Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Ant-Man’

Ten tekst nie zawiera SPOILERÓW, plotek, przecieków, ani niczego w tym stylu. Stanowi jedynie spis luźnych przemyśleń na temat tego, co JA bym chciał zobaczyć w ramach Marvel Cinematic Universe. Na dzień dzisiejszy ujawnione plany sięgają do starcia z Thanosem, które ma nastąpić w 2019 roku, no ale coś później musi być, wszak nie zarżną kury znoszącej złote jaja.

W moich marzeniach zakładam, że Sony nie zwariuje i uniwersum Pająka w całości będzie dostępne dla planów Marvela, Fox z kolei wciąż będzie uparcie robić sequele oraz remake’i FF, przez co Doctor Doom, Galactus i cała reszta świetnych i istotnych postaci związanych z tą drużynę, będzie poza zasięgiem.

Czas… start!

***

Iron Man 4: Prawidzwy Mandaryn

Tony Stark potężnie cierpi na brak interesujących przeciwników – w jego solowych filmach zawsze się na koniec okazuje, że jest jakiś… biznesmen. Chciwy i pragnący wypchnąć Stark Industries z rynku, by jego kompania mogła zająć jej miejsce. Mniej więcej, nie wchodźmy w szczegóły. Jeśli chodzi o oponentów, to pamięta się przede wszystkim to, że łysy Jeff Bridges zwariował, Mickey Rourke był wielkim, złym Ruskiem, a Ben Kingsley udawał Mandaryna.
Właśnie – nie był nim, tylko udawał, sporo ludzi miało o to ból dupy, ja natomiast uważam, że ten wybieg był genialny. Wtedy. A teraz chcę prawdziwego Mandaryna. W krótkometrażówce pokazali, że istnieje w tym świecie ktoś, komu aktorskie popisy Trevora (bo tak się bohater pana Kingsleya nazywał) się nie podobają.
To nawet nie musi być ktoś, kto się nazywa Mandaryn, może po prostu stwierdzić – hej, jestem powalonym Chińczykiem-terrorystą, a ten śmieszny gostek robił coś bardzo ciekawego, mogę się im przedstawić tym samym imieniem.
I niech ma jakieś kosmiczne/magiczne pierścienie. To byłoby już  po przedstawieniu Doktora Strange’a, toteż z magią albo „magią” nie powinno być najmniejszego problemu. Chciałbym, by technologia Starka została wystawiona na zupełnie nową próbę, żeby zrobili zestawienie dwóch zupełnie odmiennych źródeł siły – trochę jak w Power Rangers.
I jak cudownie by było, gdyby po pierwszym starciu z nieznanym wrogiem Stark zaszokowany jego zdolnościami udał się do Sanctum Sanctorum zasięgnąć porady, przyniósł Strange’owi pendrive’a z nagraniem, a tam nie ma żadnego komputera, Tony jest skonfundowany, a czarodziej na luzie czyta z jego myśli, widzi w nich walkę z Mandarynem i decyduje się wesprzeć Iron Mana.
Tyle wspaniałych okazji do rzucenia żartem No shit, Sherlock, sam Stark mógłby krzywo na magię patrzeć, ale po wszystkich ciężkich doświadczeniach byłby skłonny do zaakceptowania tego, że są rzeczy, których jego umysł nie potrafi pojąć.
Robert Downey Jr. zapewne bardzo chętnie jeszcze raz przywdziałby zbroję, nakręcił kolejny film o tej postaci, ostatnio się pojawiają na ten temat plotki, w sumie łatwa kasa, przysparza popularności, ale też daje pole do popisu – w Civil War był jeszcze bardziej bezbłędny niż dotychczas.

***

Kapitan Ameryka: Stary Kapitan Ameryka 

Ustalić trzeba jedno – Chris Evans jest niesamowity w roli Kapitana Ameryki. Kiedyś dostawał te role przystojnych śmieszków i czy ktoś przy To nie jest kolejna komedia dla kretynów pomyślałby, że ten facet nada się do zagrania lidera – cholera – Lidera o kręgosłupie moralnym z vibranium?
Wydaje mi się jednak, że ciekawym zabiegiem byłoby odsunięcie go na pewien czas poprzez postarzenie jego postaci. Steve Rogers mógłby być potraktowany jakimś promieniem śmierci czy czymś takim, który zdezaktywowałby serum superżołnierza. Oczywiście, nie na trwałe, ale na dwa filmy, więc kilka lat, kilkudziesięcioletni Kapitan Ameryka, nienadążający już za działającymi w terenie Avengers, słabnący z każdym dniem, musiałby zmierzyć się z zupełnie nieznanym sobie problemem. Przekazałby tarczę Bucky’emu, jak miało to miejsce w komiksach, a sam zająłby się koordynacją zespołu oraz trenowaniem nowego pokolenia herosów. A następnie zaliczył wielki powrót w finale fazy. Mogłoby to też stanowić logiczne wytłumaczenie dla starzenia się aktora, które postępuje przecież w naturalnym tempie.
Wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w tej roli. W roli mentora kolejnego pokolenia superbohaterów. Oczywiście, dostałby jakąś naprawdę kozacką scenę walki, sam jednak po niej stwierdziłby, że jednak czas przejść do pracy „za biurkiem”.
No i jakie nośne hasło można by wrzucić na plakat filmu – Kapitan Rogers ponownie chwyta za tarczę. A zwiastun? Co by było, gdyby po dwóch latach nieobecności Chris Evans podniósłby tarczę i w końcu krzyknął Avengers Assemble!?

***

Sinister Six (tym razem na poważnie): Spider-Man

Nie jest to materiał na pierwszy czy drugi film, ale trzecia produkcja z Pająkiem? Albo może raczej pierwszy film o grupie ciamajdowatych przestępców, którzy już raz dostali od Spidey’a, wypuszczony po dwóch solowych filmach o przygodach Petera Parkera. Przedstawienie historii z ich perspektywy – łotrów knujących w jakimś brudnym mieszkaniu na Manhattanie (a nie zamkniętym, opuszczonym magazynie, których z jakiegoś powodu w Central City i Star City jest więcej niż budynków mieszkalnych).
Siedzi jeden z nich i narzeka, jak to ten głupio ubrany pajac (to mógłby powiedzieć Electro) zawsze jest mu w stanie skopać dupę i jakie to jest niesprawiedliwe etc. Nagle, widząc Avengers w gazecie lub telewizorni, wpada na błyskotliwy pomysł zebrania sobie podobnych przegrywów i zawiązania koalicji przeciwko Pająkowi. Wiadomo – i Herkules dupa, kiedy wroga kupa.
Skoro wrogiem w filmie w 2017 roku ma być Vulture, to już byłby jeden idealny kandydat do Szóstki, wystarczyłoby zasygnalizować w drugim filmie, że Spider-Man regularnie walczy z jakimiś kolorowymi klaunami poprzez wrzucenie Kravena albo Shockera lub Mysterio do krótkiej walki na początku – pisałem już o codziennych czynnościach superbohaterów w tekście na temat Civil War – i mielibyśmy gotowe pół składu.
Komedia z niezdarnymi łotrami, którzy nie tworzą prawdziwej drużyny, bez przerwy się o coś obwiniają i ostatecznie całą szóstkę pokonuje licealista, powinna wpasować się w ton, jaki najprawdopodobniej przyjmą filmy o Spider-Manie.

***

Avengers ’80/ Retroavengers

Pisałem już o tym gdzieś na blogu, więc nieco się powtórzę – bardzo chciałbym zobaczyć film o proto-Avengers, działających w latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było nieco kiczowate. Wiemy, że wówczas czynnie działał Hank Pym i jego żona, wystarczyłoby im dodać ze dwie postaci w kostiumach i już można by wysłać drużynę na tajną misję przeciwko Związkowi Radzieckiemu, na której staraliby się powstrzymać próby stworzenia superludzi przez Sowietów. No bo przecież musiały takowe być i to zapewne bardzo liczne.
Brakuje mi czegoś takiego do wypełnienia luki czasowej pod koniec poprzedniego stulecia. Mogłoby to również jeszcze podkreślić, skąd wzięły się niesnaski między doktorem Pymem a zarządem S.H.I.E.L.D.
Super by było, gdyby to był Bond, tylko w stylu tych klasycznych, nie tych nowych  z Craigiem. Z szalonym radzieckim naukowcem, przystojną szaloną panią radzieckim naukowcem, bazą w łodzi podwodnej, a ci opracowywani superludzie koniecznie mieliby zdolność latania i posługiwania się ogniem, i robienia wybuchów atomowych. Bo Zimna Wojna.

***

Namor (Kim do diabła jest Namor?)

Nim zaczniecie się pultać, że to jakaś tania, nędzna i w ogóle rozebrana podróbka Aquamana, to zajrzyjcie na Wikipedię, by sprawdzić daty – Namor zadebiutował dwa lata przed pojawieniem się swojego odpowiednika z DC. Zdziwko, nie? Ciężko jednak mówić o wzajemnym kopiowaniu od siebie, bo koncept podwodnej krainy nie został wymyślony przez ówczesnego Marvela. Oba wydawnictwa postanowiły zaadaptować Atlantydę do własnych potrzeb. I tyle.
Nie jest do końca jasne, kto obecnie ma prawa do tej postaci, najprawdopodobniej ma je już z powrotem Marvel, choć mówiło się, że w jakiś sposób należą do wytwórni Universal, może chodzi o same prawa do dystrybucji, ciężko powiedzieć, skoro nie znamy szczegółów umowy. To nie jest tak, że po latach wyciąga je z szafy czyjaś żona, przynosi i zostają pokazane prasie.
Namor pierwotnie walczył z ludźmi i ten konflikt między Atlantydą i naszym, suchym światem jest dość istotny w przypadku tej postaci. Potem się – oczywiście – ogarnął i wraz z Kapitanem Ameryką oraz pierwszą Ludzką Pochodnią kopał tyłki Niemcom oraz Japończykom.
Gdyby go dzisiaj adaptowali, to z dość oczywistych przyczyn nie byłby sojusznikiem Kapitana Ameryki z czasów wojny. Pewnie nie miałby też skrzydlatych stóp i nosiłby coś więcej niż tylko zielone majtki.
Skoro już tak wszystko wyłazi – kosmici, mistycy Dalekiego Wschodu, superkrólowie z Afryki, to wynurzenie się Namora byłoby jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że jeśli się dobrze przyjrzeć Iron Manowi 2 i mapie, jaka stoi za plecami Starka w tej scenie, kiedy Nick Fury mówi mu, że nie nadaje się do Avengers, to jak byk jest tam zaznaczony środek Atlantyku. Niby nic, ale na tej samej mapie jest również kółeczko w centrum Afryki, no a przecież tydzień temu osoba, którą to kółeczko oznaczało, zadebiutowała w ramach MCU. Toteż jest duża nadzieja na pojawienie się również Namora.

***

To by było na tyle, skupiłem się wyłącznie na filmach, seriale to – niestety – zupełnie osobny świat, któremu wypadałoby poświęcić odzielny pełen uwag oraz narzekania wpis. Co naprawdę chciałbym zrobić i być może nawet uda mi się napisać to w tym tygodniu. A może dla równowagi należałoby zacząć od wytknięcia DC i Warnerowi, że niby ich seriale są osobne osobne od filmów, ale w procesie twórczym są ściśle połączone? Zobaczy się.

Póki co, dziękuję za przeczytanie niniejszego wpisu i liczę na to, że znajdzie się wśród Was ktoś, kto podzieli się jakimiś uwagami lub może własnymi oczekiwaniami.

Miłej niedzieli i smacznego obiadu. Albo do garów.

Jaskier

Read Full Post »


Civil War jest wykonane nieprzyzwoicie wręcz wybornie, mimo iż nie ustrzegło się kilku błędów, a w zasadzie jednego, czyli odwiecznego problemu MCU – przeciwnik kolejny raz niedomaga. Zwłaszcza w zestawieniu z niesamowicie wypadającą ekipą herosów.
Naprawdę, relacje między postaciami robią ten film i maskują wszelkie fabularne wpadki. Civil War ogląda się przede wszystkim po to, żeby zobaczyć tych bohaterów w nowej sytuacji, w sytuacji, jakiej jeszcze nie było – otwartego konfliktu, wręcz wojny. Każdy ma swoje zdanie, swoje argumenty i – mimo usilnych prób – nie da się zniwelować tego napięcia w ramach rozmowy.

Fabularnie wygląda to następująco – Steve Rogers kieruje nową drużyną Avengers (którą zobaczyliśmy pod koniec Age of Ultron) i w trakcie misji w Nigerii dochodzi do tragedii – giną niewinni ludzie. Przelewa to czarę goryczy, opinia publiczna domaga się, aby superbohaterowie podlegali nadzorowi komisji ONZ, a ludzie, którzy marzyli o tym po nocach, wreszcie mogą z szuflady wyciągnąć przygotowany już wcześniej dokument, który ma posłużyć do rejestracji nadludzi.
Nieustannie dręczony wyrzutami sumienia Tony Stark, który wszelkimi siłami stara się odpokutować za stworzenie Ultrona, przystaje na propozycję władz i przyjmuje rolę przywódcy stronnictwa popierającego rejestrację. Rogers, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że każda organizacja może zostać po cichu zinfiltrowana lub nawet przejęta, staje na czele opozycji, nie godząc się na bycie cynglem grupki polityków. Kolejni bohaterowie opowiadają się po którejś ze stron i w ten sposób dochodzi do powstania pierwszych spięć w drużynie.
Być może wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie to, że Kapitan Ameryka czuje się zobowiązany do ratowania przyjaciela – Bucky’ego – który po dokonanym w Wiedniu zamachu jest poszukiwany przez cały świat. Kapitan nie chce bowiem wierzyć w jego winę i zamierza dotrzeć do niego przed przedstawicielami władzy, aby przekonać się, czy ma rację i w Zimowym Żołnierzu zostało coś jeszcze z jego przyjaciela. Naturalnie, stawia go to po tej drugiej stronie barykady, co zaostrza konflikt, mimo iż na tym etapie da się go wciąż polubownie rozwiązać.

Tak się jednak nie dzieje, a po szczegóły udajcie się do kina.
Dalej są SPOILERY.

***

Strasznie podoba mi się sekwencja początkowa, w której Avengers zastawiają sidła na grupę najemników, udaje im się pokrzyżować ich plany, wracają więc do domu zwycięsko. Nie licząc wybuchu, przez który ucierpieli cywile. Ale chodzi mi o to, że sama akcja oderwana jest od reszty fabuły. Ot, drużyna wykonywała misję, co jest dla superbohaterów codziennością, Kapitan oklepał superzłoczyńcę, co też stanowi dla niego chleb powszedni. Nie jest potem ani razu wspomniane, czemu najemnicy pojawili się w akurat w Afryce, kto ich tam wysłał etc. To świetnie pokazuje, że ten świat jest olbrzymi i nie kręci się wyłącznie wokół wielgachnych, epickich wydarzeń. W przerwach od walczenia z kosmicznymi najeźdźcami albo szalonymi robotami, bohaterowie ratują świat na mniejszą skalę.

***

Powtórzę jeszcze raz i będę to robił do znudzenia – film stoi relacjami i interakcjami między postaciami. O podejściu do rejestracji rozmawiają głównie Rogers i Stark, wszak są liderami poszczególnych stronnictw, jednak doskonale wiadomo, jakie są motywacje każdego z bohaterów. Dlatego tak łatwo się zaangażować widzowi w ten konflikt, bo każdy, nawet jeśli nie czytał komiksów (trochę gorzej, jeśli nie widział poprzednich filmów), rozumie, o co i dlaczego ci śmiesznie poubierani ludzie walczą. Sposób nakreślenia postaci i konfrontowanie ze sobą poszczególnych bohaterów odpowiada w tym filmie także za komizm. Nie ma tu ani jednego wymuszonego żartu, mimo iż od początku sceny na lotnisku pojawiają się jeden za drugim, czy to sytuacyjne, czy słowne, czy też wynikające z komizmu postaci.
Całościowo film pozostaje stosunkowo ciężki, lecz właśnie takie drobne rzeczy, choćby miny „pomagierów” Kapitana po jego pocałunku z Sharon Carter albo cały występ Ant-Mana, spuszczają powietrze i pozwalają złapać oddech przed kolejną dawką napięcia.

***

Wiadomo było, że zgraja ludzi, spośród których niektórzy wcielają się w dane role już od ośmiu lat, stanie na wysokości zadania. Niewiadomą byli dwaj nowi gracze czyli Spider-Man oraz Black Panther.

Zacznę od tego drugiego, w którego wciela się Chadwick Boseman. I – no cóż – zamiast jęczeć, że nie ma czarnych w filmach, powinien pokazywać się w mediach od swojej lepszej strony. Którą pokazał właśnie tutaj.
Najpierw kilka słów wyjaśnienia – Black Panther to bohater z fikcyjnego państwa, Wakandy. Jej mieszkańcom udało się przeżyć i utrzymać w izolacji dzięki bogatym złożom vibranium i niezwykle zaawansowanej technologii. Jednocześnie kultywują tradycje swoich przodków, więc codziennym widokiem są tam plemienne stroje, włócznie, tego typu rzeczy, które pokazuje w swoich programach Cejrowski, a obok tego stoją kosmiczne wręcz machiny i superkomputery. I wszystko to w środku dżungli w samym sercu Czarnej Afryki.
Tytuł Czarnej Pantery przechodzi tam w królewskim rodzie z ojca na syna, obecnie nosi go T’Challa, którego gra Boseman. I muszę przyznać, że wypada fenomenalnie. Doskonale oddaje to, z czym kojarzy się jego postać – jest wyniosły i dumny, lecz jednocześnie honorowy jak na władcę przystało. Film o przygodach Czarnej Pantery wejdzie do kin w 2018 roku i szczerze powiedziawszy, już nie mogę się doczekać.

Spider-Mana znają wszyscy. Sporo osób narzeka, że niepotrzebna jest następna filmowa inkarnacja tej postaci. Kiedy obejrzą w akcji Toma Hollanda, usłyszą go, zobaczą jego interakcje z innymi bohaterami, zmienią zdanie.
W końcu z pełnym szacunkiem i bez cienia wstydu ktoś podszedł do Pająka. Z całą sympatią, jaką darzę teen-dramę z serii Webba, to jest Spider-Man, na jakiego czekałem i jakiego chcę obejrzeć w filmie. Mimo iż jest na ekranie w sumie góra piętnaście minut, to kradnie dla siebie cały film.

***

Złoczyńcą w tym filmie jest Baron Zemo. Który nie ma nic wspólnego z komiksowym Baronem Zemo. Absolutnie. Ani nie jest nazistą po tacie, ani nie ma różowej maski, ani nawet nie macha mieczem. Członkowie Hydry nie mają lekkiego życia po wyjściu z komiksu na ekran. Von Strucker miał chociaż monokl w AoU, tutaj jedynie wzięli imię. Facet nawet nie jest z Hydry.
Kim jest?
Sfrustrowanym mieszkańcem Sokovii, którego plan polega na znalezieniu nagrania, na którym Bucky morduje rodziców Starka, pokazaniu tego nagrania Tony’emu, zmuszeniu go tym samym do walki z Kapitanem, w efekcie której pozabijają się nawzajem, co pomści śmierć rodziny Zemo.
Zajebisty plan. Nie ma co.
Gdyby nie to, że relacje pomiędzy bohaterami są tak autentyczne, to ten dziwaczny plan z pociąganiem za sznurki zza kulis pogrążyłby tę produkcję. Ale było tam więcej – Stark rozpaczliwie próbujący zadośćuczynić światu oraz nieufny wobec wszelkich instytucji Rogers. Brak płaszczyzny, na której mogliby się porozumieć oraz ostatecznie niewątpliwy udział Bucky’ego w morderstwie rodziców Tony’ego, doprowadziły do tego, że Zemo odniósł częściowy sukces – zadał Mścicielom cios potężniejszy niż Loki i Ultron razem wzięci, mimo że jego motywacją była po prostu częściowo nieuzasadniona chęć zemsty, a plan był mocno przekombinowany.

Smuci trochę to, że kolejny raz przeciwnik zawodzi, że wciąż się nie nauczyli dobrze pisać łotrów. W sumie lepiej by było, gdyby został wykreślony z fabuły. Dałoby się to zrobić – postawić naprzeciw sobie bohaterów bez kogoś pociągającego za sznurki.

***

Naprawdę dobrze się bawiłem w trakcie seansu i polecam wszystkim, którzy chcą się wybrać do kina na jakiś film akcji. Co prawda złoczyńca wypada naprawdę blado, jego plan jest bez sensu i nieco psuje odbiór dosyć mocnego finału, jednocześnie podważa całą tę rejestrację superludzi, ale i tak warto. Esencję tej produkcji stanowią rewelacyjnie nakreśleni i zagrani bohaterowie.
To naprawdę porządny film, jeden z lepszych, jeśli chodzi o filmowe uniwersum Marvela.

Jaskier

Read Full Post »

Film popcornowy:

Max Mad: Fury Road

reż. George Miller

George Miller w zasadzie już na samym początku sezonu letnich hitów w minionym roku poprzeczkę zawiesił tak wysoko, że nikomu nie udało się nad nią przeskoczyć. Mimo iż Mad Max: Na drodze gniewu to film o pościgu samochodowym po pustyni tam i z powrotem, to był on tak soczysty, naładowany akcją, kolorowy, że oglądany w kinie w środku nocy skutecznie powstrzymywał od zaśnięcia.
Można się czepiać tego, że dostajemy za mało informacji o tym świecie, ale jak się nad tym zastanowić, to tak samo musiał się czuć tytułowy bohater, wrzucony przypadkiem w sam środek rewolty przeciwko tyranowi i armii jego wyznawców.
Zdecydowanie to rozrywka na najwyższym poziomie.

***

Jurassic World

reż. Colin Trevorrow

Początkowo, czytając informacje o planach wprowadzania dinozaurzych hybryd, sądziłem, że to nie może wyjść. No i trochę miałem rację, gdyż koniec końców otrzymaliśmy blockbuster klasy B. To znaczy – naókofcy stwarzają w parku rozrywki potwora, który wymyka się spod kontroli i zaczyna mordować, wojsko chce położyć ręce na niebezpiecznej „broni”, mamy twardego, męskiego bohatera, damulkę, która biega po dżungli w butach na obcasach, jakieś dzieciaki, które nikogo nie obchodzą etc. Cóż, taka konwencja.
Ale kiedy film robi coś, czego jeszcze w serii nie było, to naprawdę mu to wychodzi. Jak w tej scenie ataku pterozaurów na centrum albo w laboratorium, gdzie dr Wu tłumaczy, że wszystkie stworzenia w parku są mutantami, albo we wspaniałej kulminacyjnej walce, dla której naprawdę warto przecierpieć niedostatki fabularne.
Uwielbiam oryginalny Park Jurajski, a ten film, mimo iż sporo gorszy, to i tak o kilka długości wygrywa z częścią drugą i trzecią.

***

Ant-Man

reż. Peyton Reed

Filmy o zmniejszaniu cieszą się złą sławą. Na palcach jednej ręki można wyliczyć te, które się naprawdę udały. Między innymi na tej podstawie wielu ludzi uważało (albo wciąż uważa), że produkcja o Ant-Manie nie mogła się udać. Nie zdają sobie sprawy z tego, że po drodze film borykał się z różnymi problemami – zmianą reżysera, przepisywaniem scenariusza. W ogóle. Po prostu są zdania, że taki superbohater nie ma sensu. Jakże bardzo się mylą…
Ant-Man jest świeży, zabawny, inny od pozostałych produkcji z MCU, a jednocześnie czuć, że historia umiejscowiona jest w tym samym świecie, co przygody Iron Mana oraz reszty Mścicieli. No i ja po cichu liczę, że zaowocuje w przyszłości jakimś szpiegowskim filmem o czasach Zimnej Wojny, kiedy to coś na kształt pierwszego składu Avengers otrzymało misję wykradzenia informacji z Moskwy. Skoro pierwszy Ant-Man oraz Wasp już wtedy działali, to wystarczy im dorzucić jeszcze ze dwie osoby z przebogatej kartoteki Marvela i można wysłać ich na misję do ZSRR.
No ale póki co to takie moje myślenie życzeniowe. Na razie mamy Ant-Mana, Scott Lang pojawi się w Civil War, a w planach jest już kontynuacja. Szach-mat, sceptycy.

***

Kryptonim U.N.C.L.E.

reż Guy Ritchie

Guy Ritchie wziął w swoje ręce materiał źródłowy z poprzedniej epoki i zrobił z niego współczesne, rozrywkowe dzieło sztuki. Mimo iż dawno nikt nie robił na poważnie niepoważnego filmu o szpiegach, to wszystko zagrało perfekcyjnie. Żeby było śmieszniej, główni bohaterowie grani są przez aktorów, którzy w 2013 roku wcielili się w popularne postacie w filmach, które okazały się klapami. Kto by się spodziewał, że Henry „Superman” Cavill i ten gostek nie-Depp z The Lone Ranger mają w sobie taki potencjał i w dodatku stworzą naprawdę świetny duet szpiegów?
Jeśli jeszcze nie widzieliście, to czym prędzej tę zaległość nadróbcie. Nowy James Bond najprawdopodobniej długo jeszcze nic tak dobrego nie zaoferuje, a fani starszych odsłon serii o agencie Jej Królewskiej Mości powinni być zachwyceni tym, co Krytponim U.N.C.L.E. w sobie ma – klasę 007, starcie zachodniej i radzieckiej myśli szpiegowskiej, wykradanie broni jądrowej i szalonego Niemca-nazistę.

***

Marsjanin

reż. Ridley Scott

Ridley Scott w końcu zrobił porządny film. Tak powinni reklamować Marsjanina.
Po latach Robinhoodów i Prometeuszy wreszcie coś od tego – utalentowanego przecież – reżysera, co nie budzi zażenowania i zapada w pamięć nie tylko marnym poziomem fabuły. Bo nie oszukujmy się, filmy Ridleya Scott zawsze wyglądają pięknie, jest na przykład jednym z tych ludzi, którzy wciąż wiedzą, jak powinno wyglądać WIDOWISKO historyczne (Exodus), technicznie produkcje, za które jest odpowiedzialny, zapięte są na ostatni guzik (Prometeusz), ale naprawdę mocno brakowało w nich sensownej fabuły.
No i wreszcie mamy Marsjanina. Wprawdzie uważam, że obsypanie go nominacjami do Oscarów było nieco przesadzone i na wyrost, ale to naprawdę dobry film. Mimo iż można się spodziewać przebiegu fabuły i szczęśliwego zakończenia, to seans jest naprawdę satysfakcjonujący. Matt Damon jest super, jego bohater jest pomysłowy, nie poddaje się uparcie dąży do celu w sytuacji, w której wiele osób by się załamało. Jest to Robinson Crusoe na miarę naszych czasów.
Jeśli nie widzieliście, to koniecznie nadróbcie.

***

Uf, w końcu się udało zamknąć poprzedni rok.
Pewnie już dawno zdążyło Was to przestać obchodzić, ale naprawdę chciałem napisać to podsumowanie. Tym bardziej, że o dwóch z pięciu obecnych na tej liście filmów nie miałem jeszcze okazji nic napisać.
Oby ten rok był bardziej owocny w teksty.

***

Bilety na piątkowy seans Batman v Superman już kupione i mam nadzieję, że uda mi się do tego czasu coś napisać o Daredevilu. Nadróbcie, bo będzie spoilerowo. :P

Jaskier

Read Full Post »

Mam zaszczyt hurtem zaprezentować Wam najlepszych z najlepszych anno Domini 2015 w trzech kategoriach: Mała rola w filmie popcornowym, Duża rola w filmie popcornowym oraz Film popcornowy. Oto – co prawda spóźnione, ale przecież lepiej późno niż wcale – nominacje do Jaskierów 2015.

***

Mała rola w filmie popcornowym:

Colin Firth za rolę Harry’ego Harta w filmie Kingsmen

Najbardziej brytyjski ze wszystkich Brytyjczyków, urodzony, by grać dżentelmena, Colin Firth ląduje na tej liście za rolę tajnego agenta-mentora, który musi przekazać pałeczkę następnemu pokoleniu szpiegów. W czasach, gdy Bonda gra Daniel Craig, dobrze, że wciąż są tam gdzieś fani agentów zakutych w szyte na miarę garnitury, którzy muszą stawić czoła kiczowatym złoczyńcom, próbującym przejąć kontrolę nad światem.
Colin Firth idealnie spełnia powierzone mu zadanie. Ciężko wyobrazić sobie, by ktoś inny mógł walczyć ze złem z taką klasą i nienagannym akcentem.
Kliknij, by poczytać więcej.

***

Jeremy Renner za rolę Hawkeye’a w filmie Avengers: Age of Ultron

Hawkeye sportretowany w MCU przez Jeremy’ego Rennera w Age of Ultron w końcu stał się tym, kim powinien być od początku – w świecie półbogów, kosmitów, mutantów i superżołnierzy stanowi nośnik normalności, z którym widzowi najłatwiej się utożsamić. Pałęta się z tym swoim łukiem i strzałami, ale świadomy tego, że nie do końca pasuje do drużyny, w której przyszło mu walczyć. Jednocześnie w całej tej swojej śmieszności, która przeniesiona jest z komiksowego pierwowzoru, stanowi dla Avengers kotwicę. Jego normalność wnosi do ekipy pierwiastek czysto ludzki.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Nicholas Hoult za rolę Nuxa w filmie Mad Max Fury Road

Jak łatwo sobie wyobrazić, Mad Max pojawi się jeszcze na tej liście. Dla samego Nicholasa Houlta nie jest to natomiast pierwsze przyznane przeze mnie wyróżnienie. Kilka lat temu zagrał zombie w komedio-horrorze pt. Wiecznie żywy. Tym razem George Miller powierzył mu rolę fanatycznego wojownika, poddanego lokalnego watażki. Aktor kolejny raz przeszedł transformację fizyczną (w serii X-Men również spędza kupę czasu na fotelu u charakteryzatora), co powoli staje się jego znakiem rozpoznawczym.
No ale na ponowne wyróżnienie zasłużył sobie czymś innym – to w zasadzie jedyna postać, która w filmie ewoluuje, przechodzi jakąś przemianę i aktor z powierzonego mu przez reżysera zadania się wywiązał. Gdy Nux orientuje się, że Wieczny Joe jest tak naprawdę despotycznym tyranem, rozpoczyna się jego ścieżka na Jasną Stronę Mocy.
Kliknij, by poczytać więcej o tym filmie.

***

Kate Blanchet za rolę Macochy w filmie Kopciuszek


A tu być może zaskoczenie, bo nic na blogu na temat tego filmu się nie pojawiło. Więc w telegraficznym skrócie – czy sześćdziesiąt pięć lat po premierze animowanej wersji Kopciuszka można coś jeszcze z tego wycisnąć? Czy robienie aktorskich wersji każdej z Księżniczek Disneya ma sens?
Cóż, na pewno nie w postaci musicalu, w którym jest więcej tekstu śpiewanego niż w Nędznikach, ale próbować warto. Co prawda rzeczony Kopciuszek Kennetha Branagha fabularnie niewiele nowego ma do zaoferowania, aczkolwiek wygląda wprost przepięknie. Nominacje za kostiumy i scenografię posypały się ze wszystkich stron i mimo iż ostatecznie Oscara w tej kategorii wygrał Mad Max, to nie można pod tym względem nowej inkarnacji klasycznej opowieści niczego odmówić.
Jest jednak jeszcze coś poza sukniami i landszaftami, co wyszło – antagonistka. Zła macocha grana przez Cate Blanchett jest przesiąknięta złem do szpiku kości i zrobi wszystko nie tyle po to, by sobie i córkom zapewnić komfortowe życie, ale wyłącznie w celu uprzykrzenia go Kopciuszkowi. Aktorka wręcz rozkoszuje się tym, jak okrutna oraz niesprawiedliwa jest jej bohaterka i mimo że nie sposó jej kibicować, to musi na widzu zrobić wrażenie.

***

Harrison Ford za rolę Hana Solo w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Ostatnie z pięciu nazwisk w tej kategorii należy do legendy popcornowego kina. Pomimo sporych niedociągnięć filmu i według mnie kontrowersyjnych fabularnych decyzji, nie potrafię wyobrazić sobie tej listy bez zawarcia na niej Harrisona Forda, wracającego do roli gwiezdnego przemytnika i awanturnika, która niegdyś otworzyła mu na oścież drzwi do kariery.
W Przebudzeniu Mocy daje popis i wcale nie widzimy na ekranie podstarzałego aktora, a wiekowego bohatera, ściganego przez demony przeszłości. Już za sam fakt podejścia do roli na poważnie należą się brawa.
Kliknij, by przeczytać więcej.

***

To nie jest tekst sponsorowany, po prostu uważam, że Majonez Kielecki to najlepszy majonez we Wszechświecie.

***

Duża rola w filmie popcornowym:

Charlize Theron za rolę Furiosy w filmie Mad Max: Fury Road

Piątkę najlepszych aktorów w minionym roku otwiera w moim plebiscycie Charlize Theron. Tym razem jej występ w zmartwychwstałej marce sprzed lat nie ogranicza się do seksu z Idrisem Elbą (pamiętacie o jej postaci z Prometeusza coś więcej?), ba! w zasadzie Furiosa jest główniejszą bohaterką niż tytułowy Max. Pewna grupa ludzi w internetach nawet zaczęła się rzucać o to, że film miał zbyt feministyczny wydźwięk, ale ja się z tym zgodzić nie mogę. To znaczy – ja absolutnie nie neguję tego, że aktorka kradnie szoł Tomowy Hardy’emu, nie widzę jednak powodu, by nie mogło tak być. Nie ma ani krzty sztuczności albo wciskania widzowi czegokolwiek siłą w uczynieniu z kobiety głównego bohatera filmu akcji. Na pewno nie w takim wydaniu.
No i hej, aktorka dała sobie ogolić głowę i amputować rękę, więc podważanie kozackości jej postaci naprawdę mija się z celem.

***

Seth MacFarlane za rolę Teda w filmie Ted 2

Czy można tu zostać wyróżnionym za dubbingowanie postaci? Jak widać tak.
Seth MacFarlane po potknięciu, jakim przed rokiem był jego komediowy western, wrócił z kontynuacją filmu, który w 2012 szturmem wziął kina. Pomimo że Ted 2 finansowego sukcesu swojego poprzednika nie pobił, ani nawet nie był bliski wyrównania go, to ja poza jednym mocnym zgrzytem (gdzie się podziała Mila Kunis?!) zostałem kupiony, a wszystko to za sprawą przeklinającego, palącego zioło pluszowego misia. Umówmy się, ten koncept to komediowe złoto, a postawienie go w sytuacji, w której musi udowodnić, że zasługuje na traktowanie jako pełnoprawny obywatel, zdaje egzamin. Dlatego stwierdzam, że pomysłodawca i użyczający głosu twórca zasługuje na wyróżnienie.
Kliknij, by przeczytać więcej na temat tego filmu.

***

Paul Rudd za rolę Scotta Langa w filmie Ant-Man

Co się dzieje, gdy angaż w filmie Marvela dostanie grubawy komik?
Studio robi z niego gwiazdę kina akcji, jednocześnie nie marnując komediowego potencjału aktora.
Paula Rudda widziałem wcześniej w jednym filmie (o tym) i kiedy uświadomiłem sobie, że to ten gość ma grać życiowego nieudacznika, który zyskuje supermoce oraz szansę na stanie się superbohaterem, to wiedziałem, że wszyscy to kupią.
Po prostu jest coś takiego w tym aktorze, że fatłapowatość granych przez niego bohaterów jest niezwykle autentyczna. Scott Lang jest dupkiem dla większości ludzi, ale szczerze kocha córeczkę i potrafi wykazać się lojalnością wobec przyjaciół, dzięki czemu wnosi do marki, jaką jest MCU, nowy pierwiastek.
Kliknij, by przeczytać więcej o tym filmie.

***

Henry Cavill za rolę Napoleona Solo w filmie Kryptonim U.N.C.L.E.

O tej produkcji również nie miałem dotychczas okazji napisać. O filmie będzie więcej niżej, tu natomiast skupię się na postaci granej przez Henry’ego Cavilla, ponieważ jest w niej coś intrygującego. Otóż, w przeciwieństwie do innej ostatnio popularnej roli w blockbusterze, tutaj rzeczywiście coś gra. Nie rozumiem, dlaczego decyzyjni ludzie w Warner Brothers podjęli taką dziwaczną decyzję i wypompowali z jego interpretacji Supermana jakiekolwiek emocje. Najwyraźniej oni już tak mają (patrz – Christian Bale w roli Bruce’a Wayne’a/Batmana).
No ale o tym jeszcze popiszemy za miesiąc, tu chcę pochwalić tego aktora, ponieważ daje niewiarygodny popis. Po premierze Kingsman nie sądziłem, że 2015 przyniesie jeszcze jakiś dobry film o szpiegach, a tu taka niespodzianka. Napoleon Solo to – wprawdzie amerykański – ale Bond, jakiego potrzebujemy i na jakiego zasłużyliśmy.

***

Adam Driver za rolę Kylo Rena w filmie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Nie stałem się fanem Przebudzenia Mocy, ale postaci i roli Adama Drivera będę bronił zawsze i wszędzie. Na początku, świeżo po pierwszym seansie, podobnie jak cała masa ludzi w Internecie, sądziłem, że takie podejście do Sitha jest głupie, ale potem mnie olśniło – to właśnie o to chodziło, żeby pokazać takiego emo-dzieciaka, którego największym marzeniem jest stanie się koszmarem i postrachem całej Galaktyki. Nie wie, jak się do tego zabrać, ma wątpliwości, czy sobie da radę, ale zżera go ta chora ambicja i pragnienie dorównania legendarnym postaciom. W zasadzie jest to Sith idealny do tego filmu – gdyby naprawdę chcieli zrobić Dartha Vadera dwa, to aktor, reżyser oraz scenarzyści musieliby zmierzyć się z tymi samymi rozterkami, z jakimi zmaga się Kylo Ren. Zewsząd otacza go presja, bo wszyscy chcą, by był groźny i zły do szpiku kości, on sam tego pragnie bardziej niż ktokolwiek inny, ale nie do końca sobie radzi z powierzonym zadaniem.

***

Tak oto wygląda moje podsumowanie 2015 roku w kinie rozrywkowym. Jeśli chodzi o same role, rzecz jasna. Jest mi wstyd i przykro, że takie opóźnienie, no ale#studia #praca. Nie mam siły i niestety czasu robić jakiegoś finału dla aktorów, wszyscy byli naprawdę ekstra. Na dniach powinien ukazać się jeszcze tekst z samymi filmami, potem przejdziemy do bieżących spraw – przeczytałem pierwszy polski numer Deadpoola, obejrzałem drugi sezon Daredevila, więc będę miał o czym pisać, a co za tym idzie – Wy będziecie mieli co czytać.

Jaskier

Read Full Post »

sfa0gau-600x888

Po Age of Ultron, co do którego miałem sporo uwag i zażaleń, mimo iż ogólnie film nie był dla mnie ultrarozczarowaniem, następną w kolejce produkcją ze stajni Marvela jest Ant-Man. Koncept człowieka, który może zmniejszać się do rozmiarów owada i wydawać rozkazy mrówkom był dla wielu osób aż nazbyt kuriozalny, przez co tytułowy bohater często padał ofiarą żartów internetowych znafcuf Wszechrzeczy. Ja jestem w jakimś tam stopniu zaznajomiony i nieco się orientuję, więc zdawałem sobie sprawę, że istnieją jeszcze bardziej absurdalne postacie, a sam Ant-Man wcale taki beznadziejny nie jest. Wręcz przeciwnie – w jednej z kreskówek był moją ulubioną postacią.
Wieści o odsunięciu od projektu Edgara Wrighta jakoś niezbyt mnie przejęły. Widziałem od niego Scott Pilgrim vs. the World i Wysyp żywych trupów i jak sami wiecie, moją ulubioną komedią z zombie jest Zombieland.
Także więc tego – na dzień seansu wybrałem wtorek, bo taniej. Obejrzeliśmy, przednio się ubawiliśmy i gorąco polecam. Zaraz wytłumaczę dlaczego.

***

Głównym bohaterem filmu jest Scott Lang. Niczym Franz Maurer w drugiej części Psów wychodzi na początku z więźnia i wsiada do vana swojego kolegi Paco*- latynoskiego złodzieja – który od tej pory będzie pełnił funkcję rzucającego słabymi żartami pomagiera. Scott spędził za kratami kilka lat za robinhoodowanie – korporacja oszukiwała klientów, więc Scott oszukał korporację i oddał bezczelnie zrabowane pieniądze ludowi. Oprócz tego, że jest specem od łamania zabezpieczeń oraz wchodzenia tam, gdzie wchodzić nie powinien, gdyż go nikt tam nie chce, trzeba o nim wiedzieć tylko, że bardzo kocha swoją małoletnią córeczkę Cassie – najurokliwsze stworzenie po tej stronie Bifrostu. Nasz ekswłamywacz próbuje ułożyć sobie życie, ale po odsiadce w pace nie jest o to łatwo, toteż krok po kroku wplątuje się w intrygę, która zagraża bezpieczeństwu świata.

Paul Rudd sprawdza się w powierzonej mu roli wybornie. Jest sympatyczny i łatwo można zrozumieć kierujące nim motywy. Jednocześnie jest bardzo ludzki, zwyczajny – w porównaniu do członków Avengers. W pierwszej chwili pyta nawet, po co się angażować, dlaczego po nich nie zadzwonić? W tym właśnie dialogu scenarzyści sprytnie odpowiedzieli na to pytanie, które przy okazji każdego solowego filmu zadają internauci. Wracając jeszcze do Scotta, to, że motorem napędowym jego działań jest jego córka, dużo daje. On po prostu chce, żeby świat, w którym przyjdzie jej dorastać był bezpieczny.

Bardzo istotny dla filmu, jak również całego MCU, jest także bohater grany przez Michaela Douglasa. Doktor Hank Pym jest typem nieco zrzędliwego, aroganckiego oraz pewnego siebie naukowca, lecz nie można o nim powiedzieć, że to kopia lub choćby wariacja na temat Tony’ego Starka. Pan Douglas robi wspaniałą robotę, wcielając się w tego skrywającego mnóstwo sekretów geniusza. Jednocześnie taki Hank Pym jest niebywale bliski mojej idealnej wersji tej postaci – nie bije żony i nie chce za wszelką cenę zwalczać zbrodni. Istnieją granice, których nie przekroczy.

Hank Pym sprzymierza się z włamywaczem, by zaplanować skok, który pozwoli zachować bezpieczeństwo na świecie. Wynalazek doktora, którego sekretu strzegł przez ostatnie kilkadziesiąt lat, został odtworzony i wkrótce ręce położy na nim ten, kto zapłaci najwięcej.

Prócz tego całego skoku (w końcu to heist movie) ciężar fabuły spoczywa na relacji dr. Pyma z jego córką – Hope – oraz uczniem i spadkobiercą – Darrenem Crossem (Corey Stoll). W obu przypadkach mamy do czynienia z czymś w rodzaju ojcowsko-mentorskiej roli Pyma, której nie był w stanie podołać.
W stosunku do córki jest to niejako zrozumiałe i w filmie mamy aż dwie sceny „przebaczania” – bardzo ciekawie i sprytnie podrasowane, by pasowały do tonu produkcji. Bo wiecie, czasem oglądamy coś na ekranie i czujemy, że jest to zbyt melodramatyczne, pasuje do komedii jak pięść do nosa. Natomiast tutaj zostało to w odpowiednim momencie ucięte w taki sposób, że nie czułem zażenowania zachowaniem bohaterów, a jednocześnie widziałem, że w ich życiu doszło do jakiejś zmiany. Bardzo miło zaskoczenie.
Z kolei z Crossem jest inaczej. Pym odsunął go, gdy zorientował się, że jego uczeń jest niebezpieczny. Teraz bezwzględny naukowiec pragnie pokazać światu, a przede wszystkim swojemu mentorowi, ile jest warty, gdyż czuje, że ten nim gardzi i nie docenia jego osiągnięć. Niby szaleńcy-naukowcy nie są czymś nowym w MCU, ale akurat ten mnie nie raził. Nie wybija się jakoś, ale też nie reprezentuje tak niskiego poziomu, jak często w przypadku złoczyńców tej serii bywa.

Mimo iż jest to solowy film o mało popularnej postaci, to jest silnie osadzony w MCU. Produkcja rozpoczyna się krótką sceną w 1989 roku, później również mamy nawiązania do przeszłości – Ant-Man rozszerza to uniwersum, wypełniając puste dotąd lata wydarzeniami, postaciami i – co ważniejsze – superbohaterami. Być może dostaniemy jednak kiedyś sezon Agent Carter rozgrywający się w latach ’80, w którym to pierwsza ekipa superbohaterów będzie walczyć na froncie Zimnej Wojny po stronie Stanów Zjednoczonych. Takie tam moje małe marzenie. Choćby jeden taki odcinek retro Agents of S.H.I.E.L.D. <3
Bardzo miły jest również epizod jednej z postaci, która zadebiutowała kilka filmów temu. Niby wiedziałem, bo pojawił się specjalny zwiastun zawierający w tytule jej pseudonim, ale została włożona do fabuły w tak rozbrajająco sympatyczny sposób, że z miejsca mnie ten występ i relatywnie krótka scena kupiły.

W zasadzie jedynym zgrzytem jest krótki czas szkolenia Scotta – w ciągu kilku dni musiał nauczyć się obsługiwać kostium i porozumiewać się z mrówkami. Ale wiecie, można przymknąć na to oko. Fajny, niedzisiejszy montaż do tego zrobili.

***

Zdecydowanie polecam.
Było śmiesznie, sympatycznie i na luzie. MCU zostało rozbudowane, nowe postacie są ciekawe i dobrze zagrane, w zasadzie brak większych zgrzytów. Czegóż chcieć więcej?
No chyba tylko tyle, by następne filmy z tej serii trzymały taki poziom. :D

Jaskier

*Tak naprawdę Luis, ale ja będę mówił na niego Paco.

Read Full Post »

Trochę szok przeżyłem, włączając w piątek rano komputer i obserwując poruszenie na fejsiku, wywołane wyciekiem zwiastuna filmu Batman v Superman oraz drugą zapowiedzią siódmego epizodu SW. Byłem w domu na weekend i popełniłem gafę, zostawiając swojego laptopa w Krakowie, stąd dłuższy tekst na blogu dopiero teraz.

Albowiem wiem, jak bardzo na niego czekaliście.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Pierwsze, co funduje ten zwiastun, to lekki zgrzyt wywołany widokiem wraku statku Imperium. Nie zrozumcie mnie źle, wygląda to obłędnie, ale jeśli z samolotu, który się rozbija, zostaje mniej, to taki kolos absolutnie nie ma prawa tak majestatycznie wbić się w powierzchnię planety. Z drugiej strony – to Gwiezdne wojny*, przecież nie zacznę narzekać na eksplozje i odgłos wystrzałów w próżni, więc pozostaje mi tylko podziwiać piękny landszafcik, który zapewne zdobi już ekran niejednego nerda.

Pojawienia się hełmu Vadera nie rozumiem i mam nadzieję, że jakoś sensownie wytłumaczą ten obrazek, kojarzący mi się z czymś pokroju Toksycznego mściciela lub Jasona z tych słabszych odsłon Piątku trzynastego.

Narracja w wykonaniu Luke’a Skywalkera niewiele zdradza.

Fajnie wygląda ten zły. Chociaż moim zdaniem jelec świetlny jest zbędny. Wygląda po prostu głupio. Aczkolwiek stylizacja à la Revan zawsze spoko.

Han Solo! <3

Generalnie, bardzo dobrze, że się coś dzieje z tą marką, przeżywa ona prawdziwy renesans i świetnie, bo grudniowa wizyta w kinie będzie pretekstem do zapoznania dziewczyny z Oryginalną Trylogią i wyjaśnieniem jej w końcu w oparciu o materiał źródłowy, dlaczego Gwiezdne wojny są fajne.

Batman v Superman: Dawn of Justice

Ten zwiastun wywołuje u mnie najmniej emocji spośród wszystkich, które w tym wpisie omówię. Nie licząc świetnego kostiumu Batmana (poważnie, zdecydowanie mój najulubieńszy projekt spośród wszystkich filmowych wersji, chociaż widziałem go na ekranie raptem przez kilka sekund).

Reszta to jakieś parafrazy słynnych sloganów, przerobione w taki sposób, żeby pasowały do filmu, w którym Superman będzie przez pewne środowiska traktowany jak zagrożenie. Nie powinno dziwić, jeśli pamięta się finałową walkę z Man of Steel oraz zniszczenia, jakim uległo w niej Metropolis.

Jeżeli cały film utrzymany będzie w tonie tego zwiastuna, to będzie bardzo kiepsko. Mam nadzieję, że fragmenty zostały po prostu tak niefortunnie dobrane.

Ant-Man

Tymczasem jaram się Ant-Manem coraz bardziej. Ludzie za niego odpowiedzialni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że głównym bohaterem ich filmu jest człowiek przebierający się za mrówkę i bezczelnie tę wiedzę wykorzystali podczas kręcenia tej produkcji i wcześniej już w trakcie pisania scenariusza.

Szykuje się komedia science-fiction, diametralnie różniąca się od tego, co do tej pory MCU oferowało widzom. To niesamowite, że ten śmiały koncept filmowego uniwersum rozwinął się do tego stopnia, że jest ono w stanie pomieścić w sobie zmagania z kosmicznymi bytami o niemalże boskiej mocy, film szpiegowsko-sensacyjny, takiego lekkiego Ant-Mana, a już za rogiem czai się Doctor Strange wraz z całą gamą nowych możliwości, jakie niesie pojawienie się tej postaci.

Ja się filmu o Człowieku Mrówce doczekać nie mogę. :D
Wady? Fryzura Evangeline Lilly?

Aha – nie płakałem, gdy od projektu odszedł Edgar Wright.

Fantastic Four

Niby jakoś to wygląda, ale dlaczego mam przeczucie, że nie będzie to najlepsza możliwa ekranizacja tej serii komiksów? Dlaczego w czasach hegemonii adaptacji komiksów z nurtu superhero ktoś chce kręcić film, którego obraz maluje się w tym zwiastunie?

Wygląda to na takie jakieś typowe science-fiction. Jasne, Fantastic Four to opowieści o najmądrzejszym facecie na świecie, który leci w kosmos z rodziną i zapomina zamontować na rakiecie osłon przeciwko promieniowaniu – dla mnie to stanowi kwintesencję tego gatunku obrazkowych historii i niestety nie czuję tego w tym zwiastunie, ani w żadnym z materiałów promocyjnych.

Coś czuję, że Josh Trank zrobi ciekawy film sf, który nie za wiele będzie miał wspólnego z materiałem bazowym – podwójna szkoda, bo w ten sposób marnuje się licencja, a reżyser nie mógł w stu procentach robić swojego, gdyż jednak logo zobowiązuje.

***

Tak to właśnie wygląda.

Macie inne wnioski? Podobne przemyślenia? Chcielibyście mój komentarz odnośnie jakiegoś innego zwiastuna?

Piszcie. ;)

Jaskier

*Star Wars, ale Gwiezdne wojny. Proszę, pamiętajcie o tym.

Read Full Post »

Marvel wreszcie się ulitował i po kilkudniowym szczuciu i trollowaniu opublikował pełnowymiarowy, prawie dwuminutowy zwiastun drugiego z filmów zaplanowanych na bieżący rok.
Ponieważ do tej pory w żaden sposób nie skomentowałem tutaj tej produkcji, premiera trailera jest dobrą okazją, aby to uczynić.

Co się rzuca w oczy – czy ktokolwiek z Was daje się jeszcze nabrać na te ponurackie, podniosłe hasła ze zwiastunów? Gadanie o byciu bohaterem, przeznaczeniu etc. Stawiam dolary przeciwko żołędziom, że klimat samego filmu będzie drastycznie inny. I bardzo dobrze, wszak to historia złodzieja, który potrafi się zmniejszać oraz gadać z mrówkami.
Żart na bok – nie jestem jednym z nienawidzaczy tego bohatera, od jakich roi się pod artykułami na temat tej produkcji. Prawdę powiedziawszy, Ant-Man był moim ulubionym członkiem ekipy Mścicieli z kreskówki Earth’s Mightiest Heroes, o której tekst znajdziecie po TYM linkiem. Zrównoważony, skupiony na swojej pracy, pragnący wykorzystać swoją wiedzę i intelekt do pomagania innym – prawdziwy bohater. Być może tutaj Hank Pym także taki będzie.
Miałoby to sporo sensu, zważywszy na to, jak łatwo byłoby wtedy skonfrontować go z jego następcą – Scottem Langiem – kryminalistą, który zostaje zwerbowany przez wiekowego już Pyma do jakiejś niezwykle tajnej misji.

Wiek Pyma może okazać się wielką zaletą tej produkcji. Do tej pory większość postaci była dosyć „świeża”. Niby Czarna Wdowa twierdzi, że pracowała w KGB, aczkolwiek kto ją tam wie. Bohater, który moce zyskał kilkadziesiąt lat wcześniej będzie stanowił dowód na ciągłość tego uniwersum. W dodatku zapewne jego wątek zostanie poruszony w Agent Carter. No i nie oszukujmy się – łatwiej będzie wytłumaczyć ten kiczowaty pseudonim, umieszczając jego genezę w latach ’60.

O Michaela Douglasa nie ma co się martwić, można tylko się cieszyć, że kolejny aktor tej wagi zasila MCU. Natomiast Paul Rudd to dla mnie trochę zagadka. Rozwiejcie moje wątpliwości – czy do tej pory grał głównie w niezbyt głośnych komediach romantycznych? Tak przynajmniej wygląda jego zakładka „znany z” na Filmwebie.
Z drugiej strony – ciężko mi wskazać jakąś totalnie nietrafioną castingową decyzję Marvela. Trzeba więc czekać na premierę i wtedy przekonamy się, czym aktor ten zasłużył sobie zasłużył na tę rolę.

***

Generalnie – nie sikam po nogach z ekscytacji po obejrzeniu tego zwiastuna, jednak jestem spokojny o ten film. W gruncie rzeczy najsłabszy ostatnio był Iron Man 3, a i tak można się na nim przednio bawić.

Aha – nie płakałem po Edgarze.

Jaskier

PS LATANIE NA MRÓWKACH!

Read Full Post »

Older Posts »