Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Kwiecień 2015

Na początek zdjęcie, które z prędkością fali dźwiękowej złowieszczego śmiechu obiegło wczoraj Internet.

Jared Leto ucharakteryzowany na Jokera. Tak jakby, gdyż na zdjęciach zdjęć (sic!) widać, że jego ostateczny wygląd będzie się nieco różnił od tutaj zaprezentowanego.

No i cóż – ludzie strasznie narzekają na brak całkowicie białej skóry, zdeformowania twarzy w upiornym uśmiechu oraz srebrne zęby*. Najwyraźniej zapomnieli, że kilka lat temu świat zachwycił się koślawo umalowanym Heathem Ledgerem z zieloną farbką na włosach. Przypominam, że według mnie śp. Ledger nie otrzymał Oscara za to, że umarł, ale faktycznie zasłużył, totalnie wsiąkając w rolę psychopaty, jaką mu powierzono. Na ekranie nie widziałem aktora, nie czułem, że Ledger gra Jokera. On się nim stał – w Mrocznym Rycerzu widziałem Klauniego Księcia Zbrodni, który zstąpił z kart komiksów do naszego świata.
Co prawda przed premierą filmu Nolana – i jeszcze długo po – nie miałem stałego dostępu do Internetu, ale wierzę na słowo ludziom, którzy pamiętają i przy różnych okazjach wspominają gównoburze towarzyszące decyzji obsadzenia roli kultowego nemezis Batmana chłopakiem z Zakochanej złośnicy**.

Scena pierwszej konfrontacji Jokera z mafią Gotham. <3

Mimo iż początkowo wydawało się to niemożliwe, to wciąż trwają kłótnie o to, kto był lepszy Jokerem – Ledger czy Nicholson?

No właśnie – Jack Nicholson i jego interpretacja tego złoczyńcy. Według mnie był świetny, doskonale dopełniający obraz świata przedstawionego w przerysowanej wersji Tima Burtona. Jest jednak jedno „ALE” – to Jack Nicholson w roli Jokera. Chyba nie można sobie wyobrazić kogoś lepszego na to miejsce w ówczesnych czasach, lecz jest to aktor tak bardzo ociekający zajebistością, że przesiąka ona przez zielone włosy, białą skórę i fioletowy garnitur, ujawniając, co się pod nimi kryje. Z tego też powodu w moim prywatnym rankingu filmowych Jokerów Ledger wygrywa z Nicholsonem.
Jest też tutaj jeden mały zgrzyt z tą postacią – odarcie pana J. z aury tajemniczości. W dodatku w tej wersji to on okazuje się być mordercą rodziców Bruce’a. Zbędne skomplikowanie, które może by tak nie wadziło, gdyby nie plany kontynuacji, gdyby Batman pozostał samodzielnym filmem. Wraz ze śmiercią Jokera krucjata Batmana dopełniła się. W pewnym sensie. Pozostawienie błazna przy życiu, wykorzystanie go w Powrocie… byłoby rozsądniejsze, no ale wiemy, jak się to potoczyło, a obrany przez reżysera kierunek poskutkował odebraniem mu stanowiska i przekreśleniem planów na trzecią część.

Pan Jack Nicholson był aż za dobry do tej roli.

Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednym panu, który w najpopularniejszego komiksowego błazna wcielał się na przestrzeni dwadziestu lat. Śmiech Marka Hamilla bez wątpienia jest niepodrabialny i śmiało można rzec, że wyraża więcej niż tysiąc słów:

Fragment z telefonem robi za mój dzwonek. Ludzie się dziwnie patrzą za każdym razem, gdy ktoś do mnie dzwoni, a ja mam niewyciszone dźwięki.

Potwierdzeniem uwielbienia dla pracy strun głosowych tego aktora niech będzie rejwach w internetach rozpoczęty po ogłoszeniu, że zakończył przygodę z Jokerem, nie udzieli mu głosu w Arkham Origins.

***

Podsumowanie jest takie, że nie ma sensu skreślać tej wersji Jokera już na starcie. To w ogóle zabawne, że po okresie euforii i „omujboszeletodarade”, jedno zdjęcie potrafiło wszystko przekreślić. Mówienie, że ta wersja nie dorówna poprzednim jest już kompletną paranoją. Tym bardziej, że to samo powtarzano przed premierą TDK. O wiele bardziej mnie martwi to, że do Suicide Squad pakują tyle postaci i obiecują, że każda odegra znaczącą rolę. Może wyjść z tego niestrawny miszmasz, ale nawet jeśli tak będzie, to coś mi mówi, że akurat Leto da radę.
Chociaż to może dla tego, że aż za bardzo lubię filmowych psychopatów.

Jaskier

*Ale muszę przyznać, że niektóre memy śmieszne. Zwłaszcza ten z wytatuowanym Bruce’em. :D

**Prywatnie nic mi to nie mówi, gdyż prócz TDK z tym aktorem widziałem jedynie Nieustraszonych braci Grimm oraz Tajemnicę Brokeback Mountain.

Reklamy

Read Full Post »

Króciutki wpis na szybko, ponieważ nie chcę, żeby mi moje wrażenia bezpowrotnie zginęły z fejsika.

Z jednej strony mam wrażenie, że z tłem jest coś nie halo, przypomina statyczne, malowane pejzaże często gęsto wykorzystywane w produkcjach sprzed kilku dziesięcioleci. Powiedzcie mi jednak, co za chory człowiek nagrałby coś takiego, puścił w jakimś brazylijskim kinie i nakręcił później kiepską kamerką?

To byłaby kapitalna reklama. Gdyby w ten sposób próbować sprzedawać Pepsi, Colę albo inną Fantę. Miliony ludzie przesyłających sobie takie wideo, obwieszających nim fanpejcze, wrzucających na blogi, kopiujących na kanały na yt. No ale tutaj nie ma żadnego logotypu, Spidey nie bierze na zakończenie orzeźwiającego łyku.

Może oceniam jakość tej króciutkiej sceny przez pryzmat komentarzy autorstwa ludzi pewnych, że mamy do czynienia ze sprytną podróbką? A może jednak moje oczy się nie mylą i panorama miasta z górującą nad nią Avengers Tower faktycznie odstaje od tego, czego spodziewać się można po ludziach nominowanych do Oscara w kategorii najlepszych efektów specjalnych? Po prostu mieli poważne ograniczenia czasowe (gdy informacja o kooperacji Marvela i Sony i włączeniu Pająka do MCU została ujawniona, Age of Ultron był już praktycznie gotowy)?

Być może wieczorem zostaną opublikowane zdjęcia z kanciapy jakiegoś informatyka, który wyrenderował ten klip w czeluściach swojej piwnicy, lecz póki co – coś czuję, że to jednak jest scena z nadchodzącej produkcji Marvela.

W każdym razie – nawet jeśli to czyjś dowcip, to mam nadzieję, że ta wersja filmowego Spider-Mana pójdzie w takim właśnie kierunku. Żartującego herosa ubranego w kolorowy kostium. ;)

Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

Jaskier

Read Full Post »

Trochę szok przeżyłem, włączając w piątek rano komputer i obserwując poruszenie na fejsiku, wywołane wyciekiem zwiastuna filmu Batman v Superman oraz drugą zapowiedzią siódmego epizodu SW. Byłem w domu na weekend i popełniłem gafę, zostawiając swojego laptopa w Krakowie, stąd dłuższy tekst na blogu dopiero teraz.

Albowiem wiem, jak bardzo na niego czekaliście.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Pierwsze, co funduje ten zwiastun, to lekki zgrzyt wywołany widokiem wraku statku Imperium. Nie zrozumcie mnie źle, wygląda to obłędnie, ale jeśli z samolotu, który się rozbija, zostaje mniej, to taki kolos absolutnie nie ma prawa tak majestatycznie wbić się w powierzchnię planety. Z drugiej strony – to Gwiezdne wojny*, przecież nie zacznę narzekać na eksplozje i odgłos wystrzałów w próżni, więc pozostaje mi tylko podziwiać piękny landszafcik, który zapewne zdobi już ekran niejednego nerda.

Pojawienia się hełmu Vadera nie rozumiem i mam nadzieję, że jakoś sensownie wytłumaczą ten obrazek, kojarzący mi się z czymś pokroju Toksycznego mściciela lub Jasona z tych słabszych odsłon Piątku trzynastego.

Narracja w wykonaniu Luke’a Skywalkera niewiele zdradza.

Fajnie wygląda ten zły. Chociaż moim zdaniem jelec świetlny jest zbędny. Wygląda po prostu głupio. Aczkolwiek stylizacja à la Revan zawsze spoko.

Han Solo! <3

Generalnie, bardzo dobrze, że się coś dzieje z tą marką, przeżywa ona prawdziwy renesans i świetnie, bo grudniowa wizyta w kinie będzie pretekstem do zapoznania dziewczyny z Oryginalną Trylogią i wyjaśnieniem jej w końcu w oparciu o materiał źródłowy, dlaczego Gwiezdne wojny są fajne.

Batman v Superman: Dawn of Justice

Ten zwiastun wywołuje u mnie najmniej emocji spośród wszystkich, które w tym wpisie omówię. Nie licząc świetnego kostiumu Batmana (poważnie, zdecydowanie mój najulubieńszy projekt spośród wszystkich filmowych wersji, chociaż widziałem go na ekranie raptem przez kilka sekund).

Reszta to jakieś parafrazy słynnych sloganów, przerobione w taki sposób, żeby pasowały do filmu, w którym Superman będzie przez pewne środowiska traktowany jak zagrożenie. Nie powinno dziwić, jeśli pamięta się finałową walkę z Man of Steel oraz zniszczenia, jakim uległo w niej Metropolis.

Jeżeli cały film utrzymany będzie w tonie tego zwiastuna, to będzie bardzo kiepsko. Mam nadzieję, że fragmenty zostały po prostu tak niefortunnie dobrane.

Ant-Man

Tymczasem jaram się Ant-Manem coraz bardziej. Ludzie za niego odpowiedzialni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że głównym bohaterem ich filmu jest człowiek przebierający się za mrówkę i bezczelnie tę wiedzę wykorzystali podczas kręcenia tej produkcji i wcześniej już w trakcie pisania scenariusza.

Szykuje się komedia science-fiction, diametralnie różniąca się od tego, co do tej pory MCU oferowało widzom. To niesamowite, że ten śmiały koncept filmowego uniwersum rozwinął się do tego stopnia, że jest ono w stanie pomieścić w sobie zmagania z kosmicznymi bytami o niemalże boskiej mocy, film szpiegowsko-sensacyjny, takiego lekkiego Ant-Mana, a już za rogiem czai się Doctor Strange wraz z całą gamą nowych możliwości, jakie niesie pojawienie się tej postaci.

Ja się filmu o Człowieku Mrówce doczekać nie mogę. :D
Wady? Fryzura Evangeline Lilly?

Aha – nie płakałem, gdy od projektu odszedł Edgar Wright.

Fantastic Four

Niby jakoś to wygląda, ale dlaczego mam przeczucie, że nie będzie to najlepsza możliwa ekranizacja tej serii komiksów? Dlaczego w czasach hegemonii adaptacji komiksów z nurtu superhero ktoś chce kręcić film, którego obraz maluje się w tym zwiastunie?

Wygląda to na takie jakieś typowe science-fiction. Jasne, Fantastic Four to opowieści o najmądrzejszym facecie na świecie, który leci w kosmos z rodziną i zapomina zamontować na rakiecie osłon przeciwko promieniowaniu – dla mnie to stanowi kwintesencję tego gatunku obrazkowych historii i niestety nie czuję tego w tym zwiastunie, ani w żadnym z materiałów promocyjnych.

Coś czuję, że Josh Trank zrobi ciekawy film sf, który nie za wiele będzie miał wspólnego z materiałem bazowym – podwójna szkoda, bo w ten sposób marnuje się licencja, a reżyser nie mógł w stu procentach robić swojego, gdyż jednak logo zobowiązuje.

***

Tak to właśnie wygląda.

Macie inne wnioski? Podobne przemyślenia? Chcielibyście mój komentarz odnośnie jakiegoś innego zwiastuna?

Piszcie. ;)

Jaskier

*Star Wars, ale Gwiezdne wojny. Proszę, pamiętajcie o tym.

Read Full Post »

11102654_812587632168570_9098234320342128576_n

Jeżeli coś jest robione „po amerykańsku”, to wcale z góry nie znaczy, że jest moim zdaniem złe albo w jakiś sposób gorsze. Podoba mi się część filmów na motywach greckiej mitologii, koncept nordyckich bóstw całkiem nieźle przeniesiono na karty komiksów (filmy również robią robotę) i tak dalej. Sami jesteście świadkami tego, jak bardzo cenię sobie głupkowatość i efekciarstwo produkcji z Hollywood.
Jednakże w tym przypadku „po amerykańsku” niestety znaczy gorzej. Bo Siódmy syn pod pewnymi względami przypomina mi historię z wiedźmińskiego Neverlandu, lecz realizuje ją w sztampowy sposób, marnując potencjał na coś naprawdę ekstra.

Nie czytałem książek Josepha Delaneya*, nie bardzo mam czas i ochotę nadrabiać zaległości. Jeżeli trafi się ktoś, kto miał przyjemność zapoznać się z pierwowzorem, to niech czuje się zaproszony do podzielenia się wnioskami w komentarzach.

Zasadniczo to prosta opowieść fantasy o Prostaczku Wybrańcu Przeznaczenia**, który z pomocą swojego mentora i przy użyciu magicznych fantów, ratuje świat. Zupełnie jak Luke w Gwiezdnych wojnach, Eragon w Eragonie oraz główny bohater w co drugiej książce stojącej w księgarni na półce w regale z fantastyką.
Więc jest to pradawne zło, które się budzi, choć wydawało się, że zostało pokonane na zawsze, są te brednie z ustawieniem planet czy tam innym zaćmieniem Księżyca i wątpliwej jakości wątek miłosny, któremu niżej poświęcę osobny akapit.

W głównej roli występuje Ben Barnes, który od czasów Opowieści z Narnii oraz Doriana Graya ściął włosy i zapuścił krótką brodę, dzięki czemu prezentuje się bardzo zacnie w roli tytułowego zbawiciela (przy okazji, jego postać ma na imię tak samo jak Neo w Matrixie*** – przypadek?), lecz trudno na jego temat powiedzieć coś więcej. To archetypiczny PWP, któremu brakuje doświadczenia, ale dzięki mocy miłości – czy coś w ten deseń – sam może nauczyć czegoś swego mistrza… meh(?).

Owym mentorem jest Mistrz Gregory, w którego wciela się Jeff Bridges. No i tyle. Pozamiatane. Stary alkoholik jest przekozakiem i napieprza potwory aż miło, jednocześnie jest tak przyjemnie gburowaty, że aż chciałoby się, by ten film był tylko o nim. Gdy w pierwszej scenie zobaczyłem go w karczmie, pomyślałem, że tak powinien wyglądać Vesemir , gdyby tylko Amerykańce ruszyły głową i zechciały zrobić z naszego poczciwego Cyklu wiedźmińskiego coś o rozmachu na miarę Władcy Pierścieni lub chociaż Gry o tron.
W ogóle, jeśli chodzi o filmy, w których Jeff Bridges zabija potwory, to:
Siódmy syn > R.I.P.D.

Naprzeciw naszym dzielnym stracharzom (aha, tak się nazywają wiedźmini w tym świecie, nie napisałem tego wcześniej) stają wiedźmy dowodzone przez Julianne Moore. Złote jest to, że mimo dorobku artystycznego, robieniu powarznego kina, zdobywaniu Oscarów etc., pani ta znajduje czas na granie w takich głupotkach (jak również występy w Non-Stop i Don Jon). Nie miała za wiele do zagrania, jakieś takie typowe sceny żywcem zerżnięte z podręcznika dla scenarzystów z rozdziału pod tytułem Zła wiedźma. Typowe zachowania.
Armią jej dowodzą sierżanci (generałowie? twórcy użyli któregoś z tych słów) chyba wyjęci z kajecika syna producenta na rysunki potworów. Jest czteroręki mistrz miecza rodem z Baśni tysiąca i jednej nocy, facet zamieniający się w smoka, stojący na czele oddziału skrytobójców, kolejne dwie postacie ze zdolnością do polimorfii oraz czarnoksiężnik, który chyba nie miał ani jednej linijki do powiedzenia. Serio, gdy Mistrz Gregory pokazał Tomowi bestiariusz, zawierający informacje oraz rysunki przedstawiające przeciwników (sic!), aż mi się łezka w oku zakręciła na wspomnienie moich wypocin sprzed dekady, kiedy to naiwnie wierzyłem, że w chwili obecnej będę poważanym pisarzem fantasy z pokaźnym dorobkiem i kilkoma adaptacjami moich dzieł na koncie.

Równie naiwny jak ja wtedy jest wspomniany przed chwilą wątek miłosny. Tom jako dziarski, początkujący stracharz, który dopiero co wyrwał się z domu, w którym był siódmy w kolejce do miski, ratuje życie dziewczynie, której motłoch chciał zrobić samosąd i spalić na stosie za bycie czarownicą. Jak się okazuje, miłość hormony oraz nierozładowany popęd seksualny zaślepiają – akurat w przypadku tej dzierlatki nie chodziło o to, że nie chciała z wójtem, a faktycznie o czary. Jej zadaniem jest szpiegowanie naszych bohaterów, co robi bardzo skutecznie, Toma szpiegując nawet w łóżku (dodam, że spędzili przed tym razem na ekranie jakieś pięć minut, więc widać, że chłopak wiele się nauczył o uwodzeniu ze swojej roli Doriana Graya). No i wiecie – potem się okazuje, że ona go jednak kocha, on to w niej w ogóle bez pamięci jest zadurzony etc.

W finale oczywiście ratują świat, zabijają na śmierć wszystkich przeciwników. Dostajemy także zapowiedź kontynuacji, której najpewniej nie będzie.

***

Niby rola Jeffa Bridgesa jest naprawdę spoko, ale jeśli szukacie filmu o łowcach potworów, to lepiej rzućcie okiem na Hansel i Gretel. Po filmie o stracharzach nie spodziewałem się szału, już pierwsze zwiastuny nie zapowiadały nic wspaniałego, lecz jako miłośnikowi fantastyki ciężko mi było przejść obok niego obojętnie.
Są lepsze sposoby na poczucie klimatu magii i miecza, ale jeśli chcecie koniecznie obejrzeć film i wszystkie inne z tego gatunku już widzieliście, a do tego jesteście fanami p. Brodgesa, no to sięgnijcie po tę produkcję.

Jaskier

*Bo jak się okazuje, filmowy Siódmy syn nie jest adaptacją powieści o tym samym tytule, którą napisał Orson Scott Card, a pierwszej z cyklu Kroniki Wardstone autorstwa Delaneya właśnie. Dziękuję za zwrócenie uwagi w komentarzu.

**Za frazę tę odpowiedzialny jest p. Andrzej Sapkowski.

***Czyli Tom.

PS Ale plus za to, że pierwszą osobą, która ginie w tym filmie, jest aktor grający również w Grze o tron, im się należy. :P

Read Full Post »

Bardzo robi.

Przedwczoraj serial miał premierę, ja już obejrzałem całość, więc chętnie podzielę się z Wami wrażeniami z quasi-maratonu, jaki sobie sprawiłem. Wyzbądźcie się obaw, część zawierająca informacje na temat fabuły zostanie wyraźnie wydzielona.
Zapraszam do lektury. ;)

Mój kontakt z Człowiekiem bez Strachu dotychczas ograniczony był do tego nieszczęsnego filmu z Affleckiem, komiksu Odrodzony i kilku gościnnych występów w Magazynie Spider-ManNiezbyt pokaźna lista, w zasadzie nie mam się czym chwalić na tym polu, ale przynajmniej nie zadawałem pytania, jak to jest możliwe, że główny bohater, będący SUPERbohaterem, jest niewidomy. I to nie jest spoiler, gdyż wypadek, w którym Matt stracił wzrok, a jego pozostałe zmysły zostały wyostrzone, pokazany jest na początku pierwszego odcinka.

No bo właśnie – Matt Murdock jest niewidomym prawnikiem, zakładającym maskę po zmroku, by własnoręcznie wymierzać sprawiedliwość. Nie przez przypadek użyłem słowa „własnoręcznie”. Do scen oklepywania gangsterskich twarzy za chwilę wrócimy. Skupmy się najsampierw na naturalnym dylemacie, jaki musi się pojawić w życiu Matta.
Jak bowiem można pogodzić misję służenia ludziom wiedzą oraz umiejętnościami adwokata z conocnym skakaniem po dachach i tłuczeniem dilerów?
Ano ciężko to zrobić i nic dziwnego – to musi wymagać niemalże rozdwojenia jaźni. Grający główną rolę Charlie Cox bardzo dobrze oddaje rozterki Matta, jego zmagania z wrogami oraz samym sobą. W Daredevilu pójście do kościoła po radę od księdza nie jest tym, czym było w Man of Steel, gdzie wzięło się to kompletnie z dupy, miało na celu rzucenie widzowi w twarz porcji oczywistej symboliki. Dociekanie prawdy, walka z własną naturą, ciężar spoczywający na barkach jednego człowieka – p. Cox został dobrze dobrany do swojej roli, śmiało mógłby pod tym względem rywalizować z pierwszoligowymi zawodnikami z MCU, którego stał się pełnoprawną częścią.

Skoro mowa o właściwym człowieku na właściwym miejscu – Vincet D’Onofrio jako Kingpin jest powalający. Dosłownie i w przenośni. Przez kilka pierwszych odcinków nawet go nie widzimy, nikt nawet nie wymawia jego nazwiska, ale kiedy już pojawia się na ekranie, to przyćmiewa wszystkich. Ponownie – dosłownie i w przenośni. Dzięki sprawnej pracy kamery zawsze góruje nad innymi postaciami. Zapowiadane zmiany nastroju, którym ulega, są gwałtowne, choć nie nieprzewidywalne. Gdy coś pójdzie nie po jego myśli, wpada w szał i gotów jest zatłuc tego, kogo akurat ma pod ręką. Przerażające i niepokojące, takie jakie powinno być.
Z początku sądziłem, że wątek miłosny tego bohatera to tani chwyt, ale ostatecznie również on okazał się być dobrze napisany, idealnie wpasowując się w charakter Kingpina.
Jeszcze słówko odnośnie wyglądu Fiska – przykład tego serialu świetnie pokazuje, że nie zawsze trzeba się sztywno trzymać komiksowego pierwowzoru, który nijak nie pasowałby do mrocznego klimatu serialu, odbierając postaci Kingpina część tego czegoś. To po prostu niemożliwe, aby ktoś tak wielki wypadł dobrze w aktorskim serialu/filmie. Nie zawsze to, co działa w komiksie, zadziała również w telewizorni. Warto o tym pamiętać, nim przejdzie się do ataku na jakiegoś aktora.

Pozostali aktorzy również robią robotę. Foggy Nelson, Karen Page, Claire, Ben Urich, Wesley, Stick – ludzie ich grający są świetni w swoim fachu.

***

Po pochwałach pod adresem aktorów przejdźmy do peanów na cześć scenarzystów – rozciągnięta na pi razy drzwi trzynaście godzin fabuła, składająca się przede wszystkim z walki Daredevila z Fiskiem, zasługuje na piątkę z plusem.
Owa walka toczy się na dwóch frontach – z jednej strony mamy śledztwo: Matt oraz Foggy, korzystający ze wsparcia swojej pierwszej klientki, później sekretarki, Karen Page oraz dziennikarza Bena Uricha, próbują poskładać elementy układanki, rozsypane po Hell’s Kitchen – niezbyt przyjemnej dzielnicy Nowego Jorku, po której panoszą się gangi i która stała się celem Kingpina. Przez „śledztwo” i „wsparcie” rozumiem czynności rzeczywiście popychające ten wątek do przodu – widać, że ci ludzie pracują nad sprawą. Równocześnie każdej nocy Matt zakłada kostium, wyruszając wymierzać sprawiedliwość w bardziej bezpośrednim stylu.

Uwielbiam sposób, w jaki sceny akcji są pomyślane i wykonane – nikt nie wstydzi się tego, że materiałem źródłowym są komiksy. Widzimy pewną przesadę i cały czas zdajemy sobie sprawę, iż takie akrobacje są niezbyt przydatne w prawdziwej walce, ale oglądanie ich daje wiele frajdy. Może to zabrzmi dziwnie, ale te ataki z wyskoku, te wszystkie salta oraz kopniaki, przywodzą mi na myśl potyczki rodem z Power Rangers. Gdyby ktoś miał wątpliwości – to komplement.
Jednocześnie na każdym kroku jesteśmy uświadamiani, że misja Matta może się okazać samobójcza – chyba jeszcze żaden superbohater nie oberwał tyle razy. Każda walka kończy się dla niego zszywaniem ran i ogólnie składaniem do kupy. Czuć ciężar tego, na co się zdecydował, pierwszy raz zakładając maskę.

***

Niesamowite jest to, że tuż obok kosmitów, innych wymiarów i superludzi może funkcjonować taki Daredevil, który niczym mantrę powtarza jedno zdanie – że chce uczynić swoje miasto lepszym miejscem. Jeżeli przywodzi to Wam na myśl innego zamaskowanego stróża prawa – to wiedzcie, że mi też. W pewnym sensie Marvel zrobił właśnie Batmana, na jakiego czekaliśmy.

To wspaniałe, że dzięki obecnej modzie na superbohaterów dostajemy tak wiele różnorodnych produkcji.

***

W tym serialu zagrało wszystko – fabuła, aktorzy, sceny akcji. Ilość i długość odcinków sprawiły, że można było to wszystko upchnąć i poskładać o wiele sensowniej, niż umożliwiałby to film, a jednocześnie nie wprowadzać zbędnych wątków (tak, CW, na Ciebie patrzę) i innych zapychaczy.

No i cóż – aż chce się więcej. :D

Jak tam Wasze wrażenia?

Jaskier

*W dodatku ma kapitalny głos do roli zamaskowanego mściciela, Bale oraz Amell mogą się schować.

 

Read Full Post »

Dłuższe przerwy stały się niestety ostatnio normą na blogu, ale przed Świętami wypada napisać, że przez najbliższe dwa dni na 100% nic się na blogu nowego nie pojawi. Po prostu jest to czas, który moim zdaniem powinno się spędzać w inny sposób, niż siedząc przed komputerem.

Z okazji Wielkanocy życzę Wam wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, rychłego nadejścia wiosny, pozytywnego nastroju i przede wszystkim spokoju, żeby natłok czynionych przygotowań – całe to robienie sałatek i malowanie jajek – nie przysłonił tego, co najważniejsze. Elementarnej prawdy wiążącej się nierozerwalnie z tym świętem – że skoro Jezus dał radę śmierci, to znaczy, że ostatecznie wszystko się ułoży.

***

Po świętach wracam i będzie fajnie – Siódmy syn, Służby specjalne, pewnie jakieś komiksy, które mam do przeczytania.
Trzymajcie się i jeszcze raz wszystkiego dobrego. ;)

Jaskier

Read Full Post »

11079607_812851712142162_1635371366154743341_n

Po opublikowaniu serii obrazków przedstawiających główne bohaterki tej kreskówki, śmiało przystępuję do napisania kilku słów o niej. Nie zrozumiałem co prawda jej fenomenu wśród dorosłych i nastoletnich odbiorców, toteż raczej ciężko będzie mi się do niego odnieść, ale z drugiej strony będziecie za to mieć szansę przeczytania tekstu o My Little Pony autorstwa kogoś, kto nie jest jednym z bronies.
A to chyba nie zdarza się często, hm?

Od czego by tu zacząć? My Little Pony – jak łatwo się domyśleć – to animowana bajka dla małych dzieci. I przez małe dzieci rozumiem takie, które właśnie zaczynają oglądać bajki do (góra) pięciolatków. Starszym maluchom pewna monotonia oraz idylliczność świata przedstawionego mogą zacząć doskwierać. To znaczy – patrzę przez pryzmat siebie i mojego młodszego brata, gdyż gdy ja miałem pięć/sześć lat, to już wtedy nałogowo pochłaniałem Power Rangers, Pokemony oraz masę innych historii z potworami, robotami etc., a mój brat w tym wieku grał już w RTS-y, RPG-i, jeśli tylko udało mu się dorwać do komputera, więc macie jakoś zakreślony obraz tego, jakimi byliśmy dzieciakami. Dziewczynkom z pewnością perypetie kucyków nie będą się nudzić o wiele dłużej. A przynajmniej tak byłoby w świecie nieopanowanym przez ideologię gender.

Do wyrobienia sobie opinii potrzebowałem pięć pierwszych odcinków i ponieważ wszystkie mniej więcej opierały się o ten sam schemat, to stwierdziłem, że pozostałe sobie odpuszczę i odpalę dopiero z własną pociechą. Czyli za pi razy drzwi dwanaście lat. Odcinki pierwszy i drugi to jedna historia, wprowadzająca widza w barwny świat kucyków, zapoznająca go z bohaterami, reszta to natomiast pojedyncze epizody, niezbyt subtelnie przemycające jakiś morał.

Przez „barwny świat” rozumiem to, że Equestria, w której rozgrywa się akcja, jest bardzo kolorowym miejscem. Jasne, żywe kolory dominują na ekranie, czyniąc bajkę przyjemną w odbiorze. Nutka przesłodzonego fantasy tu i tam tylko dodaje uroku. Jak widzicie na załączonym wyżej obrazku (i mieliście okazję zobaczyć na fanpejczu przez ostatnie kilka dni) projekty kucyków są mocno karykaturalne, ale moim zdaniem o wiele ładniejsze od tych z oryginalnej serii.

Każda z bohaterek reprezentuje inny stereotyp – Poziomkowe ADHD jest zawsze wesoła i skora do zabawy, Lawendowa Książkoholiczka spędza całe dnie w bibliotece, Nieśmiała Owieczka stara się nie zawracać głowy innym kucykom, z kolei Tęczowa Chłopczyca lata po niebie, popisując się najróżniejszymi akrobacjami. Takie coś jak Breakfast Club, tylko w świecie pełnym jednorożców, pegazów i kucyków.

Na pewno nie podoba mi się ten koncept przechodzenia do świata ludzi. W procesie tym jedna z bohaterek zamienia się w człowieka i spotyka człowiekowe odpowiedniki swoich przyjaciółek. Z tego co się orientuję, zrobili dwa pełnometrażowe filmy bazujące na tym motywie i no jak dla mnie to to jest chore. Po co przerabiać kucyki na barbiopodobne maszkarony? To znaczy jasne – dla kasy. Niby wszystko spoko, ale gdy jakiś czas temu zobaczyłem te lalki w ofercie bodajże Stonki, no to jebłem. Mnie takie coś przeraża.

***

Sama bajka jest jak najbardziej spoko – uczy dziecki pewnych podstawowych odruchów – bądź lojalny, nie dokuczaj innym, dziel się z przyjaciółmi, nie wstydź się prosić o pomoc etc. Jest ładnie narysowana, nie ma tu miejsca na żadne bazgroły, kreska nie jest może przesadnie szczegółowa, ale bardzo schludna. Mój chory umysł nie dopatrzył się tutaj żadnych podtekstów, więc trochę mnie dziwi, że inni dali radę. Tutaj nie ma nic ponad dużą ilość naiwnej słodkości, idealnej dla maluchów.

Śmiało puszczajcie swoim dzieckom, jakbym jakieś prywatne miał, to na pewno by te kucyki oglądało.

Jaskier

PS Jeśli chodzi o adaptowanie zabawek Hasbro na potrzeby dzisiejszych filmów, seriali etc., to:
My Little Pony > Transformers.

Read Full Post »