dla mnie były bramką do fantasy jako gatunku. Pamiętam, że zobaczyłem scenę narady u Elronda i zapytałem Tatę, co ogląda, a on odpowiedział, że pewnie mi się nie spodoba. To było VHS-owe wydanie Drużyny Pierścienia. Miałem wtedy sześć lub siedem lat i jeszcze nie do końca ogarniałem, więc na ostatniej scenie dziwiłem się, że jeszcze nie wygrali.
Niesamowita, epicka, trwająca ponad jedenaście godzin przygoda. Dla mnie ważna również dlatego, że od niej zaczęła się fascynacja magicznymi światami, elfami, smokami i całą resztą.

Indiana Jones

Kiedy byłem dzieckiem… takim mniejszym… to chciałem być archeologiem. Oczywiście za sprawą Indiany Jonesa. Seria ta na długie lata uczyniła Harrisona Forda moim ulubionym aktorem. Znam te filmy na pamięć, ale wciąż oglądanie ich daje masę frajdy. Jeśli będzie kiedyś jakaś lista w stylu Top 17 postaci z filmów, to Indy powalczy o podium.
Niestety czwarta część miała kosmitów i zdecydowanie za dużo efektów robionych na kompióterze. I LaBeoufa. Nie wpłynęło to jednak na postrzeganie poprzednich filmów.

Cóż, to koniec. W sensie tego zestawienia.
Postanowiłem streścić się do dziesięciu filmów. Na jutro planuję podobną listę, tym razem książek, które wtedy odgrywały istotniejszą rolę, czytałem więcej, dzięki temu, że nie miałem Internetu. Albo inaczej, czytałem więcej książek. Potem chciałbym jeszcze napisać obszerniejsze zestawienie obejmujące pozostałe dziwne rzeczy, w tym seriale, gry, zabawki i mody(?), którym masowo ulegały dzieciaki z mojego bloku, w tym oczywiście ja.
Dlaczego?
Bo mogę. Bo gdzieś tam jest już piąta. Bo być może pozwoli to czytelnikowi lepiej zrozumieć, czym się kieruję, pisząc o tym wszystkim, o czym tutaj piszę.

Także więc do jutra.

Jaskier

Read Full Post »

Nie wiem, co jest w tych ich piosenkach, że mi się tak bardzo podobają.

To znaczy na tyle, na ile tego typu wesoła i nieskrępowana twórczość może się podobać.
Jak zwykle prymitywnie i radośnie, czego więcej potrzeba do wakacyjnego kawałka? Nawet do dziewczyn z teledysku nie można mieć zastrzeżeń.

Mam również wniosek zupełnie niezwiązany z tym kawałkiem i jego wykonawcami. W PZU świetnie się czyta. Jest klimatyzacja i zasadniczo wszyscy mają Cię w dupie, więc śmiało można przynieść książkę i oddać się tam lekturze. Jeśli się kiedyś nad tym zastanawialiście, to teraz już znacie odpowiedź.

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »