Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Tom Hiddleston’

Kong: Skull Island to fabularyzowany paradokument potwierdzający teorię pustej Ziemi, zamieszkanej wewnątrz przez gigafaunę. Jest to kolejny film z serii takich hitów jak: Mega Shark, Mega Shark vs. Crocosaurus, Mega Shark vs. Giant OctopusMega Shark vs. Mecha Shark i wielu, wielu innych.
Nurt ten został zapoczątkowany przez francuskiego pisarza, niejakiego Julesa Gabriela Verne’a w jego powieści Podróż do wnętrza Ziemi.

Tym razem jednak z produkcją związane były o wiele większe pieniądze, a co za tym idzie – w obsadzie pojawiają się prawdziwi aktorzy, a efekty specjalne nie wyglądają jak robione na zaliczenie projektu z grafiki komputerowej w noc przed terminem wysłania plików do prowadzącego. W końcu Hollywood postanowiło spojrzeć prawdzie w oczy i pokazać światu, że tak naprawdę nie ma żadnego płynnego jądra, a wnętrze Ziemi zamieszkane jest przez nieznane ludzkości gatunki zwierząt.

Są takie produkcje, od których nie oczekujemy wiele więcej poza potężną dawką rozrywki i radochy z rozwałki dziejącej się na ekranie. Jeśli akcja jest spektakularna, to jesteśmy w stanie wybaczyć sztampową, przewidywalną fabułę a także postacie, które są najczęściej archetypowe i marginalizowane. Tego typu produkcji na pęczki jest w każdym koszu z przecenionymi tytułami direct to DVD dostarczonymi widzom głodnym wrażeń przez SyFy czy kogoś tego pokroju.
Odnoszę jednak wrażenie, że ostatnimi czasy wraca moda na wysokobudżetowe produkcje z wielkimi stworami. Niech no wymienię kilka tytułów z ostatnich lat – Pacific Rim, Jurassic World, Godzilla Garetha Edwardsa*, tegoroczne Power Rangers (mam nadzieję). No i Kong: Skull Island, który z wymienionych tutaj podobał mi się najbardziej. Środek ciężkości w tej produkcji położony jest tam, gdzie położony być powinien – na monstrualnych rozmiarów potworach, w starciu z którymi ludzie nie mają najmniejszych szans.

Przez ekran przewija się cała plejada stworów**, które między sobą mogą walczyć, ludziom natomiast pozostaje tylko ucieczka lub nędzne próby zakończone niechybną śmiercią. Co więcej – zdecydowana większość tych scen dzieje się w dzień. I nie pada. Widzimy Konga naparzającego z pięści te jaszczuro-węże, widzimy jak wielka kałamarnica próbuje go utopić, nic nie jest ukryte w mroku albo strugach deszczu. To był chyba mój największy problem z Pacific Rim – tam wszystko działo się w nocy w czasie ulewy. No i jest tego naprawdę dużo, widać, że twórcy chcieli i mogli zrobić film z potworami. Kong, nie licząc prologu, pojawia się zaraz po przybyciu ekspedycji ludzi na wyspę. Nie jest chowany przed widzami przez kilkadziesiąt minut, jak miało to miejsce w wersji Jacksona albo jak Godzilla w… Godzilli.
Ten element filmu, stanowiący jego filar, został zrobiony na piątkę z plusem. Myślę, że warto wybrać się do kina tylko po to, by zobaczyć ten spektakl przerysowanej brutalności. A właśnie – zapomniałbym – wszystkie starcia, włącznie ze strzelaniem do Konga i innych stworów z karabinów – to wygląda jak jakaś kreskówka. W tym sensie, że na przykład Kong bierze takie wielkie drzewo i rozbija je na drzazgi, uderzając nim o głowę potwora. A ten nic i dalej walczą. Albo żołnierze strzelają serią i widać, że ranią stwora, ale on nic sobie z tego nie robi i dalej szarżuje. To trochę wygląda tak, jakby czyjś syn bawił się figurkami dinozaurów i żołnierzykami, ktoś to zobaczył i stwierdził, że zrobi z tego wysokobudżetowy film.
Osobiście kupuję to w stu procentach, przyjmuję z całym dobrodziejstwem inwentarza. Taka przerysowana, niemalże karykaturalna estetyka jest cudowna, idealnie pasuje do tego filmu i w ogóle całego gatunku.

Napisałem, że postacie ludzkie są marginalizowane i to jest prawda. Stanowią one przede wszystkim połączenie dla widza – ludzie przybywają na wyspę ze świata nam znanego do zupełnie nowego ekosystemu, razem z nimi zachwycamy się i trwożymy podczas poznawania go. Każdy z bohaterów ma jakąś rolę do odegrania, nawet jeśli polegać ma ona na byciu pożartym przez jakiegoś potwora.
Wybija się Samuel L. Jackson. Po seansie napisałem na fanpejczu, że Kong wjechał jego bohaterowi na i tak już podminowaną ambicję. No i jebło.
Aktor gra tutaj bowiem dowódcę z Wietnamu, któremu przed powrotem do domu zostaje przydzielona misja eskortowania badaczy na wyspę. Powierzone mu zadanie traktuje bardzo poważnie i z pewnych – dość oczywistych – powodów ukatrupienie Konga staje się dla niego osobistym celem, który ma mu wynagrodzić porażkę USA w Wietnamie. Przez cały czas narasta w tej postaci obłęd. Nie potrafi odpuścić, dać za wygraną, a to staczanie się w objęcia manii i szaleństwa trąci trochę Jądrem ciemności albo, idąc tropem czasu i miejsca akcji, Czasem Apokalipsy.

Powyższe dwa, dosyć rozbudowane, fragmenty wiążą się z rzeczą, o jakiej chciałem wspomnieć. Nie ma tutaj żadnego holenderskiego żeglarza, który przekazuje komuś mapę wyspy. Nie – ludzie namierzają ją dzięki rozwojowi technologii, satelita robi zdjęcie i w ten sposób poznają jej położenie. Lecą na wyspę i zrzucają materiały wybuchowe, by badać podłoże skalne pod nią, krótki fragment z żołnierzami przywodzi z kolei na myśl jakiś Top Gun – jesteśmy silni, jesteśmy potężni – zdają się krzyczeć sceny na lotniskowcu, zmontowane do chwytliwej piosenki. Piosenka gra również podczas „badania” wyspy, wyszczerzone zęby pilota bojowego śmigłowca nasuwają na myśl jeden cytat – „Uwielbiam zapach napalmu o poranku”.
W tym kontekście, całej tej technologii, którą się tak pysznimy i z której jesteśmy dumni, słabość ludzi w starciu z którymkolwiek ze stworów daje do myślenia, czyż nie?

Na zakończenie jeszcze łyżka dziegciu w tej beczce miodu. Trzy ceny, które mi się nie podobały, które wybijały nieco z rytmu:

  • Śmierć naukowca:
    • W pewnym momencie bohaterowie zostają zaatakowani przez latające stwory i jedna z postaci zostaje przez nie porwana w powietrze i rozerwana na strzępy.
  • Szarża Toma Hiddlestona w slow motion:
    • Strasznie kiczowaty moment, gdy bohater brytyjskiego aktora biegnie z maską przeciwgazową i kataną, przedzierając się przez stado tych samych latających potworów, by uratować żołnierza.
  • Bohaterska śmierć, by opóźnić atak potwora:
    • Podczas ucieczki przed jaszczuro-wężem jeden z żołnierzy zostaje z tyłu, wyciąga granat i chce się poświęcić, by pozostali zyskali na czasie. Nic z tego jednak nie wychodzi, gdyż potwór jednym uderzeniem wyrzuca go daleko na jakieś skały i dopiero tam granat wybucha.

***

A teraz tak na sto procent poważnie – fabuła tego filmu jest pretekstowa, postacie może niezbyt skomplikowane, ale dzięki utalentowanym aktorom wyraziste i dające się lubić, natomiast to, co jest najważniejsze w tego typu filmach – widowiskowe starcia gigantycznych potworów – są złotem. Czego więcej nam potrzeba? :D

***

*Linki do moich tekstów dotyczących tych filmów:
Pacific Rim
Jurassic World
Godzilla

**Wszystkie zostały pokazane w zwiastunach. Liczyłem na to, że zostawili chociaż jednego na deser.

Jaskier

Read Full Post »

Podsumowanie rozrywkowych filmów z premierą w 2013 roku czas zacząć.
Przypominam, że wymienione filmy nie są i raczej nie starają się być ambitne, miały po prostu dostarczyć masę frajdy i – moim zdaniem naturalnie – podołały temu, jak wiemy, niezwykle trudnemu zadaniu.

Zapraszam. Kolejność wg polskiej premiery.

Django
Niemalże trzy godziny filmu o kowbojach. Pomimo tego, seans ani przez moment się nie dłuży. Tarantino napakował do tego filmu mnóstwo wątków i postaci, mimo to, nie mamy wrażenia, że scenarzysta w trakcie pobłądził. Co więcej, sami również nie jesteśmy w stanie pogubić się wśród tych kilku świetnie zarysowanych i zagranych bohaterów, których perypetie obserwujemy.
Oglądałem go kilkukrotnie i nie jestem w stanie przyczepić się do czegokolwiek.
Trochę więcej o tym filmie.

Hansel i Gretel: Łowcy czarownic
Przed seansem miałem pewne obawy – że pałka się przegnie i film okaże się spektakularną klapą. Wbrew temu, wyszło bardzo dobrze, to znaczy mi się podobało, co związane jest z tym, że takie klimaty są bardzo w moim guście. Oprócz uczciwie wykonanych efektów specjalnych (w tym również nieco tych oldskulowych) dostajemy momenty komediowe i Gemmę Arterton w skórzanych gorsecie. Czego chcieć więcej?
Granica dobrego smaku nie została przekroczona i Hansel i Gretel bawią o wiele lepiej od Nieustraszonych bracia Grimm.
Trochę więcej o tym filmie.

Olimp w ogniu
Powrót uczciwego kina z twardzielem w roli jednoosobowej armii. Gdy Biały Dom zostaje opanowany przez terrorystów, jedynie były agent Secret Service może uratować prezydenta, kraj i świat.
Nie ma sensu się oszukiwać – Olimp w ogniu miał być filmem o facecie, zabijającym wrogów na różne sposoby i jako taki sprawdza się fenomenalnie. Nie stara się być pastiszem tego typu produkcji, nie popada w pretensjonalność (a w filmy z zagrożonym prezydentem USA wykazują taką tendencję) i z każdym wystrzelonym pociskiem bawi niczym Predator lub Terminator .
Trochę więcej o tym filmie.

Riddick
Ponad dekadę temu miał premierę pierwszy film z Riddickiem w roli głównej. Pitch Black opowiadało historie grupy ludzi, którzy rozbili się na niezamieszkałej planecie i sytuacja zmusiła ich do walki o przetrwanie.
Kontynuacja była absolutną pomyłką i pierwsze sceny ubiegłorocznego filmu korygują wprowadzone przez nią błędy. Co czyni Kroniki Riddicka całkowicie bezsensownymi, bo główny bohater wraca do punktu wyjścia. Ponownie ma mocno przewalone i musi podjąć wysiłek, by przeżyć.
Cały film jest właściwie o tym i pod względem wymowy przypomina postać rodem z kreskówki, rozwalającą kamień o własną głowę, by udowodnić, jaka jest silna i twarda. W tej produkcji to się sprawdza, to po prostu jeden wielki festiwal porównywania zawartości testosteronu we krwi.

Thor: Mroczny świat
Malowniczo przedstawiony Asgard, prawidłowo poprowadzony rozwój relacji Thor – Loki, efekty specjalne z najwyższej półki, niesamowicie klimatyczne projekty uzbrojenia Mrocznych Elfów – to wszystko sprawia, że Thor: Mroczny świat minimalnie wyprzedza trzecią część Iron Mana.
No i ma najlepsze cameo w dziejach ekranizacji komiksów.
Trochę więcej o tym filmie.

Tak to właśnie wygląda. Przypominam, że to moje typy i możecie mieć własne zdanie* na temat ubiegłorocznych rozrywkowych filmów. Jeśli tak jest, proszę, podzielcie się nim w komentarzach, chętnie poczytam, co Wam przypadło szczególnie do gustu.

Nominacje kontynuowane będą jutro i być może pojutrze.

Jaskier

*Tak długo, jak nie jest inne od mojego.

Read Full Post »

Thor: Mroczny świat zamknął temat filmów o superbohaterach w 2013 roku. Całe szczęście prezentuje się całkiem nieźle, a przede wszystkim nie powiela błędu części pierwszej – fabuła nie pędzi na złamanie karku.

Po wydarzeniach z Avengers Jane Foster nie ustaje w próbach skontaktowania się z Thorem. Jak na panią astrofizyk przystało, robi to za pomocą naukowych metod, co jest bardzo fajne i pasuje do tej postaci. Niestety jej działanie sprowadza na wszystkie światy śmiertelne niebezpieczeństwo, heros zabiera więc ukochaną do Asgardu, zakładając, że tam łatwiej uda mu się dowiedzieć, co zagraża Dziewięciu Królestwom.
Czyli osiągnęła sukces – Thor przybywa do Midgardu specjalnie dla niej.

Na scenę wkraczają złowrogie Mroczne Elfy, których przywódca ma genialny plan zniszczenia Wszechświata. Albo raczej wypaczenia go. Mniejsza z tym. Niestety, to typowy nieokazujący emocji zły na wszystkich i wszystko facet, który w ogólnym rozrachunku wypada słabo. Natomiast projekty najróżniejszej maści latadeł wykorzystywanych przez jego armię to prawdziwy majstersztyk. Na widok majestatycznie złowieszczych statków kosmicznych pomyślałem sobie, że gdyby Sarumanowi odbiło jeszcze bardziej, to przerobiłby Orthank właśnie na coś takiego.

Nijakość Malekitha pozwala ponownie brylować granemu przez Hiddlestona Lokiemu, z którym zmuszony jest współpracować główny bohater. Co ciekawe, w parze z Thorem potrafił stworzyć całkiem zabawny duet. Nie było czegoś takiego w poprzednich filmach, tę nowość zdecydowanie należy potraktować jako zaletę filmu.

Nie rozumiem natomiast, dlaczego Odyn został tu przedstawiony jako wiecznie niezadowolony ojciec. Nieustanie zaprzecza i na nic nie pozwala, moim zdaniem to największa wada tego filmu. Wrzucony na odwal się sposób na utrudnienie sytuacji bohaterów.

Świetnie za to wypada zbzikowany profesor Selvig. Po tym jak w Thorze wyszło na jaw, że teorię światów równoległych odkryli wikingowie, a w Avengers asgardzkie bóstwo kłamstw zrobiło mu pranie mózgu, jego problemy z psychiką nie powinny dziwić. Zastanawiam się, czy podobne konsekwencje czekają Hawkeye’a.

Tłuczenie wypada bardzo dobrze – motyw koniunkcji światów wywołujący anomalie transportujące bohaterów między poszczególnymi Wszechświatami był kapitalnym pomysłem i został wykonany perfekcyjnie, dając pole do popisu scenarzystom i umożliwiając zrealizowanie naprawdę ciekawie i spektakularnie wyglądających walk. Aczkolwiek moją ulubioną jest scena na początku filmu, kiedy to Thor i armia Asgardu powstrzymują buntowników.

Hej! i niespodzianka – kosmici nie atakują Nowego Jorku. Nie atakują nawet Ameryki! Ich celem jest centrum anomalii znajdujące się w Londynie.

Można zadać pytanie, gdzie było S.H.I.E.L.D., kiedy doszło do ataku, aczkolwiek było to raptem kilkanaście ostatnich minut, pozostała część akcji ma miejsce daleko poza Ziemią. Podobno nawiązanie do tego jest w którymś z odcinków serialu o agentach tej organizacji, więc może tam wyjaśni się, dlaczego Fury nie kazał reagować.

Generalnie film przypadł mi do gustu. Ma rewelacyjne momenty, chociaż nie ustrzegł się drobnych błędów, jednakże nie przeszkadzają one w odbiorze całości. Pierwszoplanowa ekipa daje popis, można się pośmiać oraz napatrzeć na elegancko zrealizowane sceny akcji. Czyli Thor: Mroczny świat ma wszystko, co powinna mieć adaptacja komiksu.

Jaskier

Read Full Post »

Zwiastun ma wszystko, co mieć powinien – Natalie Portman, Lokiego, odrobinę scen, które można podsumować jedynie tekstem FUCK YEAH!, a także kilka zabawnych. Nie jest źle. Widać również znacznie więcej, niż na wypuszczonym kilka miesięcy temu teaserze.

Malekith ucieka z więzienia lub zmartwychwstaje, coś w ten deseń, zbiera swoich pobratymców i planuje zrobić z dupy jesień średniowiecza wszystkim dziewięciu światom. Atakuje Midgard (czyli nasz świat, gdyby ktoś był niezaznajomiony z mitologią nordycką i nie chciało mu się szukać w internetach, to tłumaczę). Thor przybywa, by zrobić to, co superbohaterom wychodzi najlepiej, czyli uratować sytuację.

Bohater zabiera Jane Foster do Asgardu, wyciąga Lokiego z więzienia, potem najprawdopodobniej walka przeniesie się do innego ze światów, żeby było bardziej kolorowo, widać, że film podryfuje w kierunku fantastycznej stylistyki. Wrzucą wątek początkowej nieufności między Asgardianami i trollami, olbrzymami, czy co tam napotkają, która oczywiście zostanie przełamana. Poskutkuje to zawarciem przymierza koniecznego w obliczu zagrożenia, jakim bez wątpienia jest obłąkany planem zniszczenia wszystkiego mroczny elf.

Potem koniec, szczęśliwe zakończenie . Po drodze dużo efektów specjalnych, fapania, fapania i jeszcze raz fapania. Do wyboru, do koloru.

Polska premiera ósmego listopada.

Jaskier

Read Full Post »

To trochę dziwne i bezsensowne z mojej strony, pisać o filmach, które wszyscy widzieli i każdy zdążył omówić, ale z racji zbliżającej się w Polsce premiery filmu Iron Man 3 (piszę to 4 maja, mając nadzieję, że się nie spóźnię) i startu fazy drugiej, czuję się usprawiedliwiony. Niżej znajdziecie krótkie omówienie każdej produkcji z osobna. Skupiłem się na wypunktowaniu tego, co mi się najbardziej rzuciło w oczy, wymienię zarówno plusy i minusy każdego z sześciu filmów. Wątpię, by to Was obchodziło, ale mam taki kaprys, mogę i nikt mi nie zabroni. 
God bless the Internet.

Iron Man

Najlepszy solowy film pierwszej fazy. Moim zdaniem, chociaż zauważyłem, że nie jestem w tej opinii osamotniony. W internetach są jeszcze inni rozsądni ludzie, no coś takiego.
Przede wszystkim genialny popis Roberta Downey’a Jr. Spośród wszystkich innych Człowieków Żelazków, których widziałem w różnych adaptacjach, jego interpretacja jest najlepsza. Ponownie – moim zdaniem, ale poważnie, czy jest tam ktoś, kogo takie połączenie arogancji, cwaniactwa i pewności siebie nie powala na kolana? A jeżeli tak, to ile takich osób jest? Siedem? Oprócz niego świetną robotę odwalają Gwyneth Paltrow (Pepper), Terrence Howard (Rhodey) i Jeff Bridges (Stane). Do tego mamy niegłupi scenariusz oraz uczciwie napisane dialogi.
Muszę też stwierdzić, że film jest odpowiednio wyważony, mamy sekwencje zabawne, mamy strzelanie do terrorystów, mamy ucieczkę przed myśliwcami, ale był także jeden wzruszający moment i nie mówię o śmierci Yinsena. Scena ataku na Gulmirę i próba rozdzielenia ojca od rodziny zawsze na mnie działa, ale to może dlatego, że jestem zbyt sentymentalny.
Ogólnie, bardzo dobra produkcja, warta polecenia na miły wieczór z kinem akcji.

Incredible Hulk

Ten Hulk jest w zasadzie historią miłosną z dodanym wątkiem świra pragnącego potęgi. Cała reszta – strzelanie, helikoptery i czołgi stanowią jedynie tło dla love story w stylu King Konga, czasem zbyt dosłownie w stylu King Konga. Wolałbym raczej coś mocniej czerpiącego z noweli Doktor Jekyll i pan Hyde. Ten bohater został stworzony w oparciu o dwie wymienione historie, niestety zdecydowano się na skupienie się na wątkach zaczerpniętych wyłącznie z pierwszej.
Norton w roli Bannera jest jakiś dziwny. Nie widać po nim, że jest genialnym naukowcem. Być może przez to, że za duży ciężar położono na ten jego trudny do zdefiniowania związek z Betty Ross, którą gra Liv Tyler, która oczywiście musiała pojawić się w zasnutych mgłą retrospekcjach. Ze scen z ich udziałem najbardziej podobała mi się ta, w której Bruce mówi Betty, że zna dobre techniki panowania nad gniewem. Szyderczo-zabawne. Spoko jest również ta, w której Banner odmawia założenia jaskrawofioletowych spodni dresowych, będących oczywistym nawiązaniem do komiksów, gdzie Hulk biegał w takich właśnie, niezwykle wytrzymałych gatkach.
Cieszy drobna rola Lou Ferrigno, który oprócz podkładania głosu Hulkowi wciela się w strażnika na uczelni. Miłe puszczenie oka do fanów.
Tak jakoś jeszcze zwróciłem uwagę na to, że efekty są słabe. Hulk i Abomination wyglądają na wyciągniętych z gry wideo. Trochę słabo, biorąc pod uwagę fakt, że to jest największa atrakcja tego filmu.
Ogólnie raczej odradzam, dużo utartych frazesów, schematyczny i dosyć przewidywalny.

Iron Man 2

Film niemalże tak dobry, jak część pierwsza – Downey wciąż w formie, do tego większą rolę dostał Samuel L. Jackson, ich rozmowa w barze z pączkami jest bezcenna. Na plus zaliczyć należy też pojawienie się Scarlett Johansson – agentki Romanoff oraz Mickey Rourke’a, który chyba urodził się po to, żeby grać ludzi złych i brzydkich. Sam Rockwell w roli nieudolnego konkurenta Starka marzącego o wpływach, bogactwie i sławie także wypada dobrze.
Dlaczego więc uważam, że film jest słabszy od poprzednika?
Po pierwsze, Don Cheadle nie przemawia do mnie w ogóle jako Rhodey, a jego żarty nie są zabawne. Nie wiem, czego skutkiem była zmiana aktora, ale była błędem.
Po drugie, scena na przyjęciu urodzinowym Tony’ego. Dla mnie jest to poziom scen z mhocznym Peterem z trzeciej części Spider-Mana. Żenujące i zbędne.
I po trzecie, walka finałowa. Niby to zakończenie jest rozwleczone i ciągnie się pewnie jakiś kwadrans, ale ostateczna potyczka z Whiplashem pozostawia wiele do życzenia, bo sama w sobie trwa zaledwie kilka minut.
Pomimo wymienionych wad uważam, że druga część przygód Człowieka Żelazka wypada dobrze na tle pozostałych solowych filmów. Zdecydowanie polecam – jest Stark, który przeżywa tutaj poważne rozterki, jest Fury, który nie pojawia się w tak dużej roli aż do Avengers i Rourke, na którego zawsze się dobrze patrzy i do tego tak świetnie udaje słabą znajomość angielskiego.
A, jest jeszcze Scarlett Johansson w obcisłym czarnym kombinezonie. To może być koronny argument, żeby film obejrzeć.

Thor

Fabuła jest prosta i znamy ją na pamięć z niezliczonej ilości innych filmów. Najpierw Thor jest egoistycznym dupkiem, potem zostaje za to ukarany, potem się uczy, jak być dobrym, a potem jest szczęśliwe zakończenie. Oklepane i moim zdaniem metamorfoza głównego bohatera nastąpiła zbyt skokowo.
Co jest w tym filmie dobre? Natalie Portman w roli sympatycznej pani od fizyki – gdzie się takie kupuje? Wziąłbym ze cztery, rozwiązywalibyśmy razem zadania. Hemsworth dobrany bardzo dobrze, kawał chłopa z niego, rzeczywiście wygląda na nordyckiego boga piorunów, Skarsgård (z takim nazwiskiem zrobił w Ameryce karierę, brawa dla gościa) jest ciekawą postacią, Anthony Hopkins, nie wiem, jak to jest możliwe, że się znalazł w tym filmie, ale również na plus. No i Tom Hiddleston w roli Lokiego to prawdziwy mistrz intryg, jeśli spodziewaliście się tego, co stało się na końcu, to gratuluję, jesteście nieźli.
Wizualnie też jest dobrze, kostiumy, gdy akcja ma miejsce na Ziemi, wyglądają „nieco” kiczowato, ale w Asgardzie się sprawdzają. Sama mityczno-kosmiczna kraina wykonana została dosyć oryginalnie, nie ma się wrażenia, że to Władca Pierścieni w Odległej Galaktyce. Podoba mi się też podejście do tego całego mistycyzmu, coś z niego zostaje, niby to kosmici z innego wymiaru, ale nutka czystego fantasy gdzieś tam pobrzmiewa.
Przy okazji tego filmu powstało straszne zamieszanie o postać Heimdalla, którego zagrał Idris Elba. Chodziło o to, że jest czarny. Wielkie mi halo, dlaczego Hogun wygląda jak Chińczyk, a nie jak Mongoł czy Tatar, moim zdaniem z tym jest problem.
W sumie – prosta historia o rywalizacji braci, do tego oklepany schemat dostawania nauczki od życia, plus przyjemny do oglądania wątek romansowy, tak można krótko opisać ten film. Nie jest źle, widziałem go już jakieś cztery razy i chyba zaczynam się do niego przekonywać.
I w końcu agenci S.H.I.E.L.D. coś robią. Kradną sprzęt, materiały i wyniki badań naukowcom. Nasi bohaterowie.

Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie

Czyli jak alianci wygrali drugą wojnę dzięki pomocy żydowskich naukowców, którzy uciekli z Niemiec przed represjami.
Podobają mi się wynalazki Hydry – niesamowity klimat, choć diametralnie różny od tego, co można było zobaczyć w komiksach o Hellboy’u. Jednocześnie ten film zgrabnie splata świat Thora i fabułę Avengers. To właśnie za to lubię tę serię – każda produkcja opowiada o czym innym, ale umiejętnie są ze sobą połączone. Dobre jest też to, że porzucili układ Kapitan – Bucky znany z oryginału. Bardziej przypominał relację między Batmanem i Robinem. To, co pokazali, jest zdrowsze i nie budzi skojarzeń z pedofilami.
Budzenie skojarzeń z pedofilami jest złe.
Fajne jest również to, że niejako naśmiewają się z samych komiksów, Kapitan na scenie, z tymi skrzydełkami przy masce – odpowiednie podejście do ilości kiczu zawartej w oryginale. Z szacunkiem i jednocześnie dystansem.
Obsada – Evans znacznie przypakował do roli i gra poprawnie, fircykowaty Dominic Cooper w roli Howarda Starka się sprawdza, wygląda na staromodną wersję Tony’ego, bożyszcze nerdów, czyli Hugo Weaving w roli demonicznego, opętanego rządzą boskiej mocy Red Skulla wypada bardzo dobrze, do tego Hayley Atwell w roli agentki Carter i Sebastian Stan jako Bucky. Zastanawia mnie natomiast, jakim cudem w tym filmie pojawia się Tommy Lee Jones. Wiem, że jakieś piętnaście lat wcześniej zagrał w o wiele głupszym filmie – Batman Forever, ale, kurde, jak to jest możliwe? Marvel nie płaci za dużo aktorom, nawet tym pierwszoplanowym, więc nie mogło chodzić o pieniądze. Czyżby Tommy Lee Jones został gwiazdą światowego formatu, zagrał te wszystkie poważne postacie, dostał Oscara za rolę Gerarda z Ściganym, mając nadzieję, że dostanie kiedyś możliwość wystąpienia w filmie o superbohaterach? W każdym razie tutaj wypada świetnie.
Historia jest raczej prościutka, nic skomplikowanego, ale ogląda się przyjemnie. Na wieczór z kinem superbohaterskim się nadaje, dodatkowo czuć w nim, choć tylko trochę, klimat filmu wojennego.

Avengers

Najlepszy film pierwszej fazy. Zagrało w nim absolutnie wszystko – scenariusz jest prosty, nie pogubimy się, oglądając Mścicieli, ale historia naprawdę jest OK., do tego satysfakcjonujące dialogi, które potrafią rozbawić.
Jeśli chodzi o aktorstwo, to ponownie dostajemy Downey’a, Samuel L. Jackson ma całkiem sporą rolę, Mark Ruffalo (Norton wyleciał) wypada świetnie w roli Bannera, geniusza z potworem schowanym wewnątrz, no i Tom Hiddleston, który wyśmienicie gra typowego komiksowego łotra. Cała reszta aktorów również się dobrze spisuje, nie chce mi się ich tutaj wszystkich wymieniać, sprawdźcie na Filmwebie.
Więcej o Avengers w mojej recenzji.

Podsumowując, żaden z tych filmów nie jest okropny, kilku aktorów swoimi rolami z pewnością zapisze się w fandomie komiksowym. Ogląda się to znacznie lepiej, niż podobne produkcje powstałe ostatnimi czasy (Michael Bay może Whedonowi buty czyścić). Pozostaje nam tylko czekać na następne filmy, polska premiera Iron Mana 3 już jutro, a jesienią Thor: Mroczny świat.

Jaskier

PS Część plakatów jest stąd. Polecam.

Read Full Post »

Pierwszym w historii internetów filmem, który zdobywa Jaskiera w kategorii Film popcornowy zostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>
Avengers w reżyserii Jossa Whedona.

Właściwie nie jestem w stanie przyczepić się do czegokolwiek w tym filmie. Jest dobrze zagrany, ma prościutki, ale niegłupi scenariusz, każdy z bohaterów dostał odpowiednią ilość czasu na ekranie, są tu również cieszące oko efekty. No i Tom Hiddleston, który ponownie wcielił się w rolę asgardzkiego bożka kłamstw – Lokiego. Tę postać aż chce się oglądać.
Trzeba było się naprawdę postarać, żeby zbalansować postacie, by rzeczywiście powstał film o grupie superbohaterów. Oczywiście po części możliwe to było dzięki wcześniejszym adaptacjom komiksów o poszczególnych herosach, umożliwiło to rozpoczęcie akcji już w pierwszych minutach, zamiast ciągnięcia ekspozycji lub wywołania u widza efektu WTF? związanego ze zbyt dużą ilością wątków i postaci.
Marvel zaryzykował z filmowym uniwersum i wyszło mu to na dobre, dostaliśmy kilka niezłych filmów, jeden świetny, a w przyszłości czają się już kontynuacje. Pozostaje nam jedynie czekać na kolejne odsłony serii i cieszyć się nimi, dopóki będą utrzymywały poziom.

No i jest tu Scarlett Johansson, ale to prawie nie zaważyło na ocenie.

<Przerwa na reklamy>

Kontynuując, Jaskiera w kategorii Aktor w filmie popcornowym dostaje:

<fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary><fanfary>

Martin Freeman za rolę Bilba Bagginsa w filmie Hobbit: Niezwykła podróż Petera Jacksona.


Nie będę się powtarzał, bo już wielokrotnie pisałem o tym, że podobała mi się gra tego pana i sama postać hobbita wykreowana na potrzeby filmu. Naprawdę można go polubić, chociaż za niziołkami w ekranizacji Władcy Pierścieni nigdy specjalnie nie przepadałem .

Cóż, tak to właśnie wygląda, następne Jaskiery za jakiś rok, oby nam dobrych filmów i ról nie zabrakło.

Recenzja Avengers
Recenzja Hobbita

Jaskier

Read Full Post »