Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Grudzień 2013

Najbardziej nierówny film roku.
Obok scen zrealizowanych kapitalnie, obok świetnie poprowadzonych wątków oraz genialnie zagranych postaci pojawiają się bowiem sceny odrzucające, wątki absolutnie zbędne oraz niezapadający w pamięć bohaterowie.
Dziwne, rzekłbym.

Po skopanym otwarciu – niewyobrażalnie kiczowatych scenach w domu Beorna – miałem ochotę zdjąć okulary i wyjść z kina. Wątek potężnego zmieniającego postać mężczyzny został przez filmowców potraktowany po macoszemu, zmodyfikowali go i wyszedł im ostatecznie paskudny potwór Frankensteina.

Na szczęście z chwilą wkroczenia do Mrocznej Puszczy następuje gwałtowny zwrot i niemalże cała ta sekwencja zrobiona jest naprawdę porządnie. Wpierw obserwujemy zagubioną w ciemnym lesie kompanię Thorina. Wskutek błądzenia po nieprzebytym gąszczu w ich zachowanie wkrada się granicząca z obłędem panika. Kapitalnie zostało to zwizualizowane i zmontowane. Natomiast scena ataku pająków potrafi rzeczywiście przestraszyć, choć głównie przy pomocy„szkieletu z szafy”.

Siedziba Thranduila przypomina opróżnione wnętrze gigantycznego drzewa, wszystkie ściany, sufity i posadzki przywodzą na myśl sękate i poskręcane pnie drzew. Coś pięknego. Sam władca przedstawiony jest jako pogardzający wszystkimi dupek, manipulujący i łamiący dane słowo. Ociera się o parodiowanie takiego podejścia do motywu króla, ale w przyjemny sposób. Moim zdaniem pasuje to do dumy oraz wyniosłości elfów.

Natomiast od dołu do góry spierdolony jest wątek Tauriel. Rozumiem, że musieli dodać postać kobiecą, bo hej! tak właśnie działa dzisiejsze kino, ale ten jej pseudoromans z Kilim jest odrażajacy i zrealizowany w tak beznadziejny sposób, że aż dotąd trudno mi uwierzyć, że takie coś zostało przepuszczone, pokazane ludziom na ekranie.

Po elegancko zrealizowanej ucieczce z pałacu elfów kompania dociera do Miasta na Wodzie, w czym pomaga im Bard, co pozwala wprowadzić tę postać, dając równocześnie jakieś podwaliny pod jej rozwijanie w finałowej części. Władca Esgareoth, zacięty wróg komunistów, ofiaruje krasnoludom pomoc, w zamian oczekując udziału w zgromadzonym pod Samotną Górą skarbie.

Kompania w efekcie dociera do Ereboru i po słabej niczym rosół z chlebem scenie „Nie udało nam się, wracamy” ostatecznie wchodzi do wnętrza góry. Pierwszy oczywiście wyrusza Bilbo, który niestety budzi smoka i wchodzi z nim w konwersację. Benedict Cumberbatch spisuje się w roli Smauga fenomenalnie. Jego głos został komputerowo podrasowany, aczkolwiek widz zdaje sobie sprawę z tego, że ciężko by było uzyskać taki efekt z innym aktorem. Rozmowa kończy się gonitwą, dołączają krasnoludowie i wykorzystując maszynerię kuźni, staczają walkę z potworem. I powiem Wam, że bardzo chciałbym obejrzeć film dokumentalny o krasnoludzkim przemyśle. Te wszystkie piece, miechy, wajchy, wózki, koła zębate i dźwigi robią piorunujące wrażenie. Oniemiały siedziałem, podziwiając pomysłowość twórców.
W tak zwanym międzyczasie dochodzi do ataku orków na Esgaroth i w obronie miasta stają… tropiący stwory elfowie. Serio. Ani jeden strażnik nie wyszedł, żeby powstrzymać atakujących. Dziwne.
W jeszcze innym międzyczasie Gandalf postanawia zbadać niepokojące wiadomości o Dol Guldur, ale nie jestem w stanie zbyt wiele o tym powiedzieć, gdyż jest to ewidentnie jedynie wprowadzenie do wątku, który zostanie rozwinięty w kontynuacji.

Niestety ponownie jest tu o wiele za dużo polegania na efektach specjalnych. Narzekałem na to przed rokiem, ale nie mogę nie powiedzieć, że wciąż mam pretensje o zrobienie najważniejszych orków w komputerze. Jest też sporo takich mniej rażących niefajnych spraw, ale o nich napiszę osobno, gdyż chcąc je omówić, trzeba wdać się w szczegóły. Najgorszy jest wątek Tauriel-Kili, tego nie można Jacksonowi wybaczyć i o tym już napisałem.

Dobry popis ponownie daje Martin Freeman, gra Bilba perfekcyjnie, Richard Armitage również świetnie wypada. Thorin w jego wykonaniu jest dumnym krasnoludzkim władcą, jednakże widać już u niego drobne przebłyski obłędu spowodowanego pożądaniem złota. Ciekaw jestem, jak bardzo w jego przypadku film będzie wierny pierwowzorowi. Okaże się to dopiero w grudniu.

Generalnie mam mieszany odczucia. Takie bardziej zmierzające w stronę lekkiego rozczarowania. Z jednej strony są w tym filmie śliczne i pomysłowo wykonane sceny, z drugiej są też te okropne. Bardzo okropne.
Cóż, jeśli ktoś jest miłośnikiem prozy Tolkiena, to wizytę w kinie ma już dawno zapewne za sobą. Pozostałym film oferuje kilka ciekawych i dobrze zagranych postaci, pięknie wyglądającą kompióterową scenografię, całkiem sporo udanych żartów i okropnie kiczowaty wątek miłosny. Wydaje mi się też, że dopiero tutaj całej wyprawie nadano sens, poprzez wyjaśnienie, dlaczego Arcyklejnot jest taki ważny. Z tego powodu osoby pragnące zrozumieć tę historię powinny Pustkowie Smauga obejrzeć.
Ale może lepiej dopiero podczas jakiegoś maratonu następnej zimy?

Jaskier

Read Full Post »

Robocop. Nowy. Chociaż staremu nic nie brakuje, wiem, bo niedawno oglądałem.
Trailer puścili przed Hobbitem.
Wnioski:
Obsada robi wrażenie.
Ale mało się nie porzygałem przy scenie zdejmowania osłony twarzy przy synu. Odcięcie od dylematów rodzinnych jest jedną z większych zalet oryginału, scenarzysta remake’u chyba nie zwrócił na to uwagi.

No i to nieszczęsne PG-13. Oryginalny Robocop słynie także z tego, że nie stroni od niemalże kreskówkowej brutalności. Rozstrzeliwani ludzie, sztuczna krew, oblewanie toksycznymi substancjami – i to wszystko pokazane za pomocą pięknych oldskulowych efektów specjalnych – w przyszłorocznej wersji to nas ominie.
Aczkolwiek sądzę, że i tak warto obejrzeć. Chociażby po to, żeby zobaczyć, co też oni tam ulepią.

Ten film z kolei narobi u nas szumu. Nie dość, że sam pułkownik Kukliński budzi kontrowersje i jest postrzegany jako zdrajca lub jako bohater, to na dodatek reżyserem jest Władysław Pasikowskie kojarzony obecnie głównie z Pokłosiem, które ponoć było strasznie bardzo okropecznie antypolskie. Nie wiem, nie oglądam takich filmów.

Jack Strong zapowiada się na film szpiegowski. I to taki z górnej półki. Ciekawy jestem, czy zabiorą nas na to ze szkoły?
Bo o jakość jestem raczej spokojny.

Jaskier

Read Full Post »

To kronika, w której autor opisuje, jak banda żydowskich emigrantów zmieniła popkulturę. Dodatkowo napisana barwnym, ale jak najbardziej przystępnym językiem. Brawa dla Seana Howe’a za mrówczą pracę wykonaną przez niego podczas przekopywania się przez setki wywiadów, przeprowadzanie własnych oraz zbieranie informacji z kilkudziesięcioletniej historii wydawnictwa, które dało światu Spider-Mana i całą resztę kolorowo ubranych herosów.

Zaskakująco niewiele jest w tej książce odnośnie samych postaci. Oczywiście upstrzona jest ciekawostkami w stylu genezy pojazdu o wdzięcznej nazwie Spider-Mobile lub zmieniających się detalach ma masce Iron Mana, ale to przede wszystkim pozycja o twórcach. Niestety nie jestem wystarczająco zaznajomiony z komiksami Marvela, więc z częścią nazwisk spotkałem się po raz pierwszy, aczkolwiek dostrzegam, ile wysiłku musiał włożyć Sean Howe w napisanie tej książki. No i nie boi się na ewentualnych konsekwencji.

Niezwykła historia… nie dostała bowiem pieczątki od Marvela. Głównie dlatego, że bardzo często wspomina się w niej o problemach na linii wydawca-autor. Całe rozdziały poświęcone są nieprzyjemnym sytuacjom, przez które rysownicy bądź scenarzyści rzucali pracę, gdy np. zmuszeni byli kilkukrotnie rysować jakiś zeszyt, gdyż dostarczone materiały nie odpowiadały czyjejś wizji. Sean Howe bez ogródek wspomina również o sposobach na zwiększenie sprzedaży – pakowaniu numerów w folię (niektórzy kupowali dwie sztuki, by jedną zachować nieotworzoną) lub wydawaniu zeszytów z różnymi wariantami tuszu na okładce. Wielokrotnie cytuje słowa byłych pracowników, którzy – ujmując eufemistycznie – wyrażają się o Marvelu niepochlebnie. Uzmysławia to, że były w historii okresy, w których całe uniwersum traktowano tylko i wyłącznie jako maszynkę do robienia pieniędzy. Co za szok…

Dochodzi również do zarysowania pomnika Stana Lee. Wielokrotnie mowa jest o jego sporach z rysownikami, z którymi w latach ’60 stworzył gros najbardziej popularnych herosów – Jackiem Kirby’m i Steve’em Ditko. Naturalnie wszelkie niesnaski między tymi panami dotyczyły kwestii autorstwa kultowych postaci, ostatecznie, w wyniku procesów i takich tam, to wydawnictwo pozostało właścicielem praw autorskich.

Zapoznanie się z tą pozycją powinno też wyjaśnić wszystkim niezorientowanym ignorantom, skąd wziął się ten cały bałagan z prawami autorskimi do filmów aktorskich z postaciami Marvela. Stanowi Lee (zabiegającemu o przeniesienie superherosów na srebrny ekran już od  lat ’80; za kamerą filmu z Pająkiem miał stanąć James Cameron) i ludziom od piniądzów zależało na szybkim nakręceniu kolejnych produkcji, toteż prawa do ekranizowania przygód kolejnych herosów wędrowały do zgłaszających się wytwórni. Oczywiście mowa tu już o ostatniej dekadzie poprzedniego stulecia. Zawarte wtedy umowy podzieliły uniwersum Marvela, oddzielając X-Men od Avengers etc. W książce zostało to w miarę klarownie na kilku stronach wyjaśnione.

Książka niezmiernie przypadła mi do gustu, dostarcza masę informacji oraz daje wgląd w proces tworzenia komiksów, pozwala również lepiej zrozumieć pewne posunięcia Marvela (np. wydanie Secret Wars). Dzięki niej czytelnicy dostają szansę na spojrzenia na tego wydawcę z zupełnie innej perspektywy.
Aczkolwiek to pozycja skierowana wyłącznie do fanów. Ciężko mi sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek inny się nią ekscytował.

Jaskier

Read Full Post »

Magia Świąt, magią Świąt, wszyscy wiemy, że najważniejsze są prezenty*.

Niestety komiksy, które zamówiłem i które według zapewnień na stronie sklepu powinny do mnie już dotrzeć, znajdują się obecnie w placówce firmy kurierskiej oddalonej od mojego miejsca zamieszkania o jakieś 5 km, ale nie ma sprawy, wybaczam im, w końcu były Święta, pewnie musieli siedzieć w domach, słuchać narzekania swoich żon odnośnie tego, ile to one muszą się narobić, żeby potem móc ponarzekać, że wszystkiego zrobiły za dużo. Wierzę, że woleliby dostarczyć do mnie paczkę, ale korporacyjne wapniaki wepchnęły ich w piekło domowego ogniska. Właściwie to aż im współczuję.

Dostałem Inferno Dana Browna. Ech… zacząłem czytać.
Pieprzony wyrobnik jadący na reklamie zrobionej przez Kościół przy premierze filmu Kod da Vinci.
Zostało mi około czterystu pięćdziesięciu stron (tak, ta książka jest grubsza). Jakiś dłuższy tekst na jej temat i wszystkich podniecających się twórczością tego pana już niebawem.
Plusy?
Po zdjęciu jarmarcznej obwoluty okazuje się, że okładka jest całkiem ładna. Czerwona z pozłacanymi napisami. No i na tym świstku papieru zamieszczono zdjęcie autora, toteż wreszcie wiem, jak wygląda.
Zawsze coś.

W końcu dostałem wymarzony zestaw do pielęgnacji paznokci. Nareszcie mam własne nożyczki, pęsetę, pilnik i inne takie tam. Jakoś zawsze miałem obiekcje odnośnie pożyczania od kogoś w celu preparowania zwłok prostytutek. Teraz nie muszę się już na nikogo oglądać.

Brat dostał jakąś grę planszową o piratach.
Plastykowe elementy wykonane są niezwykle tandetnie i to nie jest wyłącznie kwestia mojego przyzwyczajenia do jakości reprezentowanej przez wyroby TLG, to po prostu badziewny plastik i najprawdopodobniej przerabiane poradzieckie formy odlewnicze. W pudełku brakuje również kilku drobiazgów, toteż obraźliwy e-mail do producenta skomponuję jutro wieczorem (tzn. dzisiaj, bo notka pisana jest z wyprzedzeniem).

Tak to mniej więcej wyglądało.
Teraz przez jakiś czas będę nadrabiał tegoroczne rozrywkowe filmy, wybieram się też na kontynuację Hobbita, toteż możecie się spodziewać wpisów w takim właśnie klimacie.
A! zapomniałbym. Skończyłem czytać Niezwykłą historię Marvel Comics, także będzie też coś o tej pozycji.

Do tam kiedyś.

Jaskier

*Nie.

Read Full Post »

Z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia chciałbym życzyć Wam wszystkiego dobrego, dużo zdrowia, spokoju, sukcesów, żeby się Wam chciało chcieć, żebyśmy w nadchodzącym roku obejrzeli dużo dobrych filmów, w ogóle, żeby było fajnie.
Chociaż 5/10.

I do zobaczenia już po świętach Bożego Narodzenia. Będzie więcej niewiele wnoszących do Waszego życia opinii na temat filmów, komiksów, książek i gier.

Jaskier

Read Full Post »

Film ma Dziadka Mroza i świętego Mikołaja na plakacie, więc jest świąteczny. Nie?
Tak, wiem, to naciągane. Ale może chociaż przekazuje, co w świętach jest najważniejsze?

Hmm…
W jednym z wątków dotyczących tego filmu na Filmwebie rozgorzała dyskusja odnośnie wartości, które Strażnicy marzeń promują. Ja uważam, że produkcja ta więcej czasu poświęca nadawaniu sensu hasłu „Wierzę we wróżki” z Piotrusia Pana, niż indoktrynowaniu ateizmu i komercyjnego podejścia do życia, ale cóż ja mogę wiedzieć? Jestem tylko idiotą, który ma bloga w internetach.
Chociaż z drugiej strony… są święta – no, niebawem będą – toteż pokuśmy się o interpretację tego motywu.
Nie będzie to zaskoczenie, kiedy napiszę, że tytułowi bohaterowie mogą istnieć tylko wtedy, gdy ktoś w nich wierzy. Potrzebna jest im wiara i nadzieja dzieci, by poprawnie funkcjonować, dosłownie. Dlatego wypełniają swoje funkcje – zabierają zęby spod poduszek, zostawiając drobne w zamian, zsyłają dobre sny, roznoszą prezenty etc. Ergo – robią dzieciom dobrze* i nie dlatego, że ktoś im każe, oni najzwyczajniej w świecie kochają to robić – dzieci są dla nich wszystkim, jak w pewnym momencie mówi święty Mikołaj.
Moim zdaniem to bardzo dobra dobra lekcja, ucząca dzieci… te malutkie, te małe i te większe również, że trzeba mieć coś, w co się wierzy.
Wracając, do sentencji z Piotrusia Pana – czy nie odnieśliście takiego wrażenia, że w tym zdaniu skumulowana jest cała niewinność i czystość charakteryzująca dziecko? A to przecież pozytywne cechy, nieprawdaż?

Skoro wyjaśniłem, dlaczego nie uważam, że ten film jest dla mnie i kogokolwiek innego obraźliwy, przejdę do dalszej części niby-recenzji.

Głównym bohaterem jest Jack Mróz, Którego na wstępie nazwałem Dziadkiem, choć ma aparycję nastolatka. Oczywiście został skutecznie odmłodzony, by móc pełnić w filmie funkcję uczącego się czegoś bohatera. Dużo łatwiej uwiarygodnić poszukiwanie własnego miejsca w świecie, jeśli postać jest młoda. To właśnie robi w Strażnikach marzeń Jack – szuka swojego miejsca i uczy się. I zostało to świetnie przedstawione, nie mam absolutnie żadnych zarzutów.

Pozostali bohaterowie również wypadają kapitalnie – wydziarany święty Mikołaj ze swoimi szablami i tajną bazą na biegunie, pozbawiony umiejętności mowy Piaskowy Dziadek, wyrażający emocje oraz myśli przy pomocy konstruowanych na szybko form z magicznego piasku, Zębowa Wróżka z obsesją na punkcie, nomen omen, zębów i nastawiony bojowo Zając uzbrojony w bumerangi.

Dodatkowo, wszystko zrealizowane jest niezwykle kreatywnie – baza Mikołaja zamieszkana jest przez pracowite yeti i bezproduktywne elfy, Zębowa Wróżka ma coś w rodzaju zamku, w którym niższe rangą wróżki (bo ona jest królową czy coś w ten deseń) magazynują dziecięce zęby, całość tworzy coś w rodzaju techno-ula, a Zając mieszka w Norze magicznie połączonej tunelami z całym światem, gdzie istnieje coś przypominającego naturalną linię produkcyjną pisanek. Natomiast Piaskowy Dziadek potrafi wytworzyć w pełni przez niego kontrolowane piaskowe konstrukty i umieścić je w snach dzieci lub wykorzystać je w walce. Albo po prostu kogoś uśpić. To też fajna moc.
Praktycznie co chwila podczas oglądania stwierdzałem, że w filmie pojawia się coś niezwykłego i godnego zapamiętania. Twórcy popisali się niespotykaną pomysłowością i kreatywnością i za to należą się im brawa.

Szwarccharakterem jest w filmie Mrok. Facet kilka wieków temu został pokonany i upokorzony, teraz wraca, by się zemścić. Nie tylko na Strażnikach, ale również dzieciach, których ochranianiem się zajmują. Typowy czarny charakter, ale ma świetne sceny ze znikaniem w cieniu albo wyłanianiem się z niego.

Bardzo dobry film, świetne postacie, genialne pomysły, naprawdę dobre żarty. Siedziałem z otwartymi ustami i cieszyłem się jak dziecko. Polecam i – prawdę powiedziawszy – liczę nawet na kontynuację. W tym świecie jest jeszcze wiele historii do opowiedzenia.

Jaskier

*Tak, to pedofilski żarcik. Nie, nie mogłem się powstrzymać.

Read Full Post »

Komedia taka bardzo romantyczna.

I czo? I da się. Da się w Polsce nakręcić film, na scenariusz którego pomysł będzie zaczerpnięty zza oceanu i jednocześnie będzie to film dobry i na wskroś polski. Takim filmem jest właśnie produkcja pt. Listy do M.

Podobnie jak w To właśnie miłość, o którym pisałem kilka dni temu, obserwujemy życie grupki ludzi dwudziestego czwartego grudnia i w bożonarodzeniowy poranek. Na tym polega właśnie polskość filmu – punktem kulminacyjnym jest wieczór wigilijny spędzany w rodzinnym gronie, a nie lotnisko, na którym mają miejsce ckliwe powitania. To pokazuje, że jednak Boże Narodzenie ma w Polsce wciąż pewien tradycyjny charakter. Albo jest kreowany taki obraz, co wcale nie jest złe, wręcz przeciwnie – film daje dobry przykład.
Wystarczy zastanowić się przez chwilę i odpowiedzieć sobie na proste pytanie – o czym świadczy metamorfoza rodziny Piotra Adamczyka i Agnieszki Dygant? Albo przeistoczenie snobistycznego małżeństwa Agnieszki Wagner i Wojciecha Malajkata w prawdziwą rodzinę? Nawet wyglądający z początku na typowy wątek komediowy spór Karolaka z dzieciakiem niesie ze sobą lekcję. Tak bardzo niespotykane w polskim mejstrimowym kinie, żeby wyszedł taki sensowny film, że aż dziwne. Ale fajnie dziwne. Oby więcej takich.

Mamy tu także do czynienia z rozwiązywaniem problemów w na poły magiczny sposób. Bo są święta, wiecie, więc ludziom dzieje się lepiej. Aczkolwiek nie zostało to zrobione w żenujący sposób. Owszem, to dosyć naiwne, ale czasem czegoś takiego potrzebujemy. Szczególnie, jeśli telewizornia jako alternatywę proponuje filmy z przedświąteczną zakupową gorączką lub strojeniem domków na amerykańskich przedmieściach na pierwszym planie.

W Listach do M. dane jest nam oglądać plejadę aktorów. Prócz wymienionych już wyżej wspomnieć trezba o jak zawsze świetnym Macieju Stuhrze i przyjemnie się prezentującej Romie Gąsiorowskiej. Mimo iż Katarzyna Zielińska dostała się na okładkę, to nie ma jej w filmie za dużo. To też jest plusem tej produkcji.
Nie trawię tylko aktorów dziecięcych, zwłaszcza Julii Wróblewskiej. Zastanawiam się, czy ona czasem nie kłamie w kwestii swojego wieku. No i jest po prostu irytująca. Nie przekonał mnie również syn Stuhra, przesłodzony. Chociaż nawet nie o to chodzi. Po prostu słabo zagrany.

Ale generalnie polecam. Zwłaszcza ze względu na to, że filmów w świątecznych klimatach nie nakręciliśmy wielu, dobrych komedii romantycznych też nie. A Listy do M. łączą oba te czynniki.
Więc idźcie i go wypożyczcie.
Albo kupcie.
Czy coś.

SPOILER Małaszyński był pedałem… dziwi to kogoś?

Jaskier

PS Bohaterowie mają jakieś wymyślne imiona, ale to ma akurat marginalne znaczenie.

Read Full Post »

Older Posts »