Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Spider-Man’

Hachette w ubiegłym tygodniu wystartował z kolejną kolekcją komiksów. Tym razem nazywa się po prostu Superbohaterowie Marvela i zawierać będzie zbiór historii dotyczących konkretnej postaci lub drużyny. Jeden heros/zespół – jeden tom. Pierwszy numer to – a jakżeby inaczej – Spider-Man.
Nim przystąpię do jakiegoś, powiedzmy, szerszego omówienia zawartości oraz jakości wydania tego albumu, kilka słów o samej kolekcji.



Jest to trzecia już tego typu kolekcja wydawana w Polsce, po prekursorskiej Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, która szturmem zdobyła kioski i salony prasowe miesiąc po starcie mojego bloga (czyli w grudniu 2012 roku, liczy obecnie ponad sto tomów, najprawdopodobniej dociągnie do stu pięćdziesięciu) i Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics, która pojawiła się na rynku kilka miesięcy temu.
U schyłku 2012 roku możliwość regularnego kupowania komiksów w pobliskim kiosku w  drodze do pracy lub ze szkoły była czymś niezwykłym. Jakby ktoś nie pamiętał, to to był mniej więcej ten czas, gdy lubienie spajdermenów i batmanów stawało się glamour, wszyscy wciąż byliśmy pod ogromnym wrażeniem filmowych Avengers, sieciówki zaczęły ścigać się w ofercie koszulek z nadrukami, które jeszcze kilka lat wcześniej przystawały jedynie dzieciom… albo grubym nerdom. Nawiasem mówiąc – męskie są zaskakująco dobrej jakości, wciąż noszę te, które kupiłem sobie w trzeciej klasie gimnazjum.

Sukces WKKM, w który początkowo mało kto wierzył (poczytajcie dyskusje na forach z okresu rzutu próbnego) Hachette zawdzięczało dobremu wyczuciu rynku albo łutowi szczęścia. Ziarno padło na ziemię żyzną i wydało plon. Nakręcani kolejnymi filmami MCU, rzuciliśmy się do kiosków. To znaczy, ja nie – mam może z dziesięć tomów, na wakacjach opchnąłem trzy, nie zależało mi na skompletowaniu całości, ładnym obrazku na regale, nic z tych rzeczy. Wnioskując jednak z komentarzy przeczytanych na fanpejczu kolekcji, ludzie kupują tomy regularnie i kwestia posiadania całości panoramy nie jest błaha.

Jest jednak pewien problem z tymi kolekcjami. I zejdźmy może z WKKM, żeby nie było, że faworyzuję jednego wydawcę (Hachette) i wydawnictwo (Marvel). WKKDCC (wydawana przez Eaglemoss) oferuje naprawdę świetne historie. Mam z niej co prawda tylko Batman: Hush, ale niedawno wypożyczyłem i przeczytałem starsze polskie wydania dwóch innych tytułów – Green Arrow: Kołczan i Batman: Długie Halloween i zrobiły na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Pod względem objętości jest to sześć tomów kolekcji, więc połowa z dotychczas wydanych, toteż można powiedzieć, że start seria ma bardzo dobry.

Problemem nie jest więc dobór historii. I jednocześnie jest.
O ile jest to świetna sprawa, że za relatywnie małe pieniądze można sobie takie Długie Halloween lub Old Man Logan sprawić, przeczytać, z dumą postawić na półce, to jednak dla przerażającej liczby komiksów model wydawniczy, który sprawdza się w przypadku statków do składania lub figurek, nie ma za wiele sensu. Najbardziej niesamowita, zarówno w przypadku Marvela, jak i DC Comics, jest długowieczność postaci. Niektóre z nich istnieją dekady i ich przygody wydawane są nieustannie. Wiąże się z tym pewna płynność, zmiany, a także zagłębianie się, obrastanie, wręcz grzęźnięcie w kontekście wydarzeń z innych serii. Nie ma siły, żeby jakakolwiek kolekcja mogła zagwarantować takie wsiąknięcie w uniwersum, jeśli czytamy jeden tom o Spider-Manie Straczynskiego, potem jest dziesięć numerów z innymi bohaterami, a następny ze Spidey’m to Ultimate Bendisa. To po prostu niemożliwe.

Wiadomo, gdzieś trzeba zacząć czytać komiksy, jeśli się nam to zamarzy, aczkolwiek dowolny, tom dowolnej kolekcji jest równie dobry, jak każdy zeszyt lub album.
Może jednak o czytaniu komiksów i w ogóle miejscach ich zdobywania innym razem, hm? Dajcie znać w komentarzach, czy Was coś takiego interesuje.

***

Jakość wydania tomu stoi na naprawdę wysokim poziomie, okładka jest gruba, papier kredowy, kartki klejone, a tusz nie cuchnie, tylko cudownie pachnie drukarnią. Niestety, miałem jakiegoś megapecha i po wyplątaniu tomu z folii okazało się, że okładka jest poważnie uszkodzona.

Dolny róg grzbietu jest naderwany, w kilku miejscach okładka jest lekko wgnieciona. Lipa, będę musiał zadzwonić do BOK-u.

ZAWARTOŚĆ SBM #1:

Amazing Fantasy #15

Pierwszą historią w tomie jest legendarny już piętnasty numer periodyku Amazing Fantasy z 1962 roku. Zawiera on rzecz jasna debiutancki występ Spider-Mana. Niby wszystko spoko – dobrze było zapoznać się z tą historią, na własne oczy zobaczyć, jak dziwacznie i nieporadnie wystartował ten bohater w czasach, w których zamaskowani stróże prawa wyrastali jak grzyby po deszczu i tylko nieliczni z nich przetrwali próbę czasu. Spider-Man był bohaterem innym niż większość obecnych wówczas na rynku i tym właśnie przyciągnął czytelników, którzy mogli utożsamiać się z nieporadnym i nieśmiałym Peterem, który zakładając czerwoną maskę, stawał się potężnym superbohaterem.
I też – wiecie – ciekawie jest zobaczyć, jak ta pierwotna geneza z biegiem lat została rozbudowana o dodatkowe sceny, ale jednocześnie w swojej esencji pozostała niezmieniona. Peter był nieśmiały, pomiatany przez rówieśników, został ugryziony przez radioaktywnego pająka i wskutek tego zyskał supermoce (ach, to science-fiction z lat ’60). Zachłysnął się swoją potęgą i odebrał trudną lekcję, która wyrobiła mu kręgosłup moralny do końca życia.
Poważną wadą tego fragmentu tomu jest zmieniona warstwa graficzna. Wszystko pociągnięte jest komputerowym pędzlem, który naprawdę wiele odbiera doświadczeniu obcowania z tak starym komiksem, ponieważ klasyczna kreska Steve’a Ditko gdzieś tam ginie i rozpływa się pod syntetycznymi barwami. Szkoda.

Sinister Six

Historia nieco świeższa i mocniej osadzona w uniwersum Marvela, z czasów, kiedy Pajęczak dorobił się już pokaźnej galerii łotrów. Z wszystkich trzech komiksów zawartych w tomie przypadła mi do gustu najbardziej – jest taki niepowtarzalny urok w kiczowatych dialogach, nawet wszechobecne przemyślenia z minionej epoki pisania scenariuszy mi wyjątkowo nie przeszkadzają. Ciocia May, która wiecznie przejmuje się stanem zdrowia i samopoczuciem Petera, nie toleruje slangowego słownictwa i nie rozumie, że została porwana przez złoczyńcę, jest z dzisiejszej perspektywy postacią archaiczną, groteskową i wręcz obraźliwie stereotypową, ale należy brać poprawkę na to, że kilkadziesiąt lat temu nikomu do głowy nie przyszło, by pisać ją inaczej.
Uwielbiam tych głupkowatych łotrów, którzy mimo iż dostali łomot od Spider-Mana, to nie potrafią się na poważnie zorganizować i pycha jeszcze jeden raz doprowadza ich do porażki. Cudowne jest to, że siedzą w jakimś brudnym mieszkaniu, czekają na spóźnialskich i ciągną losy, rozstrzygając, w jakiej kolejności będą pojedynkować się ze Spider-Manem. Octopus zakładający akwalung i wskakujący do wielkiego akwarium ze słowami – Zapoluję na ciebie jak prawdziwa ośmiornica, to istna wisienka na torcie. Jeśli współpraca Marvel i Sony doprowadzi do powstania Sinister Six, to elementy z tego komiksu powinny się znaleźć w scenariuszu tego filmu.
Podczas czytania radochę sprawia również bezpretensjonalne reklamowanie innych tytułów – co kilka stron pojawia się jakiś bohater, na kadr lub dwa, przechodzi, nie robi NIC związanego z fabułą, znika, a wydawca łaskawie nas informuje, gdzie możemy przeczytać o jego przygodach.
Przykład z Thorem macie poniżej.
W zasadzie najsłabiej w tym komiksie wypada problem Spider-Mana. Traci on swoje moce i już sobie człowiek zaczyna myśleć, że to tak na poważnie, że będzie musiał kombinować, żeby posłać tych sześciu klaunów za kratki, ale po kilku stronach okazuje się, że no – jednak nie. Kiedy tylko przychodzi mu zmierzyć się z pierwszym z łotrów, ot tak je odzyskuje. Po prostu.
Słabe, w to miejsce wolałbym więcej przekomarzania się członków Sinister Six.

Wszystkiego najlepszego

Finał tomu to kilka zeszytów z serii Straczynskiego i Romity Jr.
Spider-Man ma urodziny, ale musi walczyć z jakimiś ludźmi-odbytami z innego wymiaru, cośtam, przenosi się w czasie i podróżuje przez niego od momentu ugryzienia przez pająka do teraźniejszości. I ratuje świat przed Dormammu. Ponownie doświadcza wydarzeń ze swojego życia, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie to porwało jakoś specjalnie.
Potem jest zeszyt skupiający się głównie na cioci May, która stała się w międzyczasie postacią z krwi i kości, a nie tylko nieświadomą niczego staruszką, którą trzeba co chwila ratować. Peter walczy z jakimś nowym przeciwnikiem, który wygląda, zachowuje się i ma takie moce, jakby powstał w wyniku działania funkcji zwracającej klasę Zloczynca o parametrach wylosowanych z pewnej zadanej puli.
Następny jest zeszyt o krawcu, który świadczy usługi zamaskowanym bohaterom oraz ich antagonistom. Gdyby wszystkie pięć zeszytów było o tym facecie, to byłby to o wiele lepszy komiks. Tak to tylko pretekst do moralizatorskiej gadki o tym, że jeżeli możesz coś zrobić, ale tego nie robisz, to jesteś współwinny cudzej krzywdy, bo tak powiedział dziadek krawca, który doświadczył piekła niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Rysunki to John Romita Jr. Co tu więcej mówić. Można lubić, można nie lubić. Osobiście żadnych poważnych zastrzeżeń do jego stylu nie mam.

***

Są jeszcze materiały dodatkowe w postaci jakichś galerii rodem z Magazynu Spider-Man z chińską zabawką, kulisy powstania postaci, jak to Stan Lee sam temi ręcoma stworzył, zaprojektował i tchnął życie w bohatera oraz liczące kilka stron streszczenie historii postaci, z podkreśleniem najważniejszych wydarzeń.

Po negatywnym odzewie, jaki pojawił się w Internecie odnośnie jakości tłumaczenia oraz ilości błędów, spodziewałem się prawdziwych okropności. No i faktycznie nie jest idealnie, powiedziałbym nawet, że nie jest dobrze, ale tragedii nie ma. Najwięcej zastrzeżeń mam do wstępu od wydawcy, potem faktycznie zdarza się zdecydowanie zbyt dużo literówek, a samo tłumaczenie miejscami jest dość pokraczne, aczkolwiek nie krwawią od tego oczy. A jak wiecie – albo i nie – ja jestem dosyć mocno uczulony na wszelkiej maści błędy.

***

Cóż, ja pasuję, kupiłem pierwszy numer i w gruncie rzeczy się rozczarowałem. Oryginalną genezę dostałem przekolorowaną, nowożytna historia nie była zbyt angażująca, w zasadzie tylko Sinister Six dostarczyło mi tego, czego oczekiwałem.

W Polsce jest obecnie zatrzęsienie komiksów i trzeba czasem i (przede wszystkim) pieniędzmi na nie dysponować z głową. Moim zdaniem Hachette zrobiło dobrą robotę z WKKM, ale kolejna kolekcja nie jest potrzebna. Tym bardziej, że za osiem dyszek miesięcznie można mieć Marvel Unlimited i jeszcze zostanie na wybrany album Marvel NOW! od Egmontu.

Jaskier

Read Full Post »

Ten tekst nie zawiera SPOILERÓW, plotek, przecieków, ani niczego w tym stylu. Stanowi jedynie spis luźnych przemyśleń na temat tego, co JA bym chciał zobaczyć w ramach Marvel Cinematic Universe. Na dzień dzisiejszy ujawnione plany sięgają do starcia z Thanosem, które ma nastąpić w 2019 roku, no ale coś później musi być, wszak nie zarżną kury znoszącej złote jaja.

W moich marzeniach zakładam, że Sony nie zwariuje i uniwersum Pająka w całości będzie dostępne dla planów Marvela, Fox z kolei wciąż będzie uparcie robić sequele oraz remake’i FF, przez co Doctor Doom, Galactus i cała reszta świetnych i istotnych postaci związanych z tą drużynę, będzie poza zasięgiem.

Czas… start!

***

Iron Man 4: Prawidzwy Mandaryn

Tony Stark potężnie cierpi na brak interesujących przeciwników – w jego solowych filmach zawsze się na koniec okazuje, że jest jakiś… biznesmen. Chciwy i pragnący wypchnąć Stark Industries z rynku, by jego kompania mogła zająć jej miejsce. Mniej więcej, nie wchodźmy w szczegóły. Jeśli chodzi o oponentów, to pamięta się przede wszystkim to, że łysy Jeff Bridges zwariował, Mickey Rourke był wielkim, złym Ruskiem, a Ben Kingsley udawał Mandaryna.
Właśnie – nie był nim, tylko udawał, sporo ludzi miało o to ból dupy, ja natomiast uważam, że ten wybieg był genialny. Wtedy. A teraz chcę prawdziwego Mandaryna. W krótkometrażówce pokazali, że istnieje w tym świecie ktoś, komu aktorskie popisy Trevora (bo tak się bohater pana Kingsleya nazywał) się nie podobają.
To nawet nie musi być ktoś, kto się nazywa Mandaryn, może po prostu stwierdzić – hej, jestem powalonym Chińczykiem-terrorystą, a ten śmieszny gostek robił coś bardzo ciekawego, mogę się im przedstawić tym samym imieniem.
I niech ma jakieś kosmiczne/magiczne pierścienie. To byłoby już  po przedstawieniu Doktora Strange’a, toteż z magią albo „magią” nie powinno być najmniejszego problemu. Chciałbym, by technologia Starka została wystawiona na zupełnie nową próbę, żeby zrobili zestawienie dwóch zupełnie odmiennych źródeł siły – trochę jak w Power Rangers.
I jak cudownie by było, gdyby po pierwszym starciu z nieznanym wrogiem Stark zaszokowany jego zdolnościami udał się do Sanctum Sanctorum zasięgnąć porady, przyniósł Strange’owi pendrive’a z nagraniem, a tam nie ma żadnego komputera, Tony jest skonfundowany, a czarodziej na luzie czyta z jego myśli, widzi w nich walkę z Mandarynem i decyduje się wesprzeć Iron Mana.
Tyle wspaniałych okazji do rzucenia żartem No shit, Sherlock, sam Stark mógłby krzywo na magię patrzeć, ale po wszystkich ciężkich doświadczeniach byłby skłonny do zaakceptowania tego, że są rzeczy, których jego umysł nie potrafi pojąć.
Robert Downey Jr. zapewne bardzo chętnie jeszcze raz przywdziałby zbroję, nakręcił kolejny film o tej postaci, ostatnio się pojawiają na ten temat plotki, w sumie łatwa kasa, przysparza popularności, ale też daje pole do popisu – w Civil War był jeszcze bardziej bezbłędny niż dotychczas.

***

Kapitan Ameryka: Stary Kapitan Ameryka 

Ustalić trzeba jedno – Chris Evans jest niesamowity w roli Kapitana Ameryki. Kiedyś dostawał te role przystojnych śmieszków i czy ktoś przy To nie jest kolejna komedia dla kretynów pomyślałby, że ten facet nada się do zagrania lidera – cholera – Lidera o kręgosłupie moralnym z vibranium?
Wydaje mi się jednak, że ciekawym zabiegiem byłoby odsunięcie go na pewien czas poprzez postarzenie jego postaci. Steve Rogers mógłby być potraktowany jakimś promieniem śmierci czy czymś takim, który zdezaktywowałby serum superżołnierza. Oczywiście, nie na trwałe, ale na dwa filmy, więc kilka lat, kilkudziesięcioletni Kapitan Ameryka, nienadążający już za działającymi w terenie Avengers, słabnący z każdym dniem, musiałby zmierzyć się z zupełnie nieznanym sobie problemem. Przekazałby tarczę Bucky’emu, jak miało to miejsce w komiksach, a sam zająłby się koordynacją zespołu oraz trenowaniem nowego pokolenia herosów. A następnie zaliczył wielki powrót w finale fazy. Mogłoby to też stanowić logiczne wytłumaczenie dla starzenia się aktora, które postępuje przecież w naturalnym tempie.
Wyobraźcie sobie Clinta Eastwooda w tej roli. W roli mentora kolejnego pokolenia superbohaterów. Oczywiście, dostałby jakąś naprawdę kozacką scenę walki, sam jednak po niej stwierdziłby, że jednak czas przejść do pracy „za biurkiem”.
No i jakie nośne hasło można by wrzucić na plakat filmu – Kapitan Rogers ponownie chwyta za tarczę. A zwiastun? Co by było, gdyby po dwóch latach nieobecności Chris Evans podniósłby tarczę i w końcu krzyknął Avengers Assemble!?

***

Sinister Six (tym razem na poważnie): Spider-Man

Nie jest to materiał na pierwszy czy drugi film, ale trzecia produkcja z Pająkiem? Albo może raczej pierwszy film o grupie ciamajdowatych przestępców, którzy już raz dostali od Spidey’a, wypuszczony po dwóch solowych filmach o przygodach Petera Parkera. Przedstawienie historii z ich perspektywy – łotrów knujących w jakimś brudnym mieszkaniu na Manhattanie (a nie zamkniętym, opuszczonym magazynie, których z jakiegoś powodu w Central City i Star City jest więcej niż budynków mieszkalnych).
Siedzi jeden z nich i narzeka, jak to ten głupio ubrany pajac (to mógłby powiedzieć Electro) zawsze jest mu w stanie skopać dupę i jakie to jest niesprawiedliwe etc. Nagle, widząc Avengers w gazecie lub telewizorni, wpada na błyskotliwy pomysł zebrania sobie podobnych przegrywów i zawiązania koalicji przeciwko Pająkowi. Wiadomo – i Herkules dupa, kiedy wroga kupa.
Skoro wrogiem w filmie w 2017 roku ma być Vulture, to już byłby jeden idealny kandydat do Szóstki, wystarczyłoby zasygnalizować w drugim filmie, że Spider-Man regularnie walczy z jakimiś kolorowymi klaunami poprzez wrzucenie Kravena albo Shockera lub Mysterio do krótkiej walki na początku – pisałem już o codziennych czynnościach superbohaterów w tekście na temat Civil War – i mielibyśmy gotowe pół składu.
Komedia z niezdarnymi łotrami, którzy nie tworzą prawdziwej drużyny, bez przerwy się o coś obwiniają i ostatecznie całą szóstkę pokonuje licealista, powinna wpasować się w ton, jaki najprawdopodobniej przyjmą filmy o Spider-Manie.

***

Avengers ’80/ Retroavengers

Pisałem już o tym gdzieś na blogu, więc nieco się powtórzę – bardzo chciałbym zobaczyć film o proto-Avengers, działających w latach osiemdziesiątych, kiedy wszystko było nieco kiczowate. Wiemy, że wówczas czynnie działał Hank Pym i jego żona, wystarczyłoby im dodać ze dwie postaci w kostiumach i już można by wysłać drużynę na tajną misję przeciwko Związkowi Radzieckiemu, na której staraliby się powstrzymać próby stworzenia superludzi przez Sowietów. No bo przecież musiały takowe być i to zapewne bardzo liczne.
Brakuje mi czegoś takiego do wypełnienia luki czasowej pod koniec poprzedniego stulecia. Mogłoby to również jeszcze podkreślić, skąd wzięły się niesnaski między doktorem Pymem a zarządem S.H.I.E.L.D.
Super by było, gdyby to był Bond, tylko w stylu tych klasycznych, nie tych nowych  z Craigiem. Z szalonym radzieckim naukowcem, przystojną szaloną panią radzieckim naukowcem, bazą w łodzi podwodnej, a ci opracowywani superludzie koniecznie mieliby zdolność latania i posługiwania się ogniem, i robienia wybuchów atomowych. Bo Zimna Wojna.

***

Namor (Kim do diabła jest Namor?)

Nim zaczniecie się pultać, że to jakaś tania, nędzna i w ogóle rozebrana podróbka Aquamana, to zajrzyjcie na Wikipedię, by sprawdzić daty – Namor zadebiutował dwa lata przed pojawieniem się swojego odpowiednika z DC. Zdziwko, nie? Ciężko jednak mówić o wzajemnym kopiowaniu od siebie, bo koncept podwodnej krainy nie został wymyślony przez ówczesnego Marvela. Oba wydawnictwa postanowiły zaadaptować Atlantydę do własnych potrzeb. I tyle.
Nie jest do końca jasne, kto obecnie ma prawa do tej postaci, najprawdopodobniej ma je już z powrotem Marvel, choć mówiło się, że w jakiś sposób należą do wytwórni Universal, może chodzi o same prawa do dystrybucji, ciężko powiedzieć, skoro nie znamy szczegółów umowy. To nie jest tak, że po latach wyciąga je z szafy czyjaś żona, przynosi i zostają pokazane prasie.
Namor pierwotnie walczył z ludźmi i ten konflikt między Atlantydą i naszym, suchym światem jest dość istotny w przypadku tej postaci. Potem się – oczywiście – ogarnął i wraz z Kapitanem Ameryką oraz pierwszą Ludzką Pochodnią kopał tyłki Niemcom oraz Japończykom.
Gdyby go dzisiaj adaptowali, to z dość oczywistych przyczyn nie byłby sojusznikiem Kapitana Ameryki z czasów wojny. Pewnie nie miałby też skrzydlatych stóp i nosiłby coś więcej niż tylko zielone majtki.
Skoro już tak wszystko wyłazi – kosmici, mistycy Dalekiego Wschodu, superkrólowie z Afryki, to wynurzenie się Namora byłoby jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że jeśli się dobrze przyjrzeć Iron Manowi 2 i mapie, jaka stoi za plecami Starka w tej scenie, kiedy Nick Fury mówi mu, że nie nadaje się do Avengers, to jak byk jest tam zaznaczony środek Atlantyku. Niby nic, ale na tej samej mapie jest również kółeczko w centrum Afryki, no a przecież tydzień temu osoba, którą to kółeczko oznaczało, zadebiutowała w ramach MCU. Toteż jest duża nadzieja na pojawienie się również Namora.

***

To by było na tyle, skupiłem się wyłącznie na filmach, seriale to – niestety – zupełnie osobny świat, któremu wypadałoby poświęcić odzielny pełen uwag oraz narzekania wpis. Co naprawdę chciałbym zrobić i być może nawet uda mi się napisać to w tym tygodniu. A może dla równowagi należałoby zacząć od wytknięcia DC i Warnerowi, że niby ich seriale są osobne osobne od filmów, ale w procesie twórczym są ściśle połączone? Zobaczy się.

Póki co, dziękuję za przeczytanie niniejszego wpisu i liczę na to, że znajdzie się wśród Was ktoś, kto podzieli się jakimiś uwagami lub może własnymi oczekiwaniami.

Miłej niedzieli i smacznego obiadu. Albo do garów.

Jaskier

Read Full Post »


Civil War jest wykonane nieprzyzwoicie wręcz wybornie, mimo iż nie ustrzegło się kilku błędów, a w zasadzie jednego, czyli odwiecznego problemu MCU – przeciwnik kolejny raz niedomaga. Zwłaszcza w zestawieniu z niesamowicie wypadającą ekipą herosów.
Naprawdę, relacje między postaciami robią ten film i maskują wszelkie fabularne wpadki. Civil War ogląda się przede wszystkim po to, żeby zobaczyć tych bohaterów w nowej sytuacji, w sytuacji, jakiej jeszcze nie było – otwartego konfliktu, wręcz wojny. Każdy ma swoje zdanie, swoje argumenty i – mimo usilnych prób – nie da się zniwelować tego napięcia w ramach rozmowy.

Fabularnie wygląda to następująco – Steve Rogers kieruje nową drużyną Avengers (którą zobaczyliśmy pod koniec Age of Ultron) i w trakcie misji w Nigerii dochodzi do tragedii – giną niewinni ludzie. Przelewa to czarę goryczy, opinia publiczna domaga się, aby superbohaterowie podlegali nadzorowi komisji ONZ, a ludzie, którzy marzyli o tym po nocach, wreszcie mogą z szuflady wyciągnąć przygotowany już wcześniej dokument, który ma posłużyć do rejestracji nadludzi.
Nieustannie dręczony wyrzutami sumienia Tony Stark, który wszelkimi siłami stara się odpokutować za stworzenie Ultrona, przystaje na propozycję władz i przyjmuje rolę przywódcy stronnictwa popierającego rejestrację. Rogers, doskonale zdający sobie sprawę z tego, że każda organizacja może zostać po cichu zinfiltrowana lub nawet przejęta, staje na czele opozycji, nie godząc się na bycie cynglem grupki polityków. Kolejni bohaterowie opowiadają się po którejś ze stron i w ten sposób dochodzi do powstania pierwszych spięć w drużynie.
Być może wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie to, że Kapitan Ameryka czuje się zobowiązany do ratowania przyjaciela – Bucky’ego – który po dokonanym w Wiedniu zamachu jest poszukiwany przez cały świat. Kapitan nie chce bowiem wierzyć w jego winę i zamierza dotrzeć do niego przed przedstawicielami władzy, aby przekonać się, czy ma rację i w Zimowym Żołnierzu zostało coś jeszcze z jego przyjaciela. Naturalnie, stawia go to po tej drugiej stronie barykady, co zaostrza konflikt, mimo iż na tym etapie da się go wciąż polubownie rozwiązać.

Tak się jednak nie dzieje, a po szczegóły udajcie się do kina.
Dalej są SPOILERY.

***

Strasznie podoba mi się sekwencja początkowa, w której Avengers zastawiają sidła na grupę najemników, udaje im się pokrzyżować ich plany, wracają więc do domu zwycięsko. Nie licząc wybuchu, przez który ucierpieli cywile. Ale chodzi mi o to, że sama akcja oderwana jest od reszty fabuły. Ot, drużyna wykonywała misję, co jest dla superbohaterów codziennością, Kapitan oklepał superzłoczyńcę, co też stanowi dla niego chleb powszedni. Nie jest potem ani razu wspomniane, czemu najemnicy pojawili się w akurat w Afryce, kto ich tam wysłał etc. To świetnie pokazuje, że ten świat jest olbrzymi i nie kręci się wyłącznie wokół wielgachnych, epickich wydarzeń. W przerwach od walczenia z kosmicznymi najeźdźcami albo szalonymi robotami, bohaterowie ratują świat na mniejszą skalę.

***

Powtórzę jeszcze raz i będę to robił do znudzenia – film stoi relacjami i interakcjami między postaciami. O podejściu do rejestracji rozmawiają głównie Rogers i Stark, wszak są liderami poszczególnych stronnictw, jednak doskonale wiadomo, jakie są motywacje każdego z bohaterów. Dlatego tak łatwo się zaangażować widzowi w ten konflikt, bo każdy, nawet jeśli nie czytał komiksów (trochę gorzej, jeśli nie widział poprzednich filmów), rozumie, o co i dlaczego ci śmiesznie poubierani ludzie walczą. Sposób nakreślenia postaci i konfrontowanie ze sobą poszczególnych bohaterów odpowiada w tym filmie także za komizm. Nie ma tu ani jednego wymuszonego żartu, mimo iż od początku sceny na lotnisku pojawiają się jeden za drugim, czy to sytuacyjne, czy słowne, czy też wynikające z komizmu postaci.
Całościowo film pozostaje stosunkowo ciężki, lecz właśnie takie drobne rzeczy, choćby miny „pomagierów” Kapitana po jego pocałunku z Sharon Carter albo cały występ Ant-Mana, spuszczają powietrze i pozwalają złapać oddech przed kolejną dawką napięcia.

***

Wiadomo było, że zgraja ludzi, spośród których niektórzy wcielają się w dane role już od ośmiu lat, stanie na wysokości zadania. Niewiadomą byli dwaj nowi gracze czyli Spider-Man oraz Black Panther.

Zacznę od tego drugiego, w którego wciela się Chadwick Boseman. I – no cóż – zamiast jęczeć, że nie ma czarnych w filmach, powinien pokazywać się w mediach od swojej lepszej strony. Którą pokazał właśnie tutaj.
Najpierw kilka słów wyjaśnienia – Black Panther to bohater z fikcyjnego państwa, Wakandy. Jej mieszkańcom udało się przeżyć i utrzymać w izolacji dzięki bogatym złożom vibranium i niezwykle zaawansowanej technologii. Jednocześnie kultywują tradycje swoich przodków, więc codziennym widokiem są tam plemienne stroje, włócznie, tego typu rzeczy, które pokazuje w swoich programach Cejrowski, a obok tego stoją kosmiczne wręcz machiny i superkomputery. I wszystko to w środku dżungli w samym sercu Czarnej Afryki.
Tytuł Czarnej Pantery przechodzi tam w królewskim rodzie z ojca na syna, obecnie nosi go T’Challa, którego gra Boseman. I muszę przyznać, że wypada fenomenalnie. Doskonale oddaje to, z czym kojarzy się jego postać – jest wyniosły i dumny, lecz jednocześnie honorowy jak na władcę przystało. Film o przygodach Czarnej Pantery wejdzie do kin w 2018 roku i szczerze powiedziawszy, już nie mogę się doczekać.

Spider-Mana znają wszyscy. Sporo osób narzeka, że niepotrzebna jest następna filmowa inkarnacja tej postaci. Kiedy obejrzą w akcji Toma Hollanda, usłyszą go, zobaczą jego interakcje z innymi bohaterami, zmienią zdanie.
W końcu z pełnym szacunkiem i bez cienia wstydu ktoś podszedł do Pająka. Z całą sympatią, jaką darzę teen-dramę z serii Webba, to jest Spider-Man, na jakiego czekałem i jakiego chcę obejrzeć w filmie. Mimo iż jest na ekranie w sumie góra piętnaście minut, to kradnie dla siebie cały film.

***

Złoczyńcą w tym filmie jest Baron Zemo. Który nie ma nic wspólnego z komiksowym Baronem Zemo. Absolutnie. Ani nie jest nazistą po tacie, ani nie ma różowej maski, ani nawet nie macha mieczem. Członkowie Hydry nie mają lekkiego życia po wyjściu z komiksu na ekran. Von Strucker miał chociaż monokl w AoU, tutaj jedynie wzięli imię. Facet nawet nie jest z Hydry.
Kim jest?
Sfrustrowanym mieszkańcem Sokovii, którego plan polega na znalezieniu nagrania, na którym Bucky morduje rodziców Starka, pokazaniu tego nagrania Tony’emu, zmuszeniu go tym samym do walki z Kapitanem, w efekcie której pozabijają się nawzajem, co pomści śmierć rodziny Zemo.
Zajebisty plan. Nie ma co.
Gdyby nie to, że relacje pomiędzy bohaterami są tak autentyczne, to ten dziwaczny plan z pociąganiem za sznurki zza kulis pogrążyłby tę produkcję. Ale było tam więcej – Stark rozpaczliwie próbujący zadośćuczynić światu oraz nieufny wobec wszelkich instytucji Rogers. Brak płaszczyzny, na której mogliby się porozumieć oraz ostatecznie niewątpliwy udział Bucky’ego w morderstwie rodziców Tony’ego, doprowadziły do tego, że Zemo odniósł częściowy sukces – zadał Mścicielom cios potężniejszy niż Loki i Ultron razem wzięci, mimo że jego motywacją była po prostu częściowo nieuzasadniona chęć zemsty, a plan był mocno przekombinowany.

Smuci trochę to, że kolejny raz przeciwnik zawodzi, że wciąż się nie nauczyli dobrze pisać łotrów. W sumie lepiej by było, gdyby został wykreślony z fabuły. Dałoby się to zrobić – postawić naprzeciw sobie bohaterów bez kogoś pociągającego za sznurki.

***

Naprawdę dobrze się bawiłem w trakcie seansu i polecam wszystkim, którzy chcą się wybrać do kina na jakiś film akcji. Co prawda złoczyńca wypada naprawdę blado, jego plan jest bez sensu i nieco psuje odbiór dosyć mocnego finału, jednocześnie podważa całą tę rejestrację superludzi, ale i tak warto. Esencję tej produkcji stanowią rewelacyjnie nakreśleni i zagrani bohaterowie.
To naprawdę porządny film, jeden z lepszych, jeśli chodzi o filmowe uniwersum Marvela.

Jaskier

Read Full Post »

Po tym jak okazało się, że bujająca po internetach ponapisowa scena z Age of Ultron jest jednak dziełem grupki upartych i utalentowanych fanów (TA scena) do tematu Pająka w MCU wróciłem ponownie miesiąc później (KLIK) w tekście, w którym pisałem również o Civil War oraz Suicide Squad.

Znamy już odtwórcę głównej roli, jakieś tam informacje powoli do nas docierają, wiemy, że Spidey zadebiutuje we wspomnianym wyżej Civil War. Latino Review rzuciło ostatnio nieco światła na solową produkcję o przygodach Pająka i – wiadomo – trzeba patrzeć na to przez palce, gdyż wszystko może okazać się jednym wielkim zmyśleniem, napisanym pod marzenia fanów, ale przeczytałem dziś coś ciekawego, toteż postanowiłem zakręcić się wokół Spider-Mana raz jeszcze, mimo iż do premiery solowego filmu jeszcze kupa czasu, a i na debiut tego bohatera przyjdzie nam czekać jeszcze kilka miesięcy.

Obrazek, który linkują ostatnio wszystkie portale i fanpejcze poświęcone nerdowskiej tematyce, nie jest co prawda oficjalnie opublikowanym projektem kostiumu, ale tajny informator donosi, że grafika ta jest bliska ostatecznemu wyglądowi stroju Spider-Mana.
Nie mam pojęcia, ile w tym prawdy, ale taki kostium bardzo mi się podoba.

Po pierwsze – wygląda na zrobiony przez nastolatka w piwnicy z tego, co akurat było pod ręką. Taki improwizowany styl sprawdził się w serialu Daredevil i ma dużo sensu – skąd oni niby mieliby brać te wymyślne kostiumy? No i też jakoś się to łączy z samozwańczością tych bohaterów. S.H.I.E.L.D. nie jest w stanie monitorować każdego człowieka obdarzonego mocami, odkąd poszło w rozsypkę i musi pozbierać się do kupy, więc ci wychodzą na ulice, by pomagać ludziom na własną rękę i nikt ich za tę rękę nie złapie i nie zahamuje superbohaterskich zapędów.

Po drugie – w stworzeniu wypasionego stroju może maczać palce Stark. Być może kostium będzie kartą przetargową, dzięki której niedoświadczony Peter miałby dołączyć do #teamTony. W komiksach był obecny podobny motyw, ale oczywiste jest, że nie sposób przełożyć go jeden do jednego na taśmę filmową. Z różnych przyczyn – między innymi dlatego, że Parker nie jest jednym z popularniejszych herosów z bagażem doświadczeń, a nastolatkiem, który dopiero rozpoczął karierę zamaskowanego stróża prawa. Możliwe, że Stark będzie próbował wesprzeć go technologią, by ten chętniej stanął po jego stronie w superbohaterskim konflikcie. Jakże musiałby być zdesperowany, by wykorzystywać dzieci w starciu z Rogersem.

***

Drugim zdjęciem, chyba nawet istotniejszym – a na pewno wywołującym więcej zamieszania – jest to, rzekomo przedstawiające listę aktorów, którzy zaliczą występ w filmie o Spider-Manie w 2017 roku.
Jeżeli nie okaże się jutro, że to wszystko ściema, to mamy tu dwie ważne informacje odnośnie tego filmu – Vulture i Scorpion jako wrogowie i Hugh Laurie jako redaktor Daily Bugle J. Jonah Jameson.
Ta para trepów do bicia dobrze by się nadała do pierwszego filmu z serii – nie było ich jeszcze na ekranie, a moim zdaniem obaj pasują do historii o młodzieżowym Pająku. W końcu Toomes swego czasu zajmował się wysysaniem energii witalnej, żeby się odmłodzić, a nastoletni i obdarzony nadludzkimi mocami Peter stanowiłby dla niego idealny cel. Natomiast Scorpion został niejako stworzony przez Jamesona do złapania Spider-Mana. Jakoś łatwo przychodzi mi wyobrazić sobie, że pierwsze, co robi ten gość po pojawieniu się w mieście nowego herosa, jest próba złapania go, nawet kosztem powołania do życia innego nadczłowieka.
No i sam Jameson – ciężko dzisiaj wyobrazić sobie, by ktoś mógł zastąpić w tej roli J.K. Simmonsa, który ponoć jeszcze niedawno wyrażał chęć powrotu do postaci choleryka-naczelnego nowojorskiej gazety, aczkolwiek jeśli włodarzom Marvela zależy na odcięciu się od poprzednich filmów, to wybór innego aktora jest raczej konieczny. A nuż serialowy doktor House pokaże, na co go stać i pociągnie tę role równie pięknie co jego poprzednik.

***

Póki co, pozostajemy w sferze domysłów i możemy tylko liczyć na to, że coś nam łaskawie wyjawią. Troszkę to wszystko na razie brzmi zbyt pięknie, więc podchodzę do tego z rezerwą, ale z drugiej strony jest w tym sporo sensu, dlatego też dzisiaj postanowiłem o tym napisać.
Co Wy myślicie? A może Waszym zdaniem kolejny reboot jest zbędny?

Jaskier

PS Jeśli jeszcze nie czytaliście, to tutaj możecie sprawdzić, co myślę o poprzednich filmach o Spider-Manie:
Trylogia Raimiego
The Amazing Spider-Man
The Amazing Spider-Man 2

 

 

Read Full Post »

Króciutki wpis na szybko, ponieważ nie chcę, żeby mi moje wrażenia bezpowrotnie zginęły z fejsika.

Z jednej strony mam wrażenie, że z tłem jest coś nie halo, przypomina statyczne, malowane pejzaże często gęsto wykorzystywane w produkcjach sprzed kilku dziesięcioleci. Powiedzcie mi jednak, co za chory człowiek nagrałby coś takiego, puścił w jakimś brazylijskim kinie i nakręcił później kiepską kamerką?

To byłaby kapitalna reklama. Gdyby w ten sposób próbować sprzedawać Pepsi, Colę albo inną Fantę. Miliony ludzie przesyłających sobie takie wideo, obwieszających nim fanpejcze, wrzucających na blogi, kopiujących na kanały na yt. No ale tutaj nie ma żadnego logotypu, Spidey nie bierze na zakończenie orzeźwiającego łyku.

Może oceniam jakość tej króciutkiej sceny przez pryzmat komentarzy autorstwa ludzi pewnych, że mamy do czynienia ze sprytną podróbką? A może jednak moje oczy się nie mylą i panorama miasta z górującą nad nią Avengers Tower faktycznie odstaje od tego, czego spodziewać się można po ludziach nominowanych do Oscara w kategorii najlepszych efektów specjalnych? Po prostu mieli poważne ograniczenia czasowe (gdy informacja o kooperacji Marvela i Sony i włączeniu Pająka do MCU została ujawniona, Age of Ultron był już praktycznie gotowy)?

Być może wieczorem zostaną opublikowane zdjęcia z kanciapy jakiegoś informatyka, który wyrenderował ten klip w czeluściach swojej piwnicy, lecz póki co – coś czuję, że to jednak jest scena z nadchodzącej produkcji Marvela.

W każdym razie – nawet jeśli to czyjś dowcip, to mam nadzieję, że ta wersja filmowego Spider-Mana pójdzie w takim właśnie kierunku. Żartującego herosa ubranego w kolorowy kostium. ;)

Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

Jaskier

Read Full Post »

A w tym tekście skrótowy zapis wniosków, dotyczących rewelacji odnośnie tychże filmów, które zostały podane do wiadomości publicznej, ale nie chciało mi się/nie miałem czasu skomentować ich wcześniej.
Czyli:

    • Spider-Man w MCU;
    • Civil War;
    • Suicide Squad;

Jak widzicie, ani słowa o nadchodzących Age of Ultron, Batman v Superman, czy Ant-Manie, a także całej masie produkcji od Sony i Fox. Mutantom przyjrzymy się jeszcze kiedyś, FF to wielka niewiadoma, a ze starcia dwóch hegemonów DC może wyjść wszystko. Filmy Marvela na ten rok pozwoliłem już sobie skomentować przy okazji premier zwiastunów, więc jeśli chcecie się ode mnie czegoś dowiedzieć na ich temat, to skorzystajcie z tego prostokącika wyżej, obok którego jest napis „Szukaj”.

***

***

Co sądzę o tym, że doszło do porozumienia między Sony i Marvelem, dzięki któremu Spidey zagości w MCU?
Świetnie.

Mam tylko nadzieję, że będzie to Peter Parker i nie będzie czarnoskóry. No bo nie.
Za siedem lat mogą spokojnie wprowadzić Milesa Moralesa (akurat młody Smith podrośnie) i mieć dwóch Spider-Manów albo zabić tego starego i mieć jednego, będącego Murzynem, Mulatem albo innym Zambosem.

Parker jest ważny dla tego świata i po prostu zasługuje na uczciwe zaprezentowanie w filmie, ponieważ delikatnie rzecz ujmując, poprzednim produkcjom można sporo wytknąć. Garfield się wpasował… poniekąd… w rolę, ale nie mam zamiaru drzeć szat o odsunięcie go od tego bohatera. Będzie inny aktor, pokaże coś innego, jeśli będzie to gorsze, to ponarzekamy, ale serio – czy ktoś sądzi, że Marvel dopuści do jakiejś castingowej wpadki? Tobey Maguire był za bardzo zapłakany, aż do memogennego stopnia, więc może teraz uda się znaleźć złoty środek.

Żal Gwen, no ale ona i tak by się już nie pojawiła w potencjalnym TASM3, toteż nie pozostaje nam nic innego jak tylko zapamiętać jej świetną rolę i niepodrabialną chemię, jaką dało się wyczuć między nią i Garfieldem.

Najprawdopodobniej nie będziemy mieć do czynienia trzeci raz z genezą mocy Spider-Mana i dobrze, bo każdy wie, skąd się wzięły. Ludzie dziesięć lat starsi ode mnie oglądali kreskówki, ja oglądałem filmy Raimiego, teraz dzieciaki widziały TASM, więc każdy potencjalny widz jest zaznajomiony z historią radioaktywnego pająka, śmiercią wujka Bena i hasłem, że z wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność.

Więc wszystko świetnie, czekamy na więcej informacji odnośnie nowej inkarnacji Pająka i filmów z jego udziałem. :)

***

Filmowe Civil War szykowane jest na Avengers 2,5. Wsadzają tam masę postaci (najprawdopodobniej debiut Pająka), no i wydarzenia mają być naprawdę ważne dla MCU. Ciekaw jestem, co też z tego wyjdzie, czy faktycznie uda się nadać fabule aż takiej istotności. Po świetnym Winter Soldier głupio by było, gdyby w Civil War nie pójść jeszcze krok dalej, ale trzeba pamiętać, że wygórowane wymagania mogą okazać się gwoździem do trumny tej produkcji. Więc starajmy się nie zjeść paznokci i doczekać do ujawnienia większej ilości informacji.

Nie sądzę, by film miał mieć wiele wspólnego z komiksowym pierwowzorem, między innymi z racji deficytu bohaterów, którego nie sposób nadrobić, o bagażu historii oraz relacji z kilkudziesięciu lat publikowania już nie wspominając. Nie chce mi się także wierzyć w to, by Stark miał się stać złym gościem. No po prostu nie, nie ten filmowy. No i też ciężko wyobrazić sobie, że wyrzucą do śmieci dorobek serialu Agents of S.H.I.E.L.D. tylko po to, by zrobić z Tony’ego Dyrektora. Jakoś mi się taka wizja nie trzyma kupy.

Liczę na to, że już w tym filmie zostaną pokazani Doktor Strange i Black Panther, wszak powinni być prawdziwymi koksami i jeżeli Marvel chce jakoś nawiązać do aktu rejestracji, to przede wszystkim powinien dotyczyć on kogoś, kto mógłby stanowić międzynarodowe zagrożenie. Z drugiej strony ustawę tę można forsować jako próbę zabezpieczenia przed domorosłymi stróżami prawa, którzy kopią tyłki pod osłoną nocy, co niejako wymusiłoby pokazanie Spider-Mana i może tych herosów z ekipy miniseriali Netflixa. Ciężko stwierdzić, ale – jak sami widzicie – potencjał na wiele gościnnych występów jest. I to spory.

No i co?
No i jaram się tym filmem mocniej niż BvS.

***

Nakręcenie Suicide Squad to dobry pomysł. Nikt bowiem do tej pory nie zrobił filmu o łotrach w roli głównej i ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że przynajmniej w tym jednym DC wyprzedzi Marvela, który Thunderbolts ma być może w planach dopiero na 2027 rok. Ja do złośliwych nie należę i na tę produkcję czekam.

Największy ból dupy, jaki ludzie mają w stosunku do tej produkcji, dotyczy obsady. Pewnie dlatego, że na razie niewiele więcej na jej temat wiemy, a na coś trzeba przecież ponarzekać.
Jai Courtney, który obecnie jest w Hollywood na fali, obrywa najmocniej, bo ponoć gra strasznie drewnianie. Nie wiem, widziałem tylko I, Frankenstein z jego udziałem, czyli film, który w żaden sposób nie jest miarodajny, gdyż generalnie był gówniany. Poza tym nawet go stamtąd nie pamiętam. Szklana pułapka 5 mnie ominęła, podobnie pozostałe produkcje z jego udziałem. Ma grać Kapitana Boomeranga, więc możliwe, że nie dożyje do końca seansu. Gdyby agent wywalczył dla niego jakąś istotniejszą rolę, to może ta gównoburza związana z jego udziałem w tym filmie miałaby sens. A tak – ja nie widzę.
Robbie Margot świeciła cyckami w Wilku z Wall Street, więc na nią nie narzeka nikt. Ma specyficzny typ urody (ktoś gdzieś napisał, że wygląda jak aktorka porno), pasuje z twarzy i sylwetki na Harley – czego chcieć więcej?
Will Smith może wreszcie będzie miał szansę się odkuć i rola w Suicide Squad pozwoli mu wrócić na salony, chociaż nie będzie to ten sam Will Smith, jakiego pokochaliśmy w Dniu Niepodległości i Facetach w czerni. Jako Deadshot raczej nie będzie bogiem bycia cool. No ale też facet nie może całe życie grać tej samej postaci. Trzymam za niego kciuki. W kwestii zamiany koloru skóry postaci – w tym przypadku mi to nie przeszkadza. To podobnie jak z Heimdallem – no tak jakoś zupełnie mi nie wadzi.
Jared Leto jest dla mnie człowiekiem absolutnie anonimowym. Nom. Nie widziałem nawet Dallas Buyers Club i prócz tego, że wiem, iż dostał za rolę w tym filmie Oscara, pamiętam kwejkowe podśmiechujki z niego i moja wiedza się na tym kończy. Zgolił do roli brodę, skrócił i rozjaśnił włosy, wygląda teraz bardziej ludzko. Podobały mi się oba poprzednie wcielenia Jokera, jestem ciekaw, jak wyjdzie tym razem.
Toma Hardy’ego szkoda… No ale, skoro nie udało mu się pogodzić występu w tym filmie z innymi obowiązkami (albo nie spodobało mu się to, że gra Ricka Flagga, który nie jest postacią pierwszoplanową), no to cóż. W każdym razie nie lamentowałem, że miał zagrać drugą postać z tego samego komiksowego uniwersum.

Dużo więcej nie wiemy i nic dziwnego, skoro do premiery został grubo ponad rok. Trzymam kciuki za tę produkcję i wszystkie inne z DCCU, mam nadzieję, że wypalą.

***

Macie jakieś pytania odnośnie tych filmów?
Może chcielibyście, żebym napisał na temat jakichś innych?

Jaskier

PS Zdjęcie Jareda Leto ukradłem z jego instagrama.

Read Full Post »


Niemalże dwa lata Hachette kazało polskim czytelnikom czekać na ukazanie się kontynuacji historii z pierwszego numeru Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Tom The Amazing Spider-Man: Wyznania wpadł mi wprawdzie w łapki początkiem października, ale długo nie mogłem wygospodarować ani chwili na przeczytanie go. Udało mi się to zrobić dopiero w ubiegłym tygodniu, a zatem dzisiaj zapraszam Was do przeczytania tekstu zawierającego moją opinię o tym komiksie.

Zeszyty poprzedzające tę historię kończyły się w momencie, w którym poturbowany i śpiący po wyczerpującej walce z Morlunem Peter został nakryty jakby w negliżu przez ciocię May. Kobieta poznała sekret siostrzeńca i wyszła, nie budząc go.

Rozmowa pomiędzy tym dwojgiem, do której dochodzi w drugim zeszycie tego albumu, jest jednym z istotniejszych punktów w całej historii Spider-Mana. Pierwsza szczera rozmowa Petera i cioci May po kilkudziesięciu latach publikowania komiksów o Pająku. Jest ważna również z innego powodu – staruszka w końcu stała się pełnowymiarową postacią. Jej późniejsze działania tylko to potwierdzają – J. Michael Straczynski tchnął w nią nowe życie. Albo raczej w końcu jej dał prawdziwe życie.

Bezpośrednio obok relacji Peter-ciocia rozgrywa się wątek miłosny. Akcja ma miejsce w okresie, gdy Parker rozstał się z MJ, która wyjechała robić karierę w Kalifornii. Nie trudno się dziwić jej decyzji, skoro – jak mówi sama – wiecznie stała na drugim miejscu, za superbohaterskimi obowiązkami męża. Również w jej kwestii Straczynski zrobił wiele – w końcu w jednym z zeszytów staje się dziewczyną superherosa, która mówi, że ma dość bycia dziewczyną superherosa, dość odgrywania archetypicznej roli.

Obok tych dwóch wątków, które tak naprawdę napędzają najważniejsze wydarzenia tego albumu, funkcjonuje krótka historia z Doktorem Octopusem, który musi udowodnić, że jest posiadaczem najfajniejszych macek na całym świecie. Splata się ona (hehe) z głównymi wydarzeniami, umożliwia również wprowadzenie obowiązkowej rozwałki i strzelania laserami. Jakże przecież potrzebnych w tym gatunku.

Jest tu również wątek Shade’a – łotra o nadnaturalnych zdolnościach, którego Spidey pokonuje z pomocą Doktora Strange’a (wyobraźcie sobie, jak złote byłoby coś takiego w filmie; mam nadzieję, że chociaż MCU umożliwi nam zobaczenie czegoś w tym stylu).

Strona graficzna niestety zawodzi. W Powrocie do domu jakoś nie zwróciłem na to uwagi, ale tutaj co stronę albo i częściej pojawia się jakaś zdeformowana twarz. Strasznie coś takiego przeszkadza w cieszeniu się lekturą. Pozostałych elementów rysunków bym się nie czepiał, ale dziwnie wyglądające twarze pojawiają się zdecydowanie zbyt często. Czy w zbliżającym się World War Hulk jest tak samo?

W ramach dodatków otrzymujemy notkę o pracy Straczynskiego nad przygodami Spider-Mana, dwie strony o dziewczynach Parkera, galerię różnych wersji Doktora Octopusa oraz komplet polecanych lektur.
Gdyby nie te nieudane miejscami rysunki, których próbkę macie powyżej, byłbym stuprocentowo zadowolony z zakupu tego komiksu. A tak, to jestem w jakichś siedemdziesięciu pięciu procentach. To ważne wydarzenie w uniwersum Pająka, role cioci May i MJ zmodyfikowane, a dodatki w postaci Octopusa i Shade’a cieszą i – co najważniejsze – uzupełniają historię.
Polecam lekturę tego tomu. ;)

Jaskier

Read Full Post »

Older Posts »