Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Listopad 2016


Dobrze znamy USA – wszak od pacholęctwa bombardowani jesteśmy ogromną liczbą najróżniejszych obrazów pochodzących z tego najwspanialszego na świecie kraju, ostoi demokracji i wolności. W owej krainie syropem glukozowo-fruktozowym płynącej w przydrożnych barach brodaci kierowcy ciężarówek tylko czekają, aż jakiś przybłęda im podpadnie, w małomiasteczkowych knajpach z kolei przesiadują wyżelowani chłopcy w czarnych skórzanych kurtkach, popisujący się przed różowo odzianymi dziewczętami, popijającymi Colę i pogryzającymi maczane w szejkach frytki. W szkołach łobuzy zabierają dzieciakom w okularach kanapki, w biurach każdy romansuje i nikt nie lubi szefa, biali nie potrafią skakać, a czarni to bandyci.

Słowem – doskonale znamy przedmieścia, śródmieścia i podmieścia* amerykańskich miast. Z ekranów kin i telewizorów, z kart książek i komiksów – wszystko to znamy.

Jakub Ćwiek wpadł na genialny pomysł – a może jednak nie? Może nam się tylko WYDAJE, że dobrze znamy, że wiemy co i jak, że tam na miejscu nic by nas nie zaskoczyło? Może każdy film, serial, powieść jest w pewnej części tym, czym Grease  i Stranger Things były w stu procentach? Pewną wizją, obrazem, pozowanym zdjęciem, które przekazuje jakiś fragment prawdy, ale hiperbolizuje go, przesłania nim cały obraz.
Po tym olśnieniu – które zostało zresztą opisane w pierwszym rozdziale książki – Jakub Ćwiek zrobił następny krok – podzielił się nim z innymi. Następnie zrobił coś, co wymagało nie lada determinacji i uporu – znalazł środki, namówił całą zgraję ludzi do swojego pomysłu i ruszyli. W podróż. Przez East Coast śladami popkultury, starając się dowiedzieć, jaka jest prawda o tych miejscach.

Stany Zjednoczone – nawet samo Wschodnie Wybrzeże – mocno przesiąknięte są popkulturą. Gdybyśmy spojrzeli na mapę tego rejonu wykonaną w odpowiedniej skali, to w zasadzie byłaby upstrzona miejscami dla wszelakiej maści nerdów ważnymi. Od Nowego Jorku, który sam mógłby dostarczyć materiału na niejedną tego typu książkę, przez stan Maine, gdzie mieści się dom Stephena Kinga, Filadelfię ze schodami z Rocky’ego, Senoi i tamtejsze sklepy z fantami z The Walking Dead, Atlantę i CBC, historyczny Boston etc., etc.

Przez Stany POPświadomości to podzielony na trzy części opis podróży i zwiedzania miejsc wymienionych akapit wyżej i jeszcze kilku innych.

***

Główną część stanowią fragmenty autorstwa Jakuba Ćwieka, pomysłodawcy wyprawy. W ciekawy i barwny sposób opisuje perypetie podróżujących, dzieli się przemyśleniami z kolejnych etapów podróży, a także licznymi popkulturalnymi anegdotami ze swojego życia. Moją ulubioną zdecydowanie jest ta o sklepie Disneya i zakupie sukienki z Krainy lodu.
Nad wyraz często autor dzieli się także swoimi politycznymi poglądami, w większości rozdziałów przywołując rasizm, mizoginię albo jakieś tam jeszcze inne-izmy, którym nie mam zamiaru zaprzeczać, ale uważam, że nie powinny pojawiać się w tej książce, a już na pewno nie odarte z kontekstu historycznego i społecznego oraz nie w takiej ilości.

Rozdziały Jakuba Ćwieka przeplatane są popkulturalnym przewodnikiem Bartka Czartoryskiego, krytyka filmowego i tłumacza. Krótko i rzetelnie informuje czytelników, dlaczego byli tam, gdzie byli. Wyjaśnia, dlaczego jakiś twórca jest dla kultury ważny, często podaje tytuły, z którymi warto się zapoznać. Dla kogoś, kto nie wie, co to Troma i kim jest King, z czym to się je etc., te fragmenty powinny okazać się szczególnie przydatne.

Ostatnią tekstową częścią książki jest spis relacji podsumowujących kolejne etapy podróży autorstwa publicysty Radka Teklaka. W niemal telegraficznym skrócie opisuje swoje wrażenia, smuci się, że w NY truskawki po 5$ za pudełeczko, raduje, gdy w Północnej Karolinie benzyna jest tańsza od wody. Dziwi go (czytelnika też) uprzejmość mieszkańców USA. Wnioski popkulturowe rzecz jasna również obecne.

***

Czytając pierwsze rozdziały, odnosiłem wrażenie, że projekt nie do końca wypalił. Sam autor również w pewnym momencie ubolewa nad tym, że ich podróż wygląda jak typowa wycieczka turystyczna – jadą, patrzą (ładne), robią zdjęcia, jadą dalej. Potem do mnie dotarło – to nie film, nikt niczego nie reżyserował. Nie zawsze znajdzie się podejrzany facet, który na stacji benzynowej zaoferuje podwózkę, nie zawsze zostanie się zatrzymanym przez miejscowego szeryfa.
Ale kiedy już przytrafiało się coś niesamowitego, kiedy grupka faktycznie spotykała kogoś, z kim warto było zamienić kilka słów i potem je zapisać, to o tych momentach czyta się najlepiej. Również wszelkiej maści anegdoty, wspomnienia związane na przykład z pierwszym seansem Szklanej pułapki i inne tego typu kołatające się po głowie Jakuba Ćwieka echa przeszłości wypadają bardzo dobrze. Być może dlatego, że ja również – myślę, że każdy – ma takie punkty, chwile w swoim życiu, które zapamiętał i przywołuje je z uśmiechem na ustach. W tych fragmentach pisarz jawi się jako dobry kumpel, który opowiada zacne true story, bro i aż chciałoby się czegoś takiego więcej.

Przez Stany POPświadomości można traktować również jako wstępny poradnik dla szykujących się do wycieczki po USA. Znajdują się tu informacje o tym, jak wynająć kampera, gdzie można takim pojazdem zatrzymać się na noc, jak wyglądają opłaty za przejazd komunikacją miejską, ile kosztuje prysznic na truck stopie, jak się ma cena kilograma pomidorów do ceny hamburgera, kelnerka zwracająca się do klienta per „sweetie” wcale nie kokietuje, a żeby kupić alkohol faktycznie trzeba mieć ukończone dwadzieścia jeden lat.

***

Jeśli chodzi o stronę techniczną wydania, to zdarzają się literówki oraz pojedyncze błędy stylistyczne, będące – jak sądzę – wynikiem niedoprowadzonej do końca korekty tekstu. Można jednak na to przymknąć oko, jeśli się nie jest takim gramatycznym nazistą, jakim jestem ja.

***

Przez Stany POPświadomości opisuje niezwykłą wyprawę, istną przygodę. Pozornie niemożliwy do osiągnięcia cel udaje się tej grupce szaleńców, z Jakubem Ćwiekiem na czele, zrealizować. Wizja podróży przez USA w kamperze, spanie na truck stopach, szaleństwo zakupowe w sklepach z gadżetami, Walmarty, żarcie znane tylko z filmów – to wszystko jawi się w tej książce tak atrakcyjnie, że aż przez moment pomyślałem sobie, jakby to było dobrze z własną ekipą wybrać się w taką podróż. Nawet nie po to, by zwiedzać miejscówki z filmów, co po prostu chłonąć atmosferę tego kawałka świata, który sam w sobie jest fenomenem kulturowym.

***

KSIĄŻKĘ DO RECENZJI DOSTARCZYŁO WYDAWNICTWO SQN.

*Koniecznie zamieszkałe przez zmutowane gady zaznajomione ze wschodnimi sztukami walki.

Jaskier

Read Full Post »

Oto przed Wami szybki przegląd zwiastunów filmów, które rzuciły mi się w oczy podczas przeglądania jutuba. Nie wszystkie są świeże, ale wydaje mi się, że tematu żadnej z tych produkcji jeszcze tutaj nie poruszałem, więc – że zacytuję klasyka – jak było, to sorry. Jeśli z kolei nie było, to zapraszam do dyskusji i wyrażania własnej opinii.
Kolejność według daty premiery.

***

Assassin’s Creed (styczeń)

Serii Assassin’s Creed nie darzę jakimś szczególnym uczuciem. Jeśli śledzicie bloga wystarczająco długo, to wiecie, że grałem jedynie w dwie pierwsze części, przy czym druga niemiłosiernie mi się przeciągnęła, bo mi bez przerwy wypadało coś w stylu konieczności przeczytania Innego świata* do szkoły… życie było wtedy prostsze.
Mam w planach ogranie także kontynuacji, miło by było doczłapać chociaż do końca wątku Ezio, ale to póki co pieśń przyszłości. Na chwilę obecną moje granie ogranicza się do Sapera na zajęciach z AutoCADA.
Film od ujawnienia pierwszych informacji wzbudził moje zainteresowanie. Pozytywne zainteresowanie, że się tak wyrażę. Niektórzy ludzie mają ból dupy o to, że fabuła nie będzie przedstawiać wydarzeń z którejś z odsłon serii. Zapewne te same osoby narzekają na odstępstwa do komiksowego pierwowzoru w przypadku filmowego Civil War. Takie podejście jest durne, bo esencją rozgrywki było skakanie po dachach i świadomość tego, że bierzemy udział w odwiecznej wojnie pomiędzy dwoma potężnymi ugrupowaniami. Sama historia – zwłaszcza w pierwszej części – była dość prosta, a przez większość czasu wykonywało się te same misje poboczne.
Film skupi się na innym okresie historycznym, innym asasynie, innym oddziale Abstergo – i bardzo dobrze. Po pierwsze – nikt nie będzie się czepiał, że zmieniono coś, co było w grze, a jednocześnie znajomość gry nie będzie konieczna do pełnego cieszenia się produkcją. Warcraft MI się podobał, bo znam to uniwersum, ogólnie jednak był finansową porażką. Po drugie – filmowy Assassin’s Creed będzie stanowił uzupełnienie, rozwinięcie marki. Trochę to meta, ale zastanówcie się – jeśli Abstergo w uniwersum gier zaczęło wydawać… gry oparte na życiorysach asasynów, to czy produkcja filmów nie byłaby następnym, naturalnym krokiem?
Strona wizualna nie powinna zawieść – w zwiastunach charakteryzacja, kostiumy oraz scenografia wyglądają świetnie, z kolei choreografia walka albo przemieszczania się po dachach średniowiecznej Hiszpanii jednoznacznie przywodzi na myśl pierwowzór. No i można liczyć na to, że w końcu dostaniemy Asasyna, w którym AI przeciwników będzie poprawione i blok+kontra przestanie być najwydajniejszym sposobem prowadzenia walki.
Aktorsko film także zapowiada się zacnie – obok mojego ulubionego Niemca wystąpi Jeremy Irons, a także Marion Cotillard, której może nie darzę jakąś wielką sympatią, ale zdobyte nagrody i regularne nominacje to mimo wszystko wciąż pewien wyznacznik jakości. No i też zwróćcie uwagę na to, że zaangażowanie głośnych przecież nazwisk stanowi niemałą nobilitację dla tego filmu.
Być może Assassin’s Creed zapoczątkuje erę filmowych adaptacji gier wideo. Reszta świata przekona się w grudniu, a my w styczniu, ponieważ dystrybutor uznał, że nie ma co się siłować ze SW. Tak sądzę.

***

The Great Wall (styczeń)

Pamiętacie taki film z Kijanu Rivsem będącym samurajem? Cóż, ponownie to robią.
Tym razem nie z Neo, ale z Bourne’em, który po powrocie z Marsa najwyraźniej postanowił cofnąć się w czasie i uratować ludzkość przed atakiem krwiożerczych potworów. Dla mnie to nawet lepiej.
Zdecydowanie na plus w przypadku tego filmu jest to, że jest koprodukcji chińsko-amerykańskiej. Chiny to gigantyczny rynek, który potrafił ostatnimi laty uratować finansową dupę niejednego akcyjniaka zza oceanu, ale trzeba pamiętać, że nie tylko ogląda się tam zagramaniczne filmy, ale także produkuje własne. Wiadomo, że są dziwaczne, ale jest w nich pewien niepowtarzalny urok.
Nieco drażliwą kwestią jest tutaj angaż Matta Damona do głównej roli i w ogóle robienie tego klasycznego motywu białego człowieka ratującego odległą krainę. Nie oszukujmy się jednak – gdyby grali tu sami Chińczycy, to raz, że nie byłoby szans na obejrzenie tego filmu w polskich kinach i dwa – mimo wszystko, niespecjalnie by mi na tym zależało. Azjaci produkują rocznie masę filmów fantasy, ostatnio nawet informacje o nich przenikają do zachodniej prasy. Matt Damon będzie dla mnie świetnym punktem odniesienia, skoro jest przybyszem z zewnątrz i – tak jak widz – nie ma pojęcia o tym, z czym przyjdzie się mu zmierzyć.
No i wiecie – kreatury, chińscy, średniowieczni Power Rangers, rozmach bitew, pomysłowe scenografie – takie rzeczy są fajne i mi ich w filmach ostatnio brakuje.
No i Willem Dafoe z brodą – zawsze na propsie. ;)

***

Logan (marzec)


Logan to świeżynka w tym zestawieniu, co może i wręcz powinno dziwić, a nawet niepokoić, skoro premiera już za kilka miesięcy. Ba! kilka tygodni temu nie znaliśmy nawet tytułu(!) tego filmu, nie mówiąc nic o fabule, postaciach etc. No ale wreszcie ukazał się zwiastun – całkiem w porządku w przeciwieństwie do tego, co zazwyczaj pokazuje marketingowy dział Fox w kwestii mutantów – i się nieco dowiedzieliśmy.
Cóż, niby zwiastun pozwala mieć nadzieję na to, że film będzie dobry, aczkolwiek dotychczasowe solowe produkcje z Wolverine’em albo ssały pałę, albo były do bólu przeciętne i nudne. Mowa rzecz jasna o X-Men Geneza: Wolverine oraz Wolverine. Ten pierwszy jest tak zły, że wszyscy (poza twórcami Deadpoola, którzy z niego śmieszkowali) udają, że nie istniał, a drugi przez większość czasu był wtórny, sztampowy i bez wyrazu, by w trzecim akcie zrobić kurwę z logiki, wyciągając healing factor z Logana, wrzucając kobietę-kobrę, Silver Starscreama i piłowanie adamantowych szponów.
Fakt, że na reżyserskim stołku zasiada ponownie (pierwszy raz w 2013 roku) James Mangold, także nie napawa optymizmem.
Niby można się łudzić, że sukces Deadpoola otworzył włodarzom Foxa oczy, ale czy jest sens ponownie pokładać nadzieję w zespole, który już raz zawiódł i studio, które tyle razy pokpiło sprawę? Zmiany związane ze zwiększeniem wolności artystycznej mogłyby teoretycznie wywołać opóźnienia w kampanii marketingowej, ale przecież po Suicide Squad wiemy, jak się kończy gwałtowne mieszanie w filmie.
Przekonamy się w kinie już w marcu.
Sam zwiastun natomiast pokazuje jakiś quasi-postapokaliptyczny świat, nieco wzorowany na Old Man Logan, głównego bohatera zmęczonego życiem. Pojawi się X-23 – jako mała dziewczynka, toteż zapewne film skończy się przerzuceniem jej w czasie do lat osiemdziesiątych, by mogła uzupełnić drużynę młodych mutantów. Chyba. Kto tam teraz wie tego Foxa?

***

Kong: Wyspa Czaszki (marzec)

Ten film pokazuje, jak olbrzymie jest MCU. No bo obczajcie to – Loki i Carol Danvers lecą w jakimś tajemniczym celu na Wyspę Czaszki, a na oku ma ich Nick Fury, dla niepoznaki bez pirackiej opaski na twarzy. Ale śmieszki na bok.
King Kong to jedna z prawdziwych twarzy popkultury. Co prawda jest to twarz włochata, ale bez dwóch zdań rozpoznawalna, charakterystyczna i kojarzona. Gdy została stworzona ponad osiemdziesiąt lat temu, pozwoliła twórcom pokazać inny świat – dziką dżunglę, zamieszkałą przez, wydawać by się mogło, dawno wymarłe bestie. Pomysłowość w tworzeniu efektów specjalnych a także upór, jaki towarzyszył poklatkowemu ożywianiu gigantycznego goryla i dinozaurów, zasługują na wszelkie słowa uznania** i łezkę w oku, nostalgiczny wyraz tęsknoty za pewną epoką, która bezpowrotnie minęła.
W 2005 pewien brodacz z brzuszkiem z Nowej Zelandii zrealizował swoje dziecięce marzenie o wyreżyserowaniu własnej wersji King Konga. Peter Jackson, ponieważ naturalnie o nim mowa, był wówczas, że się tak wyrażę, na fali, po gargantuicznym sukcesie, jaki odniosła jego trylogia Władca Pierścieni. Ponieważ dostarczył wytwórni kilka wagonów wyładowanych dolarami, to łaskawie pozwolono mu zrobić to, o czym marzył. Moim zdaniem film był w porządku.
Dlaczego wracają do tematu wielkiego goryla teraz?
Dobre pytanie.
Taką naturalną odpowiedzią wydaje się być stwierdzenie, że Hollywood nie ma już pomysłów, że zaczyna zjadać własny ogon, ale ja tak jakoś naiwnie wierzę, że może coś się za tym pomysłem kryje.
Chociaż najprawdopodobniej podczas jednej z suto zakrapianych imprez, gdy już gościom znudziło się patrzenie na to, jak Brian Singer gwałci i podtapia jakiegoś piętnastolatka w basenie, ktoś rzucił, że fajnie by było pojechać do jakiegoś ciepłego kraju, a ktoś inny stwierdził, żeby wkręcić, że robimy nowego King Konga, jak już następnego dnia wytrzeźwieli, to było za późno na odwoływanie tego – pojechali.
Duże nazwiska – Tom Hiddleston, Brie Larson, Samuel L. Jackson, John Goodman – gwarantują, że chociaż aktorstwo będzie stało na wysokim poziomie. (Swoją drogą, Jackson występuje teraz wszędzie.) Nawet jeśli aktorzy zebrali się, żeby dobrze pobawić się na planie, to spoko – fajnie się ogląda ludzi, którzy lubią swoją pracę.
A jeśli przy okazji powstanie dobry film przygodowy – to tym lepiej. Ja na pewno sprawdzę.

***

Power Rangers (marzec)


Gdy byłem dzieciakiem, kilka rzeczy było super – pokemony, dinozaury i te takie lodowe pałeczki, które kupowaliśmy po 30 groszy w sklepie w tunelu w bloku obok. Super byli także Power Rangers, których oglądałem namiętniej niż Dragon Balla. Seans był obowiązkowym punktem każdej soboty i niedzieli, skompletowanie figurek było manią, a zbudowanie zordów z LEGO powodem do dumy. Później, gdy już chodziłem do szkoły, jakoś tak przestały lecieć na Polsacie, a że mieliśmy tylko siedem kanałów, to nie było mowy o oglądaniu na jakimś Disney XD.
Co nie zmienia faktu, że wciąż mam wielki sentyment do tej głupiutkiej serii, nawet mimo iż od Mighty Morphin w zeszłe wakacje odbiłem się już w trakcie pierwszego odcinka. Swoją drogą, fajnie by było zbudować jakieś porządne zordy z LEGO…

Na zwiastunie wygląda to na połączenie The Breakfest Club z Kroniką. Jeżeli uda im się jakoś wpleść w to kiczowatość z serialu, to będę kupiony. Ba! na seansie będę płakał ze szczęścia. Mamy teraz taki okres w kinie popcornowym, że grupka nastolatków, którzy walczą przy pomocy kosmicznej technologii z magicznymi potworami, to nie jest coś, czego twórcy się boją, na co producenci nie chcieliby wyłożyć pieniędzy i mam nadzieję, że wyjdzie im to na dobre. I nam, widzom, także.
Poza tym – Zordonem ma być Bryan Cranston, a Elizabeth Banks Ritą Repulsą (sic!).
Czekam na ten film i liczę na to, że odświeży nieco ten dosyć zakurzony materiał.

***

A co do tytułu tego wpisu – niby większość z tych filmów ma mieć polską premierę w marcu, Power Rangers nawet już w trakcie oficjalnej kalendarzowej wiosny, ale nie oszukujmy się – będzie padał śnieg, piździało jak w kieleckiem, więc „zima” o wiele lepiej pasuje.

Jaskier

*Co zrobiłem w czterech posiedzeniach i uważam to za sukces.

**Na wszelkie słowa uznania zasługuje również autor scenariusza i reżyser – Merian C. Cooper, amerykański lotnik, bohater wojny polsko-bolszewickiej, wielki przyjaciel Polski i Polaków.

Read Full Post »


Doctor Strange kończy dla Marvela tegoroczny sezon. Filmowo był to dla studia rok niezwykle udany – Civil War wgniatało w fotel, a w przypadku produkcji o magu nie ma czego się wstydzić. Chociaż są pewne „ale”. Tak swoją drogą, to znałem kiedyś taką jedną Alę… wróćmy jednak lepiej do meritum.

Gdy kilka lat temu pojawiły się pierwsze plotki dotyczące tego filmu, pewne źródła podawały, że niby nie będziemy mieć do czynienia z typową genezą postaci, co najwyżej coś pojawi się w retrospekcjach. O ile dobrze pamiętam, to nawet zostało to po jakimś czasie potwierdzone i w zasadzie nikt się nie dziwił – opowieści dotyczące narodzin bohatera oraz zdobycia przez niego mocy już wtedy były czymś, z czym widzowie spotykali się na każdym kroku, można by rzec, że superbohaterski rynek był przesycony tego typu produkcjami.
Miesiące mijały, zaczęły pojawiać się pierwsze konkrety – zgadnięty przez fanów Cumberbatch w głównej roli, kontrowersyjne obsadzenie Tildy Swinton jako Pradawnego, czarny Mordo, Mads Mikkelsen, o którym spekulowano, że będzie dubbingował Dormammu etc. No i w końcu pojawiła się informacja, że jednak będzie to origin story. No i cóż – z jednej strony się nie dziwię (i zaraz wyjaśnię dlaczego), ale trochę jest mi też żal (co stanie się jasne po przeczytaniu tego tekstu).

Mamy tutaj do czynienia z typową przemianą aroganckiego, pyszałkowatego i lekko bucowatego wybitnego neurochirurga w mesjasza narodów. Stephen Strange wiedzie dostatnie życie – talent pozwala mu nie przejmować się rachunkami, charakter natomiast nie pozwala mu na przejmowania się ludźmi. Splendor jest jedynym, o co zabiega, dlatego też podejmuje się jedynie operacji, które będą spektakularne i przyniosą mu więcej rozgłosu. Wszystko to załamuje się wskutek poważnego wypadku samochodowego, w którym traci precyzję w posługiwaniu się dłońmi.
Wielkie ego nie pozwala mu po prostu zmienić życia – pieniądze wydaje na kolejne zabiegi, odtrąca Christine (Rachel McAdams) – jedyną osobę, jaka się nim jeszcze przejmuje – pogrąża się w rozpaczy. Kpi ze swojego terapeuty, ale ten pokazuje mu światełko w tunelu – przypadek pacjenta, który „wyzdrowiał” z paraliżu.
Trop ten prowadzi doktora Strange’a do Nepalu, gdzie wszystko, co do tej pory znał i rozumiał, okaże się niczym i stanie się dla niego jasne, że nawet w jego przypadku niemożliwości są nieskończone.

Dość o fabule, bo jeszcze dwa akapity i napisałbym wszystko. I to jest w pewnym sensie problemem filmu – historia jest naprawdę prosta. Nie tam od razu prostacka, zdecydowanie nie głupia, ale nie można nie odnieść wrażenia, że wiadomo, co się będzie działo i jak to wszystko się skończy. Samo Marvel Studios już coś takiego robiło. I to więcej niż raz, bo przecież i pierwszy Iron Man, i Thor były u podstaw opowieściami o zmianie na lepsze i stawaniu się bohaterem, dorastaniu do takiego miana. Stephen Strange przechodzi tę samą lekcję, co protagoniści ww. filmów. Oczywiście, płaszczyzna, na jakiej się ona odbywa, jest zupełnie inna, gdyż mamy do czynienia z pełnoprawną magią – nie ma mowy o udawaniu technologii, której jeszcze nie rozumiemy – ale nie można powiedzieć, że na gruncie scenopisarstwa mamy do czynienia z nową jakością. Za moment przejdę do kilku moim zdaniem najpoważniejszych mankamentów scenariusza, ale wpierw zróbmy sobie chwilę przerwy na zachwyty.

Sposób pokazywania magii jest bezbłędny! Wszystkie światła, efekty komputerowe, ruchy kung-fu zastępujące słowne zaklęcia – bomba. Strasznie mi się już wizualne aspekty czarowania podobały w Warcrafcie, ale to, co można zobaczyć tutaj, jest jeszcze lepsze, jeszcze bardziej kolorowe, jeszcze bardziej widowiskowe. Nie dajcie się zmylić zwiastunom – tutaj walka to nie tylko incepcjonowanie miasta, twórcy dają bowiem bohaterom multum możliwości – wykorzystują alternatywne wymiary, zakrzywianie praw fizyki, modelowanie rzeczywistości na własne potrzeby, magiczne artefakty, energetyczne konstrukty w postaci mieczy, włóczni i tarcz. Wszystko to jest kolorowe, widowiskowe, a momentami zapierające dech w piersiach. Doctor Strange to zdecydowanie dobry kandydat do obejrzenia w IMAX-ie. Sam byłem, polecam.

No ale żeby nie było tak kolorowo:

Tradycyjnie już, jak na Marvel przystało, przeciwnik nie jest jakiś oszołamiający. Kaecilius (Mikkelsen) ma plan zniszczenia świata, bo jest zły, bo jego rodzina zginęła. To wszystko. Zapewne po jakimś czasie zapomnę, o co mu w ogóle chodziło i dlaczego dążył od anihilacji Ziemi. Trochę szkoda, że dla tego aktora nie znalazło się coś więcej do  zagrania.
Początkowo obawiałem się o tempo przemiany Strange’a, ale jest w porządku. Widzimy upływ czasu, najpierw jeszcze w USA, później już w trakcie pobierania nauk, sam też punkt przegięcia, kiedy odrzuca dogmaty nauki i pragnie poznać prawdziwą prawdę o świecie, jest zrealizowany zadowalająco. Doświadczenie zawsze przeważa, więc – dosłownie – doświadczenie innych wymiarów musiało przekonać go do uwierzenia w słowa Pradawnej.
Natomiast kompletnie nie kupuję przemiany Mordo. Przedstawiany jest jako osoba podążająca za rozkazami, wierny wojownik, który nie poddał się herezji Kaeciliusa, ale gdy bohaterowie dowiadują się, że ich mistrzyni sama miała co nieco za uszami, w dodatku Strange nagiął zasady, by ocalić świat, obraża się i idzie medytować. Mocno trąci to Magneto z First Class. No i niby w tym przypadku jest wcześniej mowa o tym, że Mordo jest konserwatywny aż do bólu, aczkolwiek mimo wszystko transformacja od stoickiego najlepszego przyjaciela, który nawet od czasu do czasu z tobą pośmieszkuje, do mordercy pragnącego wyeliminować wszystkich innych magów BOTAK, jest dosyć nagła i trochę tak z dupy. Wiadomo, że potrzebny jest czarny (hehe) charakter to jakiejś kontynuacji, ale wolałbym, by wzięli kogoś innego, a z Mordo zrobili Tego Złego dopiero później.

***

Pomimo  wymienionych mankamentów, wyszedłem z kina zadowolony. Jasne, to nie jest najlepszy film MCU, żeby daleko nie szukać – Civil War zrobiło na mnie o wiele większe wrażenie, jednak to wciąż naprawdę solidna produkcja. Zdecydowano się pokazać genezę postaci, by zapoznać widza z magią, całą tą otoczką mitologiczno-mistyczną, przez co fabuła musiała być jak najprostsza. Nie ma co się dziwić – informacji oraz zupełnie nowych, odmiennych aspektów świata przedstawionego jest wystarczająco dużo, nie trzeba było dokładać złożonym scenariuszem. Dzięki temu Doctor Strange jest przystępny dla świeżego widza, można na ten film spokojnie pójść bez znajomości jakiegokolwiek innego z MCU.

Ja polecam, gdyż nie tylko produkcja ta otwiera filmy Marvela na czary i magię, dodatkowo sprawnie wprowadziła nowego, potężnego gracza na planszę. Nie mogę się doczekać dalszych interakcji Doctora Strange’a z członkami Avengers i zaczynam wierzyć w to, że kiedyś Tony Stark przyjdzie do Sanctum Sanctorum, prosić o pomoc w walce z prawdziwym Mandarynem.

Jaskier

PS Pierwsza scena po napisach – z Thorem – jest bezcenna. <3

Read Full Post »