Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2015

OSTRZEŻENIE!
Niniejszy wpis zawiera lokowanie produktu, dodatkowo poświęcony jest całkowicie wspomnieniom autora, które przypadkowego czytelnika obchodzić powinny jeszcze mniej, niż ukazujące się tutaj zazwyczaj teksty. Autor zdaje sobie z tego sprawę, lecz – jak to ma w zwyczaju – ma to w nosie.
KONIEC OSTRZEŻENIA!

***

Dwa lata temu w tekście Wszystko inne, co uczyniło moje dzieciństwo zajebistym, będącym zamknięciem napisanego wówczas przeze mnie trzyczęściowego zbioru wspominek z okresu pacholęctwa, napomknąłem, iż plastykowe wytwory duńskiej firmy stanowiły dla mnie istotny element tegoż czasu. Na tyle istotny, że wciąż mam ich w pokoju pełno (i to pewnie ze cztery razy więcej niż dziesięć lat temu).
Modelowanie tak mi się jakoś w duszę wryło, że pisząc te słowa, patrzę na gotową makietę średniowiecznego miasta, podpokład steampukowego statku pirackiego rozgrzebany od lutego, fragment laboratorium szalonego naukowca oraz biurko oblegane przez oddziały fikcyjnej frakcji, wymyślonej na zasadzie „wezmę siedemnastowiecznych żołnierzy i wyposażę ich w parowe maszyny bojowe, będzie to fajnie wyglądało”.
Nie byłoby jednak tego wszystkiego, tych tysięcy drobnych klocków porozkładanych po pudełeczkach i szufladkach, gdyby nie kilka przełomowych dla mnie zestawów, które współtworzyły moją kolekcję, dołączając do niej między 1998 i 2004 rokiem.

Poniżej chronologiczne zestawienie pięciu zestawów, dzięki którym nieuleczalnie zachorowałem na LEGO.

***

4128 – XL Value Bucket
Liczba części: 650
Rok wydania: 1997

To czerwone wiaderko pojawiło się już wcześniej na blogu, ale nie powinno to dziwić – otwieranie tego urodzinowego prezentu jest – wprawdzie zamglonym, niezbyt dokładnym – lecz najstarszym z moich wspomnień.
Nawet pudełko do dzisiaj służy (spoczywają w nim figurki Bionicle, które zamiast charakterystycznej plastykowej tuby, miały kartonowe opakowanie), natomiast same klocki, o ile nie uległy uszkodzeniu lub nie zaginęły, wciąż z powodzeniem wykorzystuję podczas budowania, jak np. widoczne na zdjęciu ramiona robota, które wykorzystałem do skonstruowania kokpitu mecha.
Ten potężny zastrzyk elementów, jaki przydarzył mi się już na samym początku przygody z LEGO, był bardzo istotny. 650 klocków, wśród nich dachówki, cegiełki, okna, śmigła, koła etc. dawały mnóstwo możliwości tworzenia własnych konstrukcji. To dzięki temu zestawowi mogłem jednego dnia budować kolorowe zordy drużyny Power Rangers, by następnego przeistoczyły się w spokojny domek szczęśliwej rodziny.

***

6089 – Stone Tower Bridge
Liczba części: 409
Rok wydania: 1998

Przez długi okres zestaw ten, wówczas jedyny w mojej kolekcji z linii Castle, stanowił główne źródło części niezbędnych do odtworzenia scen z filmowego Władcy Pierścieni. Były takie czasy, że moja klockowa Drużyna Pierścienia w zubożonym składzie, bo na co komu hobbici, gdy ma się Aragorna, Legolasa, Gimlego oraz Boromira, wycinała sługusów Saurona za pomocą katan, dzierżonych pierwotnie przez widocznych na powyższym zdjęciu samurajów i ninja.
Lecz nawet nim nastała moja fascynacja fantasy, potrafiłem godzinami siedzieć przy tych klockach, wymyślając historie, w których Zły Czerwony Samuraj zagrażał pokojowi Królestwa i Dzielni Ninja pod wodzą Szoguna musieli stawiać mu czoło.
Nie sposób nie wspomnieć także o pozostałych superanckich klockach, jakie ten set zawierał. To stąd mam moją pierwszą skrzynię, zapadnię, skały*, koła od wozu i cały zapas czerwonych „pralek”, które pozwalały zamocować coś do boku klocka.

***

5903 – Johnny Thunder and Baby T
Liczba części: 23
Rok wydania: 2000

Był w Stalowej Woli wieki temu taki sklep Rumcajs. Chyba nawet do tej pory jest, ale oryginalnych LEGO już w ofercie nie ma. Ale mniejsza z tym – na wystawce miał wspaniały zestaw 5988 The Temple of Anubis. W ogóle, cała seria Adventurers, jawnie nawiązująca do przygód, uwielbianego przeze mnie równie długo co klocki, Indiany Jonesa, była niesamowita i nie zliczę godzin, które spędziłem, przeglądając katalogi i gapiąc się na modele przedstawiające perypetie najsłynniejszego awanturnika i poszukiwacza przygód w całym Wszechświecie LEGO.
Niestety, z racji tego, że seria zadebiutowała w 1998 podserią Desert, gdy byłem niewystarczająco kumaty, żeby sprecyzować moje pragnienia, a i jej kontynuacja (Jungle) w 1999 roku jakoś mi się wymknęła, nie posiadałem ani jednego zestawu, a przede wszystkim figurki głównego bohatera – Johnny’ego Thundera, z dość oczywistych przyczyn nazywanego wówczas przeze mnie Indianą Jonesem.
Wielka była moja radość, gdy otrzymałem 5904, w którym obecna była inna istotna fabularnie postać, lecz eksplozja euforii miała dopiero nadejść, gdy po krótkim czasie wyszło na jaw, że mama przeszła samą siebie i kupiła dziecku również widoczny wyżej 5903. Oba zestawiki (potocznie nazywane impulsami) należały do trzeciej podserii o wdzięcznej i wszystko mówiącej nazwie Dino Island, będącej oczywistą zrzynką z Parku Jurajskiego**, który to dzieciaki takie jak ja wówczas uwielbiały. Rzecz jasna, ja na równi z Indianą.
Prócz najwspanialszej na świecie figurki, drobny zestawik zawierał sporo zawsze przydatnego ekwipunku oraz małego tyranozaura.
TY-RA-NO-ZAU-RA!

***

1266 – Space Probe
Liczba części: 23
Rok wydania: 1999

Ten impuls z kolei wiąże się z pewnym przykrym doświadczeniem. Ponieważ mierząc te 137cm wzrostu, byłem idiotą, złamałem na huśtawce nogę. No ale – nie ma tego złego… czego Jaś się nie nauczył, to na dwoje babka wróżyła. Od pana doktora dostałem gips, a od rodziców karykaturalny statek kosmiczny z pilotem. Niby wygląda to niepozornie, ale nie dajcie się zwieść – wszak są tutaj aż(!) dwa ognie oraz kosmonauta.
Kiedy już odechciewało mi się bawić w Indianę Jonesa lub Shogun War, to brałem koleżkę z tego zestawu i robiłem z niego tajnego agenta. Miał nadrukowane słuchawkę oraz mikrofon na twarzy, więc był idealnym kandydatem do powierzanej mu roli. To trochę zabawne, bo nie mam pojęcia, czego się naoglądałem, że robiłem z niego klockowego Ethana Hunta. Może Bonda z Brosnanem. Albo zwiastunów Matrixa.
Czasem bywał ten jegomość również szefem zespołu ratowników (dwie strony katalogu poświęcone brygadzie z serii RES-Q <3) albo pilotem śmigłowca w bazie badaczy na Antarktydzie.
To było najlepsze w LEGO – za każdym razem można się było bawić w coś innego stosunkowo ograniczoną „masą” tej zabawki. Tak naprawdę tylko komputer, cRPG-i i RTS-y, zaoferowały mi coś podobnego na taką skalę, ale to przecież nie to samo.

***

7417 – Temple of Mount Everest
Liczba części: 292
Rok wydania: 2003

Listę kończymy z przytupem – ostatnią jak dotąd przygodą Johnny’ego Thundera. Powrócił do świata żywych w 2003 roku w podserii Orient Expedition, w ramach której zbadał Indie, Himalaje oraz Chiny. Zastanawiałem się, który z posiadanych przeze mnie zestawów z tej serii tutaj umieścić i ostatecznie wybór padł na właśnie ten – przedstawiający sanktuarium na szczycie najwyższej góry świata.
Po pierwsze – Świątynia Mount Everest, mimo iż najmniejsza ze wszystkich trzech „zamków” Orientu, posiada mnóstwo bajeranckich elementów. Jako środek transportu dzielnych podróżników zawsze wolałem ten klasyczny, dwupłatowy samolot, niż obecnego w Pałacu Skorpiona słonia. Tambylcy w grubych czapach, ruchoma skała kryjąca skarb oraz potężne wrota wyglądają rewelacyjnie. No i ten most linowy. Obracający się most linowy, z którego „podmuch wiatru” mógł strącić nieostrożnego wędrowca.
Po drugie – Johnny w skórzanej kurtce wygląda kozacko. :D
Marzy mi się kiedyś zmodernizować wszystkie trzy zamki (była jeszcze Forteca Smoka), zbudować je tak, jak buduję MOC-e. Właściwie to tak zaczął się mój powrót do LEGO. Wiosną cztery lata temu, gdy już wiedziałem, że mogę olać szkołę i zająć się czymś innym.

***

Morał tej bajki jest krótki i niektórym znany, mimo iż LEGO uzależnia, to i tak – mam nadzieję – jest tańsze od fajek i nie powoduje raka.

Jaskier

*Notabene, w fandomie nazywane LURP-ami – Little Ugly Rock Piece.

**Trzeba pamiętać, iż nie były to czasy wszechobecnych dziś serii licencjonowanych, których los przypieczętowany został dopiero po dobiciu targu z właścicielami praw do Gwiezdnych wojen.

Read Full Post »

ted2-poster2
Zapewne większość z Was nie jest tego świadoma, gdyż nie doczytała, ale moim zdaniem Ted był w czołówce rozrywkowych filmów 2012 roku. Historia pluszowego misia alkoholika-dziwkarza i jego przyjaciela bawi mnie za każdym razem, gdy ją oglądam (za DVD dałem całe(!) 2,99zł).
Kiepska forma kolejnego dużego projektu Setha MacFarlane’a*, a także słaby wynik w box office’ie oraz fala krytyki, z jaką spotkała się kontynuacja przeboju sprzed trzech lat (45% na RT), nie były w stanie odwieść mnie od postanowienia zapoznania się z nową produkcją z wulgarnym pluszakiem w roli głównej.

Film zobaczyłem, uśmiałem się i zasiadam do klepania w klawiaturę, by zachęcić Was do tego samego – obejrzenia i podzielenia się tutaj wrażeniami.

***

Ted szczęśliwie poślubił Tami-Lynn, koleżankę z pracy. Kochają się, dobrze im się wiedzie, do pełni szczęścia brakuje tylko dziecka. I tutaj pojawia się zgrzyt – kiedy złożyli dokumenty niezbędne do adopcji, przyjrzał się im jakiś prawnik, który orzekł, że nie mogą zaopiekować się dzieckiem, gdyż miś nie jest osobą, a własnością, przedmiotem. Jak śmieci albo gówno, cytując jednego z bohaterów.
Fabuła skupiona jest więc na próbie udowodnienia na sali sądowej, że Ted zasługuje na taki sam zestaw praw, jaki przysługuje każdemu obywatelowi. Wynajęcie prawnika to olbrzymie koszta, toteż sprawą misia pro bono zajmuje się młoda, niedoświadczona Samanta Jackson (Seyfried).

W gruncie rzeczy jest to jednak (kolejny raz) historia o przyjaźni dwóch zdrowo powalonych kumpli i z miejsca mnie kupiła. Dla mnie dowcip polegający na włożeniu do ust pluszowego misia tony przekleństw i wsadzeniu mu do łapek bongo wciąż działa. No #mnieśmiezy i tyle. Więc jeśli widzieliście pierwszą część lub jakieś zwiastuny tej i uważacie, że to nie dla Was, to możecie mi napisać w komentarzach, że się nie znam i jestem głupi. Nic to nie zmieni, bo co się uśmiałem, to moje.

Żarty opierają się przede wszystkim na kontraście wynikającym z zestawienia pluszaka z wulgarnymi treściami. Niby powtórka z rozrywki, ale mi to się wciąż podoba. Jest tutaj też mnóstwo odniesień do popkultury (Sam totalnie nie ogarnia, co jest naprawdę urocze), lecz na wizytówkę filmu wybrałbym raczej scenę próby nielegalnego pobrania nasienia od futbolisty. To o wiele lepiej oddaje naturę tej produkcji.
Sporo śmiechu gwarantuje również fragment z Liamem Neesonem. Szczególnie już po zakończeniu filmu, gdy SPOILER zdajesz sobie sprawę, że pojawił się na ekranie na jakieś dwie minuty, co byłoby totalnie bez sensu, gdyby nie to, że to właśnie Liam Neeson. KONIEC SPOILERA

Nie jest jednak tak, że to produkcja pozbawiona wad. Ma na przykład rozwleczoną taneczną czołówkę, jakby Seth MacFarlane nie mógł za jednym zamachem napisać, że zajmował się w tym filmie wszystkim od napisania scenariusza, przez donoszenie kawy na plan, po wymienianie kostek w pisuarach na zapleczu studia.
To jednak pikuś w porównaniu z Milą Kunis. A w zasadzie tym, że jej nie ma. A tak naprawdę z wytłumaczeniem jej nieobecności. Żebyście mnie dobrze zrozumieli – wiem, że była bardzo zajęta graniem w najnowszej superklapie braci rodzeństwa Wachowskich, ale jej postać była istotnym elementem świata przedstawionego! Wokół jej związku z postacią Wahlberga toczyła się fabuła Teda. Wiecie, facet musiał dorosnąć, nauczyć się żyć bez swojego pluszowego misia, a potem było szczęśliwe zakończenie na ślubnym kobiercu. A oni nam tu rzucają w twarz rozwodem. Serio, to jest megasłabe i naprawdę wolałbym, żeby grana przez tę aktorkę postać została uśmiercona.

Jakimś jednak cudem rozwód i wyrzucenie do kosza lekcji z Teda w moich oczach nie rujnuje kontynuacji. Zdążyłem już nawet wysnuć odważną teorię, iż John wyparł z pamięci tragiczną śmierć żony i sam uwierzył w to, że się rozwiedli.

***

Jeżeli jesteście miłośnikami niepoprawnego politycznie humoru, to Ted 2 został nakręcony dla Was.

Jaskier

*Czyli Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie. Moje poseansowe wnioski dotyczące tej produkcji znajdziecie TUTAJ.

Read Full Post »

Wojna trwa, strony konfliktu starają się prześcignąć oponenta w zabijaniu żołnierzy, kolejne skrawki ziemi nasiąkają krwią tysięcy poległych lub rannych, a tam, gdzie jest najgoręcej, trafiają Wartownicy.

Po numerze pierwszym, w którym autorzy zapoznali nas z wykreowanymi realiami oraz wprowadzili do akcji głównego bohatera, kolejne trzy tomiki to już samo mięsko. Towarzyszymy Wartownikom w boju, śledząc ich wyczyny i coraz bardziej zaczynając pojmować, to, co dociera powoli również do głów tytułowych wojaków – wojna, w której przyszło im walczyć, jest inna, niż poprzednie konflikty targające Europą. Honor przestał być bronią, stał się dodatkowym obciążeniem, teraz walczy się za pomocą upokarzania wroga. Kolorowe ogłoszenia kłamią – wojna nie ma nic wspólnego z chwalebnymi marszami po ulicach usłanych różami, jest tarzaniem się we krwi, flakach i gównie, z niemieckim ostrzałem tuż nad głową.

I my razem z Wartownikami tarzamy się w wymienionych wyżej substancjach, obserwując zmiany zachodzące w głównym bohaterze. Początkowo niechętnie nastawiony do wojny i gotowy kwestionować każdy rozkaz dowództwa, zapada się wgłąb samego siebie, pokonuje kolejne bariery, byleby tylko przechylić szalę zwycięstwa na stronę Francji i jej sojuszników.

Ta swoista metamorfoza porucznika Taillefera jest konieczna – Niemcy nie próżnują. W odpowiedzi na francuskich Wartowników rozpoczynają eksperymenty, usiłując powołać do życia własnych nadludzi. Zresztą nie tylko to jest problemem – brak perspektyw na szybkie zakończenie konfliktu umożliwia wdrożenie prac nad bronią chemiczną. Niebawem konwencjonalne metody walki staną się reliktem minionej epoki, a wraz z nimi odejdą Wartownicy, poszlachtowani, spreparowani, umieszczeni w słojach w ciemnych wnętrzach pruskich laboratoriów.

Szanse na rządowe fundusze na rozwój oddziału maleją, lecz mimo to udaje się dołączyć kolejnego członka. Pilot o szlacheckich korzeniach będzie musiał nauczyć się żyć z byłym menelem uzależnionym od narkotyków oraz pozbawionym perspektyw naukowcem przeistoczonym w maszynę do zabijania. To trio staje kością w gardle Niemcom i naprawdę miło patrzy się na nadludzi piorących Szwabów. Nawet jeśli owi nadludzie noszą francuskie mundury.

Jeżeli miałbym mieć jakieś uwagi, to byłyby to zbyt krótkie występy niemieckich superżołnierzy. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale przybierają tu rolę „potwora tygodnia”. Ale być może już w następnym numerze pojawi się ktoś, kto będzie truł krew Francuzom  aż do końca wojny (akcja czwartego tomiku rozgrywa się pod Gallipoli, czyli zostały jeszcze prawie trzy lata konfliktu).

***

Gorąco polecam, seria trzyma pozom, którym mile mnie zaskoczyła w pierwszym numerze. Dosyć wiernie pokazuje oblicze wojny i pozwala przyswoić pewne historyczne fakty.
Jak napisałem w tytule – warto przeczytać „Wartowników”.

Jaskier

PS Nie mogę się doczekać jakiegoś komentarza odnośnie rewolucji październikowej.

Read Full Post »

3707586-clone_wars_5_poster_by_denisogloblin-d641dlg
Nie wiem, czy pamiętacie, ale kiedyś wytłumaczyłem, dlaczego spanie do dwunastej nie jest najlepszym planem na wakacje. Jeśli się wstaje rano, to można iść sobie kupić wymarzoną słodką bułkę*, coś poczytać, dłużej się poopierdalać lub obejrzeć coś fajnego w telewizorni.
Co prawda zasadniczo wszędzie i przez cały dzień lecą polskie kabarety, ale o 9:05 można na Czwórce obejrzeć dwa odcinki Wojen klonów, co zajmie około godziny, więc za dzienną normę może spokojnie uchodzić. Po co dłużej trzymać włączone pudło? Tylko licznik się kręci i rośnie temperatura w pokoju.
Ale pomijając już te moje filozofowanie, które zapewne wolelibyście przeczytać, przejdę do polecania Wam animowanego serialu, z którego grafikę widzicie wyżej.

Otóż, jeśli się człowiek przyzwyczai do dziwnego wyglądu postaci oraz przebrnie przez momentami niedomagający sezon pierwszy (a nade wszystko nie ma zdania, że TYLKO OT iEwENTUALNIE TryLGIA TRAŁNA!!!11!!), to ogląda się to bardzo dobrze. Poważnie, sam podchodziłem do tego serialu sceptycznie, m.in. ze względu na słabawy film kinowy – notabene jedyny jak dotąd ze Star Wars, który widziałem w kinie. No ale jak już zacząłem oglądać, to doceniłem wkład twórców w rozwój marki.

Akcja serialu umieszczona jest między drugim i trzecim epizodem. W Galaktyce trwa wojna – Republika i Separatyści toczą bitwy na dziesiątkach światów. Ważą się dalsze losy wszystkich istnień, a wciąż ciężko do przechylenie szali na którąkolwiek ze stron. Na czele armii Republiki stają generałowie Jedi, a wśród nich są Obi-Wan Kenobi oraz Anakin Skywalker.

Niezaprzeczalną zaletą jest to, że dzięki temu serialowi mamy możliwość spędzić więcej czasu z bohaterami. Hrabia Dooku, Grievous, całe zastępy rycerzy Jedi – jak się oglądało nowe filmy i widziało tych wszystkich ludzi, to przecież aż chciało się dowiedzieć o nich czegoś więcej. No i serial do gwarantuje.
Prócz dawania więcej tego, co w filmach aktorskich było na drugim lub trzecim planie, animacja rozwija również główne postacie – Obi-Wan Kenobi wymiata, jak miał to w zwyczaju już wcześniej (ale – znowu – tutaj jest tego dużo, dużo więcej), a Skywalker w końcu nie jest beksą, a brawurowym i kompetentnym, acz zbyt często podlegającym emocjom wojownikiem, jakim powinien być.
Postacie występujące tylko w serialu także robią wrażenie. Po Jasnej Stronie Mocy mamy Ashokę Tano – podopieczną Anakina. Poznajemy ją jako młodą dziewczynę, by następnie śledzić jej rozwój i dalszą naukę. Taka Jubilee Gwiezdnych wojen. Albo Peter Parker, jeśli sięgniemy głębiej w przeszłość. Natomiast Separatystów wspiera cała plejada łotrów – od postaci, które zaliczyły mały występ w Nowej Trylogii, tutaj zostały rozwinięte, przez adeptów Ciemnej Strony, wskrzeszonych Zabraków, aż po łowców nagród, którzy za pieniądze podejmą się każdego zadania. Prym wśród nich wiedzie Cad Bane – Duros, który rozpoczął swoją karierę w serialu z przytupem, włamując się do budynku senatu i biorąc za zakładników kilku jego członków.

Serial gwarantuje także różnorodność. Prócz kilkuodcinkowych historii, pokazujących na przykład zajęcie planety (od bitwy kosmicznej po upadek ostatniego bastionu Separatystów) pojawiają się tutaj również krótkie fabułki o tropieniu zdrajców wśród polityków lub poświęcone parze bodaj najpopularniejszych na świecie droidów. Słowem – ludzie lubiący wielkie bitwy, polityczne intrygi lub działania szpiegowskie znajdą tu coś dla siebie. Jeśli dodać do tego fakt, iż akcja toczy się na kilkudziesięciu różnych planetach i często gęsto odcinki poświęcone są komuś spoza głównego zestawu postaci, to widać, iż mamy do czynienia z czymś naprawdę olbrzymim. Czuć ogrom tego uniwersum.

I właśnie za to lubię go oglądać – ponieważ aż tyle pokazuje.
Dlatego też go polecam. To wcale nie był skok na kasę i żerowanie na marce.

***

Aha – Czwórka emituje obecnie drugi sezon. ;)

Jaskier

*U nas jest jak w Ameryce – jedzie bus z piekarni ulicą, zatrzymuje się pod domem i dzięki temu nie trzeba tyrać do sklepu.

Read Full Post »